Twoja ukochana książka

Dziś Walentynki! To dobra okazja, aby pomyśleć o ukochanych książkach. Pewnie masz ich sporo. Która z twoich lektur byłaby tą najukochańszą? Albo która z rozmaitych przyczyn na trwałe zapisała się w twojej pamięci?

Zawsze kiedy mam wybrać jedną książkę, bohatera czy bohaterkę na potrzeby rozmaitych sond czy rankingów, czuję pewien rodzaj oporu. Zupełnie jakbym zdradzał inne ważne lektury czy bohaterów, z którymi się zaprzyjaźniłem. Dziś czułem się podobnie, gdy pomyślałem o tym, jaka książka byłaby moją ukochaną.

Przez długi czas to szczególne miejsce zajmowała powieść Sto lat samotności Gabriela Garcii Marqueza. Tytuł nie był mi obcy, ale pamiętam, co zachęciło mnie do lektury. W czasach, kiedy jeszcze miałem w domu telewizor i przerzucałem kanały, natrafiłem na minutę programu poświęconego książkom. Mówiono właśnie o najsłynniejszej powieści Marqueza. Zapadło mi w pamięć jedno zdanie. Nie zacytuję go, ale chodziło o to, że w tej książce przy jednym stole spotykają się żywi i umarli. Poczułem się zaintrygowany.

Jakiś czas później – przyznam, bez większego przekonania – wypożyczyłem sobie stare, rozlatujące się wydanie Stu lat samotności. Miałem może z piętnaście czy szesnaście lat, chodziłem jeszcze wtedy do liceum, miałem czytać Zbrodnię i karę w ramach lektur szkolnych. Pamiętam, że z ciekawości otworzyłem Sto lat samotności w przypadkowym miejscu. Natrafiłem na ten fragment:

„Tego dnia Włoch został zaproszony na obiad. Rebeka i Amaranta, usługujące przy stole, były oszołomione zręcznością, z jaką posługiwał się sztućcami ten anielski młodzieniec o bladych rękach bez pierścionków. W saloniku przyległym do dużego salonu Pietro Crespi udzielał im lekcji tańca. Pokazywał taneczne kroki, nie dotykając dziewcząt, wybijając takt metronomem, .pod życzliwym spojrzeniem Urszuli, która nie opuściła pokoju ani na chwilę przez czas trwania nauki”.

Nie wiem, co takiego było w tym akapicie, ale obezwładniło mnie pragnienie przeczytania tej książki. Zostawiłem Raskolnikowa i jego zbrodnię, wróciłem do początku i na długie godziny przeniosłem się do Macondo, z każdą stroną coraz bardziej zachwycony. To był, zdaje się, mój pierwszy poważny kontakt z realizmem magicznym. To właśnie ten realizm magiczny mnie zaczarował – a także umiejętność snucia opowieści przez Marqueza. Pokochałem Sto lat samotności. Jak tylko skończyłem, pobiegłem do księgarni, aby nabyć własny egzemplarz. Dziś często otwieram tę książkę w przypadkowym miejscu, aby po raz kolejny odwiedzić Macondo (oraz tych wszystkich Jose Arcadiów i Aurelianów) i przekonać się, że „historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi”.

A jaką książkę ty uznasz za swoją ukochaną? Jaka stała się dla ciebie wyjątkowo ważna? Podzielisz się ze mną w komentarzu?

Źródło cytatów: Gabriel Garcia Marquez Sto lat samotności, tłum. Grażyna Grudzińska, Kalina Wojciechowska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2004.

24 Replies to “Twoja ukochana książka”

  1. „Błekitny Zamek”, ale koniecznie w pierwszej wersji z Joanną – ta Walencja późniejsza jakoś do mnie nie przemawia
    ale konkuruje o moje serce z „Krystyną córką Lavransa” i jakbym miała wybrać jedna, to bym nie umiała
    jakoś te niepokorne kobiety do mnie przemawiają 🙂

  2. Do dziś pamiętam Piękną Remedios 🙂

  3. Nie, nie potrafię wybrać. Gdy myślę o jednej, zaraz do głowy przychodzi następna. Za to pamiętam swoje oczarowanie Marquezem. „Sto lat samotności” długo tkwiło mi w głowie. Kto wie, może powinnam zajrzeć z powrotem? 🙂

  4. Jedna? Ukochanych to ja mam całą wielką półkę!
    Ta dziesiątka, o której poniżej mowa, na pewno byłaby na pierwszych miejscach:
    https://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=941649&aid=941798&answer#941798

  5. Ze mną już na zawsze pozostanie „Dżuma”, dzięki której odkryłam co naprawdę znaczy dobra literatura. Dziękuję liście lektur szkolnych, bo nie wiem, czy w innych okolicznościach przeczytałabym tę książkę.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Daria, pierwszy raz w życiu widzę podziękowania dla listy lektur szkolnych:D
      Podobnie jak Ty miałem z „Nędznikami” Hugo – choć myśmy tej książki ostatecznie nie omawiali.

    2. „Dżuma” jest wspaniała.

  6. Jak tu wybrac jedna ksiazke!
    Przez dlugi czas siedziala mi w glowie „Sto imion” Ceceli Ahern. Dzieki niej zaczelam inaczej patrzec na ludzi.

    Na zaqsze zostanie ze mna „Lysek z pokladu Idy”. Pamietam, ze kiedy pochorowalam sie w trakcie czytania, bo okazalo sie, ze to przeciez nie fikcja, ze to prawda. Ilez ja lez wylalam nad tymi wszystkimi Lyskami!

    No i „Walden, czyli zycie w lesie” – to jest moja biblia. Wracam do niej zawsze, nawet na kilka zdan, kiedy jest mi ciezko.

  7. Hmm… Najpierw było „Quo vadis”. Pamiętam te ogromne emocje i wypieki na twarzy do dzisiaj 😊
    Potem „Kwiat śniegu i sekrety wachlarz” Lisy See. To książka, która mną wstrząsnęła. A następnie przyszła miłość do książek Romy Ligockiej za szczerość i poetyckość prozy. Ale ” Dziewczynka w czerwonym płaszczyku” jeszcze czeka na odpowiedni moment. I na koniec najnowsza fascynacja to „Purezento” Joanny Bator. Jest po prostu piękna.
    Pozdrawiam serdecznie.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ja też pamiętam swoją lekturę „Quo vadis” – ciekaw jestem, jak bym odebrał ją dzisiaj. A „Quo vadis” ceniła też Lucy Maud Montgomery:

      http://blog.pasjapisania.pl/2018/07/31/lucy-maud-motgomery-o-sienkiewiczu/

  8. „Nędznicy”, „Władca pierścieni” i „Nasz wspólny przyjaciel”. Dorzucę jeszcze „Cień Kremla”, chociaż nie jest ona ukochaną pozycją, z całą pewnością ta pozycja otworzyła mi oczy na literaturę faktu i dzięki niej czytam więcej reportaży. Pozostałe, to istna uczta literacka.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      „Nędznicy” to i dla mnie jedna z najważniejszych książek.

    2. Tak, ,,Władca Pierścieni” to zdecydowanie moja ukochana książką, razem z wszystkimi innymi dziełami J.R.R.Tolkiena.

  9. Ewa Ostrowska, „Owoc żywota twego” – choć raczej nie powiem, że to książka ulubiona, bo czy można kochać powieść tak bolesną i prawdziwą? Nie do zapomnienia. Na pewno ulubiona Autorka – mistrzyni słowa i stylu. A za jej wskazanie znowu Ci dziękuję, Michał.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Cieszę się, gdy moje książkowe polecanki okazują się sprawdzone!

  10. Hmm, mnie też trudno wskazać jedną ukochaną książkę. Co jakiś czas to się u mnie zmienia. Na początku na pewno „Ania z Zielonego Wzgórza”, nawet nie jedna książka tylko cała seria. Potem zetknęłam się jeszcze z wieloma książkami, które były dla mnie ważne z różnych względów. Ale od kilku lat na pytanie o tą ulubioną niezmiennie odpowiadam „Jedenaście rodzajów samotności.” Richard Yates (nie jestem pewna czy i pod jakim tytułem została przełożona na język polski). Pozdrawiam.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Maju, ja teraz odkrywam Montgomery całkiem na nowo – i skupiam się na książkach spoza serii o Ani. Ciekawy to powrót.

  11. Dla mnie, to każda książka która sprawia ,że czytając ją zapominam o bożym świecie. Jest tych pozycji ostatnio . Jednak tą, która ciągle jest przy mnie ,to „497 błędów. Jak nie zabłądzić w zawiłościach polszczyzny” Łukasza Mackiewicza. Za każdym razem gdy ją otwieram dochodzę do wniosku ,że muszę ją wykuć na blachę.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Violka, zaskoczyłaś mnie tym typem:D

  12. Zrobiłam to. W 2018 roku ponownie przeczytałam Sto lat samotności. Ponieważ nie zaglądałam tam przez dwadzieścia pięć (co najmniej) lat, mimo że zawsze uważałam tę książkę za moją ukochaną, nagle okazało się, że czytałam zupełnie inną powieść. Od pół roku prowadzę wewnętrzny dialog ze sobą: skoro druk się nie zmienia, słowa są te same – jak to możliwe, że przeczytałam zupełnie inną książkę dwadzieścia pięć lat temu i pół roku temu?
    Nie wiem.
    Nie, nie jest gorsza, nie! Jest po prostu inna, przy czym wydaje mi się zdecydowanie mniej magiczna niż za pierwszym razem. I boję się co będzie dalej, jeśli wrócę po takim czasie do tych ukochanych lektur, do których tęskniłam wiele lat? Nigdy nie znajdowałam czasu żeby je odwiedzić jak starych znajomych, bo ciągle tyle do przeczytania nowego, tyle innego.
    Czy to właśnie „Sto lat…” jest ukochaną przyjaciółką? Teraz już nie jestem pewna, muszę do niej wracać i spotykać się regularnie, jak do prawdziwej przyjaciółki, bo po tylu doświadczeniach, które zmieniły mnie przez to ćwierćwiecze, jej absolutna stałość wydaje się nie na miejscu, jest obca, uwiera. Musimy się poznać na nowo, oswoić wyobrażenia przechowane w pamięci z rzeczywistością druku – bo mimo całego zdumienia jakie dotąd mnie nie opuszcza po tej lekturze, jest to chyba jednak numer jeden. Następny w kolejce jest przyjacielem świeższym i nie przetrwał tak wielu prób: „Bieguni”.
    I zastanawiam się czy przypadkiem podobnie jak u Ciebie, Michał, nie zdecydował o tym moment w życiu, z którym ta książka, czytana po raz pierwszy, się związała – specyficzny czas, rozpoczynanie nowej epoki w życiu, czas pełen nadziei, życia „tu i teraz”. Tak też, bez analiz i krytycyzmu, odbierałam tę lekturę wówczas. Teraz widzę sprawy z dziesięciu stron jednocześnie, w życiu i w książce. Nie mam tej świeżości i beztroski w chłonięciu życia i literatury. Ale mam inne bogactwa…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Moniko, myślę, że jest to jednak bardzo częste doświadczenie. Ja staram się powtarzać przynajmniej kilkadziesiąt książek rocznie. Zawsze jest do odkrycia coś nowego, do zweryfikowania. Wstyd się dziś przyznać, ale jedną z pierwszych moich powtórek były „Panny z Wilka” Iwaszkiewicza. Kiedy byłem nastolatkiem, to opowiadanie mnie rozczarowało – gdy wróciłem do niego kilka lat później, zachwyciło tak bardzo, że o Iwaszkiewiczu pisałem pracę magisterską. Różnie to bywa z tymi powtórkami:)

  13. Dla mnie „Czarodziejska góra” Tomasza Manna. Patrząc dwadzieścia lat wstecz nie widzę innej książki, do której tak często wracałbym myślami. Były wcześniej inne zauroczenia jak Kundera, Marquez, Kafka, Józef Mackiewicz. Piszę – były, choć ci autorzy są mi wciąż bardzo bliscy. A jednak mentalnie siedzę wciąż w Berghoff’ie w Davos. Może być, że za jakiś czas stamtąd wyjadę…
    Kiedyś, w ramach rozrywki napisałem stylizowane na narrację Manna „szybkie, alternatywne zakończenie” Czarodziejskiej Góry:)
    – A więc powiadasz mój chłopcze, że to tylko katar? – Wodniste oczy radcy spoczęły na Hansie Castorpie. – Słusznie, słusznie. Temperatura 37,6 o dziesiątej rano, przytłumienia z prawej, wyraźny szorstki ton z lewej u góry, wszystko to, mówisz, katar. Nie chcielibyśmy poddawać w wątpliwość pańskich diagnoz. Bądź, co bądź wiadomo, że każdy na swoim zdrowiu zna się najlepiej i pewniej niż lekarz powie, czy dolega mu katar, czy, dajmy na to, ujawnione w naszym górskim powietrzu zakażenie latente. Być może, być może. Widzisz, ja od lat zajmuję się tu leczeniem naprawdę chorych pacjentów i, niech dr Krokowski będzie mi świadkiem, nigdy nie było tu nikogo, kto by zapadł na katar. Niech więc pana nie dziwi moje zawahanie. To byłby pierwszy przypadek, zapewne przełomowy dla nauk medycznych, kiedy wyraźne zmiany w płucach wytłumaczylibyśmy katarem. Zupełnie zmieniłoby to naszą optykę. Prawda panie Castorp?
    – Chyba tak panie radco – rzekł Hans Castorp – tak by się zapewne stało.
    – A jednak mamy wątpliwości – ciągnął dalej radca Behrens – bo, zachowując umysł zawsze otwarty na nowe przypadki, wiemy, że przełomy mają to do siebie, że zdarzają się niezwykle rzadko. A kiedy już coś takiego nastąpi, zazwyczaj wiadomo, że miało miejsce. Wiadomo, ponieważ dogłębnie to zbadano i udokumentowano, tak, jak wymagają ścisłe zasady naukowe. Ja od początku podejrzewałem panie Castorp, że jest pan przypadkiem szczególnym i, niech pan mi wybaczy tę zawodową poufałość, sądzę, że w głębi serca pan też jest przekonany o swojej wyjątkowości. Mam na myśli tę niemożliwą prawie ewentualność, że mógłby pan cierpieć na to, czego leczeniem my się tutaj zajmujemy. To, czego nam teraz obu potrzeba to położyć pana na kilka tygodni do łóżka. Wszystko się wtedy wyjaśni, będziemy razem mądrzejsi i przed pierwszym śniegiem wyślemy pana, odżywionego i rumianego, do domu.
    Radca Behrens poklepał Hansa Castorpa po plecach i delikatnie pchnął w stronę drzwi.
    – Proszę, nosa, nawet czubka dużego palca, nie wystawiać spod kołdry – rzucił na pożegnanie.
    Hans Castorp szedł do swojego pokoju z głową pochłoniętą myślami. Jego natura skłaniała go podporządkowania się autorytetowi radcy Behrensa, tak samo zresztą, jak każdemu innemu. Kilka tygodni w łóżku wydawało mu się niemal wyrokiem dożywocia. To przecież wiele dni bez werandowania. Tak wielką znalazł w tym przyjemność, że jej brak musiał uczynić przebywanie w uzdrowisku całkowicie nieznośnym.
    Wszedł do swojego pokoju. Rozejrzał się po zacisznym wnętrzu i pomyślał, że może nie będzie tak źle i przetrzyma to leżenie. Kiedy poczuje się lepiej, będzie mógł czasami wychodzić na balkon, a Joachim, w miarę możliwości, z pewnością będzie dotrzymywał mu towarzystwa.
    W tym momencie jego wzrok padł na okładkę książki „Parowce oceaniczne”, do której nie zajrzał ani razu odkąd tu przyjechał. Poczuł wielki wyrzut sumienia, a chwilę potem owładnęło nim niejasne przeczucie, że właśnie znalazł się na rozdrożu. Choć Hans Castorp nie był z natury osobą nadto refleksyjną, teraz jednak wsłuchał się w dochodzące go subtelne głosy. Poczuł, że przyciągają go magnetyczną siłą dwa rozłączne światy. Jeśli rozbierze się teraz i wejdzie pod kołdrę, zostanie w „Berghofie” na dłużej. Z wielu powodów nie była mu ta wizja wcale przykrą. Ale oznaczałoby to odroczenie na jakiś czas tak wspaniale zapowiadającego się życia w dolinie. Wszak czekała na niego posada praktykanta w firmie pana Wilmsa i obiecująca kariera inżyniera okrętowego.
    Wiedziony impulsem podjął decyzję, wyciągnął z szafy walizkę ze skóry krokodylowej i jął pakować swoje rzeczy. Wahał się chwilę, czy schować do torby swój nowy nabytek – termometr za pięć franków. Ostatecznie odłożył go na stolik. Joachim wszedł do pokoju, kiedy Hans Castorp stawiał zamkniętą walizkę na podłogę.
    – Więc jednak jedziesz? Jakże Ci zazdroszczę! Czy to jednak roztropne wybierać się w podróż w twoim stanie? – Pójdę przywołać powóz i będę czekał na dole – powiedział nie doczekawszy się odpowiedzi.
    Nie wymienili ani słowa w czasie, kiedy wóz toczył się w dół, drogą do stacji Davos-Wieś. Hans Castorp umieścił swój bagaż w przedziale kolejki wąskotorowej i wyszedł na peron pożegnać się z kuzynem.
    – Mój drogi Joachimie. Były to dla mnie niezwykłe trzy tygodnie. Nigdy ich nie zapomnę. Wszyscy będziemy wyglądali twojego powrotu. Tymczasem oczekuj mojego listu, napiszę zaraz, jak dotrę na miejsce.
    Uścisnęli sobie ręce. Oczy Joachima zaszły wilgocią. Hans Castorp wsiadł do wagonu i zajął miejsce przy oknie. Na peronie wywołano odjazd i pociąg szarpnął. Hans Castorp podniósł rękę w odpowiedzi na gest kuzyna. Pociąg ruszył i powoli nabierał prędkości. W tym momencie Hans Castorp poczuł ogromny żal za tym, co zostawił na górze – przyjaźń Joachima, niezwykłe rozmowy z panem Settembrinim, a nade wszystko spojrzenia Klawdii Chauchat. Ta ostatnia myśl podziałała na niego tak silnie, że naraz zmienił całkiem zdanie i zapragnął z całych sił znaleźć się na powrót w uzdrowisku. Jednak pociąg już jechał, a historia prowadziła w innym kierunku, nabierając rozpędu, jak toczący się w dół zbocza kamień. Hans Castorp wracał do Hamburga. Ciekawe, że tak, jak droga w górę trzy tygodnie wcześniej przyprawiła go o rozstrój zdrowia, tak teraz z każdym kilometrem jazdy w dół jego stan ulegał poprawie. Na granicy Bawarii poczuł się całkiem znośnie, a kiedy po dwóch dniach podróży wysiadał z pociągu na dworcu w Hamburgu, był już zupełnie zdrów.
    Na tym kończy się ta opowieść. Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że nasz bohater, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, podjął pracę stażysty w firmie „Tunder & Wilms”. Po dwóch latach praktyki, doceniony za skrupulatność i talent kreślarski, otrzymał posadę młodszego inżyniera. Niedługo potem ożenił się z sympatyczną panną Fucher i doczekał się dwójki zdrowych synów.
    Wielki szum, który przetaczał się w tamtym czasie przez Europę i mącił umysły polityczną podnietą, doszedł pewnej wiosny do gwałtownego przesilenia i, niespodziewanie dla wielu, zanikł. Artykuły w prasie, zimą jeszcze drażniące złowróżbnym wyczekiwaniem na nieuniknioną konfrontację, teraz chwaliły mężów stanu za doprowadzenie do odprężenia.
    Jest jasnym, że losy Hansa Castorpa potoczyłyby się całkiem inaczej, gdyby tamtego dnia, siedem lat wcześniej, zaległ w łóżku w pokoju numer 34 uzdrowiska ”Berghof”. Europa, tak bliska zarycia nosem w glinę bitewnych pól, wydźwignęła się cudem z kryzysu. Czy może istnieć jakiś związek między tymi sprawami? Czy nasz skromny bohater mógł nieświadomie zmienić losy świata swą impulsywną decyzją? Nie wiemy czy wybuchłaby wojna, gdyby Hans Castorp pozostał w Davos.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      „historia prowadziła w innym kierunku, nabierając rozpędu, jak toczący się w dół zbocza kamień.” – ach!

      Olo, ciekawy pomysł i bardzo dobry tekst!

    2. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

      Może polubię „Czarodziejską górę” przez nowe zakończenie:)
      Dobre.

Dodaj komentarz