A po pierwszym zdaniu… KONKURS!

Zapraszamy was na kolejny blogowy konkurs Pasji Pisania. Tym razem możecie wygrać egzemplarze powieści Sylvii Plath „Szklany klosz” ufundowane przez Wydawnictwo Marginesy. Pomóżcie Esther Greenwood w zmaganiach z powieścią!

„A potem wpadło mi do głowy, że mogłabym spędzić resztę lata, pisząc powieść” – na taki pomysł wpada Esther Greenwood, młoda kobieta obdarzona talentem literackim. Do tej pory poprzestawała na opowiadaniach, teraz postanowiła zmierzyć się z większą formą. Rozsiadła się na werandzie z papierem i maszyną do pisania. Oto jak poszła jej pierwsza próba:

„Oczyma duszy jakby z oddali widziałam siebie – siedzącą pomiędzy dwiema pobielanymi, drewnianymi ścianami, krzewem jaśminu, kępą brzóz i żywopłotem, malutką jak figurka z domku dla lalek.
Współczucie dla tej samotnej postaci ścisnęło mi serce. Postanowiłam, że bohaterką mojej powieści będę ja sama – trochę, rzecz jasna, zakamuflowana. Bohaterka miała się nazywać Elaine. Elaine. Policzyłam na palcach litery. Sześć. Tyle samo co w Esther. To dobry omen.

»Elaine siedziała między domem a garażem, odziana tylko w starą, żółtą koszulę nocną swojej matki, i czekała, aż coś się wydarzy. Był lipcowy, upalny poranek i po jej plecach pojedynczo, powoli, jak leniwe insekty, sunęły krople potu«.

Odchyliłam się i spojrzałam na swoje dzieło. Zdanie wydało mi się nawet dość żywo napisane i byłam dumna z tych leniwych insektów, chociaż miałam niejasne uczucie, że już to kiedyś gdzieś czytałam.
Siedziałam przez dobrą godzinę, usiłując napisać jeszcze jedno zdanie, a oczyma duszy widziałam wciąż w oddali małą, bosą laleczkę w żółtej koszuli nocnej swojej matki, która także siedziała i patrzyła tępo przed siebie”.

Esther zatrzymała się po pierwszym fragmencie. Pora na was! Oto zadanie konkursowe – pociągnijcie historię Elaine dalej. Co się zdarzyło? Czy coś w ogóle? Historia opowiedziana przez was nie musi być zamknięta – to może być po prostu fragment. Praca nie powinna przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Teksty wklejcie w komentarzu do tego wpisu do 24 marca włącznie. Spośród nadesłanych prac wybierzemy trzy najlepsze, a ich autorzy otrzymają egzemplarze Szklanego klosza Sylvii Plath.

Do dzieła! Czekamy na wasze prace!

Źródło cytatów: Sylvia Plath, Szklany klosz, tłum. Mira Michałowska, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019.

12 Replies to “A po pierwszym zdaniu… KONKURS!”

  1. Teraz też tu przyjechała. Dom, w którym spędziła najszczęśliwsze lata swojego życia. To tu czuła się zawsze bezpieczna i tak jak w dzieciństwie, tylko tu mogła poczuć się znowu szczęśliwa. To było magiczne… Na koniec każedo dnia mama przychodziała wieczorem pocałować ją w czoło na dobranoc. Dziwne, ale mimo iż od chwili śmierci Teresy mineły już cztery lata, nadal czuć tu jej obecność. Mama jest tym domem, dom jest cześcią jej i ciągle żyje.
    Rzuciłam wszystko, nie mogę czekać na narodziny mojej córeczki w tym wrednym mieście. Piter nie chce być ojcem. Właściwie nie chce być ojcem ich dziecka , bo swoją rodzinę już ma… Suk…syn tylko dlaczego musił mi to pwiedzieć w wigilię, jak byłam już spakowana i mieliśmy zacząć wszystko od nowa. Razem.
    Stać go było tylko na telefon. Oschłe: „Przepraszam, nie mogę.” Myślałam, że serce mi pęknie na pół, czułam się oszukana, porzuconna, bezwartościowa i tak strasznie bolało w środku, tak bardzo. Usiadałam na łóżku i długo płakałam, niegdy nie czułm się tak samotna, nawet po śmierci rodziców nie czułam takiej pustki. Przez kilka dni nie potrafiłam wypakować walizek. Tylko jedna rzecz mnie powatrzymała od…, w zasadzie zastanawialam już tylko nie kiedy, ale jak to zrobić? Wtedy poczułam ją, chyba pierwszy raz jakiś ruch. Podobno matka nigdy nie zapomina tego momentu, gdy ta mała glizda się poruszy. Tak narodziła się świadomość. To był dowód na to, że pod moim sercem rodzi się nowe życie. Jestem pewna, że to ona, dziewczynka. Wiem, że chcę ją zobaczyć, przytulić. Tak chcę ją sprowadzić na świat.Viktoria będzie silniejsza ode mnie. Tak dzęki niej już nigdy nie będę sama. Tylko tego teraz pragnę, reszta nie ma znaczenia…
    Wtuliłam się w starą koszulę mamy, jak bardzo tęsknię za jej obecnością, jak bardzo brakuje mi jej ciepła i spokoju. Już dobrze mamo, wiem, że jesteś tu obok i damy radę.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwszą pracę! Bardzo dobrze. Kto następny?

  2. Elaine siedziała między domem a garażem, odziana tylko w starą żółtą koszulę nocną swojej matki, i czekała aż coś się wydarzy. Był lipcowy, upalny poranek i po jej plecach pojedynczo, powoli, jak leniwe insekty, sunęły krople potu.
    Pragnęła, by porwał je rzęsisty deszcz. A jej samej przyniósł ukojenie, w którym mogłaby się zanurzyć, uwalniając ciało i duszę od sukienki. Od lepkości tkaniny, brudu i ciężaru, którego sama nie potrafiła zrzucić. Może wtedy, gdy zobaczyłaby ulubioną koszulę matki jako zwykłą szmatę na ziemi, a nie pomost między nią i zmarłą, z czasem potrafiłaby zamknąć drzwi tęsknocie. Nie dałaby sobie nią zawładnąć i przykuć do tej ławki kajdanami szczęśliwych wspólnie spędzonych lat. Po kilku godzinach bez ruchu, z kolanami pod brodą i rękoma obejmującymi nogi z minuty na minutę, coraz bardziej zamieniała się w żywy kamień. Tylko myśli biegały. I wzrok. Spojrzała na korony brzóz. Długotrwały upał wysuszył liście. Tak powiedziałaby matka .- Gdzieniegdzie dotknęło je już złoto jesieni – pomyślała Elaine. – Też jesteście spragnione, śliczne moje! Brzozy zaszumiały, jakby w podziękowaniu za komplement, nagle odnajdując w sobie wiatr.
    – Słyszy je pani? – Ciepły, męski głos docierał do Elaine powoli. Mężczyzna zbliżał się, przynosząc ze sobą słodki zapach amfory. Nawet za zasłoną z dymu w jego oczach było widać troskę. Elaine dostrzegła ją. Lekki uśmiech zakołysał jej ustami. – Mogę się przysiąść – mężczyzna spytał łagodnie. W jego kieszeni melodią z filmu Zostań Marca Forstera zabrzmiała służbowa komórka. – Nie odbierze pan? – Nie odebrał, pomimo że wciąż był na dyżurze.

  3. Nic się jednak nie działo. Nic, co byłoby warte choćby zapomnienia. Brzęczały pszczoły, zawieruszył się biały motyl i zaraz przepadł gdzieś w powietrzu. Słońce skleiło czas, stłamsiło ruch, zgasiło go w swoim rozbłysku. Nawet ulicą nic nie jechało, gęstniała stagnacja niewiadomego. Wszystko do chwili, gdy ogłuszający wrzask ustał nagle pod rzuconym przez wątły obłok cieniem. Elaine wyjęła zeszyt. Przez chwilę wydawało się jej, że widzi białe węże, skręcone jadowitą istotą sprzeczności. W niespodziewanej ciszy zapisała, że Emilia wpatrywała się tępo w przestrzeń, przed siebie. Biedna Emilia. Próbowała wypatrzeć coś, co mogłoby zmienić cokolwiek, na próżno. Im bardziej chciała to zobaczyć, tym stawało się to mniej widzialne. Elaine pisała w pośpiechu. Ogród tężeje i usycha krtań kwiatu nocy. Emilia wpatrywała się w ogród z taką siłą, że aż zbielały dłonie Elaine. O czym mogła myśleć Emilia? O Eunice, gdy ta pisała palcem na piasku. Mała bosa Eunice nieświadoma była, że linia którą kreśli to kres, koniec. Pisała powoli, żłobiąc nagą skórą ziarna rozdrobnionej skały. Elaine znów się rozpłakała. Emilia zaledwie westchnęła. Eunice trwała jak posąg. Skrępowana żalem wzruszenia nad sobą, mimo że okrutnie żywa, nie oddychała. Powietrze wokół niej było ciężkie, gęste i tak twarde, że zamiast wtłaczać je do płuc z mozołem każdej kolejnej minuty, można było wspiąć się po nim w sam błękit, zgasić najbliższą z gwiazd pocałunkiem zatęchłych ust. Jakież to było kuszące, wślizgnąć się niepostrzeżenie w nieskończenie łakomy cień ulgi. Emilia wyciągnęła rękę z zazdrością. Podobały się jej ślady po nożu, piękna Eunice, z liniami purpurowych rzek na skórze, spokojna, jak rosa w swym locie.

  4. Z otępienia wyrwały ją wibracje telefonu.
    —Halo?
    —Elaine? Dzwonię ci przypomnieć, żebyś odebrała te truskawki od Rose. Wiesz, że za dwa tygodnie to już nici z marmolady!
    —Wiem, pojadę tam dziś wieczorem. Jak było u lekarza?
    —Jeszcze muszą coś powtórzyć, wiesz jak to z nimi jest. Jutro idę tam jeszcze raz.
    —To może pójdę z tobą?
    —Nie, ty sobie głowy nie zawracaj. Odbierz te truskawki, bo wino z nich będzie!
    Elaine poczuła, jak stara, żółta koszula matki lepi się do jej ciała. Weszła do domu i dziękując bogu za klimatyzację, zatrzymała się przy stercie listów na kuchennym stole. Jej wzrok przykuła różowa koperta z pieczęcią szpitala.
    —Droga pani Regino, przypominamy, że piątego lipca o godzinie ósmej, zostanie pani poddana zabiegowi mastektomii…— Kartka sfrunęła na ziemię. Truskawki? Marmolada? Mastektomia? Przez ciało Elaine przeszedł prąd. Nie zważając na brak zasłon w oknie, zdarła z siebie koszulę i spoglądając na swe nagie piersi, ścisnęła je mocno w dłoniach, aż poczuła ból.
    O ósmej rano, na oddziale hematologii panowała cisza. Elaine siedziała w poczekalni, planując, co jej powie. Kłamczucha. Leży gdzieś na szpitalnym łóżku i obmyśla tę swoją pieprzoną marmoladę.
    Drzwi sali na końcu korytarza się otworzyły, i pielęgniarki wywiozły łóżko. Z trudem rozpoznała matkę. Jej skóra miała kolor pożółkłej gazety, a ręce pokrywała plątanina igieł, rurek i kabelków. W starej koszuli nocnej, mała i nieruchoma, przypominała lalkę. Elaine utkwiła wzrok w dołku, w miejscu którego, jeszcze wczoraj rano była jej pierś.
    —Elaine? — wyszeptała matka.
    Chciała jej powiedzieć, jaka jest wściekła, jak jej się takich rzeczy nie robi, i jak jeszcze raz… Ale tylko patrzyła na nią.

  5. Dziwnie się czuła patrząc w dal, zwłaszcza że oxazepam powinien dawno zacząć działać.
    – Mały drink nie zawadzi – tekst dialogu sam pojawił się na pierwszej stronie.
    Zasłużyłam na drinka – myśl pojawiła się gdy już odeszła od stołu. Ruszyła przez werandę w stronę kuchni, w odbiciu drzwi wejściowych obejrzała Elain w tej głupiej żółtej sukience. Wyciągnęła szklankę, w której wylądowały grube kostki lodu, podlane whiskey. Co raz bardziej była zadowolona z wyboru głównej postaci do swojej powieści, oxazepam z alkoholem powinien dać efekt odurzenia kryształem, MDMA. Pobudzenie, wyrzut dopaminy i totalną obojętność, od rana łazi w łachach po matce i robi wszystko by nie myśleć o Jacku, mała głupia Elain.
    Wróciła do kartek. Chciała zapisać godzinę drugiego podejścia do pisania ale było już tak ciemno i cholernie zimno w tej kiecce. Zaświeciła zapalniczkę nad kartką, która była cała zapisana, tak że ledwo zmieściła godzinę. Spod kartki wydzierały inne tak samo zapisane. Tekst zlewał się, tworząc nieczytelne zawijasy, potrzeba więcej światła. Upiła drinka i ruszyła do domu, trzymając w jednej ręce kartki, drugą przyświecając sobie zapalniczką. Tekst nadal wydawał się jej nie wyraźny, ale co kilka akapitów w prawym rogu widziała zapisane godziny podejść do tekstu…, 13.27, 15.16, 19.21. Weszła do domu, zapaliła światło, w szybie drzwi odbijała się okrutnie zmęczona twarz Esther zatopiona w żółtej koszuli nocnej w ciemno bordowe plamy. Nie miała odwagi spojrzeć na swoje ręce, ale spojrzała na pierwszy akapit tekstu.
    – Elain nauczę cię porządku – syczał wściekle Jack, dusząc jej ciało w żelaznym uścisku. Nie czuła bólu, gdy kolejne ciepłe wypryski krwi pojawiały się na jej nocnej koszuli.

  6. Powietrze bezlitośnie stało w miejscu. Elaine wpatrywała się w nieruchome liście rosnących na ulicy dębów, jakby chciała wzrokiem zmusić je do poruszenia się. Bez skutku. Ciszy nie mącił nawet najlżejszy podmuch wiatru. Już teraz nie dało się oddychać, a co dopiero kiedy słońce stanie w zenicie?
    Ulicą przejechał samochód. Leniwie, jakby jemu też doskwierał upał. Elaine popatrzyła za nim i znowu powróciła do obserwacji liści. Ale nie była już sama. Po pniu dęba zbiegała wiewiórka z nastroszona kitką. Kiedy była już prawie na dole zatrzymała się i popatrzyła w bok – nadjeżdżał kolejny samochód. Zawróciła i szybciutko wbiegła z powrotem do góry, sadowiąc się na rozłożystej gałęzi rozpościerającej się szeroko nad ulicą, niczym rozczapierzona dłoń.
    Elaine pochyliła się do przodu – bardzo zainteresowały ją poczynania wiewiórki.
    Ta, nie zwracając uwagi na swoją obserwatorkę, szybko i zwinnie podbiegła do samego końca gałęzi i zakołysała się niebezpiecznie.
    Elaine zastygła w bezruchu. Co też to stworzenie wyprawia!
    Wiewiórka miała oczywisty cel – chciała przejść na drugą stronę ulicy. Dołem było zbyt ryzykownie, postanowiła przeprawić się górą. Jeszcze chwilę pokołysała się niczym akrobatka na linie, sprężyła się i … skoczyła!
    Elaine zakryła dłońmi usta tłumiąc krzyk. Z podziwem patrzyła jak wiewiórka rozposciera w powietrzu wszystkie cztery łapki, pokazując przy tym biały brzuszek, i bezpiecznie ląduje na drzewie po drugiej stronie ulicy, po czym – niewzruszona swoim wyczynem – zbiega na dół i znika pośród jaśminu. Serce Elaine waliło jak oszalałe. Jakby to ona wykonała ten karkołomny skok. Uśmiechnęła się szeroko. Już wiedziała jak spędzi dzień.

  7. Elaine siedziała między domem a garażem, odziana tylko w starą, żółtą koszulę nocną swojej matki, i czekała, aż coś się wydarzy. Był lipcowy, upalny poranek i po jej plecach pojedynczo, powoli, jak leniwe insekty, sunęły krople potu.
    – Elaine! – zawołała matka z tarasu przed domem. Elaine nie odpowiedziała. Ms. Oldstone darowała sobie dalsze nawoływania i postanowiła poszukać córki.
    – A tu jesteś… Bądź tak dobra i pomóż mi w kuchni. Dziś wieczorem odwiedzą nas Państwo Robinson. Kurt to naprawdę… Jesteśmy postępową rodziną, ale to nie powód, aby przesiadywać półnaga w trawie, odziana jedynie w starą koszule.
    Elaine wstała i ruszyła w kierunku domu.
    – Obiecaj mi że się ładnie ubierzesz i będziesz się odzywać. Już czas abyś zaczęła się spotykać z chłopcami. – Ms. Oldstone rozejrzała się dookoła i poszła za córką.
    – To dobrze, że się ze mną zgadzasz. Tata jest małomówny, pan Robinson najchętniej będzie opowiadał o kosiarkach, a ja nie mogę zapewnić konwersacji za sześć osób!
    Gdy Elaine dotarła do schodów prowadzących na piętro Ms. Oldstone ponownie się odezwała:
    – Najlepiej jak zaprosisz Kurta na górę i pokażesz mu swój pokój. Gdy byliście mali to bardzo zgodnie się bawiliście.
    – Dobrze mamo – odpowiedziała Elaine bez entuzjazmu.
    – Nie słyszę w twoim głosie entuzjazmu. Pewnie się przejmujesz. Kurt wyrósł na bardzo przystojnego młodego mężczyznę. Będzie chciał zaprosić cię do kina. Powiedziałam jego Matce, że się zgodzisz. Czyż to nie cudowne! Coś się stało córeczko? Dziś naprawdę mało się odzywasz!
    – Chomik mi zdechł mamo.
    – Wyrazy współczucia. Myślę, że żałoba po Fred boy nie powinna trwać dłużej niż do trzeciej. Załóż tę sukienkę w kwiaty. Każę Johanowi zakopać Freda.

  8. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Elaine siedziała między domem a garażem, odziana tylko w starą, żółtą koszulę nocną swojej matki, i czekała, aż coś się wydarzy. Był lipcowy, upalny poranek i po jej plecach pojedynczo, powoli, jak leniwe insekty, sunęły krople potu.
    Czekała. Matka była kluczem, a gadżetem przyciągającym – jej koszula.
    Na razie jeszcze nikt nie pojawił się, lecz nie traciła nadziei. To był jej dzień. Miała otrzymać pasowanie na rycerza swojej tożsamości. Miała wreszcie stać jej własnością.
    Ciagle nic! prócz spływającego już strugą wodnych insektów. Łączyły się w rwący potok. O, pojawił się i drugi, na ścieżce pomiędzy piersiami.
    – Do cholery, jak długo mam tu siedzieć! – Spojrzała na zegarek, minęły dwie minuty. – Hello, world? Siedzę i czekam. Co mam zrobić? Matko, pomóż!
    Odpowiedź nie nadeszła.
    – Kim jestem? – z drżeniem w głosie zaryzykowała następne pytanie.
    Rozpaczliwie blokowała odpowiedzi, aby nie udzielać ich samej sobie. Przecież nie na to czekała. Nie na to.
    Przemoczona, w morzu insektów, które szturmem zaatakowały jej przedramiona, zerwała się z małego fotelika, wyściełanego zielonym sztruksem.
    – Odpowiedz – wykrzyknęła w kierunku nieba. – Co mi radzisz? – ponowiła, wyrzucając w desperackim geście ręce do góry.
    Niebo milczało, obojętne. Chmury nie zareagowały. Płynęły, nie zwracając na nią uwagi, więc zwróciła się do ziemi.
    – A ty, co powiesz? – zapytała.
    Stała drżąca w oceanie wody na swojej skórze. Wszędobylska szadź przystąpiła do zwycięskiego szturmu i zdobywała ostatnie szańce. Koszulę można byłoby wyżąć.
    Spuściła głowę, zgarbiła ramiona i wróciła do domu. Fotel pozostał.
    W kabinie pociągnęła dzyndzel prysznica do oporu. Rwący strumień zmywał ślady czekania. Czy można być bardziej mokrą?
    – Woda to zwykłe H2O, nie przesadzaj. Do biologii zakuwałaś, bo zależało ci na ocenie – usłyszała.
    – To nie tak, to wam zależało – krzyknęła.
    – Może. I może, jak zwykle masz rację.
    – Nie mam i wiedz, że i tak będę tam siedzieć.
    Elaine sięgnęła po ręcznik, wytarła się starannie, o czym poszła do pokoju matki. z komody wyjęła kolejną nocną koszulę.
    W końcu miała wolny dzień, to mogła podręczyć ducha.

  9. Elaine siedziała między domem a garażem, odziana tylko w starą, żółtą koszulę nocną swojej matki i czekała, aż coś się wydarzy. Był lipcowy, upalny poranek i po jej plecach pojedynczo, powoli, jak leniwe insekty, sunęły krople potu. Zapragnęła, żeby ból fizyczny nadał jej cierpieniu realnego kształtu, który można dotknąć. Aby móc poczuć w ustach słodkawy smak krwi…
    Umarło jutro, a z nim wszystko, co do tej pory wyznaczało codzienne zwlec się z łóżka dla zrobienia kilku kroków, a suchość policzków przestała być dla niej argumentem, żeby otworzyć oczy i spojrzeć w lustro.
    Wszystkie ulice miasta są ślepe – pomyślała i spuściła głowę. – Zło, które czai się gdzieś za rogiem, nawet się nie domyśli zwyczajnej potrzeby dostania w mordę.
    Tu i teraz zmieniły się w wieczność, bo już nie ma czego odliczać zegar i nawet wiatr zesztywniał w jednej pozycji, z wczorajszą gazetą przyklejoną do twarzy.
    Czekała na przyjście kogoś o oczach zapadłych, iskrzących się z głębi czaszki, kto jej oznajmi, że tak wygląda wewnętrzne piekło. I powieje chłodem tak mocno, jak nie powinno było wiać w ten lipcowy poranek. A żywi będą się mijać na schodach z umarłymi i nie będzie wiadomo, gdzie dokładnie jest koniec świata.
    Skąd tu nagle tyle czarnych ptaków? – zdziwiła się Elaine.

  10. Elaine zastanawiała się, skąd w jej głowie pojawiło się porównanie kropli potu do leniwych insektów. Owady są przecież zazwyczaj szybkie, zwinne. Roje much, stada szerszeni, pochody mrówek. Ujrzała je wszystkie przed oczami i zadrżała na samą myśl, że właśnie mogą szykować na nią atak. Żółć koszuli na pewno je zwabi, pomyślała. Pożółkłe paznokcie palacza. Jej miodowe włosy. Złote myśli. Żółte papiery w starej komodzie na strychu. Śniadanie. Banan wkrajany do płatków pszenicznych. Żółć w wątrobie.
    Na pewno już po nią idą.
    Dreptają małymi, owadzimi nóżkami, podśpiewując pieśń o topazowym, zmasowanym ataku. Na nogach poczuła mrowienie. Coraz wyżej. Coraz więcej małych, niespokojnych nóżek. Na brzuchu i karku. Na zaciśniętych ze strachu powiekach.
    Pozbyć się wszystkiego co żółte! – zakrzyczało coś w jej umyśle.
    Zrzuciła koszulę matki.
    Zamordowała słońce.
    Miodowe włosy upadły na zielony trawnik, kiedy pożółkłe paznokcie Elaine szarpały je w szalonym tańcu. Upadła. Zwymiotowała bananem i pszenicą.
    W ustach poczuła smak żółci. Leżała na plecach, czekając na śmierć. Była mistrzynią umierania. Była królową w gnieździe szerszeni. Matką, karmiącą złotymi sokami larwy przyszłych pokoleń. Kobiecością przyspawaną do rozpłodowego krzesła.
    Nagle z oddali dobiegł ją ciepły, męski głos.
    – Była pani dzielna, Elaine. – Młody mężczyzna w białym kitlu nachylił się nad nią i odpiął skórzane pasy.
    Podniosła się z łóżka i pobiegła w stronę drzwi. Przed wyjściem obróciła głowę i spojrzała na miodowe włosy lekarza. Jego żółte zęby. Trzaśnięcie drzwiami poprzedziło głośny upadek metalowej tabliczki, na której drukowanymi literami widniał napis żółty jak paznokcie Elaine: TERAPIA ELEKTROWSTRZĄSOWA.

    1. Bardzo dobre 🙂

Dodaj komentarz