Pisz razem z Jane Austen! KONKURS!

Pora na kolejny konkurs na blogu Pasji Pisania! Tym razem będziesz tworzyć w naprawdę doborowym towarzystwie – z samą Jane Austen. Do wygrania znakomita biografia „Jane Austen w domu” autorstwa Lucy Worsley.

Ogłaszam kolejny pisarski konkurs na blogu Pasji Pisania! Tym razem mamy dla was trzy egzemplarze wspaniałej biografii Jane Austen autorstwa Lucy Worsley – Jane Austen w domu – ufundowane przez Wydawnictwo Świat Książki.

Zadanie konkursowe jest związane z juweniliami Jane Austen. Zobaczcie:

„Jane marzyła o tym, by należeć do tego szczęśliwego grona, wydać książkę. Zachowały się trzy notesy zawierające jej wczesne utwory. Nazwano je Tom I, Tom II i Tom III, a zawierającą łącznie dwadzieścia siedem utworów, około dziewięćdziesięciu tysięcy słów, które musiały się wydać godne zachowania i zostały porządnie spisane. Notesy Jane otrzymała od ojca, a kosztowny papier to dowód jego silnego wsparcia: dwa szylingi, czyli tygodniową pensję pokojówki, kupowało się zaledwie czterdzieści osiem kart lub dwie libry papieru.
Papier wysokiego gatunku, czytelne pismo, starannie wykonane ostateczne kopie uprzednio pisanych sztuk i opowiadań: te trzy notesy były dziełem osoby, która widziała już siebie jako »autora«, kogoś, kto pragnął, by jego słowa się zachowały i były lubiane. Tytuły tomów sugerują, że tekst stanowił całość, coś konkretnego. Zrobiono wszystko, co można, by wyglądał jak prawdziwe drukowane książki”.

W tym dziełku znalazło się także opowiadanie Piękna Cassandra. Opowieść rozpoczyna się tak: „Kiedy Cassandra doszła do wieku szesnastu lat była ładna i wdzięczna, gotowa zakochać się w eleganckim kapeluszu”. Jej matka-modystka właśnie wykańczała kapelusz zamówiony przez hrabinę. Jednak kapelusz nie trafił do hrabiny, ponieważ to Cassandra „włożyła go na swoją delikatną główkę i wyszła z matczynego sklepu, szukać szczęścia w świecie”.

Niezły początek, prawda? Oto coś dla was! Jaką przygodę przeżyła Cassandra w swoim kapeluszu? Przedstawcie kompletną historię bądź jej fragment. Tekst konkursowy nie powinien przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Prace konkursowe wklejajcie jako komentarze do niniejszego wpisu do 12 maja włącznie. Autorzy najciekawszych tekstów otrzymają nagrody.

Pióra w dłoń, palce na klawiaturę! Czekamy na wasze prace!

Źródło cytatów: Lucy Worsley, Jane Austen w domu, tłum. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Alicja Kosim, Świat Książki, Warszawa 2019.
Źródło grafiki: http://lubimyczytac.pl/autor/11485/jane-austen

30 Replies to “Pisz razem z Jane Austen! KONKURS!”

  1. Michał, nie wstawiła się data. Do kiedy można wysyłać prace?

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Dzięki, Mariola, data już jest!

  2. Kiedy tylko matka wyszła z domu Cassandra zakradła się do jej pracowni i włożyła na głowę szykowany dla hrabiny kapelusz. Był piękny. Zdobiły go pióra i zasuszone gałązki owoców. Wydało się jej, że po drugiej stronie lustra stanął ktoś inny. Kapelusz dodał jej szyku, powagi i dojrzałego już piękna. Przestała być tym niewypierzonym podlotkiem.
    Natychmiast w jej głowie zrodził się plan. Poszła do swego pokoju i ubrała się do wyjścia. Założyła sukienkę, którą uważała za najpiękniejszą. Do tego szykowne pantofle i miniaturowa torebka. Wydała się sobie jeszcze piękniejszą.
    Kiedy wyszła z domu skierowała się w stronę centrum miasta, gdzie była szansa spotkać ludzi równie jak ona eleganckich i jak mniemała mieć szansę również być docenioną. Wkrótce znalazła się w parku. Przysiadła na pustej ławce.
    Gdy tak siedziała zauważyła, że mijający ją mężczyźni wodzą za nią wzrokiem. Na to ona też odwzajemniała spojrzenie, nawet uśmiechem. W pewnej chwili jeden z mężczyzn zatrzymał się przed ławką:
    – Czy tu jest wolne? – zapytał.
    – Naturalnie – odpowiedziała.
    Mężczyzna usiadł. Ten brunet mógł mieć ze trzydzieści lub czterdzieści lat.
    – Czy pani ma wolny wieczór? – zapytał.
    – Przecież się nie znamy – Cassandra bąknęła zmieszana.
    – A przepraszam. Richard, jestem – rzucił pośpiesznie.
    – A ja Cassandra – rzekła wstydliwie.
    – To świetnie! I już się znamy. A więc czy ma pani ochotę na małe co nieco?
    Jego wzrok przewiercał Cassandrę na wylot. Ogarnęło ją przerażenie. Wstała, lecz mężczyzna chwycił ją za rękę. Szarpnęła się gwałtownie co spowodowało, że sukienka się naddarła, a kapelusz spadł. Zaczęła uciekać w największym popłochu. Dopiero tuż przed domem zwolniła.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      No to mamy pierwszą pracę!

      Kto następny?

  3. Cassandra wiedziała, że jej matka ciężko pracowała nad, tym kapeluszem. Wisiał nad fasadą, taki perfekcyjny i niedostępny. Pudrowe wstążki, zwisały zwiewnie tworząc złudzenie, jakby to były najpiękniejsze skrzydła motyla. Chciałam go, tak bardzo pragnęłam założyć, go na głowę. Wystarczył jeden zdecydowany ruch i trafiłby w moje dłonie. Rozum mówił nie, jednak tłumaczyłam, to wczorajszą wizytą w kościele i pouczającą nauką o życiu w pokorze. Nagle drzwi, od sklepu uchyliły się, chwila, moment i kapelusz trafił w moje dłonie. Wystraszona, iż to pewnie hrabina przyszła po odbiór zamówienia postanowiłam go „porwać”.
    Wybiegłam ze sklepu tylnym wejściem i z ogromnym impetem runęłam na ulicę. Zawsze twierdziłam, że pobliskie krawężniki są stanowczo zbyt wysokie. Poczułam nagły przypływ gorąca i chyba straciłam przytomność na krótką chwilę.
    -Nie wypada takiej uroczej panience, leżeć tak bezwładnie na bruku – usłyszałam nieziemsko głęboki głos, nad swoją głową.
    -Nie było to zapewne, moim zamiarem – powoli odkręciłam głowę w lewą stronę i ujrzałam, te idealnie wypastowane pantofle. Im wyżej mój wzrok prowadził, tym większe zdziwienie mnie ogarniało. Miałam przed sobą okazałego mężczyznę w eleganckim mundurze, okrytego purpurową peleryną. Nigdy wcześniej nie widziałam, go w mieście. Miał w sobie coś z barona, albo hrabiego jakiegoś. Czasami niektórzy, jawią się nam tak dostojnie, on właśnie taki był.
    -Panienka chyba mocno uderzyła się w tą, jakże drobną główkę – patrzył na mnie, jak na małego szczeniaka. Nie widziałam, jednak żadnych emocji w jego oczach, istna pustka. Taki manekin sklepowy, proporcje zachowane, odzienie odpowiednie, brak duszy.
    -Dostojny Pan, chyba przejazdem? – chciałam wybadać grunt.
    -Ależ skąd, onieśmiela mnie Panienka – mignął mi błysk jego oka, jakie to niespotykane – Jestem książę Artur, we własnej osobie.
    -Niezła próba, jednak kiepski aktor – zastanawiałam się, skąd wypożyczył ten realistyczny strój.
    -Rozumiem. Słowa, wiele nie dadzą. Przejdę więc do czynów, zechcesz się wybrać, ze mną na małą przejażdżkę? – podał mi swoją szlachetną dłoń i podciągnął do góry – zapraszam uroczyście do mojej karocy.
    Nagle pojawiła się nie wiadomo skąd, ogromna karoca. Drzwi same się uchyliły i nagły podmuch powietrza, pchnął nas do wnętrza. Cała wykonana była ze złota, jestem pewna, na złocie się znam. Siedzenia wysłane były, najmilszym aksamitem obitym cyrkoniami.
    -Do pałacu?! – krzyknął woźnica
    -Poproszę! – I przygoda się zaczęła, moja przygoda z księciem – nie zdążyłem Panience sprawić komplementu. Mój wzrok wręcz oszalał na widok, tego oszałamiającego kapelusza, zechce mi go najmilsza pokazać?
    -Ależ oczywiście –zdjęłam nakrycie z głowy, jego dłoń wręcz mi, je wyrwała.
    -Cóż za szyk, perfekcja i dostojność w jednym – nałożył kapelusz na głowę i popadł w samo zachwyt. Co za narcyz, nagle stałam się dla niego niewidzialna. Krzyczał we wszystkie strony, jaki to on jest piękny i dostojny i żeby wszyscy go podziwiali.
    -Potraktuję, ten kapelusz jako dar od poddanej. Powinnaś czuć się dumna z faktu, iż sprawiłaś mi taką radość – nie wierzyłam własnym uszom.
    -Nie mogę ci go ofiarować, wybacz Panie – jego poliki nabrały purpurowej barwy. Wystraszyłam się, że zamknie mnie najwyższej wiedzy.
    -Dobrze w taki razie, będę przyjmę sklep twojej matki – zdjął kapelusz i wyrzucił, go przez okno karocy – Uprzedzę, cię tylko, to nie było pytanie – powóz się zatrzymał, drzwi się uchyliły a ja wyleciałam ponownie na bruk. Nie wiem jakim cudem, znalazłam się ponownie pod sklepem mamy.
    -Co ty najlepszego zrobiłaś córko!- Matka wybiegła za sklepu i zaczęła wymachiwać rękami we wszystkie możliwe strony – właśnie przyjechał do mnie posłaniec króla i okazał dokument, który odbiera mi prawa do mojego lokalu. Przy okazji poinformował mnie, że stało się to za sprawą mojej jedynej córki, możesz mi to wyjaśnić!?
    -Mamo ale, to ten książę, on mnie porwał i zbałamucił – nie mogłam wyznać jej prawdy, to by ją zabiło.
    -Tak? W takim razie, jakim cudem miał mój kapelusz?! – słabo, boże jak mi było słabo. Przecież wyrzucił go do rowu. Jechaliśmy tak szybko, to niemożliwe. Musiałam jednak wyznać prawdę.
    -Wiem, że popełniłam potworny błąd, ale to ja. To moja wina, tylko i wyłącznie moja. Urzekło mnie piękno, tego kapelusza, więc ukradłam go i wtedy właśnie książę porwał mnie do karocy. Nie chciałam oddać mu nakrycia głowy i wtedy właśnie, zdecydował się odebrać nam, nasz zakład. Wybacz mi mamusiu, och wybacz ja jestem taka głupia. Ja to naprawię, wszystko naprawię, będę ciężko pracować, tylko kochaj mnie nadal błagam – I w tym samym momencie, rozpędzona karoca wjechała na chodnik i tym samym mnie stratowała. Ciemność, ponownie wszechogarniająca ciemność.
    -Skarbie, ubrudzisz sobie sukieneczkę. Powstań proszę – Mama, mamusia to był jej głos.
    -Mamo ja cię przepraszam, tak bardzo przepraszam, ja już nigdy nic nie ukradnę- Łzy leciały ciurkiem po nabrzmiałych polikach.
    -Najsłodsza, ale o czym ty mówisz, co ty ukradłaś?
    -No kapelusz, ten przeklęty kapelusz!
    -Pani Hrabina właśnie przyszła go odebrać, musiał wylecieć oknem przez ten potworny wiatr i znalazła, go przed wejściem – Mama podniosła, mnie delikatnie i pocałowała w policzek – chyba mocno się uderzyłaś, prawda?
    -Czyli księcia nie było? Nie zabrali nam zakładu? Kochasz mnie wciąż?
    -Kwiecie mój najpiękniejszy, nie wiem co ty bredzisz, ale ja zawsze będę cię kochać. Nie straszne mi wiatry, konflikty, czy nieporozumienia, ty już do końca życia pozostaniesz moją najukochańszą córką.

    1. Zapomniałam dodać, że autorką jestem ja czyli Natalia 🙂

      1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

        Ok:)

  4. Tego zwyczajnego dnia położonego w sporej odległości od rozmarzonego świata młodej dziewczyny, jakby wypogodziło się. Nagle pod wpływem kroku urodziwej młodej damy, świat zawirował a bruk po którym stąpała zaczął mienić się barwami szkarłatnych nadziei. Oszołomiona nowością i czynem na który się ośmieliła sprawił, że z początku mocno skupiła się na kapeluszu czy aby wiatr go nie porwie lub nie zsunie się nieopacznie. Chadzanie bez nakrycia glowy bylo czymś w rodzaju uchybienia, utrzymanie fryzury było bardzo kłopotliwe a i młodzi panowie śmielej spogladali, jakby mówili w swych myślach: wsiu bziu panieneczce w główce. Wreszcie odważyła się złamać przyzwyczajenie i konwenanse. Tylko jeden pomysł jasno migotał jej przed oczyma wyobraźni. O nie, nawet najsilniejszy powiew wiatru nie był w stanie wywiać jej go z główki. W sakiewce która chowała w fałdach sukni, miała uzbierane trochę grosza. Upewniła się, że sakiewka nadal tkwi na swoim miejscu i śmiało skinęła na dorożkarza. Z lekkością i szerokim uśmiechem wskoczyła do środka zakrzykując: kawiarnia , de la finito! Położenie francuskiej kawiarenki było idealne na spędzenie reszty dnia bez towarzystwa. Antykwariat na rogu ulicy miłej, gdzie była też de la finito! zamierzała odwiedzić w pierwszej kolejności. W trakcie przejażdżki rozmyślała czego potrzebuje, jaka będzie jej pierwsza książka? Ile czasu zajmie jej wybranie czegoś wyjątkowego i czy wypada w pojedynkę do samego wieczora zasiedzieć się z książką w ręku? Jedno jest pewne, wróci przed zmierzchem, by nie zmartwić bliskich. Już na samym wejściu do sklepu otoczy ją zapach przygody i piżma. Tak też się stało. Pomimo wszędobylskiego kurzu i mnogości książek na których osiadł, słoneczne promienie rozjaśniły to miejsce i nadały mu wygląd miejsca dostojnego i wyjątkowego. Spojrzenie pana zza lady, które złapała, mówiło o lekkim zdziwieniu. Czyżby odkrył jej sekret? Kapelusz z pewnością dodaje jej powagi i ukrył młody wiek.

  5. Trzymała głowę wysoko i dumnie stąpała, by kapelusz nie przesuwał się i wyglądał dostojnie. Miała wrażenie, jakby wszyscy tylko na nią patrzyli, a świat wydawał się taki piękny i wspaniały. Tego uczucia, które towarzyszyło, przy każdym stawianym kroku w tym wysmakowanym, eleganckim kapeluszu nikt jej już nie odbierze.
    Mijała dumnie witryny sklepowe, zerkając w nie co chwila, aby upewnić się, że kapelusz tam nadal jest. Tym razem jej wzrok powędrował w kierunku dziewczynki z kwiatami, która stała na rogu kamienicy. Jej obszarpana sukienka dotykała brudnego chodnika, a spod niej wystawały dwie małe, zupełnie gołe stópki. Cassandra widziała dziewczynkę o piwnych oczach już kilka razy, jednak dopiero dziś zobaczyła, te małe, brudne zziębnięte stópki. Wiedziała, że dziewczyna jest sierotką i śpi w piwnicy, a całymi dniami sprzedaje kwiaty, próbując zarobić na jedzenie.
    W następnych witrynach już nie znalazła uśmiechu na swojej twarzy, a jej szczęście gdzieś uleciało. Zatrzymała ją tylko jedna witryna, a na wystawie znalazły się czerwone, sznurowane trzewiki, o których zawsze marzyła. Wchodząc do środka, słyszała bicie swojego serca, bo decyzja, którą podjęła może nie być zrozumiała dla jej matki. Nie musiał długo namawiać właścicielki i elegancki kapelusz powędrował do niej, w zamian za buty. Biegła co sił w nogach, przytulając cenne buty. Kiedy dziewczynka z kwiatami założyła trzewiki, łzy zalały jej małą twarzyczkę, a małe rączki tuliły Cassandrę. To dziwne, ale wracając, czuła się tak samo, jakby miał ten piękny kapelusz, a przecież go już było. Jednak czuła się dojrzale i mogła wysoko polecieć na skrzydłach szczęścia, aż pod samo niebo.

  6. Pierwsze w życiu randez-wous.
    Strach i nadzieja.
    Radość i niepewność
    I ten słodki ucisk pod sercem.
    Cassandra czuje się piękna, w słomkowym kapeluszu, przystrojonym niebieskimi kwiatami. To istne dzieło sztuki, ostatni krzyk mody – szyk i elegancja; bukiecik fiołków upięty czarną aksamitką i fiołkowe oczy ukryte w półcieniu, pod szerokim rondem.
    Na ulicy tłum przechodniów.
    Cassandra czuje ich spojrzenia; zazdrość w oczach kobiet, podziw w oczach mężczyzn.
    Brakuje odwagi by iść dalej.
    Brakuje siły by zawrócić.
    I wtedy witryna sklepowa, niczym lustro, odkrywa przed nią taki widok:
    Piękna kobieta.
    Modna dama.
    Cassandra zostawia swą niepewność i z poniesioną głową, niemal płynie ponad ziemią, dyskretnym i wyniosłym skinieniem, odwzajemniając pozdrowienia przechodniów.
    I już jest w parku.
    Długa, szeroka aleja prowadzi ją do celu. Przy alei szpaler bzów, pozdrawia fiołki siostrzanym kolorem. Gdzieś tam w oddali, w umówionym miejscu czeka ten, dla którego ukradła kapelusz.
    Serce tak mocno bije, brakuje tchu, a figlarne fiołki, szeleszcząc na wietrze, śpiewają jej do ucha; kocha, lubi szanuje; nie chce, nie dba, żartuje; kocha, lubi szanuje……
    Cassandra zmieszana, zakochana, znów nie wie; iść, czy nie iść?
    Nagle deszcz.
    Rzęsisty, wiosenny, niespodziewany.
    Dziewczyna tuląc kapelusz do serca, umyka pod najbliższe drzewo, lecz przegrywa z żywiołem; kapelusz zniszczony, kwiaty potargane, woda ścieka niebieską strużką, plamiąc piękne rondo.
    Z nieba – na dno piekła. Wszystko stracone!
    Postanawia uciekać. Wybiega na deszcz – zdyszana i mokra wpada w ramiona chłopaka i wita go rumieńcem.
    A on drżącą dłonią, odgarnia z jej twarzy mokre kosmyki włosów.
    – Jesteś piękna – mówią jego oczy.

  7. Cassandra rozejrzała się po zapleczu sklepu- upewniona, że nikt jej nie widzi, wyszła na zewnątrz. Jeśli miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia, wobec zakazów matki, ukryła je za promiennym uśmiechem, na który padał cień wielkiego ronda lawendowego kapelusza. Przeszła dziedziniec i ruszyła w stronę kościoła, za którym ciągnęła się wąska droga, prowadząca do posiadłości hrabiny Gasswell.
    Minęła bramę cmentarza, weszła na ścieżkę wijącą się między polami, usłanymi złotymi kłosami zbóż. Otwartą dłonią, muskała ich nabrzmiałe kwiatostany. Kiedy przeszła zagajnik, przystanęła. Z tej odległości mogła delektować się widokiem dworu, otoczonego zadbanym ogrodem, wzdłuż którego rozciągało się jezioro Blue Lake. Taflę wody przecinała niewielka łódka. Cassanda była pewna, że w środku jest hrabina i jej wnuk, Peter. Na tę myśl zarumieniła się. Przyglądała się postaciom, jakby chciała dostrzec Petera i tak dobrze znane jej szczegóły- włosy w kolorze dojrzewającego zboża, wąskie usta, nad którymi spoczywał niewielki pieprzyk, jasną cerę pokrytą delikatnymi piegami i oczy niebieskie jak odbijające się niebo w srebrzystej wodzie. Cassandra zdjęła z głowy kapelusz i przytuliła do piersi. Nietuzinkowa kompozycja kwiatów i piór harmonijnie łączyła odcienie lawendy i błękitu. Tak bardzo ten kapelusz pasowałby do jej delikatnej cery i jasnych włosów, które hrabina nazywała ,,rozkosznymi sprężynkami”. Ale czy ona pasowałaby do niego? Do rodziny Gasswell? Do Petera? Jakie miała szanse? Cassandra, córka modystki! Nawet jeśli wzrok Petera zbyt długo zatrzymywał się na jej oczach, a jego dłoń ukradkiem muskała jej palce, czy wolno było jej dopuszczać do siebie takie niedorzeczności?

  8. Nie będzie przesadnym stwierdzenie, że skłonność do intensywnego przeżywania radości oraz smutków, jaka cechuje szesnastoletnie dziewczęta, przejawiała się u Cassandry niezwykle często i silnie. Teraz panna Seagrave zdawała się być wprost odurzona szczęściem, a całkowitą odpowiedzialność za wpędzenie jej w ten stan emocjonalny ponosił elegancki kapelusz, który porwała ze sklepu matki. I o ile sam czyn może na pierwszy rzut oka wydać się naganny, o tyle podyktowany był uczuciem szczerym, gwałtownym i ze wszech miar niespodziewanym.
    Minęło zaledwie kilka chwil, odkąd Cassandra stała się właścicielką tego wytwornego nakrycia głowy, a już postanowiła, że nigdy go hrabinie nie odda. Cóż z tego, że dla arystokratki był przeznaczony, skoro na główce Cassandry prezentował się wprost idealnie? „Uratowany” przed losem krótkotrwałej uciechy hrabiny kapelusz nie miał co prawda w tej kwestii swojego zdania, ale bardzo źle znosił podróż ku wolności, której, z nieznanych mu przyczyn, stał się bezwolnym uczestnikiem. Chcąc bowiem jak najszybciej nacieszyć się obiektem swych uczuć w samotności, młoda wielbicielka mody szła znajdującą się na obrzeżach miasteczka drogą zdecydowanie zbyt energicznym krokiem niż na dystyngowaną damę przystało.
    Dotarłszy nad rzekę, Cassandra wreszcie poczuła się wolna. To tutaj, z dala od podejrzliwych ludzkich spojrzeń, z dala od sztywnych konwenansów, pośród letniej przyrody, będzie mogła zrzucić maskę, znienawidzony wytwór społeczności, w której przyszło jej żyć. W przypływie ogromnej radości, wcale nie zważając na swą suknię, Cassandra opadła na porosłą bujną trawą ziemię, a tuż obok niej wylądował kapelusz. Ujęła go w dłonie, by sprawdzić, czy nie ucierpiał w wyniku tego szalonego spaceru, jaki wspólnie odbyli. Pomyślała, że w blasku słońca prezentował się jeszcze okazalej niż w zaciszu pracowni i sklepu jej matki-modystki.
    Rozkoszując się swą zdobyczą, Cassandra próbowała uciszyć tlący się w głębi jej duszy głosik, który moralizatorskim tonem nawoływał ją do powrotu do domu i poniesienia konsekwencji tego okropnego, jak twierdził, wybryku. Aby uciec od narastającego poczucia winy, zerwała się z miejsca i zaczęła podziwiać dzikie kaczki, z wdziękiem sunące po srebrzystej tafli wody.
    Z zamyślenia wyrwał ją bliżej nieokreślony hałas dobiegający ze znajdującego się nieopodal rzeki zagajnika. Cassandra czym prędzej włożyła na głowę kapelusz i pomknęła w kierunku lasku. Gdy zanurzyła się w przyjemnym cieniu drzew, usłyszała zlepek wykrzykiwanych w złości słów. Wtórował mu dziewczęcy płacz, dźwięk będący w stanie przeszyć na wskroś serce każdej wrażliwej istoty. Oburzona grubiańskim zachowaniem mężczyzny, któremu najwyraźniej obce były dobre maniery, Cassandra wyłoniła się zza drzew i z iście marsową miną, pobiegła na pomoc doznającej krzywdy dziewczynie.
    – Proszę natychmiast przestać znęcać się nad tą młodą damą! W innym wypadku srogo pan tego pożałuje! – zakomunikowała zdumionemu mężczyźnie Cassandra. – Ty…, ty gburze! – dodała, wycelowując w niego swój zgrabny paluszek i poddając się bez walki atakowi niekontrolowanej złości.
    – Słuuuchaaam?! – wykrzyknął rozwścieczony „gbur,” a na końcu pytania bas w jego głosie przeszedł w dziewczęcy pisk. – Jak pani śmie kierować pod moim adresem obelgę tak niegodziwą, tak niedorzeczną?! Kim pani jest?! – kipiał z oburzenia, nie bacząc na ciche pochlipywania stojącej obok niego dziewczyny, która raz po raz spoglądała nerwowo na Cassandrę, a po jej rumianych policzkach nieprzerwanym potokiem spływały łzy.
    – Szanowny panie… – Cassandra starała się, by słowa znów nie wymknęły jej się spod kontroli – Powinien szanowny pan wiedzieć, iż zachowaniem doprawdy godnym potępienia jest uchybianie… – nie zdołała jednak dokończyć tej myśli, gdyż jej przeciwnik, mężczyzna lat około sześćdziesięciu, nieco korpulentny, z długim, siwym wąsem, który wprawiany był w ruch za każdym razem, gdy jego właściciel zwracał się gniewnie do Cassandry, jegomość zadbany i bez wątpienia majętny, przerwał wywód młodej obrończyni pokrzywdzonych, z impetem przystępując do ataku.
    – W całym mym życiu nikt, ale to nikt nie okazał mi braku szacunku w sposób tak haniebny, jak przed chwilą uczyniła to pani – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Uważam pani zachowanie za absolutnie skandaliczne i godzące w me dobre imię, najbardziej jednak oburza mnie cechująca panią skłonność do ferowania wyroków bez jakiejkolwiek, podkreślam, jakiejkolwiek wiedzy na temat zaistniałej sytuacji. Trzeba bowiem pani wiedzieć, że ta oto młoda dama bezprawnie wkroczyła na teren mych włości, które rozciągają się od znajdującego się za naszymi plecami zagajnika – nie bez satysfakcji wyjaśnił mężczyzna.
    – Ależ ja… – wyjąkała niepewnie Cassandra.
    – Ależ pani wysnuła błędny i jakże krzywdzący mą powszechnie poważaną osobę wniosek. Nie pozostaje mi nic innego jak domagać się od pani przeprosin, a potem zatroszczyć się, by tę oto pannę spotkała zasłużona kara. I nade wszystko muszę ustalić, czy nie skłamała, mówiąc, że weszła do mojego zagajnika, ponieważ szukała swej pani, która godzinę temu zniknęła podczas przechadzki wzdłuż rzeki i… – tutaj nieoczekiwanie zawiesił głos i zaczął intensywnie przyglądać się Cassandrze.
    Pan Falcon, bo tak nazywał się temperamentny jegomość, zignorował fakt, iż jej strój był w lekkim nieładzie. W mgnieniu oka ocenił, że nieco wygniecioną suknię z tkwiącymi w niej tu i ówdzie źdźbłami soczyście zielonej trawy oraz płatkami barwnego kwiecia wykonano z przedniej jakości materiału i hojnie, aczkolwiek nieprzesadnie, przyozdobiono finezyjnym haftem, co nadało jej nadzwyczaj elegancki wyraz. Pan Falcon miał wobec tego nieodparte wrażenie, że stojąca przed jego obliczem panna pochodziła z rodziny należącej do śmietanki tutejszej socjety.
    I gdyby nawet dał się w tej ocenie zwieść, czy to pięknej sukni nieposkromionej i uroczej zarazem nieznajomej, czy też arystokratycznym rysom jej twarzy, to jednej rzeczy był absolutnie pewien. Tylko przedstawicielka najwyższych sfer, potomkini któregoś z najznamienitszych angielskich rodów mogła dopełnić swój strój tak wykwintnym kapeluszem. Te misterne zdobienia, ta dbałość o każdy detal, a nade wszystko oryginalność kompozycji świadczyły o tym, że stworzył go prawdziwy artysta. A na dzieła takowych mistrzów stać przecież wyłącznie najbogatszą arystokrację. Oczywiście! Dlaczegóż nie wpadł na to od razu?
    Wtem na twarzy pana Falcona odmalował się wyraz zakłopotania. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby nie mógł zaczerpnąć powietrza i Cassandra przeraziła się, że jej „akt bohaterstwa” za chwilę zaważy na jego życiu bądź zdrowiu.
    – Mhmm… Bardzo niefortunnie zaczęła się nasza znajomość – zwrócił się w końcu do Cassandry. – Powinienem był domyślić się, że to pani jest „zgubą,” której poszukuje służąca – jego wzrok powędrował ku zapłakanemu i wystraszonemu dziewczęciu, niewiele starszemu od Cassandry.
    – Ja… Obawiam się, że to ogromne nieporozumienie… – próbowała wytłumaczyć fatalną pomyłkę panu Falconowi Cassandra.
    – To straszne nieporozumienie, moja droga pani. Proszę mi wierzyć, że ubolewam nad swą pomyłką i chwilową utratą przenikliwości pod wpływem emocji. Niech zatem będzie mi wolno się przedstawić. Jestem Jeffrey Falcon – powiedział mężczyzna i ucałował rękę Cassandry, która na dźwięk jego nazwiska za wszelką ceną usiłowała zachować spokój, gorączkowo rozmyślając nad wyjściem z tej absurdalnej sytuacji.
    – Cassandra… Smith – skłamała, a pan Falcon obdarzył ją przyjaznym uśmiechem.
    – Czy wolno mi zatem będzie zatrzeć niekorzystne wrażenie, jakie musiałem na paniach wywrzeć, i zaprosić je na popołudniową herbatę do mej letniej rezydencji? – zapytał ze szczerością w głosie pan Falcon.
    Cassandra spojrzała na towarzyszkę swej niedoli, która wyglądała na równie skonfundowaną i przerażoną co ona sama. Już miała odrzucić zaproszenie pana Falcona, gdy ciekawość świata wzięła górę nad strachem.
    – Będziemy zaszczycone, mogąc gościć w pańskiej rezydencji – odpowiedziała z entuzjazmem w głosie, by dodać sobie otuchy.
    – Wspaniale! – ucieszył się pan Falcon. – Gwarantuję paniom miłe popołudnie w doborowym towarzystwie. A pani, moja droga Cassandro, z pewnością znajdzie bratnią duszę w osobie hrabiny Hatterley. Podobnie jak pani, hrabina ma wyśmienite wyczucie stylu. Uwielbia kapelusze i wiem, że dziś popołudniu zaprezentuje się nam w swym nowym nabytku – oznajmił pan Falcon.
    To był dopiero początek kłopotów Cassandry, o czym spragniona przygód miłośniczka cudzych kapeluszy miała przekonać się już wkrótce.

  9. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Cassandra syciła wzrok liliowymi różami i nastroszonymi piórami wpiętymi w bladoróżową wstęgę drapowanego tiulu. Nie mogła znieść myśli, że elegancja stworzona dłońmi matki przepadnie w gęstwinie loków hrabiny. Włożyła kapelusz i wyszła na ulicę. Spieszyła, urzekać świeżością i roztaczać czar młodości.
    Tego dnia miasto objął we władanie wiatr. Smagał podmuchami i gwałtownie szarpał suknię. Cassandra postąpiła kilka kroków, gdy poczuła na plecach chłodne pchnięcie, a przed sobą ujrzała toczący się kapelusz. Podążyła za nim bez wahania. Podskakiwał na nierównościach, przystawał, to znów zrywał się i niesiony niewidzialną siłą żeglował na falach wiatru. Nie ustawała w wysiłkach, choć długa suknia i niewygodne trzewiki utrudniały gonitwę.
    Spomiędzy kamienic wiatr przywiał stukot kopyt. Kapelusz wpadł wprost pod koła powozu. Woźnica wstrzymał konie. Cassandra przystanęła. Z okna wychyliła się głowa młodzieńca, w czarnym eleganckim kapeluszu.
    – Co, do kroćset…! – krzyknął. – Dlaczego stoimy?!
    Brak odpowiedzi, zmusił go do opuszczenia powozu. Obok parkanu dostrzegł dziewczynę; jej dłonie obejmowały wylęknioną twarz, a kapelusz – przyczyna ambarasu – sponiewierany i targany wiatrem, próbował wyrwać się z niewoli.
    – Edwardzie, cofnij powóz! – zawołał. – Panienka jest w tarapatach! – Zdjął kapelusz i przyciskając go do piersi, złożył głęboki ukłon.
    – Panienka pozwoli, hrabia Arthur Somerset. Moje uszanowanie!
    Skinęła głową i elegancko dygnęła.
    – Cassandra Winsley, bardzo mi miło – odpowiedziała, a uśmiech rozjaśnił stroskane dotąd oblicze.
    Hrabia uwolnił kapelusz spod powozu. Oddając go musnął dłoń Cassandry, a z błękitu nieba w jej oczach, wyczytał prognozę miłości.

  10. Co za tupet! Wymknąć się tak niepostrzeżenie! Oszukać ją, Annę! A przecież planowały tę ucieczkę razem! W każdy niedzielny zimowy wieczór snuły plany, jak to będzie, gdy już dotrą do Marsylii, obmyślały, gdzie się zatrzymają… Chodziły na dworzec sprawdzać godziny odjazdu pociągów, marzyły o spacerach po plaży rozgrzanej południowym słońcem, o rześkim powiewie morskiej bryzy… Wszystko na nic! Ta podła Cassandra zburzyła ich misternie układane plany! Anna krąży po pokoju wściekła jak osa. Nie może znaleźć sobie miejsca. Ciężko jej uwierzyć w nikczemność siostry. Ta zawsze uczynna, dobroduszna istota wystawiła ją do wiatru. Szybko! Musi obmyślić nowy plan działania. I zemsty! Nie pozwoli, żeby uszło jej to na sucho! Potok niszczycielskich myśli przerywa pukanie do drzwi. Anna siada na łóżku, wygładza fałdy sukni i bierze głęboki wdech.
    – Kto tam? – Z trudem opanowuje drżenie głosu. Czyżby Cassandra jednak o niej nie zapomniała? Ach nie, to tylko matka. Przyszła zapytać, czy Anna nie widziała nowego kapelusza dla hrabiny. Szuka go wszędzie od samego rana. A więc ta podła niewdzięcznica zwinęła również kapelusz! Ukradła jej nie tylko marzenia, ale też od dawna pożądany przedmiot! Przecież to Anna miała w nim paradować po plażach Marsylii! Już ona jej pokaże! Trzeba tylko spławić matkę, a potem biec na dworzec… Byle szybciej. Byle dalej. Byle na południe!

    Cassandra siedzi w przedziale pociągu i nerwowo ściska w dłoni bilet. Patrzy tępym wzrokiem na mijające za szybą krajobrazy. Co ona zrobiła! Jak mogła tak postąpić wobec kochającej matki i siostry? Wyrzuty sumienia nie dają jej spokoju. Jednak wie, że nie miała wyjścia. Poprawia fałdy sukni skrywającej zaokrąglony brzuch. Pod szerokim rondem kapelusza chowa zawstydzony wzrok. Żeby tylko Thierry czekał na nią w Paryżu…

  11. Cassandra przystanęła na moście Pulteney, rozkoszując się widokiem. W wytwornym kapeluszu hrabiny Bath wydawało się jej pachnieć dużo intensywniej: podeszczową świeżością i rozkwitającymi żonkilami. Rzeka Avon płynęła tego dnia spokojnie, a mieszkańcy, ciesząc się wyjątkowo wczesnym nadejściem wiosny, wylegli masowo z domów.
    Jej uwagę przykuł kawaler, siedzący na ławce pod starym dębem, głęboko pogrążony w lekturze. Wraz z siostrami miały sposobność go przelotnie poznać. Jeśli dobrze pamiętała, nazywał się Thomas Waldorf i był synem pastora. Studiował medycynę w Londynie, a do Bath przyjeżdżał, by odwiedzić ojca. Musiał to być młodzieniec inteligentny, sądząc po tym, jak bardzo zajmowała go książka.
    Z zadumy wyrwało Cassandrę dwoje roześmianych dzieci, które okręciwszy pętelkę wokół jej sukni sprawiło, że zachwiała się i runęła ciężko na ziemię. Gdy uniosła głowę, zobaczyła, jak nagły podmuch wiatru porywa kapelusz hrabiny, podrzucając go rytmicznie nad rzeką, jak gdyby tańczył z nim walca.
    -O, nie! – wykrzyknęła, nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Zaczytany młodzieniec stanął w tej chwili na równe nogi i zgrabnym susem wskoczył do lodowatej rzeki, w pogoni za kapeluszem. Zrozpaczona Cassandra stała na brzegu, załamując ręce. Po chwili ujrzała zbliżającego się w jej kierunku Thomasa Waldorfa. Przemoczony do suchej nitki, z burzą oszałamiająco rudych loków, wręczył jej zrujnowany kapelusz.
    -Oddaję pani własność – powiedział, uśmiechając się przepraszająco.
    -Nie wiem, jak panu dziękować, doprawdy! – zarumieniła się.
    -Proszę pozwolić odprowadzić się do domu. – Gdy Cassandra ujęła go pod ramię, jej szesnastoletnie serce zabiło mocniej i to bynajmniej, nie ze strachu przed tym, co powie jej matka, gdy się dowie, że cała praca ostatniego tygodnia poszła na marne.

  12. „Kiedy Cassandra doszła do wieku szesnastu lat była ładna i wdzięczna, gotowa zakochać się w eleganckim kapeluszu. Jej matka-modystka właśnie wykańczała kapelusz zamówiony przez hrabinę. Jednak kapelusz nie trafił do hrabiny, ponieważ to Cassandra włożyła go na swoją delikatną główkę i wyszła z matczynego sklepu, szukać szczęścia w świecie.”

    Szczęście w rozumieniu Cassandry miało zapach werbeny i zakurzonych woluminów. I nie było udziałem dziewcząt skromnie urodzonych takich jak ona, skazanych od wczesnych lat na pracę kosztem edukacji.

    Ale kapelusz hrabiny, z delikatną niczym pajęczyna woalką, odbierał Cassandrze jej niepozorną tożsamość, oferując w zamian odwagę i poczucie sprawczości. Wkraczając do gmachu biblioteki nie wyglądała na pospolitą dziewczynę, przyuczaną do zawodu modystki. Dyrektorowi tej szacownej instytucji, wydała się raczej kimś, kto doskonale wie czego chce i nie ustąpi dopóki tego nie dostanie.

    – Ja w sprawie pracy w bibliotece – powiedziała wręczając starannie wypełnione podanie.

    – Nie mamy żadnych wakatów – odpowiedział. – Przykro mi. Zresztą – odchylił się w fotelu – w naszej instytucji pracują jedynie mężczyźni.

    Na twarz Cassandry wystąpił gniewny rumieniec, stalowe oczy błysnęły wrogo zza woalki. Spodziewała się takiej odpowiedzi. I była gotowa do ataku.

    – Panie dyrektorze – powiedziała siląc się na obojętny ton – z całym szacunkiem. To błąd! Upowszechnianie czytelnictwa bez udziału kobiet jest skazane na porażkę .- Rozsiadła się wygodniej w fotelu i rozpoczęła płomienny wywód. Na koniec wymieniała wszystkie swoje umiejętności i zalety, której jej zdaniem były absolutnie niezbędne w pracy bibliotekarza. Skromną edukację, zakończoną raptem na kilku klasach, przemilczała.

    Dyrektor kręcił przecząco głową. Raz po raz wstawał zza biurka, próbując dać jej do zrozumienia, że czas kończyć rozmowę. Ona wtedy podnosiła głos i z jeszcze większą pasją mówiła o książkach i przymiotach swojego charakteru.

    – Już dobrze, dobrze – powiedział wreszcie zrezygnowany – Naszemu młodszemu bibliotekarzowi przydałaby się właściwie pomoc. Może pani pracować jako jego asystentka – Widząc jej szeroki uśmiech szybko dodał – Ostrzegam jednak, że pensja jest więcej niż skromna.

    Cassandra pożegnała się uprzejmie, poprawiła kapelusz i wyszła. Kiedy stanęła na progu biblioteki, odetchnęła głęboko. W powietrzu unosił się zapach werbeny rosnącej w okalającym budynek ogrodzie. Choć o tym jeszcze nie wiedziała, właśnie postawiła pierwszy krok na wyboistej drodze, która w ciągu trzech dekad miała ją zaprowadzić jako pierwszą kobietę na stanowisko dyrektora biblioteki narodowej.

  13. Kiedy Cassandra doszła do wieku szesnastu lat była ładna i wdzięczna, gotowa zakochać się w eleganckim kapeluszu…Tym, który czekał, w pracowni jej matki na właścicielkę, hrabinę de Boley. Hrabina de Boley…Cassandra zamyśliła się przywołując w myślach postać kobiety. Dystyngowanej i pięknej, nieodmiennie wzbudzającej zachwyt w Cassandrze godnością z jaką rozdawała uśmiechy podczas niedzielnych przejażdżek powozem. Ech, gdyby tak choć przez chwilę… – Rozmyślała dziewczyna obchodząc stolik, na którym leżał kapelusz. Zmrużyła powieki i wyciągnęła obie dłonie. Ostrożnie włożyła go na swoją delikatną główkę i wyszła z matczynego sklepu, szukać szczęścia w świecie.
    Udała się nad strumyk, dokąd często przechadzała się z kuzynką Lucy. Szła dostojnym krokiem, oddając się marzeniom. Słała na boki ukłony niewidzialnym sąsiadom i znajomym.
    – Panno Lucy, Hrabio Darcy, Lady Prisillo! Och ilu ich jest! Wszyscy patrzą na mnie z takim zachwytem, cieszyła się jako Lady Cassandra.
    Przy strumyku jej wyobraźnia rozpoznała sylwetkę Dewona, syna hrabiny de Boley. Urodziwego młodego mężczyzny, do którego wzdychały okoliczne dziewczęta.
    Serce Cassandry mocniej zabiło, na policzki wstąpiły rumieńce, a w usta, niczym nieograniczona, odwaga.
    – Czyżby panicz szukał żab na obiad? – Pozwoliła sobie na uśmiech.
    – Widok panienki dziś uczynił mój dzień szczęśliwym. – odpowiedziała sobie modulując wypowiedź.
    – Ha! – Klasnęła w dłonie. – To pewnie przez ten kapelusz! – Przechyliła z kokieterią głowę dotykając aksamitnego materiału.
    – Zaiste, w kapeluszu mojej matki, wyglądasz Cassandro czarująco. – zaśmiał się męski głos. Odwróciła się speszona. Naprzeciw niej stał młody hrabia de Boley.

  14. „Choćbym miała kraść i zabijać – Bóg mi świadkiem, że nigdy więcej głodna nie będę.” – powiedziała Scarlett, o której losach Cassandra czytała w tajemnicy i z wypiekami na twarzy. Ona sama też była głodna. Głodna i nienasycona. W pełni podzielała wiarę Scarlett w moc bogactwa, które sprawiało, że można się było z nikim nie liczyć. Widziała to w pracowni matki. Przychodziły sobie jaśnie panie, przebierały, przymierzały, wybrzydzały. Rzucały na koniec pieniądze, zawsze narzekając, że „tak drogo!” Mamę, która skakała wokół nich, prawiąc komplementy, traktowały jak powietrze.
    Najwynioślej zachowywała się hrabina de Clare. Cassandra trzymała teraz przeznaczony dla niej kapelusik – maleńkie, liliowe cudo z fikuśnie upiętymi kwiatami, z których każdy miał w środek wprawiony brylancik. Najpiękniejsza i najdroższa rzecz, jaką kiedykolwiek miała w rękach. „Jadę do Atlanty po trzysta dolarów i muszę wyglądać jak królowa!”, powtórzyła za Scarlett, wkładając kapelusik na głowę. Do jej intensywnie niebieskich oczu i drobnych, jasnych loczków pasował idealnie – uznała, spojrzawszy w lustro.
    W drodze na Threadneedle Street kilkakrotnie wsuwała dłoń do torebki. Dotyk chłodnego metalu przejmował ją dreszczem. Daleko jej było co prawda do amerykańskich profesjonalistów, jakich opisywano w gazetach, lecz swoją śliczną główkę nosiła nie od parady. Wszystko przemyślała w najdrobniejszych szczegółach. Zdąży nawet odłożyć cenny rekwizyt do szuflady, nim papa wróci do domu.
    Przed ciężkimi drzwiami Bank of England nie zawahała się ani na moment. Podeszła do pustego okienka i w starszego kasjera wycelowała lufę pistoletu.
    – Poproszę o trzysta funtów – powiedziała z najsłodszym ze swoich uśmiechów.

  15. Pierwszy dzień misji Jestem dumny. I przejęty. Od powodzenia misji zależy przyszłość naszej planety. Musimy zdobyć żeński pierwiastek, bez niego Marsjanie wyginął. Nie będzie to łatwe, ale wierzę że podołamy. W ciągu dziewięciu miesięcy rejsu dogłębnie poznam fizjologię, kulturę i psychologię Ziemian oraz trzy wybrane języki . Zgodnie z poleceniem dowódcy musimy osiągnąć taki poziom perfekcji w znajomości ziemskich istot, aby później, myśląc o ojczyźnie, z zamkniętymi oczami produkować potomków.
    Drugi dzień misji
    Złoża żeńskiego pierwiastka skoncentrowane są w osobnikach zwanych kobietami. Czy wiecie, że niektóre z nich zawierają w sobie żeński pierwiastek bez domieszek? Czysta żeńszyna! Niewiarygodne, prawda? Ach, jakże szlachetna, bezinteresowna i eteryczna musi być taka istota. I jak udaje jej się przeżyć?
    Trzeci dzień misji Średni przyrost naturalny Ziemian to około 10 milionów osobników rocznie. To 1000 razy więcej niż liczba wszystkich żyjących Marsjan! A wszystko dzięki kobietom. Raj! Z takim zapleczem można planować podbój kosmosu. Och, jeśli uda nam się je zdobyć, przetransportować jak bardzo zmieni się życie na Marsie i jakim kultem otoczą nas potomni!
    Czwarty dzień misji
    Miałem piękny sen. Kobieta w ogródku każdego Marsjanina!
    Piąty dzień misji
    Dziś poznamy gromadzoną od lat tajną dokumentację na temat kobiet. Chodzą plotki, że będziemy próbować nawiązać kontakt. Fantasmagorie!
    Szósty dzień misji
    Jestem śmiertelnie chory. Zapadłem na miłość. Na Marsie choroba ta wygasła wieki temu. Na statku zaatakowała nagle i to ja stałem się jej pierwszą ofiarą.
    Och Cassandro, moja Cassandro. Krynico żeńskiego pierwiastka.
    Kto mógłby przypuszczać, że tak krucha, wdzięczna istota o małej główce, wbijając szpilkę w stację przekaźnikową zwaną kapeluszem dokona największego przełomu w dziejach Kobiet i Marsjan?
    Jej pierwsze słowa: „Ojejku, a kto tu jest?” – już zapisały się w historii galaktyki.
    „To ja, Tu 203” – odpowiedziałem, szczęśliwy, że poznałem podstawy języka angielskiego .
    „Czy mogę panu zaufać? Błagam, niech pan nie mówi mamie, że przymierzyłam kapelusz hrabiny!”
    Ciąg dalszy ( może kiedyś) nastąpi.

  16. Krzysiek vel Leo S. says: Odpowiedz

    Cassandra obwiązała srebrną wstążką rondo kapelusza. Chwilę mu się przyglądała. Uznała, że jest on wystarczająco dobry i w niczym nie ustępuje modelom z paryskich żurnali.
    Maman sera content! Mama będzie zadowolona! Zdjęła kapelusz z gipsowej głowy i już miała go schować, gdy za sprawą jakiegoś podszeptu postanowiła go przymierzyć.
    Przejrzała się w lustrze. Tak musiała wyglądać Lady Susan – pomyślała.
    – Lady Cassandra Stevenson – powiedziała i dygnęła. Dziewczyna za ramy odpowiedziała uśmiechem. Cassandra poprawiła włosy niczym ciotka Jane z Londynu i wybiegła ze sklepu z kilkoma funtami (ma mère pardonnes-moi) i książką.
    Dyliżans odjeżdżał za godzinę. Postanowiła się przejść. Szła i czytała. Przerzuciła kartkę. Strona 122: kamerdyner zaanonsował przybycie gości: „Mrs. Bennet, Miss Bennet, Miss Bennet and Miss Bennet”. Zagrzmiało. Zerwał się wiatr. Na końcu drogi dostrzegła okazałe domostwo. Spadły pierwsze krople. Kolejny grzmot rozdarł niebo. Zawróciła i wtedy spostrzegła, że stoi na rozdrożu. Przyszła z prawej, czy z lewej? Deszcz gęstniał i ostatecznie postanowiła obrać drogę ku domowi na końcu bukowej alei. Szła szybko. Rozpadało się na dobre – chmura roniła wodę wiadrami. Puściła się biegiem. Z całych sił (by przebić się przez odgłos burzy) zapukała do drzwi.
    Otworzył jej jeden z młodych Collinsów. Widziała go na balu. Collinsowie byli tacy aroganccy! I do tego poza zasięgiem Miss Kapelusik. „Miss Kapelusik” – to było niegodziwe! Zdziwiony młodzieniec patrzył na przemokniętą dziewczynę. Ze zdefasonowanego ronda kapelusza hrabiny niczym z dziurawej rynny ciekła strużka wody. A psik!
    – Niech panienka wejdzie panno…?
    – Miss Cassandra John… – A psik!

  17. Krzysiek vel Leo S. says: Odpowiedz

    „Wykryto duplikat komentarza: wygląda na to, że już to powiedziano!”
    – tak oto skomentował moją pracę blog. (?)

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Nie wiem, jak blog, ale ja nie widzę podwójnego komentarza:)

  18. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Kiedy Cassandra doszła do wieku szesnastu lat była ładna i wdzięczna, gotowa zakochać się w eleganckim kapeluszu, a okazje pojawiały się codziennie, kusząc jej czułe na piękno serce.
    Matka, modystka cieszyła się dużą popularnością wśród londyńskiego towarzystwa. Arystokratki przyjeżdżały do niej, aby doradzić najlepszy, do twarzy i sukni, krój kapelusza. Mówiono, że ma czarodziejską rękę. Kiedyś samej księżnej Yorku odmówiła wykonania toczka z wieżą Eiffla. Ta, uniosła się gniewem, lecz… wróciła jak niepyszna, błagając o wybaczenie.

    Odkładając na konsolę kapelusz zamówiony przez hrabinę, poczuła wzrok córki.
    – Możesz przymierzyć – powiedziała z rezygnacją – a potem odłóż na miejsce. Zajmę się przygotowaniem do kolacji. Ojciec przyjdzie dzisiaj ze swoim nowym szefem.
    Bała się o córkę, która nie znała swojego miejsca i z każdym, kolejnym kapeluszem wymyślała nowe życia. Czy miała prawo rozwiać jej złudzenia i zgasić odwagę?

    Cassandra założyła kapelusz. W lustrze ujrzała odbicie młodej hrabianki w przededniu zamążpójścia, tuż przed przybyciem narzeczonego – księcia St Alban. Zaraz pojadą do parku Vauxhall i wszyscy będą ich podziwiać!
    Zaklekotała kołatka.
    – Mamo, ja otworzę. – Cassandra pofrunęła.
    Na progu stał ojciec z młodym baronetem. Dziewczyna dygnęła wdzięcznie i podniosła głowę. Twarz księcia wykrzywiał uprzejmy uśmiech.
    – Coś ty na siebie włożyła! Idź się przebrać! – krzyknął ojciec.
    W czasie ucieczki goniły ją gorące przeprosiny za córkę-wariatkę.

    Matka natychmiast zjawiła się w jej pokoju.
    – Cassandro, co ci przyszło do głowy przyjmować gościa w samym dessous?
    – Mamo, wtedy najlepiej mi się wymyśla. Zapomniałam, a suknię dobrałam do tego różanego ogrodu na kapeluszu.
    – Przejrzyj się – powiedziała matka, otwierając drzwi szafy.
    Cassandra zobaczyła niską dziewczynę, w spranym do szarości gorsecie, opinającym się na jej pulchnych kształtach, twarz pokrytą czerwonymi plamami niezapudrowanych krost i przekrzywiony, za duży kapelusz.
    Zaniosła się płaczem.

  19. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Był podwójny komentarz, ale to chyba tekst Lucy był dwa razy – jak się nie mylę. Ale za jakiś czas jak zajrzałam, to już był jeden.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ok, więc jednak panuję nad tym! Ufff!

  20. Cassandra przyglądała się zręcznym palcom matki sunącym po rondzie wrzosowego kapelusza. Był wyjątkowo piękny, z boku ozdobiony trzema fantazyjnymi kwiatami, przewiązany wstążką z tafty.
    – I jak? – zapytała matka mrużąc oczy i unosząc kapelusz w stronę światła. – Spodoba się hrabinie de la Croix?
    – Na pewno! Jest… – Cassandra przez chwilę szukała odpowiedniego słowa – … cudowny!
    – Prawda? Ale kosztował mnie sporo pracy, jestem zmęczona. Położę się na chwilę, a ty tu posprzątaj, dobrze?
    Matka wyszła do sąsiedniego pokoju, a Cassandra ukucnęła zbierając nici, igły, szpilki, resztki materiału i kawałki wstążek. Schowała wszystko do szkatułki, a potem wytarła blat stołu szmatką. Sięgnęła po kapelusz. Przyglądała mu się z zachwytem, gładziła filcowy materiał. To chyba najpiękniejsze dzieło matki, pomyślała, szkoda go dla tej wyniosłej hrabiny. Ważyła kapelusz w dłoni, po czym nałożyła go na głowę i wybiegła na ulicę. Chodnik rozłożył się przed nią zachęcająco. Poczuła na sobie zaintrygowane spojrzenia przechodniów, rumieniec zakwitł na jej policzkach.
    Stanęła przed zakładem krawieckim pana Dulmont podziwiając swe odbicie w szybie.
    – Jestem hrabiną – szeptała. – Szukam sukni na bal. I zgrabnych pantofelków. Dziś zdobędę serce księcia. On mnie pokocha, a ja…
    – Cassandra! Na Boga, co ty wyprawiasz! – głos matki przerwał marzenia i momentalnie ostudził emocje.
    – Czyżby to był mój kapelusz?! – Oczy hrabiny de la Croix błysnęły gniewem. – Cóż za impertynencja!
    Cassandra miała ochotę zapaść się pod ziemię. Zdjęła kapelusz i usłużnie podała go hrabinie.
    – Najmocniej panią przepraszam. Ja nie chciałam… To się więcej nie powtórzy. – Dygała jak nakręcana lalka.

  21. Hania, 11 lat says: Odpowiedz

    Kiedy Cassandra wyszła ze sklepiku mamy, skierowała się w stronę miasta. Pogładziła aksamitny materiał kapelusza. Szkoda jej było, że się zmarnuje. Hrabina, dla której był przeznaczony, miała rude, kręcone włosy i spiczasty nos. Zawsze nosiła czarne ubrania. Małe dzieci bały się hrabiny i nazywały ją czarownicą. Tego dnia, w którym hrabina przyszła złożyć zamówienie, drzwi otworzyła młodsza siostra Cassandry, Izabella. Widząc hrabinę stojącą w progu aż rozpłakała się ze strachu. Dziwne było to, że hrabina składając zamówienie dała złotą nić i poprosiła, by koniecznie użyć jej przy robieniu kapelusza. Cassandra obejrzała dokładnie kapelusz: był czarny ze złotymi piórami i różami. Gdzie się skrywała złota nić? Dziewczyna odwróciła kapelusz. Na czarnym jak noc materiale była wyszyta mała, złota gwiazdka. Cassandra nacisnęła gwiazdę, nic się nie stało. Włożyła kapelusz na głowę. Nadal nic. Ponownie zdjęła kapelusz. Jak można odblokować magię kapelusza? Czy w ogóle ma jakąś moc? W tym momencie lunął deszcz. Jedna kropla spadła na gwiazdkę, która zaczęła się świecić. Cassandra jednak tego nie zauważyła. Wcisnęła kapelusz na głowę i zaczęła biec w stronę domu. Jakbym chciała, żeby przestało padać – pomyślała. I dokładnie w tym momencie deszcz ustał i szare chmury zniknęły.

  22. Cassandra włożyła kapelusz hrabiny i wyszła z matczynego sklepu szukać szczęścia w świecie.
    ***
    Szła ostatkiem sił, z trudem wyciągając z grzęzawiska dotkliwie poranione stopy. Strzępy koronki, niegdyś zdobiącej sukienkę, wplątywały się w gałęzie i uporczywie utrudniały poruszanie. Nie zważała na rozdartą halkę, na ciało oblepione błotem czy rozrzucone w nieładzie włosy. Przestała myśleć o zadrapaniach i rozległych sińcach. Najważniejsze, że wreszcie znalazła drogę. Jeszcze kilka kroków, jeszcze odrobina wysiłku. Bagno musi mieć swój kres.

    Nagle pod stopami dostrzegła muślinową wstążkę, a potem porzucony atłasowy kapelusz. Jej oczy rozwarło przerażenie. Boże! Zatem chodziła w kółko?! Ale jak to?! Przecież powinna być już daleko stąd! Gorycz, rozpacz i rezygnacja spoiły się w jedno. Ciszę rozdarł krzyk.
    „Mamo! Mamusiu! Pomóż mi! Ja już nigdy… Naprawdę. Tylko mi pomóż”. Krzyk przeszedł w łkanie. Kapelusz… Gdyby nie on, tamten człowiek nie zwróciłby na nią uwagi. Nie musiałaby uciekać z pułapki i nie wpadłaby w kolejną.

    Osunęła się na kępę trawy i przywarła do niej jak osaczone zwierzątko, które chce stać się niewidzialne. Opary unoszące się nad oparzeliskiem otuliły ją swoimi mackami. Zamknęła ciężkie powieki. Zabłąkane promienie zachodzącego słońca muskały jej rozognione policzki. Usłyszała delikatny, spokojny głos matki. A więc przyszła, jest obok. Przytuli ją i razem wrócą do domu. A potem będą przechadzać się uliczkami, przeglądać w sklepowych witrynach i rozmawiać z kwiaciarkami. Może zajrzą do cukierni, w której tak pięknie pachnie cynamonem i kawą. No i mama nie będzie gniewała się o kapelusz. Ona nigdy się nie gniewa. Nigdy.

    Jakie to szczęście…

  23. Cassandra włożyła kapelusz na swoją piękną główkę i wyszła z matczynego sklepu szukać szczęścia w świecie. Biedna hrabina mogła tylko rozpaczać po utracie cudownego kapelusza. Ale od samego początku nie był on przeznaczony dla niej. Jak łatwo można się domyśleć, kapelusz miał magiczne właściwości, a takie przedmioty same wybierają swoich właścicieli. Był piękny, słoneczny dzień. Maj nie szczędził biednej dziewczynie swoich uroków. Po obu stronach ścieżki, którą szła Cassandra rozciągały się rozległe, zielone łąki, bogato zdobione kolorowymi kwiatami. Cassandra bez chwili zastanowienia, zboczyła z prostej ścieżki w to kwiatowe morze, i pod jej zręcznymi palcami szybko powstał najbardziej pachnący, pstrokaty i szalony wiosenny wieniec, jaki kiedykolwiek zdołaliście zobaczyć w swoim życiu moi kochani. Dziewczyna przyozdobiła wieńcem rondo kapelusza, i z dumnie zadartą głową ruszyła przed siebie, rzucając śmiałe spojrzenia mijającym ją, zdumionym przechodniom. Zupełnie nie przejmowała się tym co o niej pomyślą, nuciła tylko pod nosem starą piosenkę: „Świat nie jest taki zły, świat nie jest wcale mdły, niech no tylko zakwitną jabłonie!” Z każdym krokiem cofała się w czasie o jeden wiosenny miesiąc. Jej chód stawał się coraz bardziej sprężysty, a ona młodsza. Jak cudownie było maszerować jasną ścieżką na spotkanie swojej utraconej gdzieś młodości! Zmarszczki wygładzały się, a na policzki wypływał świeży rumieniec, białe włosy wracały do swojej prawdziwej rudej barwy. Płuca napełniał zdrowy haust pachnącego powietrza, od którego stawała się pijana
    -Zobaczcie!- Wołano w koło.
    – Patrzcie! – Rechotał tłum cnotliwych mieszczan. – Wariatka tańczy! „Szalona wiruje chusta, szalone wirują usta! Czerwona na niej sukienka, czerwona w sercu udręka, Wariatka tańczy”!
    Wieniec na głowie Cassandry zaczął rosnąc i rozgałęziać się z piorunującą szybkością. To nie wieniec, to istna dżungla! Kwiaty wystrzeliwały w górę jak sztuczne ognie, zielone liście pięły się z impetem dzikiego wina, wirowym ruchem w górę i w górę, do słońca. Cassandra poczuła, że nie może już dźwigać takiego ciężaru, klęknęła pod naporem dzikiej roślinności na kapeluszu i pochyliła głowę do ziemi. Z ulgą wyrzuciła bujny wieniec, który nie pozwalał jej iść na przód. Wstała, wyprostowała się, otrzepała sukienkę i ruszyła przed siebie. Ścieżka pięła się w górę i Cassandra zorientowała się, że okolice są jej znane z przeszłości. Miała znów szesnaście lat i szła do małego górskiego schroniska. Zbliżał się letni, łagodny wieczór. Miodowe światło zachodzącego słońca napełniało ją rozleniwieniem i dziwną nostalgią. Wysokie świerki rzucały jej pod nogi swoje długie cienie, tak jak kiedyś, jak wczoraj, jak dwadzieścia lat temu, jak zawsze. Wcale się nie zdziwił, że ją zobaczył. Ten sam chłopak, też szesnastoletni, chmurny i nieprzystępny jak zawsze. Czekał chyba na nią pod schroniskiem, albo na zachód słońca, a może na wschód księżyca? Czy to ważne? Jest znowu, czeka i dzięki magii mają jeszcze jedną szanse na nowe życie razem. Chłopak był ubrany w ten sam co zawsze buro-żółty sweter, półdługie włosy zakładał nerwowym ruchem ręki za ucho. Jego oczy, które tak kochała, choć nigdy o tym nie wiedziała, były brązowe, patrzyły ciepło, głęboko, trochę smutnie.
    – Jesteś wreszcie.
    – Jestem.
    – Czekałem.
    – Wiem.
    – Chodźmy.
    Poszli, zebrali drewno, rozpalili ognisko, gapią się teraz na granatowe, gęstniejące niebo. Mają obydwoje szesnaście lat, i są aż ciężcy od niewypowiedzianych słów, które zbierały się w nich od przeszło dwudziestu lat!
    – Całkiem zwariowałam, już nigdy nie będę młoda, to niemożliwe – orzekła Cassandra.
    Nałożyła kapelusz na swoją kształtna główkę i pewnym krokiem wyszła szukać szczęści w świecie. W pracowni matki jeszcze paliło się światło, pani hrabina przyszła odebrać swój kapelusz, ponieważ w prawdziwym świecie piękne kapelusze trafiają tylko na głowy bogatych hrabin, a ubogie sieroty są odsyłane do sierocińców, niezwłocznie po wykryciu omyłki. Cassandra zasiadła w matczynym sklepie, w wygodnym fotelu, ze swoim realizmem i „niemożliwością”. Nie jest wariatką. Jej zręczne palce pracowicie wyplatają kolejny słomkowy kapelusz na głowę nowej hrabiny. I tylko czasem patrzy w okno. Może przyjdzie kiedyś jeszcze jeden, taki szalony maj?

  24. Dostojnie, z uniesionym lekko do góry podbródkiem i dumą w bijących paryskim błękitem oczach spacerowała w parku. Kapelusz z dużym rondem majestatycznie dodawał szyku a przyczepiona do niego wstążka w odcieniu pudrowego różu subtelności. Hrabiowski kapelusz. Tak próżnie pewna siebie szesnastoletnia Cassandra udawała damę dworu. Zuchwały uśmiech powoli znikał. Kąciki pełnych, już kobiecych ust zaczęły opadać, tworząc dziwny grymas na twarzy. Pewne siebie oczęta zaczęły się gubić w tłumie. Dystyngowany strój także podupadł na duchu. Cały patos chwili, na którą tak długo czekała zniweczył otaczający świat. Tak bardzo zakłopotana, nagle jakby bardziej pokorna zobaczyła świat jakiego nigdy sobie nawet nie wyobrażała. Brak było tu wytwornych kobiet, które nieśmiałym spojrzeniem i zaledwie lekkim drganiem warg, które mogło zwiastować uśmiech wywoływały szybsze bicie serca u płci przeciwnej. One nie kokietowały. Pożerały wzrokiem. Częściej pragnęły zdobyć sterczącego fallusa niż kochające serce. Strój nie wywoływał zachwytu. O ile strojem można nazwać skrawki dżinsu zakrywające tylko część jędrnych pośladków. Gorsety, gdzie materiału wystarczyło jedynie na okrycie sutków i sznureczek z tyłu. A kapelusz zupełnie zbędny. Zakrywałby wycięte wzorki z tyłu głowy, które miała co druga z napotkanych po drodze młodych i udających młode kobiet. Mężczyźni widząc Cassandrę nie mogli uwierzyć własnym oczom i patrzyli jak na cudaczne zjawisko. Nie jak na dystyngowaną a zarazem subtelną młodą damę. Przerażona Cassandra chciała natychmiast zdjąć kapelusz i zdecydowanym szarpnięciem skrócić wytworną suknie. Lecz nie wyobrażała sobie, by mogła w jednej chwili zapomnieć o wszystkich wartościach, którymi dotychczas się kierowała. Musnęła dłonią kapelusz, uniosła brodę jeszcze wyżej, triumfalnie spojrzała na otaczający tłum i z przyjemnym poczuciem własnej godności ruszyła na przód.

Dodaj komentarz