Rozwodów nie będzie? – KONKURS!

Zapraszamy was do udziału w kolejnym konkursie Pasji Pisania! Tym razem możecie wygrać „Uchylone drzwi” – drugi tom cyklu o Nowakach Barbary Sęk, który niedawno miał premierę.

Pora na kolejny konkurs na blogu Pasji Pisania! Tym razem mamy do rozdania parę egzemplarzy najnowszej powieści Barbary Sęk, znakomitej nauczycielki Pasji Pisania. Uchylone drzwi to druga część świetnego cyklu o rodzinie Nowaków, która rozpada się na skutek rozwodu rodziców. Więcej o książce mogliście przeczytać tutaj.

„Od początku każdy, kto należał do tego układu, cierpiał. Czy wszedł w niego dobrowolnie, czy został wmanewrowany przez innych w intrygę.”

Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie! Jedna z bohaterek powieści stwierdza: „Rozwody nie istnieją”. Zgadzacie się z tym stwierdzeniem? Napiszcie prozatorską miniaturkę (kompletną historię bądź jej fragment) pod tym tytułem. Wasz tekst nie musi być związany tematycznie z książką Basi. Pamiętajcie też, że rozwód można rozumieć rozmaicie.

Prace nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Wklejcie je w komentarzach do wpisu konkursowego nie później niż 21 lipca. Spośród nadesłanych tekstów Basia Sęk wybierze te najlepsze, najciekawsze, a ich autorzy otrzymają egzemplarze Uchylonych drzwi ufundowane przez Wydawnictwo Jaguar.

Przypominamy, że możecie się zapisać na Pracę nad Tekstem prowadzoną przez Barbarę Sęk – kurs rusza 14 sierpnia!

Nie będziemy się dłużej nad tym rozwodzić! Czekamy na wasze teksty!

Źródło cytatów: Barbara Sęk, Nowakowe. Uchylone drzwi, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019.
Fotografia autorki: Wojtek Biały.

11 Replies to “Rozwodów nie będzie? – KONKURS!”

  1. Krzysiek vel Leo S. says: Odpowiedz

    Rozwody nie istnieją

    Wnętrze strzeliste, gotyckie, bogato zdobione. Spoglądam w górę, a tam złote gwiazdy na sklepieniu pomiędzy żebrami. Dwa anioły patrzą na mnie spod namalowanego ludzką ręką nieboskłonu. Aha! Tak wyglądają anioły. Oblicza ich łagodne…
    Na wprost mnie prezbiterium przeszklone – trzy wielkie okna o smukło-ostrołukich podziałach. Smugi światła przesączają się leniwie przez witraże. Pachnie starym drewnem, kadzidłem i dymem świec. Na podwyższeniu ołtarz. W złotych ramach obraz. Przede mną ksiądz. Mówi do mnie. Głos ma do doniosły. Powtarzam:

    – Ja Marta
    – Ja Marta
    – biorę sobie ciebie, Tomaszu
    – biorę sobie ciebie, Tomaszu
    – za małżonka
    – za małżonka
    – i ślubuje ci miłość,
    – i ślubuję ci miłość,
    – wiarę,
    – wiarę,
    – i uczciwość małżeńską,
    – i uczciwość małżeńską,
    – oraz to,
    – oraz to,
    – że się z tobą nie rozwiodę
    – że się z tobą nie rozwiodę

    Otwieram oczy. Światło leniwie wlewa się do wnętrza pokoju. Pachnie świeżą pościelą i modrzewiami. Przeciągam się przepełniona szczęściem i miłością. Moja ręka wyrusza na poszukiwanie. Czym dalej tym chłodniej. Pachnie świeżą pościelą. Nie ma go! – przerażenie.

    Zabieram rękę. Przewracam się na brzuch. Spoglądam na sąsiednią połowę łóżka. Jest! Zawinął się w kołdrę. Pewno było mu zimno. To przez otwarte okno. To przez te głupie okno ulotnił się zapach mojego mężczyzny. Wyciągam ponownie tym razem prawą rękę. Ta lewa jest do niczego – nie zna się na rzeczy. Obejmuję go. Ręka zapada się w kołdrze. To tylko zwinięta kołdra. Niema go! Zaciskam pięść. Paznokcie ranią wnętrze mojej dłoni. I w bezsilności, wściekłości, miłości, pożądaniu dzikim okładam jego ciało nawidzone-znienawidzone. I tylko kołdra szepce: cóżem ci uczyniła…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Mamy pierwszą pracę! Świetnie!
      Kto następny?

  2. Metamorfoza
    Obudził go delikatny śmiech. Otworzył oczy. Na stole, machając asynchronicznie nogami, siedziała Ona. Miała na sobie czerwoną spódniczkę na szelkach, w duże białe grochy i uśmiechała się promiennie.
    „To był ranek, a ty się śmiałaś do mnie z portretu…” nie wie czemu słyszał głos Myszkowskiego, który z pasją powtarzał po raz kolejny słowa refrenu. Zamknął oczy na chwilę, usiłując przypomnieć sobie, co się działo, zanim zasnął.
    – Co tu robisz?! Przecież wyjechałaś dwa dni temu.
    Cisza. Żadnej odpowiedzi. Wpatrywała się w niego, delikatnie mrużąc oczy. I uśmiech nie schodził z jej twarzy. Śmiała się nie tylko ustami, z jej oczu bił blask, który zawsze dodawał mu skrzydeł. „Przecież nie potrafię żyć bez ciebie!” Piotr rozejrzał się. W pokoju panował delikatny półmrok, za oknem totalna ciemność. Leżał na kanapie, obok paliła się mała lampka. Delikatne światło padało na butelkę, którą trzymał w dłoniach.
    „aż grom
    przeszył obraz niedokończony jeszcze”
    Niedokończony jeszcze… Piotr zamarł, lecz po chwili uśmiechnął się szeroko. Spojrzał przed siebie. W pokoju znowu był sam, ale już wiedział, co musi zrobić. Zerwał się z kanapy i poszedł pod prysznic. Wrócił zawinięty w czerwony ręcznik, który jeszcze nosił jej zapach i odpalił maca. Komputer po dwóch sekundach był gotowy do pracy.
    „Rozwody nie istnieją. Zrobię wszystko, byś zawsze chciała wracać do mnie na kolację…”

  3. Na stacji przywitał mnie powiew gorącego, suchego powietrza pachnącego nieco rozgrzanym asfaltem. Słońca nie było widać nad horyzontem, jednak niebo było pomarańczowo czerwone, w kolorze ognia.

    – Znajomi mówią mi Lucek – powiedział wyrosły jak spod ziemi, elegancki mężczyzna – Chodź, pokażę ci…
    Mówił, że mogę mieć wszystko, w dowolnych ilościach.
    – Jedynym „ale” – mówił – są konsekwencje. Chcesz dom, musisz go sprzątać. Basen? – wyczyścić. Żonę? – uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo – Żonę będziesz musiał dopieścić.
    Wciąż nieco skołowany przytakiwałem tylko uśmiechając się do wizji miłej i wygodnej przyszłości.
    – No, lecę. – dodał jeszcze – Gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj.

    Wszystko, co mówił, okazało się prawdą.

    Już wkrótce miałem piękny, duży dom z basenem, sportowe auto, świetny sprzęt audio. Jedynie klimatyzacja jakoś słabo działała. Poznałem mnóstwo znajomych i dwie piękne, oddane żony. Odkryłem, że gdy nie dopełnię któregoś z obowiązków, całe ciało piecze mnie i pali jakby stało w ogniu. Wystarczyło jednak szybko wywiązać się ze swych zadań, by palenie ustało. To przed tym przestrzegał mnie Lucek – zrozumiałem.

    Po kilku miesiącach i dwóch kolejnych ślubach, goniłem już w piętkę. Codzienne obowiązki pochłaniały lwią część mojego czasu a mimo, że nigdy nie narzekałem na swoje libido, nie dawałem już rady podołać rządzom czterech pięknych, niezaspokojonych żon. Byłem wykończony. Coraz częściej czułem naglące palenie skóry.
    – Lucek! – zawołałem w desperacji.
    Pojawił się znikąd za moim lewym ramieniem. Gdy wyjaśniłem mu mój problem, tylko się roześmiał.
    – Jeszcze się nie połapałeś? Jesteś w piekle, chłopcze. Tutaj rozwody nie istnieją

  4. Kozłowska Paulina says: Odpowiedz

    Za każdym razem kiedy ciszę zimnego gmachu , przecinało przyprawiające o ciarki skrzypienie, jej głowa jak automat obracała się w tamtym kierunku. Nadal się spóźniał. Niech go szlag, pomyślała zaciskając dłoń na małej torebce, spoczywającej na jej udach. Kościół pomału zapełniał się znudzonymi rodzicami. Na zakrystii, słyszała już krzątającego się księdza. A tego kretyna, jak nie było tak nie ma! Nie potrzebnie pchała się do pierwszej ławki. Nie miała jak wyjąc komórki i wysłać mu ponaglającego smsa. Wzięła głęboki wdech, próbują zdusić w zarodku swoją irytację. Wzniosła oczy, wprost na wielki wyblakły obraz Matki Boskiej. Czy ciebie święty Józef tez tak wkurwiał? Enigmatyczna twarz na malowidle pozostawała nieruchoma. Oczywiście, że nie!Okręciłaś sobie tego poczciwinę wokół małego palca i jeszcze wmówiłaś mu że dziecko zrobił ci duch święty. Prychnęła pod nosem, tłumiąc śmiech. Jakieś małżeństwo obok , spojrzało na nią z urazą. Chrząknęła, przywołując na swoja twarz pełną powagę i nabożne skupienie. Stary, otyły ksiądz wtoczył się w końcu na ołtarz. Mikrofon bezprzewodowy, oparł na wielkim, wystającym brzuchu. Musiał uruchomić go chwilę wcześniej bo jego charczący oddech niósł się echem po całym kościele.
    – Witam na kolejnym spotkaniu organizacyjnym przed komunia świętą…
    Drzwi mocno skrzypnęły by po chwili huknąć, jak wystrzał z armaty. Miała wrażenie że cały kościół zatrząsł się w posadach. Ksiądz zamilkł. Wszyscy spojrzeli za siebie. Jezu, jeśli to on, to chyba go zabije.
    -Przepraszam…- rzucił w stronę ołtarza zanim wepchnął się na miejsce obok niej.
    Znajomy korzenny zapach, który uderzył w jej nozdrza, wywoływał skok ciśnienia. Przecież sama mu je kupiła, dziesięć lat temu na święta .Miała nadzieje ,że chociaż po rozwodzie, zmieni perfumy i nie będzie używał ciągle tych samych… Ta jego najnowsza salamandra z napompowanymi ustami mogła mu zaproponować coś innego.
    Zerknęła na niego kątem oka. Musiał być prosto po służbie, bo idealny zawsze blond irokez, leżał smętnie na czubku głowy.
    -Składki na rzecz prezentu dla biskupa nie uiścili państwo…Kotarbińscy, Laruś, panna Stus- ksiądz zwiesił teatralnie głos, żeby każdy mógł przetrawić słowo „panna”- Państwo Mirowscy oraz… Struzik…
    O żesz kurwa! Natychmiast poczuła na sobie jego ostre spojrzenie.
    -Nie zapłaciłaś?-wysyczał.
    – Zapomniałam…-westchnęła, nachylając się lekko w jego stronę.
    -Brawo!
    Jego cichy warkot, zdenerwował ją jeszcze bardziej. Miała na głowie tyle spraw, że czasami zapominała jak się nazywa. Matka po operacji usunięcia woreczka żółciowego zachowywała się tak, jakby kostucha stała już w progu jej mieszkania, szef ją ponaglał co do terminu sprawozdania a na deser miała do zorganizowania komunię na ponad sześćdziesiąt osób. Jeszcze papugi na głowie jej tylko brakowało do zakwalifikowania na oddział zamknięty.
    -Masz przy sobie kasę?- jego głos, wyrwał ją z zamyślenia.
    Uchyliła delikatnie torebkę, kiedy ksiądz beznamiętnym głosem ogłaszała gdzie i ile kwiatów sobie życzy do wystroju kościoła. Jak na złość portfel świecił pustkami. Tuz przed spotkaniem, pojechała na zakupy i wydała całe dwieście złotych. Teraz pozostała jej tylko karta.
    -Nie!
    Zaczął mamrotać pod nosem jakieś przekleństwa. Zrozumiała jedynie coś w rodzaju „No świetnie!”
    – Odliczę ci z alimentów…- prychnął, obmacując kieszenie w poszukiwaniu portfela.
    Dobre sobie! Posłała mu najbardziej mordercze spojrzenie na jakie było ją stać. Nie przejmowała się tłumem ludzi dookoła,tym obleśnym klechą i wpatrującemu się w nią zadumanemu Chrystusowi na ołtarzu. Jej neurony przetwarzały właśnie wizję zamordowania go i skrzętnego pozbycia się ciała.
    Kolejny kwadrans, starała się skupić na monotonnym głosie, dudniącym w mikrofonie. Ustawienie dzieci, ewentualne zdjęcia, gdzie kto ma siedzieć a kogo poprosić żeby czekał na zewnątrz do zakończenie mszy. Następnie wybór rodziców którzy byliby delegowani do podziękowań biskupowi. Gdy świdrujący wzrok księdza Mariana, skakał z jednej twarzy na drugą, ona wpatrywała się w podłogę jakby od tego miało zależeć jej życie. Nie miała zamiaru być delegowana do czegokolwiek. Chyba pierwszy raz od wielu lat ucieszyła się że jest rozwódką.
    -A Państwo? Macie ślub kościelny?- tłusty palec, został wycelowany perfekcyjnie w pierwszą ławkę.
    Rozejrzała się uważnie dookoła, sprawdzając kto tym razem wpadł w jego wstrętne macki.
    -Do Państwa mówię!
    Dopiero kiedy zdziwiona podniosła na niego wzrok, zrozumiała że przygląda się właśnie im.
    -My?- wypaliła.
    -Tak, wy? Ślub kościelny?
    -W sumie tak…ale my po rozwodzie!- zaśmiała się, kręcąc głową.
    Michał poprawił się nerwowo w ławce i machnął dłonią jakby odganiał natrętną muchę. Nie musiał być , aż tak wylewny do cholery!.
    – No tak…- mruknął pod nosem ksiądz.- Wobec tego kto?
    W końcu po pięciu minutach szantażu, że jeśli nie wybiorą jakiejś pary to stąd nie wyjdą, zgłosiło się małżeństwo z tylnych ławek. Po pół godzinie , zebranie dobiegło końca. Popchnęła Michała w stronę zakrystii, żeby zapłacił zaległą składkę, a sama wyszła na zewnątrz. Z chęcią wróciłaby już do domu ale musiała się jeszcze dowiedzieć czy zaaprobował jej propozycję restauracji, do wyprawienia uroczystego obiadu. Krążyła po parkingu dobre pięć minut. Ciepły, majowy wiatr poruszał delikatnie jej krótkim, czarnym bobem. Usłyszała jego szybkie, ciężkie kroki kiedy akurat podziwiała przykościelną rabatę. Zerknęła dyskretnie na jego ohydne moro. Odziany od stóp do głów w militarne barwy, wyglądał jakby szykował się do desantu ,a nie komunii własnego syna.
    – Zapłaciłeś? -dociekała, gdy podszedł bliżej.
    -Zapłaciłeś!- przedrzeźniał ją, idąc w stronę swojego granatowego opla.
    -Myślałeś nad tą restauracją którą ci podesłałam?-truchtała za nim jak szczeniaczek, biegnący za piłką.
    Przystanął w końcu obok swojego auta i spojrzał na nią z namysłem. Niebieskie oczy zacisnął w małe szparki.
    – Nie pasuje…- bąknął, opierając się nonszalancko o drzwi pasażera.
    -Czemu?- wydukała, patrząc jak krzyżuje ręce na piersi.
    Spędziła na wyszukiwaniu idealnej knajpy pół niedzieli. Brała pod uwagę jego wszystkie wytyczne, pomimo tego że przychodziło jej to z najwyższym trudem. Knajpa miała ogród, wielką salę i wystrój rodem z „Przeminęło z wiatrem”. Nie miała pojęcia co mogło mu się w niej nie podobać! Wyciągnął z kieszeni bojówek swojego smarftona i zaczął szybko przesuwać palcem po ekranie
    -Dlatego!- podsunął jej wyświetlacz pod nos. Musiała się trochę odsunąć bo mało nie dostała oczopląsu.
    Nadal nie miała pojęcia o co mu chodzi. Zdjęcie które jej pokazał, był zrobione od głównego wejścia do knajpy „Róża wiatrów”. Majestatyczne, kamienne schody jakby obejmowały ramionami niski parterowy budynek w stylu kolonialnym. To była wymarzona sceneria na letnią uroczystość.
    -Schody!- burknął kiedy zaczęła marszczyć czoło.- Moja matka jest po operacji rzepki i tydzień temu miała ścinane haluksy…Nie wejdzie!
    Przymknęła oczy, odliczając w myślach do dziesięciu. Niewiele jej to pomogło. Być może obecność kościoła tuz za plecami, sprawi że jej modlitwy zostaną wysłuchane i tego kretyna w końcu pochłoną ognie piekielne.
    – Nie pasowały ci już trzy knajpy…W jednej nie było klimatyzacji, zgodziłam się na zmianę!W drugiej nie pasował ci wiejski wystrój, który określałeś jako cytuje…amiszowy!- wyliczała na jednym wdechu.- Potem, okazało się że knajpa należy do jakiegoś gościa którego zatrzymywałeś…A teraz nie pasują ci schody?!
    Cmoknął na nią z wesoła minką, jakby nigdy nic.
    -Gdzie mam jeszcze prosić o rezerwację? W Pałacu Buckingham?!- pisnęła, chyba zbyt głośno bo kilka głów na parkingu obróciło się w ich kierunku.
    – Moja mama nie wejdzie…Trzeba szukać dalej!-usta rozciągnęły się w uśmiechu jak u filmowego Jokera.
    Zaczęła się zastanawiać nad tym , że może robi to specjalnie. Zawsze uwielbiał się zgrywać i robić wszystkim dookoła na złość.
    -To ją wniesiesz!Albo wszyscy goście zaczekają aż wejdzie…
    Pokręcił głową.
    -Nie ma mowy…Szukaj dalej!
    -Sam szukaj!
    – Nie dam rady…Mamy mało ludzi na komendzie i jebie non stop służby…
    -To kiedy masz wolne?!
    Spojrzał w niebo, jakby ono miała wyświetlić mu grafik jego służb. Stała obok jak kretynka, przytupując skórzanym pantoflem. Obiecała sobie, że w nagrodę za własna wytrwałość uraczy się wieczorem lampką dobrego czerwonego wina. Położy Pawełka spać i jak na samotną matkę przystało, będzie kontemplować nad sensem własnego życia.
    – W piątek o szóstej schodzę z nocki…Możemy się umówić na dwunastą i pojechać w parę miejsc.
    -Przecież to mój normalny dzień pracy!Jak mam się wyrwać?
    Wzruszył ramionami i zawiesił na niej swoje wesołe spojrzenie w stylu „Co na to poradzę!”.
    Wydała z siebie zduszony jęk.
    -Niech ci będzie! Wezmę urlop na jeden dzień…
    -Świetnie!-rzucił wesoło, okrążając auto i mocując się z automatycznym pilotem.
    Po chwili, zamigały światła , a on bez słowa wsiadł do środka.
    -Do zobaczenia…Tak, twój syn czuje się świetnie…I ja też!- mruczała pod nosem, kiedy manewrował chwilę autem, po czym z piskiem opon wyjechał na główną ulicę.
    Nie pozostało jej nic innego, jak wrócić do matki i odebrać od niej Pawełka. Wsiadła ciężko do swojego Fiata. Zacisnęła dłonie na kierownicy i siedziała tak chwilę, patrząc tępo przed siebie.
    -Nigdy się z tobą tak naprawdę nie rozwiodę…- westchnęła, ciągnąć na siebie pas bezpieczeństwa.- Do końca życia będę musiała wszystko z tobą konsultować…Cholera…rozwody nie istnieją!

  5. Stanęła pod domem, w którym się wychowała. Wargę miała rozciętą, sina opuchlizna rysowała się pod prawym okiem, a wybity bark bolał niemiłosiernie. Był wczesny ranek, ale mimo to nacisnęła dzwonek i już po chwili w drzwiach przywitała ją starsza pani w szlafroku.
    – Cześć mamo – wyszeptała od progu. Kobieta odsunęła się pozwalając wejść nieoczekiwanemu gościowi.
    – Napijesz się herbaty? – zapytała grzecznie, a dziewczyna już wiedziała, że matka nie zainteresowała się jej nietypowym wyglądem.
    – Tak, poproszę – ostrożnie usiadła w jadalni i patrzyła na te same rzeźby i obrazy, które dręczyły ją w dzieciństwie. Ogromny Jezus w ciernistej koronie przybity do ściany, patrzył i osądzał. Krew sącząca się z jego ran wyglądała autentycznie, aż przeszył ją dreszcz. Sama już nie wiedziała po co tu przyszła. Chyba miała nadzieję, że matka się zmieniła, ale patrząc na otaczające ją biblijne motywy, miała pewność, że nie znajdzie tu wsparcia. Mimo to, gdy matka podała jej parujący kubek, postanowiła zaryzykować:
    – On mnie bije… Chcę od niego odejść… – Cisza, która nastała przez moment dawała nadzieję.
    – Przysięgałaś przed Bogiem miłość, wierność i uczciwość małżeńską – Matka patrzyła twardym wzrokiem na córkę – Sama go wybrałaś na męża. Dla ciebie rozwód nie istnieje. Zapamiętaj to sobie.
    Dziewczyna popatrzyła na ukrzyżowanego Jezusa i wiedziała, że nikt już jej nie pomoże.

  6. „Świadoma praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny…”

    – Ja ci dam paszporty, ty dziwko! Ja ci dam paszporty!
    Aż się wzdrygnęłam. Głęboki głos odbił się od ścian holu, przykuwając uwagę przechodzącej tłumaczki w granatowej garsonce. Jej wargi skrzywiły się w grymasie jak po dentystycznym znieczuleniu. Posłała pogardliwe spojrzenie najpierw Piotrowi, a potem mi, jakbym jako adresatka obelgi ponosiła zań częściową winę. On też się wykrzywił, drwiąco.
    Ruszyłam w jego stronę, zanim zdążył przykuć uwagę całego gmachu sądowego.
    – Nie krzycz, proszę. Wszyscy…
    – Nie rozkazuj mi! Będziesz mnie rozstawiała po kątach, ja ci dam! Myślisz, że zabierzesz mi dzieci, dziwko!
    – Nie chcę ci ich zabierać. Jesteś ich ojcem…
    – Właśnie!
    – …Chcę je wziąć na dwa tygodnie do rodziców – dokończyłam przez zęby. Się zaangażował, teraz. Gdzie było to zaangażowanie, gdy musiałam niemal na kolana schodzić, by zabrał córkę do lekarza albo przejął się, że syna ledwo przepuścili do następnej klasy? – Tęsknią za dziadkami. A żeby móc wyjechać z Anglii muszą mieć paszporty.
    – Nie będzie żadnych paszportów, głucha jesteś? Matka się znalazła troskliwa! Do dziadków je chcesz zawieść? Masz tam kochasia w tym swoim Wrocławiu! Przyznaj się!
    Stężałam. Powietrze samo napłynęło do płuc, gotowe ujść w erupcji gniewu i poniżenia. Przełknęłam je, aż zakręciło mi się w głowie.
    Zawsze szanuj męża, skarbie, mówiła mama. Nie wyzywaj go, nie krzycz, bądź podporządkowana. To głowa rodziny. On ci będzie przewodził, a ty go szanuj. To obowiązek żony.
    Wdech. Świadoma praw i obowiązków. Wydech. Świadoma praw i obowiązków. Wdech. Świadoma praw i obowiązków. Wydech.

    „…Uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe.”

    – Nie rozumiem, dlaczego tata nie może przyjść jutro na przedstawienie?
    – Już ci tłumaczyłam. Nie może przyjść, bo jest zajęty w pracy. Ale na pewno bardzo by chciał.
    Na widok napływających łez pękało mi serce. Pogłaskałam córkę po policzku. Kasia cofnęła się. Moja ręka zamarła wpół gestu.
    – To nie przez pracę. To przez ciebie! Ty nie chcesz żeby przyszedł. Prawda ciociu?
    – Eee… – Gabi spojrzała na mnie. – Bo widzisz, w tej chwili rodzicom się troszkę nie układa, ale…
    – Popilnuj ją przez chwilę, dobrze? – rzuciłam, walcząc z guzikiem pod szyją, by zapewnić sobie lepszy dopływ powietrza.
    Wpadłam do łazienki i przekręciłam klucz. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
    Rzuciłam się do okna i otworzyłam je na oścież.
    Nie ma czegoś takiego, jak rozwód, skarbie. Z mężem, z ojcem swoich dzieci jesteś związana na całe życie. Dlatego bądź dobrą żoną…
    Byłam dobrą żoną. Moją największą ambicją było, by być dobrą żoną. Obiad zawsze stał gorący na stole, punkt 14:00, bo Piotr miał wtedy przerwę na lunch (co z tego, że zdarzało mu się wywrócić talerz i krzyczeć, że obrzydliwe?), a kolacja 22:00, bo wtedy wracał z pracy… a przynajmniej powinien. Mieszkanie zawsze posprzątane. O dzieci dbałam. Gdy wychodził z kolegami, nie czepiałam się. W łóżku ustępowałam jego zachciankom częściej, niż się z tym czułam komfortowo.
    Kochanki nie miał. Wiedziałam, bo nawet wynajęłam detektywa, by się upewnić. Czasem żałowałam – zdrada to jedyny powód, który upoważniał mnie do rzucenia go w diabły. Ale nie. Więc o co mu chodziło?

    „I ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską…”

    Zdjęłam sweter, bluzkę, rozpuściłam włosy i stanęłam bokiem do lustra, lewą stroną – ten profil miałam lepszy. Wąska talia, ładna skóra. Piersi sterczały dumnie pod czarnym stanikiem. Rzuciłam swojemu odbiciu uwodzicielskie spojrzenie. Przekroczyłam trzydzieści pięć lat, ale nadal wyglądałam sexy.
    Ostatnio jakiś mężczyzna zaprosił mnie na spacer. W średnim wieku, ale przystojny, pod krawatem, z ciemnymi, gęstymi włosami i okularami, które nadawały mu sympatycznego i za razem inteligentnego wyrazu. Chciałam z nim pójść, naprawdę. Obrączka na palcu zdawała się wówczas ważyć pół tony.
    Pukanie do drzwi ściągnęło mnie na ziemię.
    – Paula, żyjesz tam? Dzwonili ze szpitala, Piotr znów miał atak.

    „Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.”

    Raz dwa się ubrałam i otworzyłam drzwi. Knykcie Gabrieli omal nie zetknęły się z moim czołem.
    – Zajmiesz się Kasią?
    – Nie musisz jechać. Jesteście po rozwodzie.
    Nie słuchałam, już zamawiałam taksówkę. Bo kto pojedzie? Cała jego rodzina w Polsce, moja też. Ja wiedziałam jakie bierze leki, od kiedy, znałam numer jego karty medycznej, nazwisko lekarza, historię choroby. Kto miał jechać, jak nie ja? W końcu byłam jego żoną.

    „…że cię nie opuszczę
    aż do śmierci.”

    To nie ja tu popełnię błąd. Nie potraktuję tak swoich obietnic. Jestem jego żoną.

  7. Siedzieli naprzeciw siebie. Znali się od dzieciństwa, te same podwórka, pierwsze fajki, tanie wina.
    Przez ten czas, a już go trochę upłynęło, kłócili się może ze dwa razy. To o dziewczynę, z którą Edi pierwszy raz spróbował. To o duże zlecenie jakie przypadło Tankowi. Później już szło zgodnie. Dla własnej wygody dzielili przestronne mieszkanie, a łączyła ich praca, nic więcej. Zaczął Edi.
    – Chcę wyjść z interesu – wytrzymał wzrok Tanka.
    – I co będziesz robił? Edi takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Liczył na jakiś siarczysty epitet, a tu troska jak u starszego brata.
    – Myślałem o wyjeździe. Tak na odczepnego rzucił w kierunku kompana. Tankowi twarz zaczęła zlewać się w jedną masę, tylko nos przypominający wyciągnięty środkowy palec zdradzał jego stan.
    – Edi, wiesz, że to zawsze kończy się tak samo – spokojnym głosem pomysł współlokatora podsumował Tank.
    – Wiem – równie niespokojnie odpowiedział adwersarz.
    Zapadła krępująca cisza. Co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane. Obserwowali się nawzajem, a szczególnie lekkie wybrzuszenia w lewych połach marynarek. Bez znaku, ale jak na komendę odskoczyli od stołu. Edi pierwszy wyciągnął broń, Tankowi zaczepił się pasek kolby o podszewkę, zdążył odskoczyć. Druga kula dosięgła jednak celu w tym samym momencie kiedy Tank wypalił po raz pierwszy. Jak stali tak padli.

    Przybyły kilka godzin później inspektor Rudzik osobiście chciał się przekonać jak dopełnili żywota rzeźnicy z Praskiej. Duży kaliber użytej w strzelaninie broni aż nadto przygotował scenerię do słów które chciał wypowiedzieć. Pocierając dłoń w miejscu, gdzie kiedyś świeciła obrączka rzucił –
    Tak, rozwody nie istnieją, są tylko trupy i … alimenty.

  8. Zamek, w którym mieszkali książę Filip i jego żona Śpiąca Królewna, przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Ze ścian obłaziła farba, w oknach brakowało szyb, a większość dachówek zastąpiono kawałkami sklejki lub blachy. Książę Filip siedział przed telewizorem z puszką piwa i gapił się na reklamy. Nagle jęknęła brama i po chwili czyjeś mocne kroki rozniosły się echem po korytarzu. W drzwiach stanął kolega z wojska, książę Karol. Książę Filip gestem zaprosił gościa na kanapę i podał mu piwo. Przez chwilkę obaj siedzieli w milczeniu.
    Książę Filip ziewnął przeciągle.
    – A ty co? Nie wyspałeś się? – zapytał książę Karol.
    – Daj spokój – książę Filip machnął ręką. – Ja już się chyba nigdy nie wyśpię.
    – Twoja żona dalej cierpi na bezsenność?
    – Twierdzi, że swoje już wyspała i teraz szkoda jej czasu na sen. No i hałasuje po nocach, robi to złośliwie, bo oczywiście przeszkadza jej, że ja śpię. Jak pies ogrodnika, co to sam nie zje i drugiemu nie pozwoli. Żeby jeszcze robiła coś pożytecznego, ale gdzie tam!
    – No widzę, dom wygląda marnie, ty jeszcze gorzej.
    – Gdybym to wiedział wcześniej, nigdy bym nie szedł to tej wieży, ani bym jej nie budził.
    Książę Karol westchnął głęboko na znak współczucia.
    – A od samego początku miałem przeczucie, że będzie coś nie tak – ciągnął książę Filip.
    – Dlaczego?
    – Bo chrapała. To nie jest dobry znak, gdy kobieta chrapie.
    – Chrapała? W bajce nic na ten temat nie było – zdziwił się książę Karol.
    – Bo kto to wierzy w bajki! – rozległ się piskliwy głosik i zza szafy wystawił nos Rumpelstiltskin.
    – Widziałeś gnojka?! – książę Filip oburzony wskazał palcem w stronę szafy – Ej, co ty tu robisz?
    Rumpelstiltskin wystawił całą głowę.
    – Piwkiem byś lepiej poczęstował – powiedział.
    – Ja cię zaraz tym poczęstuję – książę Filip pokazał nieproszonemu gościowi pięść. – Kto cię tu wpuścił?
    – Sam wszedłem – odpowiedział Rumpelstiltskin i schował się za szafę.
    – No i sam widzisz jak ja żyję – książę Flip niemal ze łzami w oczach pociągnął tęgi łyk piwa.
    – Oj rozumiem cię, naprawdę rozumiem. Ja też mam pod górkę… – pokiwał głową książę Karol.
    – Ty? Przecież twoja żona, Królewna Śnieżka, to całkiem niezła laska.
    – Tak? To jej to powiedz! Prawie nie bywa w domu, ciągle chodzi do solarium, bo twierdzi że jest za blada. Wygląda już jak jej własna macocha, ale wciąż jej mało.
    – Ale jak jej nie ma, to przynajmniej masz spokój w domu.
    – A gdzie tam! Przecież z nami mieszka tych siedmiu krasnali.
    – Co? A tego nie wiedziałem.
    – A widzisz! Siedmiu dodatkowych lokatorów na zamku, żaden nie pracuje, wszyscy na zasiłku. Dom zmienili mi w melinę, bo wciąż imprezują. Nie mam przez nich ani chwili spokoju.
    – A nie możesz się jakoś z nimi dogadać?
    – Może i bym mógł, jak by choć raz byli trzeźwi – głos księcia Karola wyraźnie drżał.
    – A w bajce nic na ten temat nie było? – Rumpelstiltskin tym razem pisnął spod kanapy.
    – Jeszcze ty tu jesteś? – książę Filip kopniakiem wepchnął intruza z powrotem pod kanapę.
    – Oj bracie, w co myśmy się wpakowali… – westchnął książę Karol. – Czy z tego można się jakoś wykręcić?
    – Nie wiem, naprawdę nie wiem. Gdyby tylko była jakaś możliwość…
    – W bajkach czasem można cofnąć czas, no nie?
    – Podobno tak, ale nie w naszych. My mamy przekichane. Każdy tylko czeka na „żyli długo i szczęśliwie” i nikt się potem nie interesuje, że właśnie to jest największa bajka.
    Przez chwilę obaj milczeli.
    – Ciekawe jak inni sobie radzą? – zapytał książę Filip.
    – Jak byśmy żyli w normalnym świecie, to moglibyśmy się rozwieść – rozmarzył się książę Karol.
    – Ale w bajkach rozwodów nie ma – zaskrzeczał Rumpelstiltskin i szybko uciekł pod stół, żeby nie oberwać dwiema lecącymi w jego kierunku puszkami po piwie.

  9. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    XXIII podróż Lopo Arkmo
    Na Linekt byłem pierwszy i jedyny. Planetka, po zasiedleniu przez trzecią falę uchodźców, założyła embargo na wymianę, ogłaszając na dwadzieścia pięć lat półizolację – transfer tylko informacji i towarów, których potrzebują nawet idealiści. Otrzymałem przydział do pewnego małżeństwa.
    Pole siłowe opuściło mnie na kwietną łąkę, sięgającą do kolan. Buczały owady i pachniało słodko-gorzko jak fresh do pościeli, a wiatr drażnił skórę, jakbym podkręcił klimę. Nadałem potwierdzenie „Aj, aj” w odpowiedzi na „Powodzenia, za pięć dni” i ruszyłem w kierunku samotnej postaci z tabliczką „Lopo Arkmo”, chociaż nie było tu nikogo innego. Gościnność?

    – Ilia – powiedziała i pogłaskała mnie po ręce. – Tak witamy się na Linekt, kontakt fizyczny jest pożądany.
    Zadrżałem. Perwersyjna przyjemność czy wstręt. Roześmiała się radośnie, oczy zwilgotniały, a mnie opuścił lęk, gdy poczułem, że skupiłem jej uwagę bez reszty. Lepsze niż „holo”.
    – Wy tam, na starowince Sol, zapomnieliście o dotyku? Nie gryzę, podaj dłoń. – Rozbujała nasze ręce, przyglądając mi się z ciekawością.
    – Ładny jesteś, ale powiedz coś?
    – Ty też – wyjąkałem.
    Cios w splot słoneczny. Zatopiony okręt. Miłość.

    Wieczorem poznałem Drewę, męża Ilii. Przeszli na linektański, gdy pośpiesznie omawiali osobiste sprawy. W kolejnych dniach przyzwyczajałem się do dotyku Ilii i cieszyłem się, że spędza ze mną czas w tym klienckim raju. Wystarczyło, że o czymś zamarzyłem, pomyślałem, wypowiedziałem, a pojawiało się w kontenerowcu. Dla żartu, rzuciłem kiedyś „miłość i Ilia”… znalazłem białą kartkę – „Niedozwolone”.

    W dniu mojego odlotu kontenerowiec zepsuł się, pulsował na czerwono, a Ilia pogłaskała na odchodne:
    – Żegnaj, miałam nadzieję.
    W drodze na łąkę Drewa, tuląc się do mnie, płakał:
    – Wywalczyliśmy loterię, rosyjską ruletkę. Wygrana to możliwość wyboru partnera, przegrana – śmierć, aby zniechęcić do udziału. Kiedyś tak nie będzie.

    Ilia i Drewa przegrali. Los, czy moja wizyta?
    Partnerzy są tam przydzielani według puli genetycznej, minimalna liczba potomstwa – dziesięć, ludzie śnią o nieskrępowanej miłości, a Linekt znowu zatrzasnęła swoje podwoje.

  10. W rodzinnym stadzie nazywają mnie pogardliwie Brzydkim Kaczątkiem, ale czuję, że jestem lepszy od innych. I proszę – żadna ze mnie kaczka. Szybko się zresztą od nich alienuję. Obserwuję, o, tak! Kiedy odlatuję szukać innego stawu, wiem o życiu dość, by zająć właściwe miejsce wśród nowych towarzyszy. To oni mnie rozpoznają.
    Wcześniej się nie doceniałem, ale teraz widzę, jaki jestem królewski i dostojny. Nic dziwnego, że chce mnie najpiękniejsza z łabędzic. Podpływa, zanurza szyję, potem prostuje się i przyciska do mnie piersią. Pozostałe samce nie śmią ze mną rywalizować. Przyglądam się innym samicom, ale decyduję, że na pierwszy sezon będzie ta.
    Szukamy odpowiedniego miejsca na gniazdo. Moja pani wybiera, przebiera, wciąż jej coś nie pasuje. Wiadomo, dla naszych piskląt ma być wszystko, co najlepsze! Wreszcie budujemy. Znoszę mnóstwo patyków i liści, a pani małżonka układa starannie te, które zaakceptuje. Znoszę kolejne i kolejne. Z ulgą przyjmuję koniec mordęgi i śliczne sześć jaj. Inne samce pomagają w wysiadywaniu tylko tyle, by partnerki mogły się pożywić, poza tym stróżują. Ja niemal nie wychodzę z gniazda i nie wiem nawet, gdzie nosi tę latawicę. Czekam z utęsknieniem, aż się pisklaki wyklują. Moja rola skończona i adieu!, piękna zołzo!
    Skorupki pękają, ze środka gramolą się brzydkie kaczątka. Rozczulam się. Jak je zostawić, kiedy się pani matka łaskawie zjawi? Ledwie zerka, syczy, maluchy chowają się pod moje skrzydła. No nic, muszę wytrwać, póki nie podrosną.
    Mija lato. Zuchy duże, poradzą sobie. Rozglądam się za lepszą kandydatką, ale zołza robi piekło. Inne samce trzymają się swoich partnerek i powoli do mnie dociera. Nie jestem kaczką. Tu rozwody nie istnieją.

Dodaj komentarz