Ktoś kogo nienawidzić nie wolno? – KONKURS!

Pora zaprosić was na kolejny blogowy konkurs Pasji Pisania. Tym razem możecie wygrać „Macochy” Danuty Awolusi – świetną powieść o trudnym funkcjonowaniu w rodzinach patchworkowych.

O Macochach Danuty Awolusi (na zdj.) pisałem niedawno w „Lekturze na weekend”. Głównymi bohaterkami są dwie skłócone siostry – Anita i Nadia. Rozdzielone trudnym dzieciństwem, różnymi charakterami i priorytetami, w zasadzie nie utrzymują ze sobą kontaktu. Przypadkowo trafiają do grupy wsparcia „Macochy Polska” – obie mają problem z dziećmi swoich partnerów. To może być początek ważnej zmiany w ich życiu. Chcecie poznać ich historię?

Mamy dla was egzemplarze Macoch ufundowane przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka i zadanie, jak zwykle pisarskie. Napiszcie krótkie opowiadanie (bądź jego fragment) inspirowane tym cytatem z powieści Danuty Awolusi:

„Być może nie ma na świecie nic trudniejszego od przyznania się do nienawiści. Nienawiści do dziecka”.

Jak rozumieć te słowa? Kto może czuć nienawiść? I czy ta nienawiść jest zasadna? Zostawiamy to wam. Prace nie muszą dotyczyć relacji macoch z dziećmi, ani rodzin patchworkowych.

Prace nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Wklejcie je, proszę tradycyjnie, jako komentarz do wpisu konkursowego. Teksty możecie nadsyłać do 27 października włącznie. Spośród prac Danuta Awolusi wybierze trzy najlepsze, a ich autorzy otrzymają po egzemplarzu Macoch.

Do dzieła, moi drodzy! Czekamy na wasze prace!

Źródło cytatów: Danuta Awolusi, Macochy, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Źródło grafiki: materiały prasowe.

9 Replies to “Ktoś kogo nienawidzić nie wolno? – KONKURS!”

  1. Chciałeś żebym nazywała cię tatą, ale zgodziłeś się na wujka. Nie naciskałeś. Odbijałeś sobie w nocy, napierając na mnie całym swoim ciężarem. Zazwyczaj w pościeli w różowe serduszka, a gdy mama miała zmianę, na łazienkowej posadzce, albo w kuchni, gdzie brzeg blatu wbijał mi się w brzuch. Gdy to działo się w moim pokoju, zdawało mi się, że patrzą na nas lalki i misie, z którymi nie zdążyłam się jeszcze rozstać. Bałam się potem ich spojrzeń.

    Zaczęłam na noc zaciągać zasłony, żeby do pokoju nie mogło dostać się światło ulicznych latarni, żeby nie widziały cię lalki i żebym ja nie musiała cię oglądać. Składałeś się jednak z czegoś więcej niż z obrazu. Twój brzuch rozlewał się na mnie, albo obijał. Sapałeś tuż przy uchu, a twój oddech często śmierdział czosnkiem i wódką. Zdawało mi się, że zostawał na moich włosach do rana.

    Pamiętam tłuste dłonie, grube palce i smar pod paznokciami. Do dziś odwracam wzrok, gdy takie widzę. Zdaję mi się, że zaraz zaczną pchać się tam, gdzie ich nie chcę i gdzie twoje, zawsze potrafiły się dostać. W dzień głaskałeś mnie nimi po głowie i mówiłeś, że mama płakałaby, gdyby wiedziała, że kochałeś mnie bardziej niż ją. I że mnie przestałaby kochać.

    Leżałam więc nieruchomo, modląc się, żeby łóżko nie skrzypiało. Obejmowałam cię, gdy się tego domagałeś, bo wtedy wszystko trwało krócej. Zasypiałam z mokrymi plamami w pościeli. Nie wiedziałam, że tak trudno jest je usunąć z materaca. Zaczęłam więc rozkładać ceratę pod prześcieradłem, a w wyobraźni oddzielać się od ciebie nieprzepuszczalną warstwą.

    Nienawidziłam cię, a za tę nienawiść, nienawidziłam też siebie. Przypominała mi, że byłam ofiarą, że udało ci się mnie złamać. Potem przeczytałam w gazecie, że powiesiłeś się więzieniu. Jednak jestem silniejsza. Wciąż żyję.

  2. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

    I mamy pierwszą pracę! Wspaniale! Kto następny?:)

  3. Siedziałam w fotelu z rozłożonymi nogami. Czułam się jak okaz w ZOO, ale nie taki wyjątkowy, tylko zwykły, szary i pospolity, jak kolejna kapucynka jakich wiele na wybiegu.
    Ginekolog gmerał we mnie różnymi narzędziami, które podawała pielęgniarka pachnąca magnolią. To dziwne. Aborcja nie powinna kojarzyć się z takim pięknym zapachem, powinnam raczej czuć zgniłe jajka bądź odór szamba. W końcu robiłam coś złego. Zabijałam. Tylko, że już w tej chwili nienawidziłam to coś co we mnie rosło i musiałam się tego pozbyć jak najszybciej, zanim bym to pokochała.
    Pomyślałam o zapłodnieniu, kiedy wracałam późnym wieczorem z pracy, a on złapał mnie od tyłu i zaciągnął za śmietnik, po czym zrobił swoje i uciekł. Tak po prostu, a ja leżałam dalej na zimnej ziemi niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, póki ktoś nad ranem nie wezwał karetki.
    – I już po wszystkim – powiedział lekarz z uśmiechem świadczącym, że jest z siebie bardzo dumny, a mnie samotna zła spłynęła po policzku, bo podczas usuwania ze mnie życia myślałam tylko o opadających płatkach magnolii, które są piękne nawet kiedy leżą niepotrzebne na ulicy.

  4. Alicja siedziała na ławce przed starym grobem. Wpatrywała się uporczywie w mały płomyk znicza, który wirował niespokojnie na zimnym, listopadowym wietrze. Płyta grobowca nosiła wyraźne ślady upływającego czasu, a krótkie epitafium całkowicie już wyblakło, tak że nie dało się odczytać napisu. Zmarznięte dłonie schowała w rękawy cienkiej kurtki, która była stanowczo za lekka i zbyt krótka. Zepsuty zamek i wytarty kołnierz nie mógł zapewnić odpowiedniej ochrony przed chłodem.
    – Jeszcze tylko kilka minut – szepnęła. – Zaraz będę mogła wrócić.
    Alicja zamknęła oczy i mocno objęła się rękoma, jednocześnie chuchając pod kurtkę. Wyglądała jak posąg, który został celowo postawiony przy grobie zmarłego Jana. A może wcale nie celowo? Może to była jej pokuta za brak czasu dla syna, bo musiała pracować na dwa etaty? Za brak rodzinnych obiadów w niedzielę, bo mąż całą sobotę pił z kolegami i na drugi dzień jak dochodził do siebie, wszyscy musieli być cicho? Za to, że dopuściła do tego, że syn poszedł w ślady ojca, bo ona nie dała mu innych wzorców? Tak. To jej wina, że teraz siedzi na tej ławce. To jej wina, że mąż się zapił, a niedługo zapije się jej syn.
    Teraz gdy już osiągnęła wiek emerytalny, niełatwo jej było znaleźć dodatkowe źródło dochodu, a tylko pieniędzmi mogła udobruchać porywczego syna.
    – Już czas wracać. – Alicja roztarła skostniałe dłonie. – Ugotuje Michałkowi rosołu. To na pewno mu pomoże.
    W myślach przeszukała zasoby spiżarni i stwierdziła, że mąki wystarczy jej, żeby zrobić makaron, a osiem złotych w portfelu przeznaczy na zakup włoszczyzny.
    Miska ciepłej zupy i parę groszy na piwo zapewnią jej spokojny wieczór, aż do jutra rana, gdy znowu ucieknie na cmentarz.

  5. Nienawiść to uczucie, które często czujemy, szczególnie w złości, nerwach i rozdrażnieniu. Bywa krótkotrwale, ale może być i stałe. Nienawiść może przerodzić się w obsesję, może zawładnąć naszym życiem i doprowadzić nas do niezrozumiałych działań. Nienawiść jest destrukcyjnym uczuciem rodzącym się w naszych sercach i umysłach, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Nienawiść nie jest pozytywnym uczuciem, dlatego nie jest łatwo nam przyznać, zarówno przed samym sobą, jak również przed kimś, że kogoś nienawidzimy. Uzmysłowienie sobie tego, że darzymy kogoś nienawiścią może sprawiać trudność nam samym, jeszcze większą trudnością jest publiczne przyznanie się do tego. Owszem bywają sytuacje, że nie przychodzi to z trudem, najczęściej w nerwach. Niemniej jednak nienawiść do dziecka jest czymś, co nie jest postrzegane dobrze, dlatego jest nam się do niej jeszcze trudniej przyznać. Nienawidzić kogoś bezbronnego, kto często niczym sam nie zawinił niestety zdarza się bardzo często. Niemniej jednak nie powinniśmy dusić w sobie nienawiści, gdy nie jest ona uzasadniona. To destrukcyjne uczucie potrafi intensywnie i negatywnie wpływać na nasz umysł i organizm, co zdecydowanie może być szkodliwe.

  6. Halina krzątała się w kuchni. Momentami uśmiechała się słysząc wiadomości płynące w eter z toruńskiej rozgłośni. Co pewien czas wzdychała i wyrzucała z siebie oburzenie jezusując i złorzecząc. Nagle odezwała się leżąca na stole komórka. Podeszła do stołu, wzięła ją w dłoń i nacisnęła zielony klawisz.
    – Aniu, wracasz już do domu? Zajęcia się już skończyły? Kup po drodze chleb. Córeczko, mam tyle na głowie, a ty mi nie pomagasz– mówiła szybko, bez przerwy, nie dając rozmówczyni dojść do słowa. Rozłączyła się nie słuchając co Ania ma do powiedzenia.

    Parująca herbata w szklance ozdobionej wiklinowym koszyczkiem odstawiana była na stół w przerwach pomiędzy ogłaszanymi dobrymi zmianami w Wiadomościach. Halina widząc na ekranie tłum z tęczowymi flagami, fukała i krzywiła się.
    – Antychrysty! Do więzień ich, w imię Chrystusa, a nie do telewizji – wykrzykuje.
    Nagle przyjrzała się w skupieniu ekranowi, podeszłabliżej. Zobaczyła demonstrującą młodzież, pary trzymające się za ręce. Zmienił jej się wyraz twarzy. Marsowe spojrzenie Haliny mogło zabić. Otworzyła usta nie mogąc wydać z siebie dźwięku. W końcu zacisnęła pieści.
    – Aniu! Nie! To niemożliwe! Aniuuuuuuu! – krzyknęła i usiadła ciężko na krześle. Oparła się łokciami o stół, głowę schowała w dłoniach. Z oczu pociekły jej łzy.

    Słysząc klucz w zamku otwierający drzwi Halina wstała i poszła do przedpokoju. Obok drzwi stałydwie duże, spakowane torby. Ania otworzyła drzwi i weszła do mieszkania.
    – Ty kurwo! Zboczeńcu! Won z domu! Nie chcę cię znać!
    Ania chciała coś powiedzieć, ale jednak widząc matkę zrezygnowała z tego. Wzięła stojące torby i bez słowa wyszła. Halina patrzyła na wychodzącą córkę i zrobiła ręką znak krzyża. Nad drzwiami wisiał krzyżyk z ukrzyżowanym mesjaszem.

  7. Nos Bidulka strzępił się, a z poluzowanych szwów wyłaziło puchate wypełnienie. Mama powiedziała niedawno, że miś jest stary i trzeba go wyrzucić albo oddać. To był ten raz, kiedy Amelka wybuchła tak histerycznym płaczem, że oczy mamy zrobiły się okrągłe, a miś pozostał w domu. I teraz Amelka, klęcząc na podłodze próbowała usadowić szmacianego Bidulka, który chwiał się i przewracał.
    – Siedź ładnie, nie garb się.
    Mama zajrzała do pokoju.
    – Grzecznie się bawisz, Amelio? Uważaj na sukienkę, nie pognieć jej. Za pół godziny zawołam cię na podwieczorek, umyj dokładnie ręce po zabawie, i…
    Patrzyła na mamę w napięciu. Mama chciała coś dopowiedzieć, ale zrezygnowała i zamknęła drzwi.
    – Nie powinieneś siedzieć tak krzywo. Jak to wygląda? Teraz lepiej. Skoro nauczyłeś się siedzieć, to pójdziemy w odwiedziny do Gałganki.
    – Ale ja nie chcę iść do Gałganki – odezwał się Bidulek głosikiem Amelki.
    – Och, ty znowu zaczynasz. Z tobą to tak zawsze. Ubieraj się.
    Zaczęła naciągać misiowi włóczkowy sweterek.
    – Nie chcę, nie założę – piszczał miś. – Gałganka jest głupia i jej nie lubię.
    – Nikt cię nie pyta o zdanie. Masz się ubierać natychmiast.
    – Nie chcę!
    – Mam to w nosie! Ubieraj się gówniarzu, nie mam czasu z tobą dyskutować. Spóźnimy się!
    – Nie pójdę!
    Szarpnęła misiem, wciskając jego łapkę w rękaw.
    – Au! – zapiszczał miś. – Boli! Zostaw!
    – Ty gówniarzu! Smarkaczu! Szczochmajtku! Widzisz do czego mnie doprowadzasz? Jak ja cię nie-na-wi-dzę!!!
    Zamachnęła się i cisnęła Bidulka o ścianę, zaraz jednak rzuciła się w jego kierunku, złapała misia i przytuliła.
    – No nie płacz, nie płacz, nie chciałam. Żartowałam, wcale cię nie oddam! Daj buziaka. Przecież cię kocham. A ty mnie kochasz?

  8. Agata siedziała skulona na kanapie i przykładała do policzka worek z mrożonym groszkiem. Zerknęła w lustro. Rozcięcie było na szczęście niewielkie, ale siniak pod okiem będzie jeszcze zdobił jej twarz co najmniej tydzień.
    Halina siedziała w fotelu z niezadowoloną miną.
    – Miałam tu herbatę, kto mi ją wypił – mruczała pod nosem.
    Nikt – pomyślała Agata. – Rzuciłaś we mnie filiżanką i wylałaś ją.
    – Zrobię ci nową, chcesz? – zapytała.
    – Oj tak, poproszę. Tak lubię, gdy mi robisz herbatę.
    Teraz Halina była słodka jak miód, nie krzyczała, nie pluła, nie rzucała wszystkim co popadnie.

    – To zwykła demencja – mówił lekarz, nie wiedzieć czemu, bardzo zadowolony z siebie.
    – Proszę nie liczyć na poprawę – drugi nawet nie próbował udawać optymisty.
    – Fizycznie nic jej nie jest, ale w tym przypadku wcale nie na tym polega problem – kolejny też nie odkrył Ameryki.
    Wszyscy ci lekarze diabła warci, dla nich to tylko przypadek, jeden z wielu. W teoriach byli mocni, w praktyce żaden nie umiał pomóc. Agata nie mogła ich za to nienawidzić.

    Na początku wspierał ją Jacek. Ale dość szybko zmienił zdanie.
    – Oddajmy ją do jakiegoś ośrodka, domu pomocy, sam nie wiem gdzie, byle nie została tu – mówił coraz częściej.
    – Jak możesz tak mówić? To moja matka – Agata prawie krzyczała oburzona słowami męża. – Co ludzie powiedzą?
    – Powiedzą albo nie powiedzą, nic im do tego. Ale na pewno nie pomogą, zostaniesz z tym sama.
    – Sama? Jak to sama? Przecież jesteśmy razem.
    Agata wtedy jeszcze wierzyła w słowo „razem”.
    A potem Jacek zaczął wracać coraz później, coraz częściej śmierdzący alkoholem. Czasem czuć było do niego damskie perfumy, a długie jasne włosy bezwstydnie wiły się na jego rękawach. Któregoś dnia nie wrócił na noc. Po dwóch tygodniach przysłał kolegę z pracy po rzeczy. Agata postanowiła go za to nie nienawidzić.

    – Weź ja do siebie chociaż na kilka dni – Agata prosiła siostrę. – Masz urlop w lipcu.
    – Oj nie rób z siebie takiej męczennicy. Za darmo tego nie robisz, przecież zgarniasz dla siebie całą jej emeryturę – Kamila zawsze umiała dopiec Agacie. Kiedyś nawet groziła sądem. Wykrzykiwała, że jej też się coś od mamusi należy. Agata chętnie przystała na sąd, przynajmniej byłoby jasne – kto ma się opiekować, kiedy i za ile – skoro to takie ważne. Kamila odtąd rzadziej poruszała temat emerytury. Wracała za to raz w miesiącu z kolejnym kwiatkiem w doniczce i kolejną porcją krytyki, lub jak wolała to nazywać – dobrych rad na temat tego, jak powinno się dbać o matkę. Agata starła się jej nie nienawidzić.

    – Czy była tu moja córka? Nie widziała pani mojej córki? Moja córka obiecała, że do mnie przyjdzie – mówiła Halina zaraz po jej wyjściu.
    Ja jestem twoją córką – myślała Agata, ale nigdy nie powiedziała tego głośno. Wiedziała, że gdy Halina mówiła „córka”, to chodziło jej o Kamilę.
    Kamila zawsze była tą lepszą. Była ładniejsza, może nie zdolniejsza, ale na pewno bardziej cwana. W szkole miała co miesiąc innego chłopaka, obściskiwała się z nimi w pokoju, a za ścianą Agata pilnowała, żeby matka nie odeszła od telewizora. A gdy raz Arek, kolega z klasy Agaty odprowadził ją po lekcjach do domu i pod blokiem próbował pocałować, matka wybiegła z domu i z całej siły uderzyła Agatę w twarz.
    – Tak zaczynają kurwy – powiedziała wtedy.
    Agata bardzo chciała nie znienawidzić jej za to.

    Agata zerknęła w lustro. Na szczęście siniak też nie będzie zbyt duży. No właśnie, znów miała szczęście. Nie miała go, gdy Halina dziabnęła ją nożyczkami, skończyło się szyciem. To już wolała słuchać, że jest obcą babą, która znów nie wpuściła do domu ukochanej córki, albo że napluła do kawy lub zamieniła tabletki na truciznę.
    Agata coraz rzadziej poznawała siebie w lustrze. Kiedyś widywała tam uśmiechniętą dziewczynę ze starannym makijażem i zadbaną fryzurą. Teraz spoglądały na nią zmęczone oczy kobiety, która czuła się tak bezradna, że już nikogo nie miała siły nienawidzić.

  9. Handlarz pogardy pcha wózek przez agorę. Wczoraj padało. Na mokry bruk z pobliskich zarośli wypełzły ślimaki. Giną pod skrzypiącymi kołami wózka i wypastowanymi trzewikami handlarza. On jednak nie zwraca uwagi na dramat małych żyjątek. Są słabsze, głupsze, mniej ważne. Muszą mu ustąpić albo pożegnać się z życiem.

    Wierni klienci już na niego czekają. Niepewni, zagubieni, patrzą w napięciu jak otwiera swój kram z etykietkami do upraszczania świata.

    – Bójcie się! – krzyczy handlarz – Oni już tu są! Zagrażają nam, jedynym, prawdziwym mieszkańcom naszej pięknej wyspy.

    Przez tłum przelewa się gniewny pomruk.

    – Kiedy my zgodnie uznajemy jedyny właściwy model życia, oni mówią, że każdy ma prawo żyć i kochać jak chce! Kiedy my wznosimy wokół naszej wyspy mury mające nas chronić przed inwazją, oni szamoczą się z klucznikiem i próbują otwierać główną bramę! Kiedy my z szacunkiem chylimy czoła przed naszą, jedynie słuszną wersją historii, oni mówią, że przeszłość nie jest czarno-biała!

    Tłum faluje, twarze wykrzywia złość. Handlarz zaciera ręce. Kupują to! Ruszają we wskazanym przez niego kierunku. Zaopatrzeni w tępe narzędzia i ostre słowa idą z pieśnią na ustach bronić wysypy przed własnymi obcymi. Wznoszą się ku górze zaciśnięte pięści, pada pierwsza obelga, druga i kolejne. Po chwili lecą też butelki, kamienie i nawet kosz na śmieci, który jakiś młodzieniec sprawnie wymontował z ulicznego bruku.

    – Ależ pięknie się panu udało porwać tłum do tańca nienawiści. – Stojący obok sprzedawca hipokryzji patrzy z uznaniem.

    – Nienawiść? Nie, proszę pana! Ja takich brzydkich rzeczy nie oferuję! – obrusza się handlarz – U mnie w asortymencie jest tylko duma, honor, tradycja.

Dodaj komentarz