Opowieść lalki – KONKURS!

Pora zaprosić was do udziału w grudniowym konkursie. Tym razem możecie wygrać fascynującą książkę Moniki Mostowik „Zanim stanę się lalką”.

„w domu lalki
śpią martwe jak rzeczy
aż je obudzisz”.

Tym haiku chciałbym otworzyć kolejny konkurs na blogu Pasji Pisania. Tym razem możecie otrzymać książkę Moniki Mostowik Zanim stanę się lalką. Zapis obsesji tworzenia. Główną bohaterką jest bezimienna lalkarka, bezgranicznie oddana swojej pasji – tworzeniu lalek. Kim jest? Co znaczą dla niej lalki? Więcej o tej fascynującej powieści pisałem w listopadowej „Lekturze na weekend”.

Pora przejść do zadania konkursowego. Bohaterka Zanim stanę się lalką… twierdzi: „Lalki to opowieści, które tkwią w nas samych, opowiadamy je na różne sposoby”. W ramach konkursu połączcie, proszę, lalkę i opowieść. Niech lalka będzie bohaterką opowiadania. Nie musi być narratorką, możecie ją wykorzystać jako atrybut historii. Czy to będzie smutna czy wesoła historia? Czy postawicie na coś głęboko psychologicznego, czy raczej na horror? Jesteśmy ciekawi, jak podejdziecie do tematu.

Tekst nie powinien przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w komentarzu do niniejszego wpisu nie później niż 15 grudnia 2019 r. Spośród nadesłanych prac Monika Mostowik wybierze najciekawsze. Autor/autorka najlepszej pracy otrzyma zestaw książek Moniki Mostowik: Patrzę i Zanim stanę się lalką…, a trzy kolejne osoby – tę drugą pozycję. Nagrody ufundowało Wydawnictwo JAMA.

Do piór, moi drodzy! Czekamy na wasze teksty!

Źródło cytatów: Monika Mostowik, Zanim stanę się lalką. Zapis obsesji tworzenia, Wydawnictwo JAMA, Olsztyn 2019.

9 Replies to “Opowieść lalki – KONKURS!”

  1. Miałam na półce prawie dwadzieścia lalek „Barbie”, większość przyleciała do mnie w paczce z Ameryki. Była kowbojka, syrenka, Meksykanka, „Barbie” w kostiumie kąpielowym, „Miss Barbie”… Kolory włosów od platynowego blond po afroamerykańską czerń. „Jakie różne!” – chciałoby się powiedzieć. Otóż nie. Wszystkie miały takie same symetryczne biusty, przewąskie talie, obłe stopy bez palców i głupkowaty wyraz twarzy.

    Nikt wtedy nie mówił, że gdyby „Barbie” miała sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, jak ja, ważyłaby tylko pięćdziesiąt kilogramów. Miałaby tak wąską talię, że w brzuchu nie mieściłyby się wątroba i jelita, że szyja byłaby zbyt słaba, aby utrzymać ciężar głowy, i że proporcja długości nóg do reszty ciała jest nieludzko zaburzona. Nie produkowano też „Barbie” lekarek, prawniczek i motocyklistek…

    Dzisiaj ogląda się „żywe Barbie” jak okazy w zoo. Takie panie wycinają sobie żebra, podcinają ścięgna w łydkach, korygują biusty i zmniejszają nosy. Na zdjęciach wyglądają tak, jakby nigdy nie mrugały, a uśmiech nie odklejał im się od twarzy. Niby ewenementy, ale były przecież miliony dziewczynek, dzisiaj już kobiet, które dorastały patrząc na ten bierny ideał kobiecości. Marzyły o tym, żeby zbliżyć się do niego choćby o centymetr, choćby o kilogram. Chowały więc kanapki do szafek, albo wyrzucały je z okna, liczyły kalorie, siedząc na krzesłach spinały pośladki, żeby spalić trochę więcej energii, a potem zwracały wszystko, co zjadły w szkolnej toalecie.

    Teraz na rynku są „Barbie” z figurą typu „gruszka”, z małym i dużym biustem, chude i pulchne… Tylko co z tego, skoro z bilbordów i okładek magazynów wciąż patrzą na nas photoshopowe lalki, podpisane imionami kobiet, które gdzieś, w czterech ścianach istnieją naprawdę?

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwszą pracę – kto następny?:)

  2. Wyryte w korze dębu says: Odpowiedz

    Przypatrzył się jej jeszcze raz. Wyglądała tak, jak jego zdaniem wyglądałaby jego wymarzona dziewczyna. Swojego przyjaciela znał przecież od dzieciństwa. Włożył weń dużo starań. Doskonale pamiętał te dziewczyny, które złamały Tomowi serce. Ona nie mogła ich przypominać. I nie przypomniała. Z orzechowymi lokami i błękitnymi oczami wyglądała pięknie. W pastelowym swetrze i spódnicy podobnego koloru wyglądała pięknie. Ułożył ją na sofie w pozycji embrionu, tak jakby spała.
    Był dumny ze swego dzieła, mimo że jeszcze go nie ukończył. Brakowało ostatniego elementu. To, co udało mu się do tej pory stworzyć, było jedynie powłoką bez życia. Ostatni element należał do najtrudniejszych. Tchnąć w nią życie, i uczynić taką, jaką pokocha Tom. W trzydzieści dni. Inaczej znów stanie się Lalką.
    ***
    Powoli otworzyła powieki. Widząc go, zerwała się gwałtownie.
    -Nie bój się – powiedział tak spokojnie, jak tylko w tamtym momencie mógł i opuszczając dłonie, dał jej odczuć, że skrzywdzić jej nie zamierza.
    -Kim jesteś? Kim jestem ja?
    -Przyjacielem – odpowiedział. Usiadł ostrożnie na przeciwległym krześle. Nie potrafił nawet wyobrazić sobie, jak to jest być osobą, która nie ma kompletnie wspomnień a jest w punkcie, kiedy większość z nas może spokojnie przywołać z pamięci jedną trzecią swojego życia.
    Bardzo ostrożnie żonglując słowami, opowiedział jej o sobie i o projekcie. Z początku trochę się wahał, czy jej wyjawić, po co przywołał ją do życia. I w tej właśnie chwili dotarło do niego, na chwiejnych podstawach zbudował swój plan. Ona był białą kartą. Każdy rówieśnik jego i Toma, każdy prawdziwy człowiek, budował siebie poprzez wszystkie pozytywne i negatywne doświadczenia oraz przez naukę. To nie działało jak w Simsach ani RPG, gdzie budowało się postać, z gotowym pakietem cech i zdolności. Ale jeśli się już poważnie nagięło prawa rzemiosła, trzeba było brnąć w to dalej. W tydzień musiał ją nauczyć by stać się kobietą, w której Tom się zakocha. Inaczej czar się nie utrwali.
    -Wtedy umrę?
    -Nie umrzesz. Staniesz się ludzką lalką.
    Właściwie to nie był pewien, czy to nie znaczy to samo.
    ***
    Przyjaciele na swój widok padli sobie w ramiona. Nie widzieli się już chyba wieki.
    -Tom niedźwiedziu! Nareszcie wylazłeś ze swojej jaskini!
    – Nie mówiłem Ci, ale już trochę wcześniej wylazłem. I w związku z tym chciałbym Ci kogoś przedstawić.
    Janowi zrobiło się na przemian zimno i gorąco.
    -Tak? Właściwie to ja Tobie też.
    – Zostawiłeś Alinę?
    -Gdzież tam! Skądże znowu. Ala to moja miłość życia. Odwiedziła mnie daleka kuzynka. Poszła właśnie przypudrować nosek. O właśnie tu do nas idzie. Mileno, pozwól, mój przyjaciel Tomek.
    Delikatnym skinieniem głowy powitał Lenę. Ta odwzajemniła gest, ale szybko spuściła speszona wzrok. Na jej policzki wystąpiły delikatne rumieńce.
    -Ja kogoś przyprowadziłem. Wybacz Mileno, ale twój kuzyn nieustannie próbuje mnie z kimś swatać. Tym razem poradziłem sobie sam. Pozwólcie, że Wam przedstawię – moja dziewczyna Kasia.

  3. Spod długich rzęs, gęsto okalających błękitne oczy wyzierał tak ogromny smutek, że Anna gwałtownie odwróciła głowę, aby uciec przed swoim odbiciem. Dziś jest ten dzień, na który czeka każda dziewczynka, niecierpliwie wiercąc się w swoim dzieciństwie, a później każda młoda kobieta, drżąc niekiedy pełna wątpliwości czy to ten.
    Anna nie drżała, a przynajmniej nie z niepewności. Poprawiła misternie splecione włosy koloru belgijskiej czekolady, musnęła kości policzkowe odrobiną złota, a usta przeciągnęła pomadką, nadając im kuszący wygląd.
    Przejrzała się zadowolona.
    Perfekcyjnie. Jak zawsze.
    Spojrzała na zdjęcie stojące na toaletce. Uśmiecha się na nim, najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek widziała. Chłopak o najbielszym uśmiechu na ziemi.
    Innego nie mogła wybrać.

    – Moja mała piękna laleczko! – Zwykła mówić matka, przyglądając się krytycznie, swojemu dziełu. Pięknej fryzurze czy niepowtarzalnym sukienkom, które szyły drogie krawcowe. Smutku i tęsknoty w oczach filigranowej dziewczynki zdawała się nie dostrzegać. Liczyły się tylko zachwyty innych.
    Gdy Anna dorastała, matka z lekką trwogą, przyglądała się zmianom, jakie zachodziły w jej ciele, na szczęście sprostała wymaganiom i wyrosła na piękną kobietę.
    A teraz będzie piękną panną młodą z idealnym mężem u boku, w przyszłości będą mieć cudowne córeczki, cudowne, maleńkie laleczki.
    Anna wstała i oparła czoło o chłodne lustro, przyłożyła jeden policzek, potem drugi. Rozpalone policzki przyjemnie chłodziła szklana tafla. Czuła zimno stopniowo przenikające jej skórę, było jej naprawdę przyjemnie. Pierwszy raz od dawna.
    Gdy ponownie spojrzała w swoje odbicie, dostrzegła zamazaną plamę pudru, cieni i innych kosmetyków, które przykryły jej twarz piękną maską.

    Drzwi trzasnęły z impetem. Na toaletce został pierścionek, zużyte chusteczki do demakijażu i wciąż uśmiechający najbielszym uśmiechem na świecie, najpiękniejszy chłopak.

  4. Kiedy byłam małą dziewczynką, zbierałam małe, porcelanowe lalki, które razem z mamą kupowałyśmy w małym, zielonym kiosku. Uwielbiałam je. Każda była inna, każda wyjątkowa, ale każda tak samo piękna. Każda z lalek miała piękną twarz, namalowane duże oczy, w różnych kolorach, wyraźne rumieńce na policzkach oraz różowe usta. Zazwyczaj dopełnieniem pięknej, porcelanowej buzi, były otaczające ją loki. Niekiedy rozpuszczone, inne przykryte małym słomianym lub materiałowym kapelusikiem, jeszcze inne lekko upięte. Zdarzały się także lalki w warkoczach. Laleczki miały włosy w kolorach od czerni po blond. Idealnie wykonane malutkie, blade ciała pokryte były różnego rodzaju sukienkami, które wykonane były na wzór strojów, z początku XIX wieku. Jedne kreacje miały koronki, inne bufiaste rękawy, niektóre posiadały białe fartuszki. Dodatkowym atutem laleczek były ich ruszające się ręce oraz nogi, które pozwalały mi na swobodną zabawę. Bez problemu zastąpiły mi popularne lalki Barbie, do których nigdy nie byłam przekonana. Porcelanowe zabawki, dzięki swoim strojom, które ukazywały ich delikatne piękno, zaczepiły we mnie miłość do subtelności. Zapragnęłam być jak porcelanowa lalka. Marzyłam o tym, żeby mieć piękne włosy, delikatną, lecz ładną twarz, nosić ponadczasowe sukienki. Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie, jak będę wyglądać, jako dorosła kobieta. Chciałam być damą, jak moje małe lale. Wtedy nie zdawałam sobie spawy, że piękno człowieka, to nie tylko wygląd zewnętrzny. Owszem, to jak wyglądamy, jak się ubieramy, jak malujemy nierzadko ma duże znaczenie na to, jak odbierają nas osoby trzecie. Jednak coraz częściej mam wrażenie, że zapominamy o tym, co jest w życiu ważniejsze. Uroda z biegiem czasu przeminie, ale to jakimi ludźmi będziemy, zostanie z nami do końca. Dzisiaj wiem, że najpiękniejsze jest piękno wewnętrzne. Dzisiaj wiem, że ważne jest to, czy jestem dobrym człowiekiem. Ważne jest to, czy wiem co to miłość, przyjaźń, rodzina, bezinteresowność, szczerość, zrozumienie, a także pokora. Teraz, jako dorosła kobieta, nie chcę być pustą, ale piękną porcelanową lalką. Chcę czegoś więcej.

  5. Patrzę na zabłoconą lalkę, która leży bezwładnie na moich kolanach. Prawe oko trzyma się na jednej nitce, a zielona sukienka w kratkę jest porwana na wysokości lewego biodra. Włosy, jeszcze cztery godziny temu w kolorze miodowych, teraz przypominają raczej przydymioną słomę.
    – Co jej się stało​ ?- pytam panią w białym kitlu.
    – Kochanie – mówi miękko – miałaś wypadek. Twoja laleczka ucierpiała w nim tak samo jak ty.
    – Jaki wypadek? – nie rozumiałam.
    – Samochodowy… Jechałaś z mamą…
    Przypominam sobie jak popołudniu jechałyśmy po lalkę. Gdy tylko ją zobaczyłam, musiałam ją mieć.
    – Mamo! – krzyczałam – Ona jest najpiękniejsza ze wszystkich! Niczego bardziej nie pragnę!
    I chwilę później trzymałam w ramionach upragnioną szmaciankę. Przypominam sobie uśmiech mamy, kiedy mi ją wręczała. Wyglądała jak anioł w tej swojej białej, przewiewnej sukience.
    – A gdzie jest moja mamusia? – pytam miłą panią, która usiadła właśnie na krześle obok mnie.
    – Skarbeczku… – zaczęła niepewnie – twoja mamusia nie przeżyła…
    Przypominam sobie oślepiające światła, głośny huk i przeszywający odgłos miażdżonej stali, a potem krew, która spływa z czoła mamy zalewając jej oczy i plamiąc tę piękną, białą sukienkę.
    Teraz najbardziej na świecie chcę, żeby mama była obok mnie. Zaciskam ręce na talii brudnej lalki i ze złością wyrzucam ją do kosza.
    – To wszystko przez ciebie – szepczę do niej jakby mogła mnie usłyszeć.

  6. Nigdy nie lubiłam lalek. Bałam się ich od dzieciństwa, a dokładnie od dnia pamiętnej wizyty u ciotki Stefanii. Tego dnia pojechałyśmy do niej obie z mamą. Ciotka zaprosiła nas do salonu, podała kawę, a sama zaciągnęła się papierosem osadzonym na długiej lufce. Pamiętam, że nie mogłam usiedzieć spokojnie, jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do małego pokoju, który znajdował się na końcu korytarza. Bez pytania wstałam i poszłam w jego kierunku. Powoli otworzyłam drzwi i nieśmiało rozejrzałam się wokół, po czym usiadłam na wielkim łóżku przykrytym narzutą w dębowe liście. Przy każdym ruchu łóżko skrzypiało, wydając z siebie dźwięk zbliżony do szelestu liści. Dotknęłam narzuty, była szorstka i naprawdę miałam wrażenie, że siedzę wśród suchych liści. Po prawej stronie stała wielka dębowa szafa, po lewej olbrzymi kwiat, którego liście pochylały się w moją stronę, jakby starały się mnie dotknąć. Po chwili drzwi się zamknęły i na wprost moich oczu pojawiło się nieruchome czarne futro, które hipnotyzowało swoją głęboką czernią. Wpatrywałam się w nie bez zmrużenia oka i po chwili zobaczyłam głowę, która wyłaniała się znad kołnierza, zaraz za nią z rękawów wysunęły się dłonie z długimi czerwonymi paznokciami. Milcząca postać powoli podniosła głowę i zdałam sobie sprawę, że to Czarownica, która wpatrywała się we mnie, marszcząc krzywy nos.
    – Dobrze, że już jesteś – usłyszałam jej szept. – Zaraz pójdziesz ze mną, by opiekować się moją córeczką. Siedzi tam – wskazała dłonią na lalkę siedzącą w kącie pokoju, a której wcześniej nie zauważyłam, a która teraz wstała i szła powoli w stronę łóżka. Czarownica wyciągnęła do mnie dłoń, a ja zaczęłam się odsuwać się na łóżku jak najdalej. Czułam, że łóżko powoli znika, a ja zapadam się coraz niżej i za chwilę utonę wśród morza liści. Wiedziałam, że albo złapię Czarownicę za rękę, albo zostanę wchłonięta w przepaść. Serce waliło mi jak oszalałe, z przerażenia nie potrafiłam wykrztusić słowa. Nagle drzwi się otworzyły i pojawiła się w nich mama.
    – Chodź moja kochana, wracamy do domu.
    Jak wystrzelona z rakiety pobiegłam w jej stronę. Wzięła mnie na ręce i spokojnie wyszłyśmy żegnane przez ciotkę. W drodze do domu w kółko powtarzałam, że już nigdy do ciotki nie pojadę. Mama głaskała mnie po głowie, ale nie zapytała, dlaczego. Do dziś nie mam w domu żadnej lalki, ani też nie noszę futer…

  7. (fragment)
    – Dobrze, a teraz krótka przerwa na papierosa – wypalił nagle po raptem trzydziestu minutach wykładu i wyszedł na klatkę schodową Instytutu, zostawiając w sali – osłupiałą i mało jeszcze zaznajomioną z jego zwyczajami – nową grupę studentów.

    Na klatce znalazł się po dosłownie dziesięciu niecierpliwych krokach. Stanął jak zawsze w tym samym rogu, opierając się o sraczkowatą, olejowaną lamperię ściany i trzęsącą dłonią odszukał w kieszeni wyświechtanej kurtki paczkę papierosów – Sobieskich czerwonych. Zaciągnął się po raz pierwszy. Niespiesznie, a jednak łapczywie wciągał dym do płuc, mrużąc przy tym oczy schowane za oprawkami ciężkich, kwadratowych i bardzo niemodnych okularów.

    Nie zdążył jeszcze wypuścić do końca pierwszego kłębu, gdy ciężkie drewniane drzwi skrzypiąco otwarły się na wpół, a z prześwitu wyłoniła się jędrna damska noga ubrana w grube czerwone rajstopy i czarne zamszowe kozaki zaciągnięte aż pod kolano. Ułamek sekundy później do nogi dołączyła druga bliźniacza oraz damskie biodra w dość krótkiej dżinsowej spódnicy, tors w puchatym łososiowym swetrze i przede wszystkim ukazała się blond głowa z końskim ogonem.

    – O super, to ja też zapalę – blond głowa dziarsko rzuciła w jego stronę. Posłała mu przy tym trochę bezczelny uśmiech, ukazując zdrową biel zębów dwudziestolatki.

    Wcale nie chciał, bo przecież miał to gdzieś, ale nie mógł nie zauważyć, że głowa miała również twarz – piękną twarz. Był to typ twarzy kobiety, o którym jego ulubieni bardowie z lat osiemdziesiątych układali rzewne, pijackie ballady. Ta twarz miała w sobie coś bardzo kobiecego i bardzo dziecięcego jednocześnie.

    Intruzka pogrzebała chwilę w swojej torbie typu listonoszka i wyciągnęła paczkę – za drogich jak na jego uczelnianą pensję – Marlboro zielonych. Raptem skrzywiła się , kucnęła w rozkroku tuż przed nim – odsłaniając sporą część wewnętrznej strony swoich ud – i wysypała całą zawartość torby na podłogę. Po czym skapitulowała i nie podnosząc się wcale zadarła ku niemu głowę:
    – Użyczy pan ognia, doktorze? – spytała spod długich, farbowanych rzęs.

    „Lalka. Zapewne również idiotka – pomyślał trochę zbity z pantałyku jej bezczelnością. – Zobaczymy czy będziesz taka harda na egzaminie, laluniu”.

    – Ależ oczywiście, droga pani – podpalił jej Marlboro.

  8. – Włosy jej urosły, trzeba przyciąć grzywkę.
    – Ale ty głupia! To plastik jest!
    – Właśnie że urosły. Widzę przecież.
    – No weź, Jezuuu, litości! – Kinga podniosła oczy do nieba.
    – Co.
    – Gówno psie.
    – Mamooo! Ona brzydko mówi! – Lena krzyknęła w kierunku drzwi.
    – Cicho bądź, kretynko. Co się drzesz?!
    – Nie mów tak, bo powiem mamie.
    – Blablabla! Powiem mamie powiem mamie, czy ty czasem potrafisz pomyśleć? Skarżypyta. Matka ma lepsze zajęcia niż latać na każde twoje zawołanie. A zresztą, gadaj sobie co chcesz. Daj mi czytać.
    – No co. Ja tylko mówię, że jej urosły.
    – Nie.
    – Urosły.
    – Acha. Mhm.
    – Zobacz, ubiorę ją na bal, będzie wyglądała pięknie. W najpiękniejszą sukienkę. Ma teraz modną fryzurę, jak mama.
    Kinga odwróciła się do ściany. Lena na środku dywanu mocowała się z obcisłą sukienką.
    – Ale ta sukienka za długa i za mało błyszczy.
    – Taaa…
    – Utnę ją.
    – Ani mi się waż!
    Kinga skoczyła na równe nogi chwytając nożyczki zanim mała rączka siostry zdążyła do nich sięgnąć.
    – Posłuchaj – powiedziała odkładając nożyczki na szafkę. – Twoja mama jest teraz w kuchni i gotuje obiad. Jest piękna teraz, kiedy ma dżinsy i podkoszulek. Kiedy zakłada tamte sukienki z szafy, wysokie buty i kolczyki, nie jest ładna. – Patrzyła z napięciem w błękitne szeroko otwarte oczy. – No pomyśl. Jak się wtedy obudziłaś to przytuliła cię albo była miła jak zawsze?
    Lena niezmiennie zdumiona patrzyła na siostrę klęczącą tuż przed nią. Po chwili namysłu ruszyła przecząco głową.
    – Ale ten pan był miły.
    – Nie słuchaj obcych. Nawet jak są z mamą. Rozumiesz? To nie był miły pan.
    – Nie?
    Kinga wyciągnęła rękę i odgarnęła z małej buzi siostry kosmyk włosów.
    – Jeśli obudzisz się w nocy następnym razem – obudź też mnie. Opowiem ci bajkę.

Dodaj komentarz