Dawna opowieść, czasy współczesne – KONKURS!

Skoro zaczął się już nowy rok, przyszła pora na nowy konkurs. Dziś mamy dla was coś specjalnego – „Czytaj jak profesor. Nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami” Thomasa C. Fostera. To będzie jedna z najważniejszych książek na waszej pisarskiej półce!

Czytaj jak profesor. Nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami profesora Thomasa C. Fostera może się okazać waszą pisarską biblią. Owszem, dotyczy czytania, ale im więcej zaczniecie dostrzegać w cudzych tekstach, tym lepsze będą wasze własne. Profesor Foster uczy zaglądać pod podszewkę tekstu, śledzić logikę kierującą piórem, dostrzegać symbole i nawiązania. Więcej o tym pisałem w grudniowej „Lekturze na weekend”.

Sam zdaję sobie sprawę, jak ważne jest wnikliwie czytanie, dlatego staram się was uczyć takiego podejścia do tekstu na Pracy nad Tekstem. Wiem, że cenicie sobie nasze dyskusje. Jeśli macie ochotę na kolejne – zapiszcie się na najbliższy kurs, zostały ostatnie miejsca!

A tymczasem zapraszam wszystkich do pierwszego w tym roku pisarskiego konkursu! W jednym z rozdziałów swojej książki profesor Foster pokazuje, jak wygląda mechanizm uwspółcześniania baśni, wyciągania z nich czegoś nowego. Robi to na przykładzie Jasia i Małgosi:

„Tworzycie parę młodych bohaterów, może nie dzieci, a już na pewno nie dzieci drwala i w żadnym razie nie rodzeństwo. Powiedzmy, że to młodzi kochankowie, którzy z jakiegoś powodu się zgubili. Może samochód zepsuł im się z dala od domu; nie ma wprawdzie lasu, jest za to miasto, jak okiem sięgnąć bloki komunalne. Wasi bohaterowie, jeżdżący BMW mieszkańcy przedmieść, źle skręcili i znaleźli się w dzielnicy, która z ich punktu widzenia stanowi dzicz. A więc zabłądzili, nie mają komórki, jedyną opcją okazuje się wejście do meliny narkotykowej. Macie więc hipotetycznie baśniowy, dramatyczny zarys akcji, który od samego początku mieni się możliwościami. Wszystko idealnie nowoczesne. Żadnego drwala. Żadnych okruszków. Żadnej chatki z piernika. Po co więc wywlekać jakąś starą, zapleśniałą baśń? Co takiego może nam ona powiedzieć na temat tej współczesnej sytuacji?”.

No właśnie: co? To jest wasze zadanie konkursowe. Zaprezentujcie współczesną opowieść (lub jej fragment) o Jasiu i Małgosi. Propozycja profesora to był tylko przykład – wymyślcie własną wersję. Wasze teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Wklejcie je w komentarzu do wpisu konkursowego nie później niż 19 stycznia 2020 r. Autorzy najlepszych prac otrzymają egzemplarze książki Czytaj jak profesor… ufundowane przez Wydawnictwo Fabula Fraza.

Do dzieła!

Źródło cytatu: Thomas C. Foster, Czytaj jak profesor. Nietypowe i ciekawe wskazówki, jak czytać między wierszami, tłum. Elżbieta Janota i Paulina Rzymanek, Wydawnictwo Fabula Fraza, Warszawa 2019.

31 Replies to “Dawna opowieść, czasy współczesne – KONKURS!”

  1. Kasia Alias Kinga says: Odpowiedz

    Super pomysł. Zaraz zabieram się za pisanie o współczesnej opowieści Jasiu i Małgosi.
    Co do Pracy nad Tekstem to chętnie ale dopiero w marcu jak napiszę więcej niż jedną stronę mojej nowej powieści „Piruet w galopie”. Praca nad Tekstem to bardzo intensywny kurs – analiza prac uczestników, 8 stron własnego tekstu co tydzień, i jeszcze ponaedzialkowe rozmowy o literaturze. Trzeba się dobrze przygotować i zorganizować.

  2. Ha! Napisałam taką rzecz wiele lat temu, ale ma ponad 8 tysięcy znaków. Mogłabym wkleić tylko dla zabawy.

  3. Ściska wyciągniętą dłoń. Pamięta, żeby zrobić to energicznie, nie za mocno. Gest mówiący: „hej, jestem świetny”. Kobieta uśmiecha się. Ma ładną twarz, makijaż i uczesane w gładki kucyk włosy.
    – Jestem Gosia. Pozwolisz, że będę się zwracać do ciebie po imieniu – mówi – Taką mamy politykę firmy.
    – Oczywiście.
    – Tak więc, Janie, czy mógłbyś powiedzieć, dlaczego chcesz u nas pracować?
    – Interesuje mnie branża finansowa – słowa płyną same. Przerobił wszystkie pytania z internetowych poradników. Panuje nad głosem, dłonie splótł pod stołem. Gosia nie zobaczy, jak mocno zaciśnięte są jego palce.
    .
    – Najpierw musisz przejść przez szkolenia, które dostałeś w mailu – mówi Gosia, patrząc w ekran laptopa.
    – Oczywiście.
    – Sugeruję, żebyś zaczął od razu.
    .
    Uruchamia się film, a na ekranie pojawia uśmiechnięta twarz kobiety w średnim wieku. Przedstawia się jako Rita Malconi – główna dyrektorka firmy. Opalona, o śnieżnobiałym uśmiechu i blond włosach, wygląda jak wcielenie sukcesu, prosto z Doliny Krzemowej. Przekonuje Jana, że stał się niesamowicie ważną częścią wspaniałego projektu, zdolnego odmienić świat i ludzi. Jan próbuje w to uwierzyć.
    .
    Szeregi cyfr, arkusze Excela, kawa, spotkanie, lunch. Telefony i statystyki. Zapadający za oknem zmrok.
    .
    – Nadgodziny nie będą płatne?
    – Nie, do odebrania.
    – Jak to? Nie ma kiedy odebrać!
    – Polityka firmy.
    .
    Za oknem ciemno, blask ekranu wypala wzrok i przenika przez gałki oczne aż do mózgu. Odrywa się od biurka i idzie do kuchni. Otwiera drzwi. Czy to płacz?
    – Gosia? W porządku?
    – Tak, dzięki. Zmęczona jestem – ukrywa twarz, wydmuchuje nos.
    W ciszy zalewa dwie herbaty.
    – Dlaczego przyszedłeś tu pracować? – Odwraca się w jego stronę. Wciąż ładna, mimo zaczerwienionych oczu.
    – Po studiach nie miałem za bardzo pomysłu, co robić. Trochę się w tym wszystkim pogubiłem. A ty?
    – Tak samo.
    .
    W nocy śni, że komputery w firmie płoną. Na ich ekranach twarz Rity Malconi, powoli pożerana płomieniami.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Mamy pierwszą pracę! Wspaniale! Kto następny?

  4. O Jasiu i Małgosi says: Odpowiedz

    Nie tak dawno na strzeżonym osiedlu mieszkali Jaś (lat pięć) i Małgosia (trzy) z rodzicami. Latali na zagraniczne wakacje, chodzili do prywatnego przedszkola, gdzie woził je zapracowany tata, a odbierała niepracująca mama. Jadali bezglutenowe posiłki w kuchni z marmurowym blatem. Byli zdystansowani.

    Domowy mir zburzył niezapowiedziany gość. Tata włączył wtedy dzieciom głośną bajkę.

    Rodzice i pan długo rozmawiali, a po jego wyjściu dom spowiła złowroga mgła. Wszyscy snuli się i nie mogli napotkać swoich spojrzeń. Z domu znikały sprzęty i robiło się pusto.

    Pewnego dnia mama odebrała Jasia i Małgosię z przedszkola i powiedziała im, że tata poszedł do nieba.
    Teraz w domu nie było już mgły tylko mama i jej łzy. Przed zaśnięciem dzieci słyszały odgłosy smutku. Już prawie nic im nie było wolno. Zwłaszcza biegać, bałaganić i śmiać się.

    Któregoś razu mama odwiozła Jasia i Małgosię do babci i więcej jej nie spotkali.
    Babcia chorowała więc dzieci zaprosiła do siebie ciocia Jagoda.

    Zamieszkały pod lasem, w domku z cegły w piernikowym kolorze, ramy okien były jak z lukru, a szyby cukrowo skrzyły się w słońcu. Drzwi zapraszały kolorem lśniącej mlecznej czekolady. Jaś i Małgosia oblizywali je. A co na to ciocia Jagoda? Z kotem na ramieniu dolewała im do kubeczków gęstego kakao i pozwalała zanurzać ciasteczka. Do domu ciągle wpadali goście: sami, z dziećmi, z pełnymi albo pustymi rękami. Jak kto umiał pomagał. Pani Ela zawoziła dzieci do przedszkola, pan Marek do lekarza. Pani Magda dzieliła się ubrankami, a pani Asia przetworami.

    W piernikowym domu oczy Jasia i Małgosi osłodził uśmiech. Kim była ciocia i co z dalej z dziećmi?

    Ciocia Jagoda, czarodziejka, wie, że czekoladowe drzwi są najsmaczniejsze, a na wakacje samolotem nie poleci kot.

    Jaś i Małgosia, wciąż ufne. Czas pokaże, co wybiorą. Kota i kakao czy samolot i strzeżone osiedle?

  5. Kasia Alias Kinga says: Odpowiedz

    Zaciskałam w dłoni pięciozłotówkę wygrzebaną ze szpary w podłodze. Przedzierając się przez ośnieżoną drogę w lesie zastanawiałam się na co może mi się przydać? Na kawę? Nawet nie wiedziałam, ile kosztuje kawa w Polsce.
    We Francji za jedno euro w znajomej kafejce, to bym pewnie dostała, ale tutaj? I to jeszcze na takim odludziu. Co mnie podkusiło, aby jechać do Polski w zimie? Samochód utknął w zaspie, a ja w nowych kozaczkach, które zupełnie się nie nadają do pieszych wędrówek i płaszczu wiatrem podszytym idę, nawet nie wiem dokąd. I w dodatku mam tylko jedną monetę. Byłam pewna, że dojadę do miasta bez problemu i skorzystam z bankomatu, jak w cywilizowanym świecie przystało. A tu taki klops.
    Rozmyślałam nad moim położeniem, przemoczonych butach, oraz o tym, że na pewno złapię katar po takim spacerze, kiedy między drzewami zamajaczyły kontury chaty. Przyspieszyłam kroku i zapukałam do drzwi. Brak odpowiedzi. Nacisnęłam klamkę i weszłam. W półmroku niczego nie dostrzegłam, ale usłyszałam głos.
    – Puka się.
    – Pukałam, ale nikt nie odpowiedział;
    Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Przy stole siedziało dwóch mężczyzn, jeden czyścił długi nóż. O matko, chyba z krwi. Drugi się nie poruszał, jakby nie zauważył mojej obecności.
    – Czego? – mężczyzna z nożem odsunął krzesło i wstał od stołu.
    Z trudem przełknęłam ślinę.
    – Zgubiłam się – wyjąkałam, ściskałam coraz mocniej pięciozłotówkę w dłoni, dodając sobie otuchy.
    – Puka się. Teraz to już tu zostaniesz. Co trzymasz?
    Złapał moją rękę i chciał otworzyć zaciśnięte palce. Krzyknęłam z bólu. Nagle chłop padł, jak stał na podłogę. Zamrugałam powiekami próbując zrozumieć o co chodzi. Z tyłu stal drugi mężczyzna trzymający tłuczek do mięsa

  6. Jaś i Małgosia mieszkali w jednym domku z rodzonym ojcem i macochą. Żyli w zgodzie, wyrastając z wieku dziecięcego na dorodnych nastolatków.
    Pewnej jesieni przyszła jednak fala głodu, bo pola nie obrodziły, a żywność zdrożała. Jaś i Małgosia naradzali się za obórką.
    – Co my zrobimy?
    – Przecież tej żywności nam przez zimę nie starczy.
    – No, chyba żeby rodzicieli pomarli.
    – To by starczyło.
    – Ale oni w zdrowiu są.
    – To może by nasłać na nich jakieś niebezpieczeństwo?
    – Nie bądźmy mordercami, ale może ich wyślemy w takie miejsce, skąd by nie wrócili.
    – Dobra myśl. To niech idą za rzekę przez bród. To się jeszcze po drodze potopią.
    Jak uradzili, tak zrobili i poszli starzy już rodzice przez leśne bezdroża. Szcżęśliwie przeprawili się przez rzekę, chociaż niełatwo było, i doszli, gdzie im dzieci kazały. Z powrotem też jakoś wrócili, chociaż już cudem przeprawili się przez wezbrane wody.
    – Co tak szybko?- krzyknął na nich przy powrocie Jasiu.
    – Czy wy aby byliście, gdzie kazalim? – wtórowała mu Małgosia.
    Rodzice potulnie zdali sprawozdanie z wyprawy i siedli do skromnej strawy jaka została z obiadu Jasia i Małgosi.
    Dwa dni później Jaś i Małgosia znowu wysłali rodziców w las, tym razem każąc im iść w tę część lasu, gdzie grasowały dzikie zwierzęta, i tak daleko, by przed nocą nie zdążyli.
    Poszli i już nie wrócili.
    A Jaś z Małgosią trudną zimę szczęśliwie przeżyli i żyli tak dalej długo i szczęśliwie, w szczęściu i dostatku.

  7. (fragment)
    – Skacz! – słyszę nad uchem. Serce bije mi jak oszalałe, ale nie mam wyjścia: albo skok z pędzącego pociągu albo śmierć z ręki sutenera. Zamykam oczy, gdy Janek łapie mnie za rękę i pociąga za sobą. Przez moment czuję się jak motyl, który wzbija się do lotu, a już po chwili moje ciało odbija się od czegoś twardego, obraca kilka razu wokół własnej osi, a kiedy się zatrzymuję jestem pewna, że przejechał po mnie autobus.
    – Wszystko w porządku? – Janek podchodzi do mnie i delikatnie wyciera mi krew z czoła.
    – Chyba tak – Kręci mi się w głowie, ale przynajmniej nie muszę się martwić gośćmi, którzy zostali w pociągu.
    – Gocha, nie wiedziałem, że z ciebie taka niegrzeczna dziewczyna. – Janek nie owija w bawełnę.
    – A ja nie wiedziałam, że korzystasz z usług prostytutek – odcinam się i zauważam rumieniec na jego twarzy. Od kiedy pamiętam Janek należał do tej niewielkiej grupy chłopców jakich znałam, którzy szanowali dziewczyny. Sama nie wiem co się stało, że nasze drogi się rozeszły. Może wpływ miała szkoła, może towarzystwo. Koniec końców kontakt nam się urwał i skończyłam jako dama do towarzystwa. Lubię tak o sobie myśleć. Brzmi ładnie i nie czuję się wtedy jak zwykła dziwka. Zdziwiłam się, gdy parę minut temu zobaczyłam, że moim klientem jest właśnie Janek, ten sam złotowłosy chłopak o poczciwych oczach, którego znałam z dzieciństwa.
    – Musimy uciekać – mówi nagle – dwadzieścia kilometrów stąd jest stacja. Jestem pewien, że twój alfons na niej wysiądzie i nie odpuści zanim cię nie znajdzie. – Podnosi mnie z ziemi i mówi dalej – Niedaleko jest chata, w której możemy się schronić.
    Po długim marszu docieramy na miejsce i kiedy otwieramy skrzypiące drzwi już wiem, że nie jesteśmy sami…

  8. Witaj Michale,
    Zacznę od życzeń zdrowia, weny i mnóstwa literackich fascynacji w tym nowym 2020 roku.
    Chciałem napisać, że dawno mnie tu nie było, ale zorientowałem się, że chyba w ogóle tu jeszcze nie zawitałem. Mam pasję pisania w ulubionych, a słowo „konkurs” działa na mnie pobudzająco. Ten spodobał mi się wyjątkowo. Usiadłem do klawiatury i w jeden wieczór powstało 4k znaków.
    – I co z tym zrobić? – pomyślałem.
    Zacząłem obcinać. Zrobiło się 3000, potem 2300 a jeszcze potem ściana.
    Dzisiaj postanowiłem trochę tę ścianę przesunąć.
    Udało się, doszedłem do 1968 – dalej się nie da.
    Znaków bez spacji jest 1681, no i jeszcze w warunkach konkursu napisałeś „teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami”. Nie powinny, ale…
    No, dobra, dość przekomarzania, kondensat tekstu poniżej.

    „APARTAMENT Z WIDOKIEM NA WAWEL”
    – Karolu, co my teraz zrobimy? – zapytała Bronka – nie oddam mamusi do emerytorni. Ale dzieciaków też przecież nie wyrzucę.
    – Justysia sobie poradzi – odpowiedział jej mąż – a Staś na pewno pomoże. Nie zarabiają wprawdzie dużo, ale mają pracę. Jakiś kredyt na pewno dostaną.

    – Niestety, system wykazał, że nie mają państwo zdolności kredytowej.
    Staszek przewidywał to od początku. Podniósł się z krzesła i powiedział – Idę poszukać najbliższego plastra miodu, a ty wracaj do mamusi.
    – Nie Stasiu, nie zostawię cię.
    – I co zrobisz, zamieszkasz w plastrze i będziemy się widywać raz dziennie przez godzinę?
    – Proszę państwa – wtrącił się bankier – może mógłbym państwu zaproponować pewne niestandardowe rozwiązanie.

    Bank zaproponował im kredyt na zakup dwustu kilogramów energitalu. Zapewnili ich, że cena będzie wzrastać w dotychczasowym tempie, a sprzedaż jednego kilograma pokryje miesięczne koszty kredytu.

    Ceny surowca spadły na łeb na szyję rok później. Justysia i Staś zużyli swoje dwieście kilogramów w pięć miesięcy i wylądowali w przytułku, zwanym plastrem miodu.

    – Wysoki sądzie, uważam, że w trakcie przewodu sądowego – kończył przemowę adwokat – obrona udowodniła, że w dniu udzielania kredytu, bank posiadał wiedzę na temat nowych złóż energitalu i planów uruchomienia wydobycia w przypadku wzrostu cen minerału.

    – Proszę wstać, sąd idzie.
    – Sad Najwyższy, po rozpatrzeniu kasacji, stwierdza nieważność umowy kredytowej. Państwo Justyna Z i Stanisław P, otrzymają zadośćuczynienie w wysokości tysiąca ton energitalu. – Stuknął młotkiem kończąc posiedzenie.

    Justyna wsunęła wirolot w szczelinę parkingową na setnym piętrze apartamentowca w centrum Krakowa. Weszli do środka. Justyna z dumą spojrzała na olbrzymie mieszkanie o powierzchni 32 m2. Wzięła Stasia za rękę i podeszli do okna. Spojrzała w dół, na otoczoną tysiącmetrowymi apartamentowcami starówkę, błonia i Wawel, z błogością myśląc o pięciu apartamentach na prowincji i dwustu tonach energitalu na koncie.

  9. Krystian był taki… inny niż wszyscy. Banalne, ale naprawdę tak było. Inteligentny chłopak z pasją, potrafił i rozbawić, i wzruszyć, a jednocześnie nieobce mu były umiejętność podejmowania decyzji i przejawiania inicjatywy. Nie miał dwóch lewych rąk i wiedział, co oznacza odpowiedzialność. Sztab generalny jej przyjaciółek jednogłośnie uznał Krystiana za przystojnego i godnego dalszych kroków. Od głosu wstrzymała się jedynie Ida, która miała uraz do zielonookich brunetów przepadających za sushi i Japonią w ogólności.
    Ance przede wszystkim podobało się, jak Krystian zabiegał o nią. Jej droga tak rzadko przecinała się z drogą, którą kroczyłby ktoś bardziej interesujący i ogarnięty życiowo niż którykolwiek z jej byłych, iż Krystian wydał jej się współczesnym Panem Darcy’m.
    Randka live. Pierwsza. Potem kolejne, wszystkie na szóstkę z plusem. Anka czuła, że w tym zagonionym świecie wreszcie znalazła swoją ostoję. Jej życie miało sens i kolory. Zaprosiła więc Krystiana na kolację do siebie. Odważniejszy makijaż, kiecka Chi Chi London, koronkowa bielizna w słodkim odcieniu burgunda… wszystko poprzedzone naradami sztabu generalnego. Krystian zadbał o najlepsze włoskie wino i zdobycie tytułu najbardziej czarującego faceta pod słońcem. Scott D. Davis w tle. Z każdym kwadransem tego niezwykłego wieczoru temperatura podnosiła się.
    Czując usta Krystiana na swojej szyi i jego dłonie błądzące pod jej sukienką, na którą wydała znaczną część pensji, Anka nie wiedziała, że w godzinę później, przerażona i bosa będzie dobijać się do drzwi sąsiadów, po tym, jak jej wyśniony Darcy z XXI wieku spróbuje jej podciąć gardło kataną.

  10. Ludzie składają się z dwóch obrazów nałożonych na siebie. Pierwszy to kontury, nakreślone ciemną kreską przez tych, którzy ośmielają się mówić, że „uczą i wychowują”. Papier, na którym tworzą doskonały portret człowieka, jest cienki jak bibuła, w niektórych miejscach zmięty, a tam, gdzie opierał się twardemu grafitowi widać wydrapane dziury. Oto jak wygląda Drugie Ja.

    Pierwsze Ja, to zasadnicze, składa się z plątaniny linii i kolorowych plam, które blakną z biegiem lat. A kiedy one blakną, dziecko w człowieku odzywa się coraz rzadziej po to, żeby wreszcie zamilknąć. Przemijają śmiałe marzenia i radość z patrzenia na świat własnymi oczyma.

    Pozwalamy na to, ufamy, że ci, których kochamy i szanujemy, chcą dla nas dobrze. Coraz częściej odwracamy wzrok od Pierwszego Ja, zaczynamy wierzyć, że powinno się je chować za czarno-białym szkicem. Odizolowujemy wciąż żywe dziecko i skazujemy je na powolną śmierć.

    Zdarza się jednak, że Drugie Ja krąży wokół Pierwszego pełne niepokoju. Szepcze, tyrpie palcem i sprawdza, czy oddech nie ustał. Składa piękne obietnice i snuje barwne opowieści o tym, co będzie, kiedy Pierwsze Ja powróci ze świata niebytu. Wie, że te obietnice tak naprawdę składa sobie, karmi się nimi, bo odejść nie potrafi. Nie potrafi i nie chce. Drugie Ja wie, że bez Pierwszego jest niczym.

    Wreszcie przychodzi dzień, w którym Drugie Ja uświadamia sobie, kto wyrządził mu krzywdę. Przysięga walczyć zaciekle i udowodnić, że „dobrzy ludzie” postąpili źle, oddzielając marzenia od rzeczywistości. Wtedy dzieje się coś niezwykłego: na twarzy Pierwszego pojawia się uśmiech, jego oczy zaczynają mienić się kolorami niespełnionych marzeń, żywymi jak nigdy dotąd. Pierwsze Ja znów dochodzi do głosu: „Trzeba złamać ograniczenia, inaczej to one złamią Nas”.

  11. Dochodziła 10.00 rano. Przed drzwiami z napisem Stowarzyszenie „Chatka” tłoczyło się kilkadziesiąt dzieciaków.
    Pani Gosia idzie!- któreś zawołało i natychmiast kłębowisko uformowało się w coś w rodzaju węża, pełnego popychania i pisków. Klucz Gosi zazgrzytał w drzwiach, a galopujące stado małych kolejkowiczów wyprzedziło ją, pozostawiając po sobie jedynie dudnienie na schodach. Przecisnęła się chwilę potem przez gęsty pęczek głów. Usiadła za biurkiem otwierając gruby zeszyt zapisów na „wakacje za grosik”.
    Jan, jej szef, biegał gdzieś po mieście uśmiechając się i wypraszając darmowe wyjścia dla „Chatkowych” podopiecznych. W biurze pozostała dziewiątka zapisanych NIGDZIE, na NIC. Jan nie oddzwaniał…
    Można zamknąć na dziś -pomyślała. Niebieska tapeta w delfiny odłaziła smutno od ścian.
    Słuchajcie kochane gałgany– powiedziała nieoczekiwanie Gosia. Miejsc już nie ma ale mam coś, nazwijmy to, awaryjnego. Nie możecie się odezwać słowem! Jeśli ktoś choć mrugnie, wszystko przepadnie- kontynuowała Gosia i brzmiało to prawie rozpaczliwie. Wyjęła z torebki spryskiwacz do kwiatów, zbliżyła się do ściany. Myślała o Janie pochłoniętym misją pomagania do tego stopnia, że nigdy nie spojrzał na nią inaczej jak tylko na obiecującego pedagoga. Myślała o dniu, w którym potrąciła wiadro z wodą do mycia podłóg, o tym, co zobaczyła gdy woda zalała pół pokoju i dotarła do ściany z niebieską tapetą. Wszystko to powodowało uderzenia gorąca i tęsknotę, która towarzyszyła jej od pół roku.
    Mała Lilka wstrzymała oddech próbując odczytać niewyraźny tekst karteczki, która wypadła Pani Gosi z torebki. Cichutko literowała w myślach: „ Dziesięciu wchodząc bez słowa sprawi, że pęknie losu okowa”.

  12. – Zgubiliśmy się- powiedział Hansel i usiadł na niewielkiej skale. Karabin oparł o udo, zdjął hełm.- Cholerne afgańskie góry.
    – Spróbuję połączyć się z oddziałem. Może tym razem mi się uda.- Gretel zaczęła powtarzać komendy. Niestety radio tylko trzeszczało.
    Wszystko przez atak talibów. To miała być tylko zwykła misja zwiadowcza. Ich oddział nie spodziewał się ataku. I to był błąd…
    Odkręcił menzurkę i wyciągnął w stronę Gretel, ta pokręciła przecząco głową. Napił się sam.
    – Spróbujmy wejść na tamto wzgórze.- kobieta wskazała ręką kierunek.- Może tam będzie lepszy zasięg.
    Mężczyzna wstał i założył hełm na głowę, karabin zawiesił na ramieniu i ruszył za swoją towarzyszką broni.
    Wędrówka zajęła im trochę czasu. Niestety i ta próba nawiązania kontaktu się nie udała.
    – I co teraz?- zapytała zrezygnowanym głosem Hensela.
    – Zmierzcha. Znajdźmy jakieś schronienie.
    ***
    Jaskinię znaleźli w momencie gdy słońce skryło się za horyzontem. Po sprawdzeniu czy miejsce jest bezpiecznie rozpalili niewielkie ognisko z suchych chwastów. Gretel spróbowała jeszcze nawiązać kontakt.
    – Daj spokój. Prześpij się trochę. Jutro spróbujemy od nowa.
    – Może i masz rację.- Kobieta ułożyła się na prowizorycznym posłaniu.- Obudź mnie gdy skończysz swoją wartę.
    Niestety Hensel jej nie obudził. Zmęczenie okazało się silniejsze od niego. Usnął przy dogasającym ognisku.
    Oboje nie wiedzieli, że w głębi jaskini za ukrytym przejściem czai się zło…

    1. Dobre. Oryginalne, nie banalne .

  13. From: Jan [mailto:jan@storycorp.com]
    Sent: Friday, May 10, 2019 2:11 PM
    To: Gośka
    Subject: plan dnia
    Hejka! Jak tam? O której wyjdziesz? Lepiej żebyśmy wyjechali asap. Ten ośrodek jest na totalnym zadupiu, nie mam dokładnego adresu i nie mogłem tego wpisać do nawigacji, zaznaczyłem tylko mniej więcej na mapie. Nie wiem jakim cudem mamy tam być jeszcze dziś. Szef chodzi jak struty, bo nagle pojął, że nie będzie mu miał kto w sobotę KPI wpisać. Ale trudno, mam approval w bazie wyjazdów, więc niech kombinuje sam.
    P.S. Pamiętaj, przed nami tylko 8 godzin zajęć dziennie, w tym lunch, reszta czasu nasza. Będzie super, obiecuję!

    From: Gośka [mailto:malgorzata@storycorp.com]
    Sent: Friday, May 10, 2019 2:35 PM
    To: Jan
    Subject: RE: plan dnia
    U mnie do bani, PM dopiero teraz rozesłał feedback z wczorajszej odprawy, więc zrobiło się gorąco. Ale mam dziś tylko jeden meeting, potem tylko szybki update harmonogramu tygodniowych zamówień i wyjdę pewnie około 17.00.
    P.S. Mam nadzieję, że nie będzie nas obowiązywał dress code, bo ja spakowałam bieliznę, tę…., no wiesz, która najlepiej wygląda, gdy ją zdejmę.

    From: CEO Office [mailto:ceo@storycorp.com]
    Sent: Tuesday, May 14, 2019 9:15 AM
    To: [+] All StoryCorp
    Subject: Komunikat
    Koleżanki i Koledzy.
    Zaniepokojeni informacjami dotyczącymi wyjazdu dwojga naszych pracowników na szkolenie w Ośrodku Szkoleniowym YAGA informujemy:
    – w/wym. ośrodek należy do naszej Bazy Szkoleniowej i przeszedł audyt zakończony wynikiem pozytywnym,
    – Małgorzata i Jan zostali oddelegowani na szkolenie zgodnie z planowaną ścieżką kariery Junior Brand Managerów i przed wyjazdem mieli komplet informacji dotyczących zarówno drogi dojazdowej, warunków zakwaterowania jak i przebiegu szkolenia,
    – pensjonat „Piernikowy Raj” nie znajduje się w naszej bazie skwalifikowanych miejsc czasowego pobytu dla pracowników, w związku z tym nie ma możliwości akceptacji noclegu w tym miejscu,
    – zmiana harmonogramu szkoleń, w tym trybu dojazdu do Ośrodka Szkoleniowego, zostanie potraktowana jako odchylenie i podlegać będzie postępowaniu w trybie dyscyplinarnym.
    Z poważaniem
    CEO Office

  14. Michał i Weronika
    Michał: 15 lat, ojciec się zawieruszył nim skończył rok, a matka wyjechała przed kilkoma miesiącami i zostawiła go z ojczymem (Maćkiem).
    – Potrzebuję wyjechać. Dostałam pracę w CERN – to tylko półtora roku. Maciek kocha cię jak własnego syna, a ty nie znasz francuskiego – to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich.
    Mija kilka miesięcy od kiedy mieszkają sami bez prawie byłej żony i prawie byłej matki. Mamie Michała ten, żart się nie podoba; mówi, że go kocha i nie ma czegoś takiego jak byłe dzieci. Michał wie swoje – z Maćkiem jest super.
    Michałowi wydaje się, że Maciek kogoś poznał – w sumie to fajnie.
    Maciek spotyka się z matką koleżanki z klasy! (on i Weronika są z dwóch różnych galaktyk) – ???
    ¡ Matylda z Weroniką wprowadzają się do chłopaków – ale obciach !!!
    „Macie wspólną sypialnię?” – Niektórzy kumple są naprawdę durni!
    Michał ignoruje Werę, a Tyldę Omija szerokim łukiem. Po miesiącu podsłuchuje rozmowę Matyldy z Maćkiem. Tylda chce go odesłać do matki – co on będzie robił w Genewie? Tu ma kumpli. Postanawia, że nawieje do brata (Tima). Gdy przechodzi obok pokoju Wery spostrzega, że ta płacze.
    – Co ci jest?
    – Nic.
    – Widzę że beczysz.
    – Matka chce mnie wysłać do babci.
    – To źle?
    – Nie rozumiesz! Ona chce się mnie pozbyć. Po co ci plecak?
    – Wyjeżdżam do brata.
    – Masz brata?
    – Przyrodniego. Mieszka w Berlinie. Mówił mi, że zawsze mogę do niego przyjechać.
    – Mogę jechać z tobą?
    – No.. nie wiem. – Michał zastanawia się co powiedzą w klasie, ale przecież, co to go obchodzi. Nie wróci. Tim zostanie jego prawnym opiekunem. Widział taki reportaż o Jugendamt…
    – Będzie afera! Jak wylądujemy za granicą to dostaniemy kuratora i sta..rodzice nie będą mogli się nas pozbyć.

  15. Ciekawe. Na czasie! Dylemat młodzieżowy i rodzinny. Też kiedyś chciałam nawiać z domu, bo rodzice poplątali swoje życie. A tu wyścig rodziców do kariery i „niepotrzebne” nikomu dzieci….

  16. Dookoła czaiło się miasto. Małgosia chwyciła Janka za rękę: “Chodź to musi być gdzieś tutaj”, powiedziała. Usłyszał to zdanie chyba po raz setny tej nocy. Szukali miejsca, które przez telefon kazała odnaleźć im wróżka z Internetu. “Przyjdźcie”, mówiła, “Będę czekać. Postawię wam wróżbę. Zaczaruję na życie długie i szczęśliwe.” Na początku potraktowali to jak żart, ale później gdy nie mogli odnaleźć zejścia do podziemnego przejścia w nieznanej części miasta, zaczęła budzić się w nich niema determinacja. I nagle z ustępującego mroku, z unoszących się mgieł, wyłoniły się schody w dół. Zbiegli nimi i w bladym świetle jarzeniowym zauważyli drzwi do szaletu. Podbiegli tam chwiejnie i załomotali w drzwi. Cisza… Janek nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Była tam, spała siedząc na zamkniętym sedesie. Małgosia pomyślała, że jeszcze mogą się wycofać, ale było to złudzenie wolności. Wiedźma karmiła ich cukierkami chemicznej ekstazy od kilku tygodni. I wciąż obiecywała, że postawi wróżbę. Że zaczaruje świat, by już zawsze mogli być razem. “Hej, hej”, odezwał się Janek i podszedł do wiedźmy, żeby ją przebudzić. Śmierdziała płynem do chłodnic i budziła się jakby to było zmartwychwstanie. Powoli bardzo powoli. “Już myślałam, że nie przyjdziecie.”, powiedziała wreszcie, a potem sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła dwie strzykawki. “Nie ma pigułek”, powiedziała, “Skończyły się, ale to jest lepsze. To spełnia życzenia.” Janek spojrzał na Małgosię, która patrzyła na wiedźmę. Wyglądała na wyczerpaną. Jej blade usta drżały. Skóra jak papier śniadaniowy napinała się na ostrych kościach policzkowych. “Daj. Chcemy.”, powiedziała Małgosia. “Nie mogę.”, odpowiedziała wiedźma, “Tabletki były za darmo. Macie pieniądze?” Nie mieli, ale obiecała pomóc im je zdobyć. Przedstawić ludzi, którzy im je dadzą za jakieś nic nie znaczące gesty. “Ciało”, powiedziała, “jest przedmiotem, który możemy użyczać innym za pieniądze, za które kupicie klucz do raju.”

  17. – Ale Małgośka jak to się mogło stać!?
    – No Ty mnie pytasz jak? Przecież sama sobie dziecka nie zrobiłam!
    – Wydawało mi się, że uważaliśmy, stąd moje zdziwienie!
    – Dobrze powiedziałeś, wydawało Ci się, a jednak okazuje się, że za mało uważaliśmy. Teraz nie mamy jeszcze osiemnastki, a już zostaniemy rodzicami.
    – To znaczy, że tak to chcesz zostawić?
    – A co Ty myślisz?
    – No wiesz, jest dużo możliwości.
    – Możliwości może i są. Ale mi mama opowiadała o swoim poronieniu, wiem ile siostra się starała, aby mogła zostać mamą, o czym marzyła. Nie było łatwo, udało się im. Mają jedną córeczkę, a później Anka miała usunięte wszystkie narządy i nie będzie już mogła mieć więcej dzieci, a Ty mi proponujesz takie rzeczy. Trzeba było się zastanawiać, zanim zaciągnąłeś mnie do łóżka. Zawsze marzyłam o noszeniu dziecka pod swoim serce, aby kiedyś ktoś powiedział do mnie mamo. Prawda, jest zdecydowanie za wcześnie, ale więcej mogę nie mieć ku temu okazji, dlatego nie zamierzam teraz tego spieprzyć.
    – Przepraszam, nie wiedziałem, że takie rzeczy działy się w Twojej rodzinie.
    – To teraz już wiesz. Jak ujrzysz nasze dziecko, to pokochasz je miłością bezgraniczną. Ja od razu go pokochałam, gdy ujrzałam dwie kreski na teście. Dziecko to dar, cud, nie możemy się go pozbawić Janek.
    – Przepraszam Małgosiu. Wiem, że kiedyś Ci za to podziękuję.
    – wierzę, że tak właśnie będzie.

  18. – Puszek nie ciągnij mnie tak! – Marysia skarciła swojego psiego przyjaciela. Szli już dobre dwie godziny. Wcześniej tego dnia Maria była roztrzęsiona. Na corocznej wizycie u lekarza dowiedziała się, że jest w drugim miesiącu ciąży, która oczywiście nie była planowana. Była wynikiem przypadkowego spotkania swojej pierwszej miłości. Nie mogąc wysiedzieć w domu postanowiła, że Puszkowi przyda się trochę więcej ruchu. Wzięła pupila na drugi koniec miasta, gdzie zazwyczaj nie bywała. Były to tereny poniemieckiego szpitala wojskowego i w normalne dni, Marysia unikała tego miejsca jak tylko mogła, ale dziś to właśnie tu przyprowadziły ją myśli. Pies ani myślał przestać szarpać i ciągnąć swojej opiekunki, gdyż do jego nozdrzy, krok za krokiem, dolatywał nieznany mu zapach. Tak więc Puszek zainteresowany nową wonią, jak i Maria, która nie miała większego wyboru, dreptali żwawo w kierunku dużego budynku, na końcu placu szpitalnego. Zbliżał się wieczór, więc na niebie pojawiało się coraz więcej szarości. Zrobiło się też dużo chłodniej.
    – Pusiu proszę, wracajmy już. Nie mam siły iść dalej. Zobacz jak robi się ciemno, a tu prawie w ogólnie ma latarni. Po co ja cię tu zabrałam! – krzyknęła do psa Maria, próbując się zatrzymać. Na nic się zdały jej wysiłki, pies rasy dog niemiecki nie zwracał najmniejszej uwagi na okrzyki.
    – No dobra, jeszcze chwila i wracamy, tu jest strasznie – powiedziała, rozglądając się na boki za żywą duszą w pobliżu. Wokół niej były stare, ceglaste budynki, które gdyby spojrzeć z góry, rozmieszczeniem przypominały literę u. Pomiędzy budynkami stały duże, stare drzewa, które aż prosiły się o wycięcie, z powodu ich kondycji. Wiekowe latarnie, których nie było pod dostatkiem, ledwo oświetlały ulicę. Puszek nagle zerwał się ze smyczy, przewracając tym samym swoją opiekunkę i skręcił w lewo za budynek, gdzie nie mogła go dostrzec jego pani. Marysia wstała, otrzepała się i czym prędzej pobiegła za psem, wrzeszcząc w niebogłosy.
    – Puszek cholero, jak ja cię tylko dorwę w swoje łapy, to będziesz kąpany codziennie! Taki stary, a taki głupi pies! – wykrzykując te słowa Monika weszła do ciemnego budynku, którego drzwi już dawno zostały skradzione, mając nadzieję, że tam pobiegł czworonóg. Odruchowo podniosła głowę i zakryła usta, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi…

  19. Jeszcze tylko noc pomyślała Gosia, ostatnie 12 godzin i do domu, może nikogo nie przywiozą? Na toksykologii najgorsze były nocki. Zawsze ktoś się trafił, po dopalaczach, po lekach, po alkoholu i Bóg wie po czym jeszcze. Dzisiaj czwartek, jeszcze przed weekendem, więc może… Sygnał karetki wyrwał ją z zamyślenia.
    – Zatrucie, nieprzytomny, tętno 65, spada, ciśnienie 90/60, spada – raportował ratownik. Nie dokończył, gdy odezwał się drugi.
    – Brak tętna, zatrzymał się!
    Spojrzała na leżącego. Pomimo przerażającej bladości poznała go od razu. Janek, miłość jeszcze z liceum. Ile to już lat jak się rozstali, cztery? Chyba cztery ale to nieważne pomyślała. Teraz liczyła się tylko walka, walka z nią.
    – Adrenalina 10 jednostek, przygotować amiodaron 300 miligramów, monitor, defibrylator – wyrzuciła z siebie pewnym głosem.
    – Marek uciskaj go – zwróciła się do ratownika, sama złapała ambu, założyła maskę na twarz Janka i zaczęła pompować tlen.
    – Defibrylator gotowy, 360 dżuli! – Krzyknął ktoś z tyłu.
    – Uwaga, odsunąć się – Gosia chwyciła elektrody przyłożyła do klatki Janka i nacisnęła przycisk. Ciało wygięło się, zastygło na pół sekundy w karykaturalnym łuku i opadło na nosze.
    Milczący kardiomonitor ożył. Klatka piersiowa zaczęła się delikatnie poruszać.
    – Jest tętno, 40, 45 – zaczął odliczać anestezjolog.
    Gosia odwracając się by spojrzeć na ekran poczuła, że coś chrupnęło jej pod stopami. Na podłodze leżała mała plastikowa torebka, która musiała wypaść podczas reanimacji. Niewielkie pastylki we wszystkich kolorach tęczy przypominały popularne M&M’sy. Różniło je tylko to, że zamiast wesołego M każda z nich miała odciśnięty złowrogi znak producenta – czarny kontur wiedźmy z wyciągniętą ręką.

  20. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Kolejny dzień lało jak z cebra i Janek zrezygnował z powrotu z pracy rowerem. Wściekły, googlował w poszukiwaniu zakupu biletu przez Internet. Lipa, przepłacał osiemdziesiąt groszy, ale kiedy pomyślał o mordowaniu się przy automacie, zwątpił i jednak kliknął.
    Na peronie chodził, wymijając ludzi i ciągle zmieniając muzykę w Spotify. Pociąg się spóźniał. Jak zawsze, gdy chciał skorzystać z kolejki. Rower był rzeczą pewną.
    Kiedy wreszcie kolejka przyjechała najbliższe drzwi się nie otworzyły. Przeczytał przyklejoną kartkę i pośpieszył do innych. Potrącił dziewczynę z kijkiem.
    – Przepraszam – mruknął.
    Odpowiedzi nie usłyszał. „Przecież nie chciałem, stała na drodze”, zirytował się w myślach.
    Przed innymi drzwiami kłębił się tłumek w kształcie obwarzanka z wąskim korytarzem dla wychodzących. Wolno szło. Kiedy przyszła jego kolej wskoczył.
    Był ostatni. „A gdzie ta dziewczyna z kijem?” – wyjrzał.
    Stała i pukała do zamkniętych drzwi.
    „Jezu. Jest niewidoma? Nikt jej nie powiedział”.
    Sygnał odjazdu. Janek przeklął i zszedł na peron.
    Dziewczyna postąpiła krok bliżej. Płowe włosy wymykały się jej spod czapki.
    Drugi sygnał. Kolejka odjeżdżała.
    Kijek trafił w lukę pomiędzy wagonami. Postąpiła jeszcze krok.
    Janek zerwał się do biegu. Nie myślał. Rzucił się na nią. Szarpnęło. Chwycił jej rękę z laską i poczuł pasek. Szarpnął, wkładając całą swoją siłę. Zaraz potem usłyszał trzask linki.
    Dyszał, dziewczyna pod nim drżała.
    – Matko żyjecie?
    – O mały włos, doszłoby do nieszczęścia!
    – Czy ktoś zadzwonił po pogotowie?
    Poczuł klepanie po plecach i gwar. Nie rozróżniał słów.
    – Przepraszam – szepnął do niej.
    – Nic nie szkodzi. Pociągi to potwory – usłyszał.
    Deszcz przestał padać, zabrakło powodu.

  21. Blond grzywka opadła mu na oczy, gdy przypalał papierosa od Benka. Przymknął powieki, mocno się zaciągnął, po czym dym wypuścił powoli prosto w nozdrza. Zaczesał niesforne włosy za uszy. Benek, rosły chłop w skórzanej kurtce obwieszonej łańcuchami, wyjął z kieszeni telefon.
    – Znowu kradniesz? – zapytał Romek.
    – Sam się facet prosił. – odpowiedział Benek, bawiąc się aparatem.
    – Wysypiesz nas kiedyś za te głupoty. Pokaż to! – wysunął rękę.
    – Ten wyjątkowo mi się podoba.– nie odrywał oczu od ekranu. –To nie jakiś tam tani chiński badziew. Ma tu nawet takie wymyślne klejnociki… – podał telefon Romkowi.
    – Kartę usunąłeś, prawda?
    – Jasne, że tak! – odparował.
    – No to co, do diabła, robi tu ten radiowóz?! – krzyknął Romek.
    – Stój! Policja!
    Benek pchnął Romka w stronę policjantów i zniknął za rogiem.
    -Ja jestem niewinny. Ej! –próbował tłumaczyć się Romek, gdy młodszy aspirant zakuwała go w kajdanki.
    – A co masz w ręce, cwaniaczku? – zapytała aspirant.
    – To nie moje. To…
    – Opowiesz wszystko na posterunku. – urwał mu funkcjonariusz.
    W areszcie Romka zamknięto razem z łysym gościem, dwiema prostytutkami oraz czarnowłosą bladą dziewczyną. Romek podszedł do tej ostatniej.
    – Co Ty tu robisz? – zapytał.
    – Nie interesuj się. – odpowiedziała, odwracając wzrok.
    – A jednak mnie to interesuje. – odgarnął włosy z czoła.
    – Teraz zamierzasz mnie kontrolować? Starszy braciszek chce okazać troskę? – zaśmiała się szyderczo.- Trochę późno.
    – Przepraszam za tamto. Miałem wrócić po Ciebie, ale… – przerwała mu.
    – Ale co? Nie pasowałam do twoich planów?
    – Nie, to nie tak. – spuścił głowę między kolana. – Tam miałaś wszystko… Dostałaś dom.
    – Dostałam to. – pokazała mu wnętrza dłoni pokryte bliznami.

  22. Ostre promienie słonce przebijały przez lukę między purpurowymi zasłonami. Wkradły się nieproszone pod opaskę na oczy z krwisto czerwonym napisem „Queen”. Blond piękność przekręciła się na brzuch po czym syknęła z bólu, gdy jej świeże implanty piersi zostały przyciśnięte do łóżka. Operacja odbyła się dopiero dwa tygodnie temu, więc musiała uważać. Szybko zerknęła pod koronkową, zdecydowanie zbyt drogą, koszulkę do spania i sprawdziła czy nie krwawi już ze szwów.
    – Och, całe szczęście! – otworzyła usta zbyt szeroko – Ała!
    Dotknęła nabrzmiałych warg. W pakiecie z biustem botoks ust robili z rabatem 20%, więc głupotą byłoby nie skorzystać. Zrezygnowana chwyciła najnowszego smartfona, który kupił jej zapracowany ojciec na siedemnaste urodziny i wybrała z listy kontaktów „Hansel”. W międzyczasie odpaliła laptopa i weszła na swoje konta Instagrama, Facebooka, oraz Youtube. Widziała ilości widomości i odpowiedzi na jej najnowszy filmik i uśmiechnęła się delikatnie.
    – Cześć Skarbie! – na ekranie telefonu ukazała się twarz wychudzonego chłopaczka z eyelinerem na oczach, pomadce na ustach oraz tlenionymi włosami pokrytymi przynajmniej połową opakowania żelu – Oj… Widzę, że opuchlizna jeszcze nie zeszła…
    – Weź nic nie mów! – Gretel podrapała się po głowie, a w dłoni pozostało jej pasmo doczepianych włosów, których najwyraźniej nie wyjęła wczoraj – Chciałam zrobić, po wizycie kosmetyczki, selfie na Insta pod tytułem: „taka się budzę rano”, ale z tymi ustami nie da rady!
    Lady Gretel, jako rasowa influencerka, nie mogła ot tak przyznać się do operacji plastycznych! Dla świata musi być jak Beyonce – zawsze piękna i naturalna. Z resztą, wyszłaby wtedy na oszustkę, a to jest największa zbrodnia w internecie! Widownia może już nigdy nie wybaczyć, a twórca będzie skończony. Dlatego jak decydujesz się kłamać – pamiętaj aby robić to dobrze. Gretel zadbała o powody tymczasowego zniknięcia. Przed operacją nagrała łzawy filmik, bardzo zamazany, gdzie opowiadała o tragicznym wypadku w lesie. Musiał być wystarczająco wiarygodny, więc przed nagraniem obryzgała twarz ketchupem oraz nawdychała oparów z przekrojonej cebuli. Musiała się w tym celu nauczyć obsługi noża i obcięła sobie dwa tipsy – na tak wielkie poświęcenie była gotowa dla swych fanów. Powiedziała, że wyszła na jogging do lasu, a tam napadła na nią jakaś paskudnie wyglądają stara kobieta i próbowała zaciągnąć ją do jakiegoś szałasu. Miała mord w oczach i wyglądała jakby chciała ją zjeść. Udało jej się zbiec, ale ze względu na poniesione obrażenia musiała poddać się operacji.
    – Musisz jeszcze trochę czasu odczekać. Ta wirtualna dzicz jakoś wytrzyma, a ty wrócisz z jeszcze większym przytupem – Hansel ugryzł kanapkę z awokado.
    – Dzicz! Dokładnie. – Gretel spojrzała na swoje zdjęcie sprzed pięciu lat, na którym wyglądała jak zwykła, naturalna nastolatka – Całe szczęście udało mi się nauczyć w tej dziczy żyć.

  23. – Lubisz to? – spytała, patrząc tępym wzrokiem na otaczający las.
    – Co takiego?
    – To miejsce. Tu jest tak pusto…

    Zaciekawiło go nostalgiczne brzmienie głosu Rity. Odłożył książkę i wstał z łóżka. Podszedł również do okna i stanął tuż za nią. Odwróciła głowę i utonęła w jego spojrzeniu.

    – Mogłeś mieć firmę. Wyjść za Ernestinę. Mogłeś sąsiadować z Ferroso Cantinieri. Zrezygnowałeś. Nie masz nic. Może żałujesz, że straciłeś to wszystko. Ten dom tutaj w lesie to też jakaś „mroczna historia”… Gdybym była…
    – Pewność zabija, a ja chcę żyć. Co natomiast tyczy się twoich konstatacji… – Dostrzegł okrągłe, zdziwione oczy partnerki i z rozbawieniem dodał: – Chwilę temu się w książce pojawiło. Firma mnie zrujnowała. Przypomnij sobie stan, w jakim byłem, gdy się poznaliśmy.

    Uśmiechnęła się mdławo.

    – Ernestina? Nie potrafiłbym jej dotknąć. Bałbym się, że się pokruszy. Cantinieri niebawem skończy w worku albo przy odrobinie szczęścia na pryczy.

    Pokiwała głową, ale nie była do końca przekonana o słuszności jego słów.

    – Mam za sobą sześć lat życia. Wcześniej żyłem w… letargu? Mam ten moment, w którym czuję twój oddech na karku – ostatnie słowa szepnął jej do ucha. – Potrafię czuć, widzieć, słyszeć. Tych rzeczy wcześniej nie znałem.

    – Johny… – jęknęła zrezygnowana.

    – Wiem, że to całkiem daleko – ogarnął wzrokiem pokój –, ale jazda autem mi nie wadzi. Wiem, że tobie też nie, więc odległość to nie problem. Jeśli jedyną rzeczą, jakiej potrzebujesz, jest pewność, bądź cierpliwa, a ją zyskasz. Każdy…

    – Dzień, miesiąc, rok to krok ku pewności – przerwała mu dziewczyna. Ostatnie słowa wypowiedzieli wspólnie. Uśmiechnęła się, choć tego nie chciała i w zawstydzeniu odwróciła głowę.

  24. – Tylko nie patrz tak na mnie!
    – Ale jak?
    – No właśnie tak, jakbyś chciała powiedzieć, że to wszystko moja wina i lepiej było siedzieć w domu.
    – W jakim do domu, Baszir? My już nie mamy domu. Straciliśmy go w dniu, kiedy ludzie Al Abbasa weszli do naszej wioski, powkładali nam karabiny do rąk a do głów rozkazy, by strzelać, by mordować i nienawidzieć, czy tego chcesz czy nie. Patrzę tak na ciebie, bo się po prostu boję. Ale wracać na pewno nie chcę. Wole już mieszkać w kraju, w którym, mamy problemy jak teraz. Zapomniany w plecaku pilniczek do paznokci robi alarm na bramkach przy wejściu do urzędu, niż wracać tam, skąd uciekliśmy.
    – Wiem Khalida, wiem, przepraszam jestem nerwowy bo sam się boję. Chyba nawet bardziej niż ty.
    – Może by zapytać kogoś ile nas tu jeszcze będą trzymać, bo spóźnię się do pracy. Mam ją dopiero od tygodnia i jak nic, wyrzucą mnie dzisiaj jak się nie stawię.
    – Myśle, że o pracy to my juz możemy zapomnieć, zaraz wyjdzie na jaw, że jesteśmy tu nielegalnie. Zresztą zobaczymy, powiedzieli, że czekają już tylko na tłumacza, ma być tu lada moment.
    – No dobra, dzieciaki – z rozmowy wyrwał ich głos wchodzącego do pokoju mężczyzny, o karnacji równie śniadej jak ich – A teraz siadajcie i słuchajcie bo musze wam coś powiedzieć zanim przyjdzie urzędnik, a dwa razy powtarzał nie będę. Pan Al Abbas kazał wam przekazać, że nie jest na was zły, że uciekliście, że zawiedliście jego zaufanie, nie doceniliście pracy, którą w was włożył. Ale to nic, możecie tu sobie mieszkać, nawet pomożemy was znaleźć jakieś lepsze lokum, niż ta nora, gdzie mieszkacie. Ale pamiętajcie przyjdzie taki dzień, kiedy trzeba będzie spłacić dług, który u niego zaciągnęliście. Rozumiemy się?

  25. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Łódź zbliżała się ku brzegowi. Na horyzoncie dostrzegli zarys wzgórz częściowo porośniętych roślinnością. Fale, teraz już zrównoważone, kołysały czwórkę pasażerów stojących na rufie. Ich spojrzenia skierowane ku widocznemu z daleka lądowi nie wyrażały ani radości, ani smutku. Raczej lęk przed nieznanym. Kobieta, mężczyzna i dwoje młodych – może para, a może rodzeństwo. Chłopak obejmował dziewczynę. Ona oparła głowę na jego ramieniu. Mogli mieć naście lat, może nieco więcej, zważając na ciemny kolor skóry. Przybrudzona odzież zwisała na wychudzonych ciałach. Widać, że na łodzi spędzili wiele dni i przeżyli niejeden sztorm. Postawa kobiety, z siwiejącymi już włosami i pięknie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, emanowała dumą. Kilka razy prawie osunęła się z wycieńczenia na pokład, ale mężczyzna podtrzymał ją i oparł jej dłonie na relingu.
    Piaszczysta plaża z niewielkim drewnianym pomostem była tuż, tuż. Silnik łodzi ucichł.
    Podpływała teraz, kołysana falami, jakby chciała uspokoić pasażerów i uśpić straszne wspomnienia, a może…czujność?
    Stojący na pokładzie ludzie poczuli szarpnięcie. Zachwiali się, ale nie upadli. Uderzenie kadłuba o prowizoryczny pomost z bali, zamortyzowały wiszące na nim worki wypełnione piaskiem.
    – Wysiadać! Jazda! No, już! – Ostry ton głosu dochodzący z kabiny na łodzi uświadomił im, że od tej chwili mogą liczyć jedynie na siebie i łut szczęścia.
    Silnik zacharczał, jakby krztusił się od śmiechu. Łódź przyspieszyła i zniknęła za niewielkim skalistym cyplem. Stali na obcym lądzie. Sami, bez bagażu, bez dokumentów, ale za to z nadzieją na nowe życie.
    Słońce schodziło ku wzgórzom, dotykając stopami promieni ich nagich i ostrych wierzchołków. Kryło się, by znów nie oglądać tego, co za chwilę miało się stać.

  26. John siedział w poczekalni, już od ponad pół godziny czekał na wezwanie majora. W końcu drzwi się otworzyły i zobaczył stojącą w nich młodszą, aczkolwiek starszą stopniem, koleżankę Margaret.
    – Major zaprasza.
    Bez słowa wszedł za nią, starannie zamknął drzwi i salutując, zatrzymał się przy wejściu.
    – Siadajcie – major wskazał krzesła naprzeciw swojego biurka, po czym wręczył każdemu z nich skórzaną teczkę.
    – Z uwagi na waszą dotychczasową niezawodność, intuicję i precyzję w wykonywaniu zadań, mamy dla was odpowiedzialną misję, od wyniku której wiele zależy. Tu macie materiały, są ściśle tajne, zapoznajcie się z nimi dokładnie. Czasu jest niewiele, jutro wylot. Są jakieś pytania?
    Zarówno Margaret, jak i John, znając swojego przełożonego, pokiwali przecząco głową.
    – No to powodzenia!

    Gdy wysiedli z samolotu, okazało się, że byli jedynymi pasażerami na lotnisku. Na zewnątrz ciemno i pusto, żadnych ludzi, żadnego samochodu, nawet taksówek. Zadowoleni z takiej sytuacji, stanęli pod jedyną świecącą latarnią, wyciągnęli mapy i zapoznali się z terenem. Bez trudu wyznaczyli kierunek i ruszyli zaśnieżoną drogą. Wiał mroźny wiatr, nieustająco padał śnieg, więc, mimo wielu drzew, które dawały ochronę, z każdym krokiem marsz stawał się trudniejszy. Według planu na miejsce mieli dotrzeć w godzinę, jednakże z uwagi na panujące warunki i słabą widoczność, zajęło im to prawie dwie. Z ulgą zatrzymali się w pobliżu słabo oświetlonego domu i rozejrzeli się. Po chwili przygotowali sprzęt i unieśli kciuki, życząc sobie powiedzenia, po czym ruszyli do celu.
    W niedzielę rano telewizja polska w nadzwyczajnych wiadomościach, tuż przed Telerankiem podała:
    – Wczoraj, w sobotę nad ranem, dwunastego grudnia bieżącego roku, w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął generał…

  27. Ogień odbijał się w błyszczących fascynacją oczach Karolka i zalanych łzami oczach Małgosi. Teraz będzie bezpieczna, powtarzała za bratem. Bezpieczna. Mimo to nie przestawała drżeć. Nie mogła oderwać wzroku od płomieni obejmujących już cały dom. Na tle ciemnego lasu wyglądały zupełnie jak w tamtym filmie w telewizji. Tata powiedział wtedy, że kiedyś to ludzie wiedzieli, co się robi z czarownicami. A teraz mieszka sobie taka bezkarnie obok porządnych ludzi i jeszcze szkoła pozwala, żeby dzieci seksu uczyła!
    Małgosia bała się czarownic. Zabierają niegrzeczne dzieci, mama tak mówiła. Odkąd do wioski przyjechała nowa nauczycielka, Karolek przebierał się czasem za wiedźmę i tłumaczył, że z panią Jagodą to tak samo. Miała takie dziwne włosy, co się ich nie czesze, a dom pod lasem pomalowała w kwiaty. To żeby kusić dzieci. Tak ksiądz mówił. Bo ksiądz też powiedział, że to jak w tej bajce. I jeszcze pokazał na nią, Małgosię, tak że wszyscy w kościele się gapili, i krzyczał, że nie można pozwolić skrzywdzić takiego niewinnego dziecka.
    Karolek przyszedł do niej potem w nocy i wyjaśniał, że to znak. Że ona jest tą Małgosią, która jedna jedyna może zgładzić czarownicę. Pójdą razem, jak w bajce.
    – Ale ty nie jesteś Jasiem… – chlipnęła.
    – Nawet lepiej, jestem Koszmarnym Karolkiem!
    Zaciągnął ją do lasu przed świtem. Popłakiwała, głodna i przerażona, ale Karolek był nieugięty.
    – Chcesz przestać się bać? To podstaw kij pod klamkę, jak ci pokazywałem. – Przytulił ją. – Ja też się boję, ale tak trzeba.
    Jednak w oczach brata Małgosia zamiast lęku widziała radosne iskierki. Jak gdyby ogień płonął w nich jeszcze zanim zajęły się opatulające dom, podlane benzyną szczapy.

  28. Jasiek poirytowany i zawiedziony siedział w pozycji spływającej na krześle, z monitora spoglądała na niego zalotnie Julia. Wdzięczyła się ze słodką minką, otoczona wianuszkiem koleżanek. Każde zdjęcie krzyczało, że jej życie jest jak przejażdżka rollercoasterem, w którego wagonikach niestety nie było już miejsca dla Jaśka.
    Chłopak zatrzasnął ze złością laptopa po czym podrapał się po dość pokaźnym jak na nastolatka brzuchu i z trudem wstał. Przedzierając się przez puste butelki i opakowania po chyba całym słodkim asortymencie jaki oferuje osiedlowa Żabka, poczłapał do sąsiedniego pokoju.
    – Gocha może byśmy coś zjedli… – zapytał znudzonym głosem siostrę.
    Dziewczynka ani drgnęła, od świata izolowała ją dudniąca w słuchawkach muzyka.
    Rzucił w nią pluszakiem.
    – Ej! – krzyknęła wściekła i ściągnęła słuchawki gotowa do boju.
    – Jemy coś?
    – A… ok, mama coś zostawiła? – grymas wrogości w jednej chwili zniknął z jej delikatnej buzi okolonej blond włosami z równą grzywką. Groteskowości całej jej dziecięcej wciąż postaci dodawał tusz na rzęsach oraz biustonosz próbujący powiększyć dopiero co rysujące się piersi. Całości dopełniał wystający z jeansów brzuch.
    – Znów się wymalowałaś?! – Jasiek nagle zapragnął być starszym bratem – i wyciągnij te skarpetki ze stanika. Na koniec prychnął pogardliwie wskazując jej brzuch.
    Gosia poczuła, że jej policzki płoną, zagryzła usta próbując powstrzymać łzy. Odwróciła się szybko, udając, że szuka pieniędzy.
    – Burger i frytki? – rzucił Jasiek wychodząc z pokoju.
    – Tak, sos barbecue i ciastko –dodała już ciszej, zawstydzona z rodzącym się poczuciem winy.
    Wbiła wzrok z powrotem w telefon, z ekranu uśmiechał się chłopiec o pięknych błękitnych oczach. Westchnęła, otarła łzy, otworzyła Googla, wpisała “jaja tasiemca” i zagłębiła się w lekturę.

  29. – Cholera! Jak to drugi cel jest w pobliżu? – wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się tak zwieść. Po tylu zwycięskich misjach… Łep by dał sobie uciąć, że tym razem także pójdzie jak z płatka. Małgorzata dobrze obmyśliła plan. W najdrobniejszych szczegółach. Snajper nie mógł się domyślić, że niewinna istotka, która zgubiła się w Bangkoku nie zrobiła tego przypadkowo. Może trochę pogubiła się w życiu ale nie w mieście. A mafia, która rządzi miastem nie moze być opłacona z jej pensji, by porwać narzeczonego. Jan, tajny członek ciemnego światka nie był znany w szerszym gronie. Wykonawca zadania nie miał pojęcia o niebezpiecznej przynależności drugiego celu. Akcja miała być prosta. Kobieta zagubiona, zrozpaczona poszukiwaniami przyszłego męża nie wydawała się trudna do upolowania. Szczególnie teraz, gdy świat stanął na głowie nawet nie pomyślałaby o ukrywaniu się. Mężczyznę natomiast należałoby najpierw odnaleźć, ale od czego ma się przyjaciół, starych graczy. To nie miała być szczególna trudność. Ale oboje okazali się zupełnie kimś innym. Mieli niezły pancerz. Skórę grubszą niż mogłoby się wydawać. A strzelec wyborowy zbyt pewny siebie, bardziej skupiony na własnej niezawodności aniżeli na sprycie pozornie łatwych ogniw do wyeliminowania. Bangkok zaś idealny by zmylić przeciwnika. W takim miejscu można być kimś albo nikim. Są tylko dwie opcje: być na górze i żyć lub na dnie i zginąć. Tutaj nie można być pomiędzy, nie można być trochę…

Dodaj komentarz