Pisarskie drogi – KONKURS!

Pora zaprosić was do kolejnego konkursu. Tym razem proponuję wam bardzo pisarską książkę – „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” Stephena Kinga. To nowe, rozszerzone wydanie.

„Pisałem, bo dzięki temu czułem się spełniony”.

Niedawno Wydawnictwo Prószyński i S-ka opublikowało wznowienie kultowego podręcznika pisania Stephena Kinga – w wersji rozszerzonej! W nowym wydaniu znajdziecie dodatkowe teksty. Więcej o tej książce pisałem w majowej „Lekturze na weekend”. Stephen King, autor ponad sześćdziesięciu książek, namiętnie czytanych, ekranizowanych, uwielbianych przez kolejne pokolenia czytelników, jest równie dobrym nauczycielem pisania! Chcecie się przekonać?

Proponuję zatem bardzo pisarski konkurs, w którym będziecie mogli wygrać Pamiętnik rzemieślnika ufundowany przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. A temat? Bardzo pisarski: „Moja pisarska przygoda”. Jak go rozumiecie? To może być coś autobiograficznego lub całkiem zmyślonego. Coś dramatycznego, komediowego, groteskowego czy refleksyjnego. Liczymy na waszą kreatywność! Prace nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Wklejcie je w formie komentarza do niniejszego wpisu do 27 czerwca włącznie. Spośród nadesłanych prac wybierzemy trzy najciekawsze, a ich autorki/autorzy otrzymają egzemplarze Pamiętnika rzemieślnika ufundowane przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

Do dzieła!

Źródło cytatu: Stephen King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, tłum. Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Tomasz Wilusz, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

26 Replies to “Pisarskie drogi – KONKURS!”

  1. – Musisz mi tak przeszkadzać w pisaniu? Masz przecież wakacje, więc lepiej gdzieś wyjedź – zaproponowała moja dziewczyna.
    Westchnąłem. Tak to jest z pisarzami. Wyjechałem nad morze, ale nie przestałem o niej myśleć. Może coś jej kupić? Rozmyślałem chodząc wzdłuż straganów na nadmorskim bulwarze. Mój wzrok zatrzymał się na pocztówkach. Ściślej jedna z nich przypomniała mi pocztówkę z powieści mojej dziewczyny. Była na niej uwieczniona przepiękna muszla. Kupiłem ją i wróciłem do domu by zajrzeć do laptopa, na którym był ten fragment powieści. Dosłownie przepisałem ten pełen miłości tekst. Nawet podpis. Tylko adres musiał być inny. Po chwili wahania nakleiłem znaczek i wrzuciłem do skrzynki pocztowej. Niecały tydzień później recepcjonista mojego hotelu zatrzymał mnie:
    – Jest kartka dla pana – mówił, a wręczając ją mruknął pod nosem – Kartka z wakacji to jeszcze rozumiem, ale odpisywanie to już kompletne dziwactwo.
    Czytałem zaciekawiony. Moja dziewczyna weszła w rolę swojej bohaterki piszącej do zakochanego chłopaka. Tego w książce nie było. Pod podpisem bohaterki napisała jeszcze „P.S. Dzięki za inspirację”. Uśmiechnąłem się. Widocznie mój dowcip tak ją poruszył, że wymyśliła rozwinięcie tej historii. Muszę przyznać, że cięta odpowiedź zmroziła nawet mnie, ale była świetna i pasowała do klimatu i fabuły powieści. Chyba mimowolnie przyczyniłem się do pewnego rozwinięcia dzieła literackiego. No, cóż. Takie są blaski i cienie bycia chłopakiem pisarki.

  2. Nie wiem, jak to robisz, ale zawsze mam wrażenie, że to, o czym piszesz, wydarzyło się naprawdę!

    1. Myślałem, że to uwaga do wpisu Michała, ale nijak mi to nie pasuje do przedstawionej treści. Proszę więc wybacz mi Alkain jeśli niesłusznie biorę to do siebie.
      Na wszelki wypadek odpowiem więc, że faktycznie zdarzyła mi się w życiu taka literacka kartka. Oczywiście nie dosłownie tak, ale coś było chociaż już umknęły mi szczegóły. Przyznam, że uwielbiam tak czerpać z historii, które mnie lub znajomym się przytrafiły. Często do surowej historii dorabiam motyw romansowy, tak jak tutaj, chociaż bardzo delikatnie.

  3. Do ciebie, do ciebie, powinnam byla napisac w odpowiedzi de ciebie! Nie tylko ta historia, ale i te poprzednie. Masz ciekawe zycie!

  4. 1500 znaków to bardzo mało. Niedawno prezentowałem „Kosmitę”, którego pełna wersja jest tutaj: https://doktorb.it/kosmita-z-prowincjonalnej-szkoly-z-zakompleksionymi-hejterami/
    Wygląd sufitu w pokoju Maćka zaczerpnąłem z lokum szkolnego kolegi, w którym pod sufitem wisiały kartonowe modele samolotów.

  5. Oh, i oczywiście dzięki za miłe słowa.

    1. Kosmita bardzo mi się podobał!

  6. Basia zaprosiła obu dziadków z żonami, wujka, matkę chrzestną, „przyszywaną ciocię” Polę, śpiewaczkę opery, która właśnie wróciła z pobytu w USA. Zbliżał się wielki dzień. W niedzielny ranek trzy przyjaciółki z podwórka, z tej samej klatki schodowej, ubrane na biało, dumnie wymaszerowały razem do kościoła. Rodzice i goście jakoś później dotarli na mszę. Sukienka Basi, w porównaniu z innymi, była bardzo skromną, mimo że pięknie haftowaną. Dziewczyna była szczęśliwa, bo to sukienka zrobiona przez „babcię”, a nie kupiona u prywaciarza. Takiej ze spadochronu żadna koleżanka nie miała. Dziadkowie zadbali o „duchowe” pamiątki komunijne. Książki, książki, książki. „Ciocia” Pola podarowała Basi gruby zeszyt oraz złoty ołówek i wieczne pióro z czerwonymi pomponami. Wręczając swój prezent uroczyście powiedziała: „ Basiu, pisz pamiętnik, pisz co wpadnie ci w oko i ucho, zapisuj swoje myśli, marzenia, smutki i radości. Chciałabym, aby to „złote” pióro towarzyszyło ci latami i dobrze służyło.” Pióro było amerykańskie w metalowej pozłacanej oprawie i ze złotą stalówką. Basia w ciągu dwóch lat zapisała tym piórem pierwszy zeszyt, potem następne. Zaczęła kolekcjonować wieczne pióra oraz zapisane zeszyty. (taka zwykła prosta droga)

  7. Wiersze pisałam od zawsze. To znaczy, od kiedy nauczyłam się pisać. Te pierwsze były żałosne, z czasem – przynajmniej tak mi się zdawało – prezentowały się coraz lepiej. A potem odkryłam Agnieszkę Osiecką; od tej pory nie chciałam już niczego innego, tylko pisać tak, jak ona. Marzyłam, że spotkam ją kiedyś, przedstawię się, pokażę swoje wiersze, ona powie mi coś ważnego, dzięki czemu odkryję sekret prawdziwej poezji, i tak się zacznie moja pisarska przygoda…
    *
    Czekaliśmy całą grupą na autobus relacji Kraków-Zakopane. W tłumie zebranym na przystanku mignęła mi postać, którą tylko raz w życiu widziałam w telewizji, ale zapamiętałam na zawsze: długa powiewna spódnica, haftowana bluzka, blond kucyk spływający na plecy spod słomkowego kapelusza z dużym rondem. Wsiadła jako jedna z pierwszych, zajęła miejsce gdzieś z przodu; my, objuczeni plecakami, rozlokowaliśmy się z tyłu.
    – Wieśka, zobacz, widzisz ten kapelusz? Myślisz, że to Osiecka?
    Wieśka, chemiczka o wyjątkowo trzeźwym umyśle, której z poezją raczej było nie po drodze, zrobiła zdegustowaną minę.
    – A czy ja wiem, jak Osiecka wygląda? Jak się chcesz dowiedzieć, to się przeleć na przód i zapytaj, wielkie mecyje!
    Zapytaj? Łatwo powiedzieć! Pójdę, wygłupię się, a Wieśka z chłopakami będą się ze mnie nabijać przez całą drogę! Nie, tego bym nie zniosła! Może w Krakowie, jak będziemy wysiadać?
    Ale zanim wytaszczyliśmy się z tylnych siedzeń, pasażerów z przodu już dawno nie było. Moja pisarska przygoda skończyła się, zanim się zaczęła.
    *
    Chociaż właściwie… czy się skończyła? Przecież piszę. Przy biurku, na którym leży pamiątkowy drobiażdżek, nagroda za wiersz poświęcony pamięci Agnieszki Osieckiej…

  8. Moi czytelnicy proszą mnie często w listach o rady, a ich pytania dałoby się streścić w jednym: „Jak zostać pisarzem?”. Cóż ja im mogę odpowiedzieć?
    Zaciągnij się jako ochotnik, by wziąć udział w jakiejś lokalnej wojnie, zostań marynarzem, zachoruj na suchoty? Zostań mistykiem, wyjedź do Indii, oszalej? A może: udaj się na emigrację, zagiń w dżungli, pracuj jako lekarz w czasie zarazy? W takich okolicznościach temat sam się nasunie, nie trzeba go będzie szukać.
    Po drugie, zakup kałamarz i gęsie pióro (to odlotowo wygląda na biurku), ale jeśli wolisz, stukaj frenetycznie w klawisze maszyny do pisania jak XX-wieczni gniewni, rób zapiski wiecznym piórem, dyktuj młodszej siostrze, tylko nigdy przenigdy nie pisz na komputerze, bo nowe technologie są takie bezduszne! Nie potrzebujesz wcale specjalnego papieru – pisz na serwetkach w barze, na kartkach z odzysku uratowanych z makulatury, na murach i w kołonotatniku. Ważny jest też styl – możesz komponować zdania barokowo zawiłe i pełne treści lub po żołniersku lakoniczne. Po każdym zdaniu stawiaj kropkę, nie szczędząc w środku przecinków.
    Nie pytaj, o to jak pisać, tylko zastanów się, o czym chciałbyś opowiedzieć, jaką magię chciałbyś wyczarować. Odwijaj ze szpuli różne wątki, aż powstanie wielobarwna tkanina tekstu, który będzie jednocześnie zabawny, wzruszający i trzymający w napięciu. Pisz tak, by czytali cię: pensjonarka z wypiekami na twarzy, nastolatek z latarką pod kołdrą i rozsmakowany w metaforach esteta.
    I jeszcze jedno: najlepiej, żeby twój rękopis pogryzły myszy albo żeby został znaleziony przez przypadek w wannie w Saragossie.
    Czy twoje wysiłki wynagrodzi sława i poczytność? Nic mniej pewnego, ale nie zrażaj się!

  9. – No, napisz o tym! – Niby tryb rozkazujący, ale w wykonaniu Kuni raczej zachęcający, zwłaszcza że poparty delikatnym uśmiechem, którym (wie to doskonale!) zdziałać może wszystko. Czy i tym razem? Miałem opory, bo chodziło naszych bliskich przyjaciół i przeżyć, których nie doświadczyłem, czy jednak mogłem chociaż nie spróbować?

    Komputer włączyłem i swych myśli nie zliczę,
    Gdy nagle myśli one trącą Mickiewiczem
    I w wersy się składają, w grykę, świerzop, Zosię…
    Nie, trzynastozgłoskowiec nie będzie pokłosiem!

    Oderwałem się z trudem od rymów, bo wiodły mnie w zupełnie inną stronę niż założenia. Jednak trudno było mi skupić się na problemach Agaty i Wieśka. Już, już zdawało mi się, że trzymam tę nitkę, która poprowadzi moje myśli właściwie, pozwoli odnaleźć motywy postępowania, spodziewane reakcje, zrozumieć uczucia, powiązać to wszystko w zgrabne zdania, wynikające jedne z drugich logiczne wywody. Niestety, nie udaje się! Na drodze staje niejaki Pacenko, który uwiódł był żonę dziadunia Domunta, a mnie strącił w odmęty wijącego się wśród wzgórz i lasów Niemna, to błękitnego, to złotego, z jego wysokim brzegiem, na którym zobaczyć można to las, to bór, to pojedyncze grusze czy topole, a na drugim brzegu – zagospodarowane pola, a na nich postaci krzątające się przy żniwach.

    Piszę, tylko nie o tym, o czym miałem. Przybity niepowodzeniem daję Kuni tekst do przeczytania.

    – Wiesz, zaskakujące. Połączyłeś romantyzm Mickiewicza i pozytywizm Orzeszkowej z grafomaństwem Mroza. Coś w tym jest – pocieszyła.

  10. Zawsze lubiłem uciekać. W chmury. W oceany. W meandry własnych lub cudzych myśli. Gdziekolwiek, byleby dalej od smutku, krążącego nad głowami ludzi jak natrętne muchy. Można było oczywiście taką muchę zabić, ale po chwili wlatywała kolejna przez otwarte na oścież wątłe głowy, które wszystko brały do siebie.
    Czasem byłem lotnikiem. Miałem olbrzymi balon, który dryfował wśród chmur. Promienie słońca przebijały przez watę cukrową, a ja mrużyłem oczy, lecz nigdy nie zamykałem ich do końca, bo nie chciałem przegapić widoków. Najbardziej jednak lubiłem patrzeć w dół. Wszystko było wtedy takie malutkie i nieważne. Takie jak powinno być.
    Czasem byłem nurkiem. Sprawdzałem co czai się na dnie jeziora Loch Ness i szukałem słynnego potwora. Okazywał się być niezwykle łagodny i jedynie czego pragnął, to aby pozostawiono go w spokoju. Rozumiałem go doskonale, więc nigdy nie zdradziłem, gdzie znajduje się jego podwodna jaskinia.
    Czasem byłem nieustraszonym mścicielem, tropiącym kryminalistów pod osłoną nocy. Byłem silny, znalem sztuki walki i miałem piękną narzeczoną. Dawałem sobie jednak radę, umiałem godzić ze sobą obydwa życia. Nigdy nie wydarzyła się tragedia. Ona rozumiała, że musiałem wyczyścić miasto ze śmieci i imponowała jej to, że dbałem o zwykłych, szarych ludzi. O ludzi, do których ja, się nie zaliczałem.
    Czasem byłem zwykłym kasjerem w sklepie mięsnym, na którego każdy patrzył z góry. Wolałem się nie odzywać, bo od dzieciństwa się jąkałem. Starsza babcia krzyczała na mnie, bo ukroiłem o dwa plasterki szynki za dużo. Potem wracałem do wynajmowanego pokoju i wyjmowałem spod poduszki zagryzmolony zeszyt. I pisałem.
    Och, jak bardzo bym chciał, aby i to był jedynie mój wymysł.

  11. Wybacz mi Siostro, Bracie po piórze, bo zgrzeszyłem. Myślą, mową, pismem i zaniedbaniem. Najbardziej zaniedbaniem. Zeszyt do codziennych ćwiczeń literackich, ten zdobiony w pejzaż jesienny, zaginął na dnie szuflady. Wygrzebałem go ostatnio przypadkiem, gdy szukałem teczki z rachunkami. Z uczuciem głębokiego wstydu przetarłem przybrudzoną okładkę, ślubując w duchu sobie i mym nauczycielom – tym od Pasji – że to już ostatni raz rozstaliśmy się długo.
    Otwarłem więc czystą kartkę, by zaraz zapełnić ją nieczystymi słowami. Podjudzony zapewne jakimś dionizyjskim nektarem wpadłem bowiem na pomysł, by moje kolejne opowiadanie rozpoczynało się od sceny erotycznej. Tak oto od kilku wieczorów grzeszę piórem, w pocie czoła i z rumieńcem na twarzy tworząc opisy ponętnych ciał, frywolnych zabaw i rubasznych dialogów.
    Zapewne za grzech można by też uznać moją ostatnią mowę noblowską, którą wygłosiłem pod prysznicem. Nie jest to do końca właściwe – przyznaję się – by ułożyć w głowie całe przemówienie z okazji uhonorowania mnie najwyższym pisarskim zaszczytem, zanim wydałem się choć jedną książkę. I tylko trochę umniejsza mą winę fakt, że w swej laudacji nie zapomniałem podziękować całej mojej rodzinie, przyjaciołom, nauczycielkom polskiego z podstawówki i liceum, a także pozdrowić mych zacnych mistrzów i kolegów z kursów pisarskich.
    Grzech pychy zawładną też moje myśli. Z szatańskiego podszeptu napisałem to opowiadanie konkursowe wierząc, że świat wreszcie doceni mój kunszt i maestrię w operowaniu słowem pisanym!

  12. Jesienią pod podłogą mojego stuletniego domu zalęgły się litery. Żywiły się miłością do pisania, która spadała przez szpary, kiedy czesałam włosy. Była wielka, nigdy nie głodowały. Próbowałam je łapać na lasso z włosa. Za miesiąc na papierze tkwiło tylko jedno słowo – dupa. K – nie dawało się złapać, B – kwiczało jak zarzynana świnia i puszczałam je natychmiast. W – ukłuło mnie boleśnie w rękę a M – pluło jadem. Chciałam łapać je na szpilkę jak motyle. Wyciągnięte umierały, stając się nieprzydatne. W odkurzaczu też ginęły. Moje pożądanie rosło, tucząc litery. Dręczona niespełnieniem kładłam się na podłodze i przez szparę przyglądałam się ich życiu. Wiodły je wolne, sycąc się nieodwzajemnioną miłością, mając jej zbyt wiele. Miłość z czasem przerodziła się w obsesję. Patrzyłam z zazdrością, jak łatwo składają z siebie słowa, potem wiążą je w zdania. Ze zdań można stworzyć wszystko! Dla mnie nieosiągalne bez liter. Im bardziej wzrastały, ja karlałam. Widziałam, jak przytulają się do siebie, tańczą i wirują w smudze słońca. Mnożyły się, piękniały. Nie potrafiłam ich zdobyć mimo miłości i pisarskiego pragnienia. One chciały być niezależne, twórcze i wolne. Dręczył mnie głód i pożerała zazdrość, moja namiętność nieustannie rosła. Pragnęłam ustawiać je według swojego porządku i zmusić do pozostania na papierze na zawsze. Potrzebowałam liter, żeby pisać. Szczególnie nienawistne były litery gotyckie. Na początku piękne, teraz utuczone wyblakły. Wypowiedziały wojnę, układając napis – bujaj się. W odwecie przestałam się czesać. Miłość stała się zaprawiona goryczą niemożności. Zaczęłam nienawidzić. Którejś nocy głodne litery uciekły. Została moja niespełniona obsesja pisania.

  13. Szukał słowa klucza. Słowa, zwrotu, które przelane na papier zrobią całą resztę, uwolnią rzekę skojarzeń, metafor, przemyśleń. Jak na złość nigdzie nie było widać właściwego klucza. Jak okiem sięgnąć, słowna pustynia. Nawet bez fatamorgany, której można byłoby się uczepić i dać zwieść jej czarowi. Postanowił sięgnąć do magazynu słów spustów. Sprawdzonych cyngli, przetestowanych, dawno opatentowanych i zużytych jak wycieraczka przed wejściem do hotelu. Słów nudnych, którymi tak wielu osuszało sobie opuchnięte od płaczu oczy, wierząc w wyjątkowość swego talentu. Słów, które niczym gąbka pochłaniały tragedie, wzloty, upadki, nieszczęśliwe miłości i radości, nie zmieniając ani odrobinę swojej konsystencji, nie zyskując na znaczeniu, nie budując ambitniejszej treści. Pozostawały przez wieki takie same. Sztuczne i wreszcie obłudne. Może kiedyś miały coś do powiedzenia. Były soczyste od emocji, szeptały echem krzywd lub wołały z radością. Te słowa nie wytrzymały próby czasu, nadużywane, popadły w lenistwo i przestały się rozwijać. Były zawsze na wyciągnięcie ręki, gotowe, by od niechcenia dać się sobą posłużyć. Otyłe.
    Tęsknota. Miłość. Kochanie. Nienawiść. Nawet żar. Tym bardziej nadzieja.
    Półki zapełnione drzemiącymi, spasionymi słowami. Niczym w hipermarkecie. Dostępne dla mas. Zlewające się w jedną nieinteresującą lingwistycznie materię, z której da się ulepić wszystko. Sięgnął po te słowa. Na papier przelał najpierw deszcz. Nie poczuł go. Skreślił. Zastąpił uczuciem, ozdobił szalem stalowoszarym. Szukał, choć wiedział, że to nie zadziała. Polał wszystko rdzą zakwitłą niczym ogień, niczym krew. Zgniótł kartkę w ręku i wyrzucił do kosza.
    Świat słów okazał się zamknięty na cztery spusty. Słowa nie chciały służyć ludziom, choć dzięki nim istniały. Człowiek stworzył słowa, bo ich potrzebował, a one obojętnie się na to zgodziły. Nic poza tym.

  14. Wiara jest tym, co mocno trzyma. Bała się ogromnie, aby tak pięknej relacji, nie wykorzystywać ponad najczystsze miłowanie. Nie mogła skryć się w zaciszu modlitwy, która jest siłą, a nie jedynie bezpiecznym schronieniem. Musiała działać. Skorzystać z narzędzi, ofiarowanych przez Pana.

    Ich romans rozpoczął się dawno i całkiem niewinnie. Przepełniony skrajnościami małoletniego serca, potrzebował czasu, aby zrozumieć, że został ofiarowany w darze.

    Była umęczona. Mocno posiniaczona i podrapana od wewnętrznej walki. Nie była w stanie określić, jak długo i czy w ogóle zdoła jeszcze żyć w ten sposób. Z jednej strony nosiła w sobie silne poczucie obowiązku i potrzebę wypełnienia złożonej lata temu obietnicy, a z drugiej… miała wrażenie, że ledwo się podniosła. Depresja. Już kiedyś spotkała tą Panią. Popatrzyły na siebie z szacunkiem. Znały się przecież. Tym razem, nie chciała siłą przepędzać nieproszonego gościa. Uznała, że walka z nią, to walka z samą sobą.

    Poczuła przez jeden, bardzo krótki moment, że jest zdolna. Zdolna do tego, aby zmienić wszystko to, co ją nieznośnie boli. Co tak głośno krzyczy i domaga się uwagi. Kiedy zaczęła wypowiadać pierwsze „nie”, które ledwo wydobywały się z jej długiej, aksamitnej szyi, zrozumiała, jakie to potrzebne. Dotarło do niej, że gdyby wcześniej zaczęła posługiwać się tą zacną sztuką samoobrony, to uniknęłaby wielu zranień. Tych, które sama sobie zadawała, jak i tych, które zadawali jej inni.

    Wyjęła z szuflady notes i pióro. Papier miał tą cudowną zdolność, że chłonął wszystko. Nigdy nie krytykował, nie marudził, nie zatykał uszu ani nie odwracał głowy. Taki przyjaciel z nutą kochanka, który jest w pobliżu zawsze wtedy, kiedy jest potrzebny.

  15. Kierownik salonu przeglądał dokumenty, które złożyła dwa tygodnie temu. Marzyła o pracy w punkcie sprzedaży telefonii komórkowej. Nie miała jednak żadnych kwalifikacji marketingowych.
    – Nie podała pani daty urodzenia w CV – powiedział pan Krzysztof z nutą kpiny w aksamitnym głosie. – Musiałem wydedukować pani wiek po dacie zakończenia studiów.
    – Naprawdę to pominęłam? – Przepisywała swój życiorys na potrzeby rekrutacji tyle razy, że przeoczenie było prawdopodobne. Spojrzała w niebieskie oczy człowieka, który rozważał w tej chwili jej przyszłość. Emanował pewnością siebie i opalenizną. Nie pasowała do jego świata chromowanych gadżetów.
    – Dlaczego chce pani tu pracować? – Zadał podręcznikowe pytanie łowcy głów.
    – Takie miejsce jest dla mnie synonimem prestiżu. Dziś posiadanie telefonu to konieczność, ale z drugiej strony jest wyznacznikiem niezwykłego postępu i stylu.
    Panu Krzysztofowi najwyraźniej spodobała się ta jej wyuczona odpowiedź bo pokiwał głową i szczerze się uśmiechnął. Po raz pierwszy odniosła wrażenie, że może jednak jest szansa na etat.
    – A jakie ma pani hobby? – Padło kolejne pytanie z kwestionariusza.
    – Podróże i siatkówka. Ale też piszę – powiedziała i zawstydziła się tej wiktoriańskiej rozrywki. Od razu pożałowała słów, a badawcze spojrzenie wywołało ciepło na jej policzkach.
    – Wiersze? – zapytał zaintrygowany.
    – Nie, opowiadania. – Wstrzymała oddech. Teraz to już na pewno jej nie przyjmie.
    – Coś już pani opublikowała?
    – Nie, to tylko dla mnie, a właściwie do szuflady. – Co ją podkusiło? Od czasów liceum nie napisała żadnego tekstu.
    – Myślę, że warto spróbować. To kiedy może pani zacząć? – Zaśmiał się widząc zdziwienie na jej twarzy. – Tak, zatrudniam panią!

  16. Liczę kredki. To daje mi poczucie kontroli nad moim życiem. Kredki są drewniane i mają kolorowe obwódki na końcówkach. Dostałam je w prezencie. Ustawiłam w kubku i…może kiedyś. To ładne kredki. Tylko moje. Raz lub dwa razy dziennie sprawdzam czy są na miejscu. Sprawdzam, bo łatwo gubią się wśród innych kredek. To niewiarygodne, że wszystkim potrzebne są moje kredki. Rysują, zapisują, bazgrolą i rzucają je byle gdzie. Muszę pilnować, kontrolować, liczyć i temperować.
    I tak w kółko.
    To niesamowite jak działa pamięć: jak potrafi tuż przed kolizją, która zniszczyłaby trwający ład, wyprężyć grzbiet i upaść tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy jakimś niechcianym wspomnieniem.
    Nie pamiętam kilku lat ze swojego życia.
    Moja pamięć przypomina książki, które stały na półce u babci. Kilkadziesiąt stron tekstu i nagle puste kartki. A potem znowu treść, jakby nie było tej białej wyrwy.
    To, czego nie pamiętam, jest w zeszytach.
    Wystarczy oderwać plaster, żeby zobaczyć czy pod spodem jest blizna o krzywych brzegach czy zdrowa skóra. Wystarczy je przeczytać, przerzucić kładkę, żeby połączyć wtedy z teraz. Ale za bardzo się boję.
    Często śni mi się most z zapisanych kartek. Pełen dziur, błędów, chwiejnych liter. Idę po nim, a macki wstydu i lęku wyciągają się ku mnie i ciągną w dół.
    Nie chcę w dół.
    Budzę się z ulgą, patrzę w niebo. Chmury pękają i rozstępują się przed płynącym po niebie księżycem jak kawałki kry.
    Piję wodę. Dotykam grzbietów zeszytów, a one jeżą się pod palcami. Powinnam po nie sięgnąć, wbić sobie kolce w palce, ale znowu liczę. Dwa, cztery, sześć, siedem, dziesięć, jedenaście…jednej nie ma. Jakiejś brakuje. Jak kawałka mnie. Innym razem, nie dzisiaj; teraz muszę znaleźć żółtą kredkę.

  17. Konkurs „Miesiąc z życia kobiety” ogłoszony przez Twój Styl, w którym zadaniem było opisanie miesiąca z życia kobiety, to moja pierwsza pisarka przygoda. Pamiętam, że jedną z nagród był m. in. fajny laptop. Nie zajęłam wtedy żadnego miejsca, ale dostałam najpiękniejszy list od redaktora naczelnego, jaki można otrzymać. Słowa, że w tym konkursie nie ma przegranych pomogły mi wtedy uwierzyć, że warto próbować spełniać swoje marzenia. To był czas, gdy nieśmiało ruszyłam z pisaniem.

    Potem wzięłam spontanicznie udział w konkursie związanym z Warszawą, w którym nagrodą była autobiografia „Moja klasyczna paranoja” i wygrałam go. Następnie, konkurs o byciu tatą i znów wygrałam świetne reportaże ” Halo tato”. A potem już systematycznie brałam udział w różnych konkursach i czasem je wygrywałam.

    Gdy miałam ochotę spróbować sił w gazecie, wysłałam do tygodnika reportaż o samotnej matce z ośmiorgiem dzieci, która straciła najmłodsze z nich w czasie pożaru, który wybuchł w jej domu. Zaproponowano mi wtedy współpracę.

    A ja chciałam więcej i więcej. Pisanie mnie wciągało i uzależniało. Kusiło.
    Po latach odkryłam portal Pasja Pisania, i kursy pisania ze świetnym nauczycielem. Uczyłam się na nich pracować ze słowami. Aż do wydania pierwszej książki – wywiadów.

    Ciągle się uczę i przygotowując kolejne teksty marzę czasem, że może uda się przejść na wcześniej szą emeryturę i już tylko pisać:)

  18. Pamiętam taki wycinek rzeczywistości sprzed lat.
    Robiło się bardzo gorąco. Chciałam znaleźć sobie miejsce, w którym będę mogła się zaszyć, gdzie nie znajdzie mnie młodsze rodzeństwo ani nikt z dorosłych.
    – Co robisz? – zwykli pytać.
    – Piszę – odpowiadałam.
    – A co takiego? – zaglądali mi przez ramię. – Dasz przeczytać?
    – Jeszcze nie skończone! – irytowałam się.
    Jak można cokolwiek tworzyć, kiedy w kółko ktoś zawraca mi głowę? Nikt nie rozumiał, co to znaczy pisać Na Poważnie. Zamierzałam zostać pierwszą Poważną Pisarką w mojej rodzinie, tuż po tym, kiedy na dwunaste urodziny dostałam piękny, gruby zeszyt w twardej oprawie. Powoli zapełniałam go opowiadaniami, rysunkami bohaterów, wierszami, tekstami ulubionych piosenek. Ale do tego potrzebowałam spokoju.
    Cała rodzina odpoczywała po obiedzie, co oznaczało, że przez najbliższą godzinę nikt nie będzie mnie szukał. Po cichu otworzyłam drzwi prowadzące na strych. Zaduch uderzył mnie w twarz. Powoli weszłam po drewnianych schodach, zastygając w bezruchu po każdym najmniejszym skrzypnięciu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie śledził i odkrył moje Tajne Miejsce.
    Otworzyłam kolejne drzwi na końcu schodów i stanęłam oniemiała. Z okien padały smugi światła, a w ich blasku wirował kurz, jak tysiące świetlików. Z każdym krokiem z podłogi podnosiło się go coraz więcej i więcej.
    Przechodziłam przez kolejne pomieszczenia, lawirując wśród rupieci i wielkich kartonowych pudeł. Przecisnęłam się między starą szafą a czymś bezkształtnym, zapakowanym szczelnie w folię i otworzyłam szufladę starej komody. W środku czekał mój zeszyt i zestaw kolorowych długopisów. Usiadłam na skrzyni i otworzyłam go. Znalazłam najbliższą pustą stronę, wzięłam głęboki wdech… i zaczęłam pisać.
    I tak zostało aż do dziś. Nadal szukam takich miejsc i chwil, kiedy mogę swobodnie tworzyć.

  19. Pakowanie skończone, czas na krótki odpoczynek. To moja dwudziesta szósta przeprowadzka. Nic więc dziwnego, że od dawna staram się nie gromadzić rzeczy. W życiu bieguna przedmioty tylko wadzą. Jakie to wspaniałe uczucie, spakować całe życie do kilku kartonów!

    Pod niedomkniętą pokrywą jednego z nich widać wytarty zeszyt, pamiątkę z dzieciństwa w czasach, które dorośli nazywali trudnymi. Na okładce w miejscu na „imię i nazwisko” widnieje napis „Wakacje w Grecji, lipiec 1985 roku”.  Ostrożne przewracam kartki trzymające się na słowo honoru, uważając, żeby całość  nie rozpadła się na kawałki.

    Czytam znane na pamięć krótkie zdania, pełne powtórzeń i błędów ortograficznych. Podwójna linia tylko nieznacznie pomogła mi stawiać dziecinne litery jeszcze zupełnie niewprawiowioną w pisaniu ręką. Gdzieniegdzie widać tłuste plamy po mielonce turystycznej i fioletowe po świeżych figach.

    Zagłębiam się w opis osiołków spotkanych po drodze, uśmiecham przy wzmiankach o zjedzonych arbuzach i pomarańczach. Następne dwie strony opowiadają o niezbyt wyraźnym szarym kształcie, jaki pojawił się w morzu o wschodzie słońca, a który, całkiem niewykluczone, mógł być delfinem. Jest też o cykadzie, która tak wystraszyła tatę, skacząc mu znienacka na brzuch, że upuścił przenośne radyjko, a potem był zły, bo nie mógł słuchać transmisji meczu. Sporo miejsca zajmuje też bardzo przydatna instrukcja, jak wydmuchać słoną wodę przez rurkę po zanurkowaniu na dno oceanu. Nie ma za to ani słowa o zwiedzaniu atrakcji turystycznych, takich jak Akropol czy Delfy.

    Historia urywa się nagle, po zaledwie kilkunastu stronach. Za dużo wrażeń, za mało słów, żeby je opisać. Moja pierwsza podróż, moja pierwsza opowieść, moja pierwsza pisarska przygoda.

  20. Chomik z parasolka says: Odpowiedz

    Weszła do pokoju, widząc że pali się w nim światło. Jej dziesięcioletnia córka obłożona dwoma słownikami, z których oba były ortograficzne, googlała zawzięcie w komputerze.
    – Dlaczego nie śpisz?
    – Piszę zadanie na polaka.
    – Miśka, pięciu zdań na krzyż jeszcze nie napisałaś!? Przecież rozmawiałyśmy, że możesz napisać o spacerze z kuzynką w lesie.
    – Robię korektę.
    Matka podeszła do biurka.
    – Grzyby w lesie? Czyżby robiły błędy ortograficzne? Byłaś u ojca?
    – Zaczął pisać i powiedział, że sama mam sprawdzić.
    – Bo się grzebałaś. Dawaj.
    „Dzisiaj odwiedziła mnie kuzynka Lukrecja. Poszłyśmy na spacer i opowiedziałam jej o drzewach, że ze sobą rozmawiają pod ziemią. Nie uwierzyła. Jest głupia. Dlatego zaprowadziłam ją na torfowisko, bo tam jest dużo grzybów…
    – Jasna cholera!
    – Nie weszłam. Słowo honoru! Stanęłyśmy na granicy, przy tym drzewie. Ciągle ją coś gryzło.
    – Jak mogłaś!? Była ulewa, mogło zmienić się w bagno.
    Zamilkły, gdy ojciec ze kubkiem kawy stanął w progu pokoju.
    – Co ja słyszę, dyskusja biologiczna o północy? Torfowiska to bagna? Miśka, błędy sprawdzone?
    – Tak, ta głupia…
    – W takim razie, o co chodzi? – Ojciec wszedł jej w słowo.
    – Dlaczego nie sprawdziłeś Miśce głupich pięciu zdań?
    – Ma słowniki. To jej nauka, nie nasza. A biologii jeszcze zdążysz ją nauczyć. I tak cały wolny czas spędza w lesie i ogrodzie zamiast czytać.
    – Do cholery, wszyscy rodzice pomagają, tylko nie wy! – Miśka z trzaskiem zamknęła komputer.
    – Nie chcemy być jak wszyscy, wiesz Misiu – zareagowali unisono.
    – Wiem, wiem. Dobranoc.

    ***
    Następnego dnia podczas kolacji Misia oświadczyła:
    – Koniec z pisaniem zadań na polaka. Nie umiem. Pani Karwajska wzywa Was na rozmowę. Nie wolno wyzywać innych od głupich! – powiedziała, wręczając im dzienniczek.

  21. maniekmaniutek says: Odpowiedz

    „Gdzie słabe ciało, tam silny duch”. To powiedzenie, które wymyśliłem w zeszłym roku, kiedy przeszedłem operację zerwanych więzadeł. Byłem unieruchomiony przez pełne 2 miesiące w łóżku, a moje ciało musiało pozostawać, w dużej mierze, w bezruchu. Postanowiłem wtedy, że zmienię jedną rzecz w swoim życiu, na którą mam wpływ i którą mogę realnie urzeczywistnić. Padło na pisanie, które odkładałem w nieskończoność. Bo praca, bo dzieci, bo ćwiczenia itd., itd.. Pomysł miałem na pstryknięcie palcem, gdyż siedział mi w głowie od dawna. Samuraj, zdradzony i pozostawiony na pewną śmierć, za sprawą magii zostaje przeniesiony z ojczyzny do XVII-wiecznej Polski. Tu wraz z polskimi towarzyszami broni, znanymi z Sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”, ponownie odkrywa czym jest honor. Pierwsza myśl wydawała się prosta, a okazała się bardzo złudna. „Nie zdążę wyleczyć nogi, jak już książka będzie w druku”. Akurat. Mimo, że nie było to tak proste jak mi się początkowo wydawało, to będąc i tak unieruchomiony, pomyślałem, że się nie poddam i będę się bawił próbując. Pisałem. Pisałem i pisałem. Dodatkowo uczestniczyłem w internetowym kursie „Pasji pisania”, dzięki któremu dodatkowo mogłem zdobywać umiejętności czysto teoretyczne połączone sprytnie ze sferą praktyczną. Nadmienię, że książka, którą można tu wygrać, również była by nieocenioną pomocą w ukończeniu pierwszego etapu mojej pisarskiej przygody. Obecnie mam więcej niż połowę napisaną, ale wiem jak wiele jeszcze pracy przede mną. Dziś wiem, że „szczęście w nieszczęściu” to nie jest wytarty od stuleci slogan, a szczera prawda. Dzięki chwilowemu, życiowemu „zawieszeniu” rozpoczęła się moja pisarska przygoda i trwa ona do dzisiaj.

  22. Przebiega mi przed oczami milion małych kawałków. Biegają wte i wewte, jakby je coś gnało czy nawet opętało. Jakby je jakaś niewidzialna siła w ruch wprawiała i kazała im wybiegać wszystkie moje emocje i odczucia. Od patrzenia na nie mam mentlik w głowie, oczy łzawią od wielkich i dużych liter, przecinków czy wykrzykników. Ulgi szukam w akapitach.
    Kawałki z czasem układają się w zdania, zdania tętnią od emocji i przeżyć, wirują w nieulotnej jednostce i wymiarze. Są raz tu, raz pod powiekami, za chwilę gdzieś wyłażą, chcą się światu pokazać i zaistnieć. I tak od lat. Męczą, biegają, spać nie dają.
    Z wiekiem widzę je coraz wyraźniej. Kolory im się wyostrzyły, teraz mają już wąsy, ogonki. Już nie biegają, teraz suną, pulsują, znakami zapytania łapią za słówka. Już nie układają się w marzenia teraz chcą przyszłości, chcą wiedzieć. Rozwijać się, wymyślać nowe swe kombinacje, nieznane odmiany. Ważyć się rozważnie , koniugować, parafrazować. Opisywać.

  23. Kiedy wyglądał przez okno, na rozgrzany asfalt ulicy Szarotki, wspomnienia z dzieciństwa ożywały w jego głowie, szczególnie te związane z Karolem. Na samą myśl o nim zrobiło mu się niedobrze.

    – I co tam u ciebie synku? – spytała Bronisława jednocześnie nakładając kawałek ciasta.

    Jonasz obrócił się wolno i podszedł do stołu nakrytego szydełkowym obrusem.

    – Nic nowego. W pracy nie najgorzej. I tak jakoś mija dzień za dniem… – westchnął.

    Bronisława powstrzymała się przed zadaniem kolejnego pytania. Poprawiła się na krześle i czekała, jak na finałowy odcinek ulubionej telenoweli, aż się przed nią otworzy.
    Przez dłuższą chwilę przestrzeń pomiędzy nimi wypełnił metaliczny dźwięk widelców delikatnie uderzających o porcelanowe talerzyki.

    – Piszę – wyznał w końcu.
    – Czyli teraz jesteś pisarzem. – Wzięła łyk kawy przy czym zmrużyła delikatnie oczy.
    – Pisarzem? Chyba jeszcze nie, na razie to są takie pierwsze teksty w zeszycie. Jeszcze nikomu ich nie pokazywałem. Po prostu piszę.

    Nie doczekał się kolejnego pytania – matka wiedziała jak z niego wyciągnąć informację.

    – Właściwie to chcę opowiedzieć historię o dorastaniu. Wiem jak to zrobić. Mam sceny w głowie. Widzę bohaterów, ale… tylko… w sumie nie wiem. Chyba czekam na idealny moment.
    – Zawsze wiedziałam, że masz w sobie coś z artysty. – Spojrzała na niego z dumą. – Idealny moment albo wena przyjdą. Na pewno.
    – No tak. Wracając do mojej historii, główny bohater będzie miał problem z zawieraniem przyjaźni, a to przez złe doświadczenie z dzieciństwa.
    – Jak to z dzieciństwa… Czego on doświadczył? Jonasz, to będzie smutne – zmartwiła się.
    – Smutne? Może. Jeszcze nie wiem i to jest w pisaniu najwspanialsze.

  24. Ekfraza

    Nie zdążyłam nawet porządnie wejść do sali. To był pierwszy obraz, zaraz za wejściem, wstęp do wystawy o tym samym tytule. Jak w pokoju luster, zobaczyłam siebie – dziewczynę w muzeum. Stała tyłem i skrzyżowawszy ramiona wpatrywała się w jedno z dzieł. I ja stanęłam, zaintrygowana i urzeczona.
    – Będziesz się tak gapić?
    Zawahałam się. A to nowość! Nigdy dotąd nie dyskutowałam z obrazem. Chyba że w istocie to lustro? Ze sobą polemizowałam nie raz. Tylko nigdy nie stałam wówczas do siebie plecami.
    – Odwrócisz się? – odparłam. Niemal bym uwierzyła, że może to zrobić. Przybrała pozycję krytycznego analityka. Stopę skierowała lekko w bok. Przytupuje? Niecierpliwi się?
    Nie doczekawszy się reakcji, skierowałam wzrok na obrazek. Na tę pomniejszą rzeczywistość, z którą obcowała bardziej niż ze swoim otoczeniem. Właściwie było ich kilka. W panoramie pokoju kilka wycinków innych, mniejszych przestrzeni. Sceny niektóre jak z życia wzięte, inne abstrakcyjne, wisiały w równym rządku, ciesząc widza żywszymi kolorami.
    Żeby nie zakaz dotykania eksponatów, szturchnęłabym dziewczynę w ramię. Co ją tak pochłonęło? Czy próbowała rozszyfrować ukryty komunikat? Poznać i zrozumieć przekaz malarza przez sztukę? Jak ja teraz? Taki rodzaj transcendencji?
    I jeszcze to wrażenie lustrzanego odbicia. Jakby malarz patrzył na mnie zza mojego ramienia. Jeśli ja byłam obrazem, analizując obraz przedstawiający dziewczynę patrzącą na obraz, to ile światów w sumie się łączyło? Transgresja przyprawiała o zawrót głowy.
    – Nieprzyjemnie, co? – Mogłam sobie wyobrazić zgryźliwy uśmieszek występujący jej na wargi. – Jak eksponat.
    Skrzywiłam się.
    – Jesteś eksponatem.
    – A ty jesteś niegrzeczna.
    Dyskusyjne, ale zachowałam to dla siebie.

Dodaj komentarz