Narrator powieści „Kto winien?” Anny Green zostaje zupełnie przypadkowo uwikłany w zbrodnię i w rodzinny dramat – jest świadkiem śmierci pewnego krezusa. Który z synów-utracjuszy otruł Archibalda Gillespie?
Anna Green (czy też Anna Katharine Green) była amerykańską pisarką. Żyła w latach 1846-1935. Na początku swojej pisarskiej drogi próbowała sił jako poetka. W 1878 roku wydała swoją pierwszą powieść The Leaventworth Case, która okazała się bestsellerem i otwarła jej ścieżkę kariery. Wydała czterdzieści powieści. W Polsce jest praktycznie nieznana. Wydawnictwo MG postanowiło to zmienić. Wydało jeden z kryminałów Anny Green – Kto winien? Pierwotnie książka ukazała się w 1901 roku. Nie dotarłem do informacji, kiedy po raz pierwszy trafiła do rąk polskich czytelników. Tłumaczenie autorstwa dziennikarki Bronisławy Neufeldówny, dziennikarki, pokryło się już warstwą patyny, ale nadal pozostaje bardzo przystępne.

„W chłodny jesienny wieczór szedłem szybkim krokiem aleją, gdy nagle na rogu ulicy Pięćdziesiątej zostałem zatrzymany; ze schodów wiodących do sieni jednej z pięknych kamienic, obok których prowadziła moja droga, dziecięcy głos wołał z przestrachem:
– Mój kochany panie! Proszę, niech pan wejdzie! Proszę, niech pan pójdzie do dziadzi! Dziadzio chory i pana potrzebuje!”
Tak zaczyna się ta powieść. Początek ma ściśle wyznaczoną datę – 17 października 1899 roku. Narrator – adwokat Arthur Outhwaite z firmy Robinson i Outhwaite – wchodzi do obcej kamienicy i zastaje tam umierającego staruszka. To nie byle kto – a sam Archibald Gillespie, król giełdowy i kolejowy, powszechnie znany, od kiedy na jednym intratnym interesie zarobił w krótkim czasie dwa miliony dolarów. Na progu śmierci staruszek próbuje przekazać Arthurowi list – do oddania adresatowi. Ale kto jest tym adresatem? Nieszczęsny człowiek niebawem umiera. Na początku wydaje się, że przedawkował lekarstwo zawierające chloral. Prawda jest jednak dużo bardziej mroczna – Gillespie został otruty kwasem pruskim. Co zastanawiające, na synach denata informacja o jego śmierci zdaje się nie robić wrażenia. Narrator zauważa, że bracia:
„Nie spojrzeli na siebie, nie wymienili ani słowa pociechy, żalu. Czyżby nie żyli w zgodzie? Była to przecież chwila, w której powinni okazać wzajemnie uczucia braterskie!”.

Bracia Leighton, Alfred i Jerzy – jakie tajemnice skrywają? Sam ojciec obawiał się śmierci z ręki któregoś z synów. Jak mówi ich zdesperowana kuzynka, powiernica i przyjaciółka domu, powabna Nadzieja Meredith (na marginesie – można się zastanowić, czy dziś nie lepiej byłoby pozostać przy anglojęzycznej wersji imienia – Hope):
„nie wiem, który z was obarczył swoją duszę ciężarem tej zbrodni. Ale jeden z was, jeden mówię, stoi przed zarzutem oskarżenia, które podniósł przeciwko niemu jego własny ojciec!”.
Sama Nadzieja jest w tym wszystkim zagubiona – nie tylko jako ulubienica zmarłego, ale także osoba nieobojętna swoim trzem kuzynom. A zatem kto z nich jest ojcobójcą? Kto winien? Warto w tym miejscu przypomnieć, że oryginalny tytuł One of my sons znaczy „Jeden z moich synów”. Czyżby chodziło o mroczną wariację biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym?
Przedstawiona historia jest dość spójna. Tropy się mnożą, podobnie jak tajemnice do rozwiązania. Sam Arthur, choć obcy dla tej rodziny, za sprawą dramatycznych okoliczności nawiązuje z nią silną więź. Jest narratorem powieści – a zatem wszystko zostaje przefiltrowane przez jego odbiór, postrzeganie świata. Wybór tej narracji sprawia, że nie mamy wglądu w myśli większości postaci. Da się podzielić świat powieściowy pod kątem bohaterów – na tych dobrze zarysowanych (jak choćby Nadzieja Meredith, Leighton Gilespie czy oddany lokaj Hatson – figura oddanego sługi, która będzie powracać przez dekady w kolejnych kryminałach) i na tych, którzy są ledwie naszkicowani (Jerzy, Alfred, choć znajdują się wśród głównych podejrzanych, wypadają blado. Urocza mała Klara również mogłaby dostać tutaj więcej miejsca).

Należy pochwalić Wydawnictwo MG za odwagę. Bo czy kryminał, który powstał na początku dwudziestego wieku, w czasach gdy ten gatunek – dziś tak powszechny i popularny – zaczynał się dopiero na dobre kształtować, może przetrwać próbę czasu na tyle, aby przynieść satysfakcję lekturową całkiem współczesnym czytelnikom? Można się zżymać na prosty, bardzo stereotypowy rysunek postaci, gnającą akcję bez pogłębienia całości, niemal pozbawione dramatyzmu wyjaśnienie okoliczności zbrodni, a wreszcie na – eufemistycznie mówiąc – mało przekonujący wątek romansowy. Z drugiej strony intryga jest wcale pomysłowa, tropy ciekawe, a rozwiązanie zaskakujące. Trudno tego nie docenić.
Dałoby się Kto winien? skwitować stwierdzeniem „Agatha Christie to nie jest”. Ale przecież Agatha Christie miała zadebiutować blisko dwadzieścia lat po premierze powieści Anny Green, wyznaczyć pewne wzorce, sprawdzające się do dziś (niektóre motywy z tej powieści pojawią się i w jej twórczości – przypomnę choćby Morderstwo w Boże Narodzenie, którego bohaterami są synowie skonfliktowani z ojcem-tyranem). I jeśli spojrzeć na Kto winien? właśnie przez ten pryzmat – reprezentantki dopiero raczkującego gatunku, trzeba uczciwie przyznać, że jest to całkiem udana reprezentantka, z którą możecie spędzić bardzo udany lekturowy wieczór.
Polecam – tak miłośnikom kryminałów, jak i literackich ciekawostek wydobytych szczęśliwie z zapomnienia.
Źródło cytatów: Anna Green, Kto winien?, tłum. Bronisława Neufeldówna, Wydawnictwo MG, Warszawa 2025.
Źródło grafiki: https://pl.wikipedia.org/wiki/Anna_Katharine_Rohlfs
