Strzeż się wampira – KONKURS!

Sezon konkursowy czas zacząć i to z przytupem! Tym razem będziecie się mogli zmierzyć z mrocznymi siłami. Kto wygra książkę Kai Flagi-Andrzejewskiej „Oblicza wampiryzmu”? Do tego z autografem autorki!

Oto pierwszy styczniowy konkurs na blogu Pasji Pisania. Możecie wygrać Oblicza wampiryzmu (Wydawnictwo Sinister Project)– zbiór znakomitych opowiadań Kai Flagi-Andrzejewskiej, absolwentki kursów Pasji Pisania. Egzemplarze konkursowe będą opatrzone dedykacją i autografem.

Na Oblicza wampiryzmu składa się 14 ilustrowanych opowiadań o wampirach. Bohaterowie zostają przedstawieni w różnych okresach historycznych i muszą się zmierzyć z rozmaitymi przeciwnościami, aby przetrwać. Więcej o tej książce pisałem w niedawnej „Lekturze na weekend”.

„Konstanty usiadł na pufie przy fortepianie, puścił w ruch wahadło metronomu. Rozbrzmiały powolne dźwięki ćwiczonego wcześniej pochodu. I znowu, i jeszcze raz. Coraz szybciej i szybciej. Zakręciło mi się w głowie. Metronom stukał, dźwięki się zlewały. Na klawiaturę polała się krew, palce zaczęły się ślizgać na zbroczonej nią kości słoniowej. Zacząłem cofać się w kierunku drzwi, nagle chcąc znaleźć się jak najdalej od ogarniętego obsesją chłopca i dudniącego w uszach setny raz powtarzanego pasażu. Oparłem się plecami o wygładzone dziesiątkami lat drewno, niezdolny wykonać kolejny ruch. Brakowało mi tchu.
Zapragnąłem obudzić się z tego koszmaru. Konstanty śmiał się w głos, dłonie śmigały po klawiaturze, ruch rozmywał się w oczach. Muzyka brzmiała jak nieludzki wytwór, arcydzieło, szatańskie tango. Młotki
fortepianu stukały tak szybko, że wydobywające się dźwięki tworzyły jeden wielki huk. Ręce falowały, jakby pozbawione stawów, dziwnie długie, palce coraz bardziej przypominały odnóża monstrualnego pająka. Głowa odchylała się w moim kierunku pod nienaturalnym kątem. Czarne, bezdenne, ogromne oczy wpatrywały się we mnie ze złowieszczym błyskiem, coraz większe i większe. Zrobiło mi się słabo.
– Jesteś potworem… – wyszeptałem zbielałymi ustami.
Nie wiem jak i kiedy, Konstanty znalazł się tuż przy mnie. Mokrą dłonią złapał mnie za gardło w uścisku silnym jak imadło. W uszach słyszałem wciąż dźwięk fortepianu, upiorne pochody etiudy cis-moll, choć przecież nie było to możliwe. Głośniejsze od muzyki było tylko pompujące krew, walące ze strachu serce. W tym hałasie ledwo usłyszałem szept:
– A co ty myślałeś? Nieśmiertelność zawsze ma swoją cenę…”

Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania. Tym razem słowem-kluczem będzie „wampir”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki, nie muszą to być również opowiadania fantastyczne – wampira można rozumieć rozmaicie.

Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 18 stycznia włącznie. Kaja Flaga-Andrzejewska wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.

Powodzenia!

Źródło cytatu: Kaja Flaga-Andrzejewska, Oblicza wampiryzmu, Wydawnictwo Sinister Project, Warszawa 2024.
Źródło grafiki: https://g.pl/news/7,187454,29680909,zmierzch-na-malych-ekranach-kultowa-opowiesc-i-ekranizacja.html

15 Replies to “Strzeż się wampira – KONKURS!”

  1. – Pani jest wnuczką? Prawnuczką? – upewnia się recepcjonistka. Jest nowa, wcześniej jej tu nie widziałam. Zapamiętałabym świadczące o nadciśnieniu rumieńce i liczne podbródki, ukrywające szyję lepiej, niż apaszka w nietwarzowym kolorze.

    Potakuję. Jakie to ma znaczenie? Trzydzieści lat temu byłam „córką”. Wcześniej – „siostrą”.

    Recepcjonistka mruży oczy, jakby próbowała się doszukać rodzinnego podobieństwa. Może znajduje coś w kształcie nosa albo w nieszczerym uśmiechu, którym ją obdarzam. A może wcale jej to nie obchodzi? Bez przekonania wręcza mi zalaminowany kartonik ze słowem „gość”, wypisanym ręcznie markerem. Napis, czarny, kiedy wprowadzili te przepustki, wyblakł do fioletu. Wtedy chyba jeszcze byłam „córką”.

    – Ale tego nie może jej pani podać! – Recepcjonistka wskazuje trzymany przeze mnie pakunek jednym z podbródków. Nietrudno domyślić się zawartości po kształcie pudełka i logo popularnej cukierni. – Babci nie wolno słodkiego.

    *

    – Oczywiście tort, ale bez orzechów, bo Kazik od nich puchnie. – Znów słyszę ten najpiękniejszy śmiech. – Szynka z majonezem i pieczeń rzymska, sałatka dla Basi, bo nie je mięsa. Śledzie w śmietanie, oczywiście dla ciebie bez czosnku… Wiem, przesadziłam, ale tylko raz się kończy osiemnaście lat, prawda?

    *

    – To ciasto marchewkowe, bez cukru – uspokajam recepcjonistkę i w końcu dostaję milczące przyzwolenie. Mogę wejść.

    Śpi, ostatnio głównie śpi. Cicho wszystko szykuję, wciskam świeczki w kruszący się lukier. Zapalam je, gdy widzę, że przezroczyste powieki z trudem się otwierają.

    – Sto lat, skarbie – szepczę i całuję suchy, pomarszczony policzek.

    Dziewięćdziesiąt dziewięć lat temu byłam „matką”.

    Wciąż jestem, nawet, jeśli tylko jedna z nas pamięta.

  2. Kiedy pojawiasz się w moim życiu, moja krąży wartkim strumienie, ale bardzo delikatnie pulsuje pod powłoką skóry, aby nie kusić. Przyczajona oczekuję ataku. Jesteś taka piękna, a tak niebezpieczna. Mamisz swą urodą kolejne ofiary. Łudzą się zawsze do końca.
    Niczym wulkan, mogę wypluć z siebie wspomnienia o tysiącu kamieni milowych
    naszej relacji, więc zastygam. Wzdychając upuszczam trochę pary. Następnym krokiem po erupcji jest pył zapomnienia nazywany pyłem wulkanicznym. Widziałaś kiedyś ludzi
    w Pompejach? Twoja wieczność zaszczepiona we mnie byłaby wiecznością podwójną. Istniałabyś, póki ja istnieję.
    Kiedy zmieszałaś swoją krew z moją na co liczyłaś? Marzyłaś o poddańczym uwielbieniu i nowych członkach watahy? Odmawiając przekazywania naszego genotypu zerwałam z ustalonym porządkiem rzeczy?
    Musisz się wstydzić przed całą rodziną. Nie mam w sobie waszego morderczego pragnienia. Jako dziecko, które hańbę rodowi przyniosło, oddaliłam się. Żyję w samotności
    i nie dzielę się zdobyczami. Spacerując lasami nasłuchuje wiatru, wącham pory roku, szukam nowych ścieżek, ale przede wszystkim spokoju. Nie chcę pamiętać o swoim pochodzeniu. Zacieram w sobie ślady twojej działalności. Zaspokajam się inaczej. Znalazłam antidotum na zew krwi. Wolę dzień od nocy.
    Pytają mnie kim jestem. Pytają mnie kim jesteś ty. Jesteśmy wampirami. Ty jesteś moją matką, powstałam z twojej krwi i żywisz sią moją. Nocami wysysasz ze mnie życie.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwsze prace! Kto następny?

  3. Na starej kamienicy nasiąkniętej wilgocią, odpadał tynk płatami. Siedzący przy biurku Julian, od godziny słyszał to samo drażliwe, rytmiczne i jakże natrętne drapanie w ścianę. Po mieście krążyły plotki o „nocnym gościu”. Gazety goniły za sensacją, nagłówki krzyczały o upiorze z opery i ufo, ale on… Julian, jako człowiek nauki, wzruszał na to tylko ramionami. Dla niego zło miało twarz śmierci, głodu i biedy, a nie jakiegoś nadnaturalnego świra. Jednak tej nocy, chłód w jego pokoju był nadwyraz nadnaturalny, aż niepokojący. Odwrócił głowę w bok, by rozprostować i tak już spięte mięśnie szyi, i wtedy go zobaczył.
    Był wysoki, obleczony w niemodny, zakurzony frak. Wyglądał jak drapieżnik- wychudzony z cerą starego pergaminu i obrzydliwie czarnych oczach.
    – czego chcesz? – wychrypiał Julian, zaciskając dłoń na krawędzi biurka.
    Obcy uśmiechnął się, odsłaniając zęby.
    – Tylko chwili uwagi, kolego- głos brzmiał jak średniowieczny zamek od furtki- wszyscy myślą, że wampiry pragną jedynie krwi. Jak wy, ludzie, bardzo się mylicie. Pragniemy jedynie krwi po waszych niespełnionych ambicjach- Julian poczuł, jak ogarnia go panika i lęk. Nie mógł się poruszyć, gdy gość podszedł bliżej. Poczuł zapach ozonu i wilgoci.
    – krew jest naszym paliwem, prawdziwą ucztą…- położył dłoń na jego ramieniu. Zanim Julian zdążył krzyknąć, postać rozpłynęła się w mroku.
    Gdy rano wstało słońce, mężczyzna spojrzał w lustro, ale w jego spojrzeniu nie było tego blasku co zawsze. Coś zostało mu skradzione… I to bezpowrotnie.

  4. Kasia opuściła topór. Wrzask Antka napełnił ją obawą, że zaraz ktoś zacznie walić do drzwi. Gdy nic takiego się nie stało, uderzyła ponownie. Głowa potoczyła się po posadzce. Kasia odłożyła siekierę, zdjęła gumowe rękawice, rzeźnicki fartuch. Ani plamki krwi na jej ubraniu! W ogóle krwi w jej ocenie było za mało. To już jednak nie jej zmartwienie. Zgarnęła gruby plik banknotów ze stołu i wyszła. Na korytarzu z ulgą wciągnęła powietrze, wolne od zapachu czosnku wypełniającego pokój na końcu korytarza. To po zupie, którą mu przywiozła poprzednim razem. Czego on jeszcze próbował? Osinowy kołek, setki religijnych symboli. Na jej pytanie o światło słoneczne wyraźnie się wzdrygnął.
    – Wiesz, moja droga, jakie to uczucie oblać twarz rozgrzanym olejem? – spytał.
    Nie znała tego uczucia, ale w trakcie pracy w Uber Eats zdarzyło jej się oblać ramię gorącą zupą. Już to było wystarczająco bolesne by móc zrozumieć, dlaczego Antek szukał innego sposobu na popełnienie samobójstwa. Czekając na windę spojrzała na pokój naprzeciwko. Sprytnie to wymyślił, zamawiając jedzenie do innego pokoju. Odsuwał od niej podejrzenia, gdyby tym razem się udało.
    W pokoju na końcu korytarza rozległo się westchnienie przepełnione rozczarowaniem tak gęstym, że siekiera w nim leżąca wyszczerbiłaby się w trakcie próby jego przecięcia. Ciało Antka uniosło głowę, podeszło do laptopa. Głowa wylądowała na biurku, ciało usiadło.
    – Ucięcie głowy nie uśmierca wampira, durniu! – wklepało na klawiaturze z wyraźnym zniecierpliwieniem.
    – Wybacz, masz oczywiście rację. Czy próbowałeś już srebrnych kul? – wypluł z siebie komputer.

  5. Pisarczyk Amator says: Odpowiedz

    Groza i tajemnica tak niezgłębiona, że Frankensteinowi by ze strachu puściły zwieracze. Inaczej nie można określić tego co wyrabiało się w opuszczonym budynku po kinie „Maskotka” na wrocławskim Ołbinie. Około północy lampy uliczne przygaszały się i zaczynały dziwnie skwierczeć a z okien opustoszałego budynku dochodziły tak złowróżbne przeciągłe zawodzenia, że nawet nieustraszony kwiat miejscowej żulerii przezornie przeniósł swój letni bar pod chmurką do dalszej części parku byle być z dala od nawiedzonego kina.

    Mietek, który robił za miejscową wyrocznię stwierdził, że ta elektryka mryga, bo przyssał się do niej wampir energetyczny. Wszystkie chłopaki już sobie wyobrażały tego wampira, jak w swoim wytwornym czarnym smokingu z postawionym szkarłatnym kołnierzem wyszczerza śnieżnobiałe kły, żeby zanurzyć je w najbliższym przewodzie elektrycznym. Jak się delektuje i upaja tym przepływem trzystu osiemdziesięciu woltów. Tak, te wolty wzbudzały w nich niepomierny szacun. Sami rzadko kiedy sięgali po więcej niż czterdzieści. Podobno „spiryt ratyfikowany” ma około stu woltów. Ynteligent kłócił się co prawda, że ratyfikowany to może być konkordat a nie spiryt, ale nikt nie mógł tego sprawdzić, bo kogo by stać na picie takich luksusów jak państwowy spiryt z banderolą, czy tym bardziej jakiś – z przeproszeniem – konkordat.

    Pewnej ciepłej nocy koło parku zaroiło się od niebieskich furgonetek na sygnale. Złamas, Cwaniak i Ynteligent skitrali się wtedy do piwnicy zgromadzenia sióstr józefitek. Zawsze to lepiej dostać połajankę i różańcem po dupie niż być zawiniętym przez mendownię. Tylko Kudłaty siedział niewzruszony na ławeczce sącząc swojego Żubra. Ale nie dane było Kudłatemu zostać tej nocy bohaterem. Patrol minął go tak obojętnie jakby był powietrzem i z wielkim hałasem wdarł się drzwiami i oknami do budynku kina. Po chwili policjanci wyciągnęli ze środka tych trzech studenciaków, co to od starego Miziołka pokój wynajmowali. No i okazało się że to nie studenci a bandziory jakieś były. Podobno kogoś w tym kinie nieźle kopali. Musiał być twardy, bo chociaż oprawcy to chudeusze, przecież kopali go we trzech przez ponad miesiąc. Normalnego to by takim kopaniem zakatował, ale on był twardy i podobno się nawet umocnił. Bitkojn się nazywał czy cuś. Szacun dla bohatera. Wypijmy jego zdrowie.

  6. Irma była wegetarianką. Powodem tego była jej niepokojąca ekscytacja na widok surowego mięsa. Jedyny kontakt z tym pożywieniem miała przy karmieniu swojego kota, który uwielbiał soczyste kawałki kurczaka.
    Pewnego ranka, Irma przygotowując posiłek dla zwierzaka poczuła pragnienie, by spróbować choć kęs mięsa. Ogarnął ją silny głód, dreszcze zmierzwiły jej skórę. Opamiętała się i szybko wrzuciła mięso do kociej miseczki.
    Przez następne dni sytuacja się powtarzała. Za każdym razem czuła jak głód wzbiera w niej coraz mocniej. Zaczęła widzieć zmiany w swoim wyglądzie i samopoczuciu.
    Po dwóch tygodniach jej twarz zaczęła zmieniać się całkowicie. Stała się blada, kości policzkowe zaczęły wychodzić na wierzch, dziąsła w okolicach kłów były nabrzmiałe, a oczy przybrały kolor burgundu. Biło z nich coś co można było nazwać jedynie złem. Paznokcie zmieniły się w szpony, zabrudzone od spodu jakąś ciemną zaschniętą cieczą. Patrzyła w lustro, ale nie rozpoznawała już samej siebie. Zbiegła po schodach do salonu. Rozpaczliwie zawołała swojego kota. Jednak go nigdzie nie było. Odnalazła go na zewnątrz, leżącego na boku z zamkniętymi oczami. Wokół niego pełno było kropel i strug czerwonej jak wino krwi. Nic nie rozumiała. W rozpaczy wzięła kota na ręce i płakała. Spojrzała na zakrwawione dłonie. Nagle poczuła głód. Tym razem uczucie było silniejsze. Odbierało jej coraz bardziej świadomość, czuła, że jej ciało się zmienia, zmysły wyostrzają. Wiedziała, że nie wytrzyma dłużej. Zaspokoić jej głód mogło jedynie coś większego.
    Wybiegła na ulicę. Przechodnie mijali ją jeden po drugim. Poczuła cudowną woń, której nie potrafiła zrównać z niczym innym. Ruszyła na łowy.

  7. Sara przebudziła się w pokoju, który już zawsze będzie dla niej ciemny. Powoli otwierała oczy łudząc się, że ten koszmar zniknie jak wstanie. Bruno- pies przewodnik łagodnie lizał jej dłoń dając znak, że zbliża się czas posiłku ale Sara nie miała siły się nawet poruszyć. Zawsze czuła się totalnie wyczerpana gdy koszmar pożaru sprzed dwóch lat powracał w snach. Wgryzał się w nią niczym wampir w szyję, wysysając życiodajną krew.
    Wciąż pamięta gorące płomienie buchające ze wszystkich stron dotkliwie parzące jej skórę, rzeczy trawione przez ogień i belkę stropową z gwoździami, która spadając uderzyła ją w głowę, boleśnie wbijając w nią swoje kły. Dziewczyna zdążyła jeszcze tylko usłyszeć głos strażaka, wołającego:
    – Trzymaj się aniołku, idę po ciebie. – I zemdlała.
    Uderzenie w głowę spowodowało utratę wzroku. Zapadła więc w swą mroczność, stała się bratnią duszą wymuszonego światłowstrętu. Tak bardzo starała się stworzyć swój nowy świat w ciemności, tajemniczy i urokliwy. Poczuć przez dotyk kolor czerwony i usłyszeć jak rozkwitają kwiaty na wiosnę. Im bardziej jednak starała się tym żyć na nowo tym bardziej chciała umrzeć.

    – Halo! Budzimy się, wracamy. – Sara poczuła dość mocny ucisk na ramieniu i przypomniała sobie gdzie jest. Psychoterapeutka wybudzała ją z hipnozy, wciąż była w gabinecie. Kolejny seans, który raczej nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Jedynie Bruno uparcie lizał jej dłoń, przypominając o swym istnieniu.
    Ciepły powiew wiatru z okna wkradł się w jej ciemność niosąc zapach wędzonego czosnku z rumuńskiej restauracji na parterze. Poczuła swąd dymu, który z uporem wdzierał się w nozdrza i już nie wiedziała czy odzyskała świadomość czy będąc dalej w hipnozie pożar znowu wysysa z niej krew.

  8. „Spotkanie z wampirem”
    Szedłem korytarzem mojego szpitala kiedy nagle dobiegło mnie:
    – Cześć, doktorze!
    – Cześć, młody – odpowiedziałem pielęgniarzowi o imieniu Darek – Pamiętasz o jutrzejszym wyjeździe?
    – Tak. Nie da się zapomnieć wezwania do tej niewdzięcznej i źle płatnej roboty.
    – Ale jakże ważnej społecznie.
    Darek pokiwał głową i jeszcze porozmawialiśmy, a następnego dnia spotkaliśmy się w naszym autobusie.
    W pierwszej wsi, do której dotarlismy nikt na nas nie czekał. Dopiero po pół godzinie przyszedł pierwszy dawca.
    – Dzisiaj pięć osób oddało krew. Niewiele – powiedział Darek wieczorem.
    W kolejnych dniach nie było lepiej, ale w końcu uzbieraliśmy połowę pojemności lodówki.
    I wtedy usłyszeliśmy przez radio:
    – Na stacji Zagórze zderzyły się pociągi osobowe. Ponad setka rannych. Brakuje krwi.
    – Jedziemy tam – zdecydowałem.
    Następnego dnia zatrzymała nas grupa ludzi. Musieliśmy wysiąść z autobusu.
    – Oni niszczą naszą krew. Co to za zbiry? – wykrzyknął Darek.
    – Jehowi zabraniają transfuzji. Musimy coś wymyślić, żeby zebrać krew zanim dojedziemy na Zagórze.
    – Mam pomysł! – nagle wieczorem wykrzyknął Darek i wymalował na autobusie napis „Nakarm wampira swoją krwią”.
    Do tego wyjął swoje filmy o wampirach i raczył nimi oddających krew. Wywołało to lawinę chętnych i w dwa dni odnowiliśmy zapas krwi.
    Tymczasem znowu spotkaliśmy przeciwników transfuzji, ale tym razem Darek był przygotowany i wyciągnął pistolet. Napastnicy rozpierzchli się i pojechaliśmy dalej.
    Kiedy dojechaliśmy na Zagórze nasza krew okazała się bardzo przydatna i uratowała wielu ludzi.

  9. Od dzisiaj waszym mieszkaniem będzie klatka, w której morderca przetrzymuje swoje ofiary.W nocy żyły one pogrążone w ciemności – bo ich nie zbyt przytulne mieszkanko było przykrywane kocem , w taki sposób by światło nie docierało do jego wnętrza. Podawanie jedzenia zależało od zwykłego widzi mi się mordercy,który w klatkach przetrzymywał więcej swoich ofiar. Nie tylko kobietę o imieniu Jenny. Posiłkiem każdej jego zdobyczy,której darował życie na jakiś czas były mózg i ludzka wątroba ponieważ kat który ich przetrzymywał w tych obskurnych klatkach marzył o tym by zamienić się w wampira jedzącego ludzkie mięso ,i pijącego krew. .Po połowie był to kanibal i wampir .Oprawca swoich ofiar z zawodu był lekarzem więc zabijanie ofiar przychodziło mu z dość dużą łatwością. Robił to jednak w okrutny i bestialski sposób znęcając się nad swoimi ludzkimi trofeami psychicznie: poniżając je ,torturując i głodząc. A to było tylko preludium do tego co jego ofiary czekało ,w przypadku gdy byłyby nie grzeczne,i powodowały u swojego oprawcy ataki desperacji. Aby dostać jeść,jego ofiary musiały zrobić coś co sprawiało przyjemność i frajdę ich „Panu” zwanym powyżej przeze mnie ich katem. Musiały użyczyć mu swojego ciała- spełniając przy tym jego erotyczne marzenia. Gdy to zrobiły mogły liczyć na nagrodę w postaci solidnego posiłku podawanego raz dziennie o różnych porach. Ten kto zjadł wszystko za szybko padał z głodu po paru godzinach -więc posiłek ,który był nagrodą za wykonane zadanie lepiej było sobie podzielić. Ofiary odchodziły do Pana po kilku dniach męczarni. Na lokalizację zagadki „zamkniętego pokoju wybrałem klatkę ponieważ uznałem iż powyżej opisana sytuacja pozbawi ich wyjścia – nakazując w pewnym momencie poddanie się,i pogodzenie ze swoim losem prowadząc ostatecznie do śmierci każdej z nich. Licząc na ocalenie trzeba wierzyć w to iż organy ścigania schwytają na czas ich oprawcę,i prześladowcę. Oby im się to udało.,i doprowadziło do schwytania „Pochłaniacza ciał”.

  10. I mówię ci, jest coraz gorzej! Przecież są jakieś zasady, które obowiązują w związkach… Wiem, że w każdym mogą być inne, ale jest jakiś kanon, taki fundament, który sprawia, że chcemy w tym związku być, że czujemy się w nim dobrze, że rano budzimy się z radością, a wieczorem, razem, przytuleni do siebie, oglądamy film… Żadną tam komedię romantyczną albo inne bzdety, normalny dobry kryminał, ze zbrodnią, nieboszczykiem, bystrym komisarzem i śledztwem z wieloma zwrotami… Każdy lubi, może tylko o tym nie wie. I on nie wie! Tylko czasem daje się namówić, bo woli polskie seriale sześćdziesiąty siódmy raz! Wiesz, że ja już niektórych dialogów się nauczyłam, bo on nimi gada?… Nie przez sen! Normalnie, w rozmowie! Rzuci jakimś pasującym cytatem, a później jeszcze zaczyna mi tłumaczyć w jakich okolicznościach ten zwrot padł w filmie… A ja w dupie mam taką inteligencję, wiesz?… No! To chyba jasne, że to popisy! Kiedy po kolacji oglądam jakiś skandynawski kryminał, to wtedy on zaczyna swoje kuchnioklarowanie. Zmywarkę opróżni, garnki umyje, bo maszyna sobie nie radzi, naczynia opłucze, zmywarkę załaduje i puści, śmieci posegreguje i zgarnie do worków, blat i kuchenkę wyczyści. On tam czyści, sprząta i układa, a mnie cholera bierze, bo myślę, że to ja tam powinnam przy garach, a nie tu, przed telewizorem… Jakie: odciążył? Robił obiad, uświnił to wszystko, to logiczne, że sprząta. Tylko czemu, niczym wampir, wysysa ze mnie dobre samopoczucie?… Nie, no jakieś światełko jest, bo zwykle zostawia jakąś niedoróbkę, brudny talerz na parapecie, mokry blat wokół zlewu, niezamiecioną podłogę. I kiedy ja to znajdę, sprzątnę, wytrę czy zamiotę, to humor mi wraca i jest fajnie.

  11. Wódka ze szklanki bluznęła w twarz Władka.
    – Ocipiałeś?! – krzyknął.
    Powinien przynajmniej zadymić jak na filmach, pomyślałem, przecież to wódka którą miałem w koszyku ze święconką!
    Władek spróbował chwycić mnie za gardło, ale powstrzymałem go krucyfiksem.
    – Nie próbuj! – ostrzegłem.
    Padł na kolana, ale po chwili się podniósł. Kurna, nie tak było w telewizji!
    Z torby wyciągnąłem warkocz czosnku i smagałem nim na oślep. Fetor rozbitych główek wyrywał z butów, a Władek zaczął się drapać i dusić.
    – Gabryś – wyjęczał – dlaczego chcesz mnie zabić?
    Mam cię! – pomyślałem i zanim zareagował, chwyciłem osikowy kołek i skoczyłem na niego!

    – Wytrzeźwiał pan? – Prokurator zdjął okulary i odłożył na biurko. – Dlaczego pan to zrobił, panie Wanhelski? Dlaczego próbował pan zamordować Władysława Drakulskiego?
    – Bo to wąpierz – bąknąłem oglądając oczka w łańcuszku kajdanek.
    – Kto? – krzyknął prokurator, a siedzący obok adwokat zakrztusił się miętówką.
    – Wam-pir! – wyjaśniłem.
    – Dlaczego pan tak uważa?
    – Gdy ochlapałem go poświęconą wódką, zaczął strącać ją z siebie!
    Prokurator włożył dłoń do szklanki z wodą, po czym chlapnął mi w twarz. Odruchowo odrzuciłem głowę.
    – Padł pod krzyżem!
    – Bo zdzielił go pan nim w głowę!
    – Czosnek prawie go zabił!
    – Jest alergikiem!
    „Prorok” a tępy jak obuch siekiery! Nic do niego nie dociera! Ale miałem coś jeszcze:
    – Nie odbijał się w lustrze nad barem! – krzyknąłem.
    Adwokat spojrzał na mnie i beznamiętnym głosem zapytał:
    – W tym lustrze, które rozbiliście w weekend?
    – Oj – stęknąłem. – Będę musiał Drakulskiemu flaszkę postawić.
    „Papuga” spojrzał na „proroka” i pokręcił głową:
    – Mam nadzieję, że Drakulski się ogoli bo wkrótce pełnia, a w TV będzie „Underworld”.
    „Prorok” tylko jęknął.

  12. – Podobno pan profesor uważa, że wampiry to przybysze z kosmosu. Czy to prawda? – Pytanie, ledwo co słyszalne na tle śmiechów rozbawionej wykładem publiki, padło gdzieś z tyłu auli.
    Prelegent – starszy mężczyzna o radiowym głosie – zaczekał, aż na sali znowu zapanuje cisza.
    – To temat mojej kolejnej książki, ale dam państwu krótki wstęp już teraz. Wampir: potrafi latać, czytać w myślach i zatrzymywać czas. Dokładnie tak, jak istoty pozaziemskie! Unikanie światła słonecznego to relikt pochodzenia z układu planetarnego, którego słońce było bardzo aktywne i niebezpieczne.
    – A czosnek i osinowy kołek? – zapytał ktoś z drugiego rzędu.
    – Na czosnek mają alergię, a kołek… Przecież każdy umarłby po przebiciu serca! Proszę też spojrzeć na legendę głoszącą, że wampira trzeba najpierw wyraźnie zaprosić. Dokładnie tak, jak kosmitów! Ci też często czekają na osobiste przyzwolenie odwiedzanych.

    Po sesji pytań aula szybko opustoszała, nie licząc profesora i młodego mężczyzny o bladej karnacji.
    – Bardzo ciekawy wykład, panie profesorze.
    – Dziękuję. A to nie pan zapytał o wampiry?
    – Owszem. I cieszę się, że ktoś odkrył naszą prawdziwą naturę, choć w dwóch rzeczach się pan pomylił.
    – Waszą? W dwóch?
    – Czosnku nie lubimy, ale bez przesady – mężczyzna uśmiechnął się, obnażając długie na pół palca kły. – Świat jednak nie może o nas wiedzieć za dużo, więc niestety pana kariera musi się zakończyć tu i teraz.
    Blady jak trup wampir zbliżył się gwałtownie, wystawiając przed siebie kościste ręce z długimi pazurami.
    – Nie! Nie zapraszam cię! – krzyknął wystraszony profesor.
    – A to druga pomyłka – odparł wampir. – Ale z uwagi na pana bystrość, może da się pan najpierw zaprosić na zwiedzanie mojego statku?

    (zainspirowanie postacią niedawno zmarłego Ericha von Dänikena)

  13. Liv zmierzał do najciemniejszej krypty znajdującej się pośrodku najciemniejszego cmentarza, jakie ten świat widział. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy ten cmentarz budowano, a teraz mija groby i krypty ciągnące się po horyzont. Kiedy tylko otworzył ciężkie drzwi krypty, powitał go głos jego mistrza Gordona.
    – Witaj, Liv – po tych słowach sylwetka Gordona zaczęła się materializować pośrodku pomieszczenia.
    – Gordonie, moje uszanowanie. – Liv ukłonił się najniżej, jak się da.
    – Co cię sprowadza w me skromne, zimne, martwe progi?
    – Mistrzu, chciałem prosić o pozwolenie – głos mu zadrżał – chciałbym wydać książkę.
    – Chyba oszalałeś! Wykluczone!
    – Ależ, Mistrzu!
    – Mamy kilka prostych zasad, a jedną z podstawowych jest, by się nie ujawniać i nie wychylać! Nie muszę ci mówić, jak ciężko zatrzeć po sobie ślad, kiedy ktoś dowie się, kim jesteś.
    – Wiem, mistrzu, ale wydałbym ją pod zmienionym nazwiskiem. Może nawet anonimowo. Ja muszę coś więcej robić, a nie tylko trwać.
    – Zgodziłeś się na to, akceptowałeś to przez setki lat! Co się zmieniło?
    – Mistrzu, bo to siedzi we mnie i się kotłuje. Za każdym razem, gdy się w kogoś wgryzam, widzę całe jego życie. Kim był, co czuł i co przeżył. Wypełniają mnie setki dusz. Niezliczona ilość wspomnień i opowieści, które chcą się wydostać. Oszaleję lub pewnego dnia pęknę jak balon.
    – Pisz więc do szuflady.
    – To za mało. Chcę, żeby ktoś przeczytał i poczuł to, co ja czuję. Kto lepiej niż my rozumie przemijanie będąc świadkiem tylu tragedii? Kto bardziej niż my rozumie tęsknotę, kiedy nie możemy kochać czy chociażby poczuć promieni słońca na twarzy?

  14. Rodzice nic nie rozumieją. Próbujesz tłumaczyć, ale nic do nich nie dociera. Choćby ostatnio: mówię, że tak dalej już nie wytrzymam, muszę zapisać się do „Szkoły w chmurze”. A mama na to zgryźliwie:
    ‒ Pewnie! W środku roku szkolnego nagle masz nowy pomysł na siebie. Który to już raz z kolei?
    Jak zwykle kontruje wszystkie moje próby rozwiązania sytuacji, której wcale nie uważa za beznadziejną.
    ‒ Mówiłem ci, że mam agorafobię. Gdy tylko wychodzę na zewnątrz, pocę się, dostaję dreszczy i ledwo łapię oddech.
    Przecież nie powiem, że boję się wampirów, bo zabrzmi to niedorzecznie i raczej jej nie przekona. Kiedyś nieśmiało o tym napomknąłem i usłyszałem:
    ‒ Co ty wygadujesz? Te zabobony to z mang bierzesz? Musisz znaleźć lepszą wymówkę.
    I wygania mnie z domu, namawia na spotkania ze znajomymi, perswaduje, że sport na świeżym powietrzu to zdrowie.
    A ja widzę, jak dorośli zewsząd łypią przekrwionymi oczami i błyskają zepsutymi kłami, spragnieni młodej, świeżej krwi. Przy każdej okazji próbują nas, młodych, osaczyć, odebrać nam chęć do życia, którą łapczywie się karmią. Ucztują na naszych truchłach, jak opite krwią komary. Pilnie obserwują nasz styl ubierania, żeby potem nas naśladować. Podsłuchują, jak rozmawiamy, żeby z naszych ust spijać młodzieżowe słowa roku. Niby poklepują przyjaźnie po ramieniu, a tak naprawdę robią wszystko, by pozbawić nas młodzieńczej siły witalnej.
    Już wolę zostać w domu, z przyjaciółmi i tak spotykamy się na socjalach.
    A co na to mama? Nie daje za wygraną:
    ‒ Już dobrze, dobrze. Ja też przechodziłam burzę hormonów. Mogę ci zrobić na drugie śniadanie kanapkę z czosnkowym twarożkiem.

Dodaj komentarz