Błysk ostrza – ROZWIĄZANIE KONKURSU!

I zakończył się kolejny konkurs na blogu Pasji Pisania. Prac jak zwykle nie brakowało! Kto otrzyma drugą powieść Marii Weroniki Józefackiej – „Zabliźnione rany”? Pora ogłosić werdykt!

Lutowy konkurs dobiegł końca – jak zwykle dopisaliście. Nadesłaliście sporo świetnych tekstów. Zabliźnione rany – ufundowane przez Wydawnictwo Replika – trafią do Kasi, Joanny oraz M. Oddaję głos Marii Weronice Józefackiej:

„Bardzo Wam dziękuję, że tak licznie wzięliście udział w konkursie. Każda z prac na swój sposób mnie poruszyła – świeżością języka, błyskotliwością dowcipu czy pomysłowością. To wielka sztuka, osiągnąć ten efekt tak niewielką ilością znaków.
Aby wybrać zwycięskie teksty, postanowiłam oddać głos nie Marii pisarce, a czytelniczce, choć trudno to do końca rozdzielić. Po pierwszym czytaniu zrobiłam sobie godzinkę przerwy, zajęłam się czymś innym. Później zamknęłam oczy i zasłuchałam się w siebie. Sprawdziłam, które z tych krótkich historii najmocniej zakotwiczyły się w moich emocjach i wyobraźni – to przecież sedno dobrego pisarstwa.
Serdecznie gratuluję laureatkom: Kasi, Joannie i tajemniczej M., oraz wszystkim uczestnikom. Wierzę, że z wieloma z Was wkrótce spotkam się na rynku wydawniczym.
Pozdrawiam serdecznie i życzę Wam wielu pięknych chwil na pisarskiej drodze
Maria”

Wszystkie prace znajdziecie tutaj. A oto te nagrodzone:

Kasia zaproponowała taką historię:

Dlaczego kierownika nazywali Szwajcar, nikt nie pamiętał. Pewnie ten, kto zaczął, dawno przeniósł się na zieleńsze pastwisko a kolejne pokolenia nie kwestionowały zastanego status quo.
Czy dlatego, że u niego wszystko miało chodzić jak w szwajcarskim zegarku? Albo że potrafił być ostry jak szwajcarski scyzoryk? Że jego policzki przypominały szwajcarski ser? Czasem też podobnie śmierdział, ale kto nie roztaczał serowych aromatów po całej zmianie w poliestrowym polo niech pierwszy rzuci ementalerem.
Mówię, że nikt nie kwestionował status quo? Do czasu. Zawsze jest „do czasu”, aż się komuś nie uleje, albo nie zjawi się jakiś Filozof.
No więc u nas się zjawił. Dyplom miał. I zaczął drążyć. Najpierw niegroźne: „a dlaczego wyjście ewakuacyjne zastawione?” „A czemu za obowiązkowe nadgodziny nie płacą?”. Aż pewnego dnia wypalił „a dlaczego na kierownika Szwajcar wołają, jak ma Marcin na identyfikatorze?” I wzniecił rewolucję. Niechcący, jak to filozof.
Nagle każdy sobie zażyczył, żeby mu po imieniu mówić. I się okazało, że Baśka tak naprawdę ma na imię Kryśka, Młody – Bartek (i wcale nie jest już młody) a Wieśka to w ogóle Wiesiek. Tu szczególnie głupio wyszło, bo jednak te tulipany ósmego marca brał.
Burdel się zrobił na kółkach, nikt już nie wiedział, kto jest kto i choć fajnie było udawać, że „to nie do mnie”, to klienci się skarżyli. Kierownik się wkurzył. Dorośli ludzie, a podśmiechujki jak w przedszkolu? To teraz oficjalna polityka firmy będzie, że mamy się do siebie po nazwisku zwracać.
Wiesiek protestował, bo mu przodkowie trochę głupie nazwisko przekazali ale odzyska prawo głosu jak kasę za dwanaście dni kobiet odda.
A kierownik jest teraz Szwajcar, bo tak ma w dowodzie.

A oto tekst Joanny:

(…)Porządki postanowiłem rozpocząć od biurka, a konkretnie – od „szuflady niespełnionego marzenia“. Otworzyłem ją po trzydziestu dwóch latach.
Leżał między pudełkami od zapałek a wyblaklymi saszetkami przeterminowanych zup instant. Mały, czerwony scyzoryk. Bez śladu użytkowania, za to cały zardzewiały, z ostrzem stępionym od leżenia.
Miałem jedenaście lat, gdy przeczytałem Robinsona Cruzoe i natychmiast przedsięwziąłem plan. Gdy dorosnę, ja też zaszyję się na bezludnej wyspie albo w lesie. Sam, z dala od odoru miasta, zanurzony w wonności świętej, ale kapryśnej natury, w życie ostrzejsze i prawdziwsze niż to, które miałem. I że sobie poradzę.
Scyzoryk kupiłem za pierwsze zaoszczędzone kieszonkowe – garść monet oglądanych z obu stron przed wrzuceniem do plastikowej, zielonej świnki. Pachniał metalicznie i orzeźwiająco, kieszenią kurtki przeciwdeszczowej, która jeszcze nie istniała, deszczem, który jeszcze nie spadł. Czasem brałem go do ręki, otwierałem, słuchałem suchego kliknięcia – jakby to był sygnał do wymarszu. I nic. Pokój pozostawał pokojem, okno oknem, a ja sobą, wciąż za młodym i bez pieniędzy.
Podekscytowany czekałem na dorosłość, godzinami eksplorując Ziemię na Google Earth, poszukując miejsca, w którym scyzorykiem zetnę pierwszą gałąź na pierwszy szałas.
Dorosłość nadeszła, a wraz z nią zapach winogron w Boredeaux, pierwsza kawa z Brigitte, narodziny bliźniaków, budowa domu, otwarcie agencji, choroba i śmierć ojca. Zmęczenie, ale i satysfakcja z dźwigania każdego ciężaru, jaki serwowało życie.
Ale dopiero teraz, mając czterdziestkę na karku i trzymając w dłoni ten lekki scyzoryk, poczułem, co to prawdziwy ciężar. Ciężar początku drogi, którą nigdy się nie poszło.

Oraz opowiadanie M.:

– Wujek robi najlepsze statki. Był marynarzem, – mama obejrzała korę, którą znalazłem pod forsycją, – zapytamy?
Podeszliśmy do pana, do którego miałem mówić „wujku”.
– Wystrugasz dla mnie łódkę? – wyciągnąłem korę w jego stronę. Przez chwilę ważył ją w dłoni. Potem podał mi rękę (miał ciepłą skórę) i poszliśmy poszukać większego kawałka.
Las był niedaleko, więc spędziliśmy razem kilka minut. Po drodze nie mówił zbyt dużo. Nie wypytywał o szkołę, ani o to, czy mam fajną panią i kolegów. Zapytał, kim chciałbym zostać. Sam powiedział, że pływał na statkach, że morze jest słone, i że szumi inaczej, niż las. Wydawał się zamyślony.
Potem – z tym dobrym kawałkiem – usiedieliśmy w cieniu pod śliwami. Wujek wyciagnął scyzoryk i zaczął szukać kształtu w nieforemnym kawałku budulca. Burty, pokład, rufa, dziób. Z odmętów lasu wypływał statek. Z każdym cięciem noża, łódka nabierała kształtu, wyłaniała się z drzewa, wychodziła w morze.
Była w tym wszystkim magia i nie mogłem oderwać oczu od tego, co widziałem. Od stania
w miejscu zdrętwiała mi noga i po łydce ruszyły dziesiątki mrówek. Wujek skończył, obejrzał statek, przytwierdził maszt i nareszcie podał mi łódkę. 
– Trzeba zrobić żagiel – uśmiechnął się, kiedy ostrożnie wziąłem ją do ręki. – Śmiało, krasnoludzie – poczochrał mi włosy.
Była gładka – jakby morze, o którym opowiadał wygłaskało korę. Odcieni brązu było na niej więcej, niż kredek w moim piórniku. Goście wyjechali, a ja do wieczora bawiłem się stateczkiem.
Po kilku miesiącach, mama powiedziała nam, że wujek umarł, i że więcej go nie spotkamy.
Zrobiło mi się smutno, ale ucieszyłem się, że zdążyłem mu podziękować za łódkę.
Może tam, dokąd poszedł, nie będzie tęsknił za morzem.

Serdecznie gratuluję laureatkom, ale także wszystkim uczestnikom i uczestniczkom konkursu! A do następnego zaproszę was już niebawem!

Źródło tekstów: https://blog.pasjapisania.pl/2026/02/08/zabliznione-rany-konkurs/

4 Replies to “Błysk ostrza – ROZWIĄZANIE KONKURSU!”

  1. Z całego serca dziękuję za wyróżnienie i nagrodę na którą niecierpliwie czekam, bo dalsze losy bohaterów nie są mi obojętne 😆 (Sukces dedykuję wszystkim moim scyzorykom i multitoolom, które, teraz już, dzięki współkonkursowiczom, wiem na pewno, mają duszę i zasługują na docenienie!)

    1. Jeszcze raz gratuluję! Cieszę się, że Cienie prawdy Cię wciągnęły. Myślę, że nagrody lada dzień wyruszą w drogę:-).

  2. Gratuluję laureatom! Prace są świetne. Wyróżnienie w stu procentach zasłużone.

    Ja bym chciała jeszcze taką prywatną pochwałę wyrazić dla Macieja za przezabawną grę słów, Emi za niepokojący dreszcz i Joli za historię głęboką a zarazem absolutnie przeuroczą 🙂

    Dzięki za dobrą zabawę i miłej lektury 😉

  3. Zgadzam się. Miałam naprawdę wielki dylemat, bo wiele prac miało w sobie coś wyjątkowego. Jeszcze raz serdecznie wszystkim gratuluję!

Dodaj komentarz