Pora zaprosić was do marcowego konkursu. Mamy dla was naprawdę pisarską książkę „Emily ze Srebrnego Nowiu” Lucy Maud Montgomery. Być może znacie ją pod poprzednimi tytułami. Dajcie sobie szansę na poznanie Emily-pisarki.
W ramach kolejnego konkursu blogowego przygotowaliśmy dla was wyjątkowo pisarską książkę: Emily ze Srebrnego Nowiu. Książkę przełożyła Anna Bańkowska, a wydało Wydawnictwo Marginesy – ufundowało również konkursowe nagrody.

Po śmierci ojca dziesięcioletnia Emily trafia do Srebrnego Nowiu, domu rodziny zmarłej matki. Surowa ciotka Elizabeth, ciepła Laura i kuzyn Jimmy, poeta o wielkim sercu, tworzą świat pełen sprzecznych reguł, do których wrażliwa i obdarzona bujną wyobraźnią dziewczynka musi się przystosować. Samotność, niezrozumienie i szkolne rozczarowania Emily łagodzi nieodparty przymus pisania — listów, wierszy i pierwszych opowiadań — oraz przyjaźnie, które uczą ją zaufania i odwagi. Osią powieści staje się tajemnica zniknięcia matki Ilse, historii przemilczanej przez dorosłych i obciążonej społecznym osądem. Emily, niegodząca się na łatwe odpowiedzi, próbuje odkryć prawdę, ucząc się przy tym empatii i samodzielnego myślenia. To właśnie w cyklu o Emily L.M. Montgomery zawarła najwięcej wątków autobiograficznych, tworząc poruszającą opowieść o artystycznym dojrzewaniu i odnajdywaniu własnego głosu. Więcej o tej książce pisałem w ostatniej „Lekturze na weekend”.
„Kiedy to czytałam pojawił się Błysk. Wzięłam arkusz papieru (…) i napisałam: »Ja, Emily Byrd Starr, uroczyście ślubuję, że wstąpię na alpejską ścieżkę i zapiszę swoje imię na zwoju sławy.”
Emily rozumie Błysk jako przypływ natchnienia. Niech „błysk” – w jakikolwiek rozumieniu – stanie się słowem kluczem marcowego konkursu, motywem przewodnim konkursowych opowiadań. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 29 marca włącznie. Wybierzemy trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Lucy Maud Montgomery, Emily ze Srebrnego Nowiu, tłum. Anna Bańkowska, Wydawnictwo Marginesy 2026.

Od początku nie spuszcza z oczu ołtarza, by nie przegapić ani sekundy z wydarzeń, rozgrywających się u stóp ukrzyżowanego Jezusa. Prawie nie mruga, nie pochyla głowy nawet, kiedy trzeba w pokorze skłonić się przed świętością, nie odwraca się, gdy błysk lampy aparatu, a może zbłąkany promień słońca odbity od wzniesionej monstrancji oślepia ją na ułamek sekundy. Chce widzieć wszystko i nie przeszkodzą jej ani szczypiący dym kadzidła, ani wzbierające łzy.
Tam stoi jej jedyne dziecko, przepełnione wzruszeniem i miłością. Widzi jego zdenerwowanie – przygryza wargę tak samo, jak kiedy przyszło mu grać tulipanka w przedszkolnym przedstawieniu z okazji Dnia Matki. Ale tak, jak wtedy, wiele lat temu, trema nie powstrzymuje go przed wygłoszeniem powierzonej kwestii. Głos mu nie drży, gdy powtarza słowa ślubowania wyraźnie, donośnie, by usłyszano go w ostatnich ławkach.
Jest z niego dumna. Jest dumna z siebie, bo to ona wychowała go na tak wspaniałego człowieka. Ale dumę niespodziewanie przesłania cień innego uczucia. „Poczekaj, aż sama zostaniesz teściową” – powtarzała jej tyle razy Alinka, a ona pobłażliwie przytakiwała, wiedząc, że jej to nigdy nie spotka. Teraz rozumie, dlaczego Alinka na każdym zdjęciu ze ślubu swojego syna ma kwaśną minę.
„To mnie kochał pierwszą” – myśli, pozwalając swojemu spojrzeniu podążyć za spojrzeniem syna, na tę drugą twarz, w którą on wpatruje się z oddaniem, piękną twarz z rzeźbionymi rysami i smutnym uśmiechem. „To ja nauczyłam go kochać Ciebie! A Ty czego go nauczysz? Jak złamać matce serce?”
Jezus nie odpowiada.
Ona potem powie Alince, jak piękne były święcenia, a ten grymas na zdjęciu to dlatego, że błysk światła zmusił ją do zmrużenia oczu.
Dziewczyna z małego miasteczka niepozorna,mająca swój własny świat, zawsze marzyła o tym by zostać pisarką. W czasach szkolnych żyła raczej samotnie,prawie z nikim nie rozmawiała. Trzymała się z dala od grupy koleżanek , i kolegów. Pisanie w szkole nie przychodziło jej łatwo, a wszystko co wymyślała podczas zajęć wywoływało salwę śmiechu wśród koleżanek , i kolegów z klasy ,jak i wśród innych znajomych. Tylko nauczycielka języka polskiego widziała w niej „to coś” co dawało nadzieję na to iż Liliana zrealizuje w przyszłości swoje pisarskie marzenie.
Aby tego dokonać Liliana nazywana przez swoich znajomych Lilly podjęła pewne ważne decyzje już wcześniej, decydując się na życie w pojedynkę. Żyjąc we własnym świecie Lilly miała różne dziwne pomysły,które przelewała na papier, i powstawały z nich różne pisarskie dziwactwa, co pokazywało że ta z pozoru niepozorna dziewczyna posiada talent- jeśli będzie umiejętnie prowadzona to może osiągnąć sukces w przyszłości dzięki czemu stanie się rozpoznawalna nie tylko w swojej społeczności, ale i na świecie. W realizacji marzenia pomagała Lilianie Debby nauczycielka języka polskiego w szkole podstawowej do której uczęszczała. Szkoła ta mieściła się w niewielkim miasteczku nazwanym przeze mnie polskim Meine. Były to okolice Katowic. To właśnie za namową Debby Lilly pewnego dnia gdy wróciła ze szkoły wzięła się za pisanie. Przeniosła się do swojego pisarskiego świata , i zaczęła tworzyć „coś, co miało przynieść jej sukces w bliżej nieokreślonej przyszłości i czasie. Liliana pisząc zmieniała się w postacie, które opisywała ,jak i w miejsca gdzie osadzona była akcja książki. To wtedy czuła się najlepiej – co pozwalało tworzyć jej bez końca. A w jej domu działy się wtedy , różne dziwne rzeczy. Lilly gdy pisała to pozostawała sama w domu, ponieważ musiała ukrywać swój talent do pisania przed obliczem rodziców. Co udawało się tylko do czasu. Bo gdy pewnego dnia ,podczas nieobecności Lilki w domu jej matka zajrzała do jej komputera – nie mogła uwierzyć w to co widzi. I cała pisarska tajemnica ujrzała światło dzienne. Lilly pomyślała ,że jej matka zapomniała o tym co zobaczyła w jej komputerze, więc kolejnego dnia po powrocie ze szkoły usiadła do pisania swojej debiutanckiej powięści ,która w przyszłości miała przynieść jej sławę i uznanie. Wszystko szło zgodnie z planem młodej pisarki LiLly – było tak do czasu, aż jej mama pewnego dnia weszła do pokoju córki,gdy ta pisała – zadając jej pytanie „Co to tam masz na tym swoim komputerze, i dlaczego mi o tym nie powiedziałaś!. Matka mówiąc to podniesionym głosem spowodowała to iż na jej córkę spadł blady strach…Bałam się Mamo ! Przyznać do tego co lubię robić po szkole,ale moja nauczycielka języka polskiego pani Debby zobaczyła w moich pracach pisemnych błysk pisarskiego talentu – powiedziała ,że zrobi wszystko by się nie zmarnował. Dobrze córeczko porozmawiam z panią Debby , i wyślemy Cię z nią ,i z tatą na kurs pisarski ,który pozwoli ci się rozwijać pisarsko. Proszę nie ukrywaj nigdy więcej tego co chcesz robić, bo to nic złego pisać, ale ja to muszę wiedzieć. Gdy zobaczyłam „Twój tekst na komputerze oczy wyszły mi z orbit. Proszę ! Nie rób więcej takich niespodzianek OK. odparła matka. -dobrze odpowiedziała LiLly.
Mamy już pierwsze prace! Kto następny?
Błysk przyszedł znienacka. Słup ognia zmaterializował się i ostry miecz bezlitosnego serafina wcisnął mi się pomiędzy czwarte a piąte żebro. To był potężny muskularny blondyn, pewnie z elitarnej jednostki Keter. Skulona czekałam na koniec. Odchyliłam na chwilę ramię, ryzykując otrzymanie ciosu w głowę i policzyłam jego skrzydła. Siedemdziesiąt dwa.
„Bóg włożył swą własną koronę na głowę Henocha i dał mu siedemdziesiąt dwa skrzydła, … Ciało jego przemieniło się w płomień, ścięgna w ogień, kości w żar, oczy w lampy, włosy w promienie światła”.
„Więc to prawda. Ta ich Kabała nie kłamie.” – Pomyślałam. Zawsze byłam przekonana, że to żydowskie bajki napisane po to, aby ciemny lud się nie buntował. Szema Israel. Słuchaj Izraelu, słuchaj tej propagandy i bądź posłuszny. Wierz w Pańskie Potwory i bój się ich gniewu. Ale teraz najwyższy z tych potworów był obok mnie realnie, czułam zapach jego niebiańskiego potu, widziałam błękitne płomyczki na powierzchni jego twarzy, nacisk jego ramienia wbijał mi żelazo w ciało.
Musiałam nieźle zajść im za skórę, jeśli sam Metatron Henoch osobiście się tu zjawił. W sumie logiczne – on był jednym z tych nielicznych sługusów Najwyższego, którzy kiedykolwiek stąpali po ziemi jako ludzie. On potrafił myśleć i działać tak jak człowiek. Wiedział jak wypytywać przekupki, wykorzystywać naiwność gadatliwych dzieci, łamać psychikę tchórzy i korumpować urzędników. .Archanioł Śmierci spojrzał na mnie z pogardą i napiął muskuły. Nacisk na żebra stawał się nie do wytrzymania….
Obudziło mnie skrzypienie starych sprężyn, z których jedna wciskała się w mój bok. Otworzyłam oczy. Serafina ani śladu. Uff. To był tylko zły sen. W pokoju panował półmrok, pachniało kocim moczem i niesprzątanym od lat kurzem.
—
Fragment opowiadania o działaczce palestyńskiego ruchu oporu
Otulił dłońmi jej dłoń. Siedzieli obok siebie podziwiając biały tort, zdobiony truskawkami
i kolorowymi świeczkami. W mieszkaniu panował gwar. Przyjechała córka, wnuczek z żoną
i gromadką dzieci. Był też wiekowy sąsiad – pan Sato – który twierdził, że już dawno skończył sto lat. Kiedy dokładnie? Nie pamiętał.
– Babciu? A jak długo jesteście razem? – spytała jedna z dziewczynek przeglądając rodzinny album.
Staruszka zamyśliła się. Z początku wydawało się, że próbuje zliczyć wszystkie te lata spędzone
u jego boku, ale gdy poczuł jak jej kruche palce mimowolnie zaciskają się w pięść, zrozumiał gdzie teraz była. Miała siedemnaście lat i szła wzdłuż szerokiej, ruchliwej ulicy. Cieszyła się pięknym sierpniowym porankiem i nową bluzką, którą jakimś cudem udało się zdobyć
w lokalnym sklepie. Trwała wojna i rzadko dostarczano nowy towar. Mieszkała po drugiej stronie drogi. Zeszła do podziemnego przejścia. A on? Dwa lata starszy. Tydzień wcześniej otrzymał przydział wojskowy. Miał służyć na jednym z największych pancerników. Chciał pożegnać się z narzeczoną. Powiedzieć, że wróci. Żeby czekała. Minął rząd zabytkowych kamienic i zszedł do tego samego tunelu. Nie zdążył zasłonić twarzy, gdy niebiesko-biały błysk z siłą tysiąca słońc uderzył w jego oczy. Poczuł, że unosi się w powietrzu. Że płonie. Gdy odzyskał przytomność, leżał na wznak. Panowała zupełna cisza. Zrozumiał, że stracił wzrok. Nie wiedział, czy słuch też. I wtedy powiedziała do niego: Wstawaj! Musimy dotrzeć do mostu Miyuki! Prowadziła go wśród zgliszczy. Nieznajomego. I choć nigdy wcześniej nie słyszeli o bombie atomowej, czuli, że oprócz siebie nie mają już nikogo. Że ten przerażający błysk połączył ich na zawsze.
W pewnej kawiarni literackiej spotkało się trzech pisarzy. Każdy twierdził, że pisze wyłącznie wtedy, gdy pojawia się błysk natchnienia. Problem polegał na tym, że błyski miały różne rozmiary.
Pierwszy pisarz westchnął:
— U mnie to raczej ryzbłysk. Mały pomysł, który pojawia się, gdy patrzę w okno… a znika, gdy otwieram laptop.
Drugi pokiwał głową.
— Ja mam odwrotnie. Najpierw wielki rozbłysk idei. Genialna powieść! Bohaterowie! Symbolika! A potem… piszę jedno zdanie i idę zrobić herbatę.
Trzeci zamyślił się poważnie.
— Najgorszy jest metaforobłysk.
— Co to takiego? — zapytali pozostali.
— To moment, kiedy nagle wymyślasz genialną metaforę… i wiesz, że powinna być w książce, ale… nie w tej którą właśnie piszesz, poza tym spędzasz pół godziny, próbując wymyślić idealną nazwę dla kota bohatera.
Pisarze spojrzeli po sobie i wybuchnęli śmiechem. Zgodnie stwierdzili, że czasami najbardziej kreatywny element powieści to… decyzja, co zje kot.
Ach, cóż za piękna kwiaciarnia powstanie w tym lokalu. Tu będą stały róże, a tam hortensje. Przy wejściu żółte jak słońce tulipany, a na parapecie sukulenty wszelkiej maści. Na stoliku pan Zygmunt będzie kleił, lepił i układał bukieciki na okazje radosne i te bardziej smutne. Lecz, zanim to nastąpi trzeba pozbyć się wcześniejszych lokatorów, bo przed „zygmuntowską kwiaciarnią” sporo się tu działo, a pan Zygmunt ma niezwykle wyczulone zmysły na wszelkie „niedogodności”.
Jeszcze w zeszłym roku była tu kawiarnia, a przed nią salon fryzjerski. Chwilę przed salonem sprzedawano tu śrubki i śrubokręty, a jeszcze hen, hen przed nimi podkuwano nawet konie! Ach, cóż to za lokal z historią. Ale żeby ta historia za bardzo się nie rozgościła pan Zygmunt zatrudnił firmę do sprzątania z prawdziwego zdarzenia.
Panowie, w białych kombinezonach i rękawiczkach podciągniętych pod same pachy wkroczyli do lokalu i urządzili istne porządki. Usunęli wszystkie pajęczyny, wyszorowali okna, tak że świat było widać po horyzont. Wytarli kurz nawet z żyrandoli! Wzięli zasłużoną zapłatę i w życiu nie spodziewali się reklamacji, która przyszła do nich tydzień później:
„Szanowna firmo Błysk,
na Waszym szyldzie jest napisane „Usuwamy wszystko”, a w moim sklepiku nie wszystko zostało usunięte. Gdy tylko wchodzę do środka, to od razu czuję się rozbudzony od nadmiaru kofeiny, która na dobre osiadł na ścianach. Wręcz zatyka mnie duszący zapach lakieru do włosów, który był tu rozpylany kilogramami, a na podłodze wciąż słyszę ślady końskich podkutych kopyt! Domagam się zwrotu pieniędzy!”.
Właściciel firmy Błysk przeczytał list, złożył go z ogromną starannością, po czym podszedł do szyldu. Obok słów „Usuwamy wszystko” dopisał niebieską farbą „…oprócz wspomnień”. Spojrzał na swoje dzieło.
– I pozamiatane – powiedział, otrzepując ręce.
Błysk!
W fotelu ojca. Mama trzyma mnie na rękach, obok uśmiechnięty ojciec opiera jej dłoń na ramieniu. Otwieram bezzębną paszczę w niemym krzyku. Syn i dumni rodzice.
Błysk!
Patrzą, jak stawiam pierwsze kroki. Ledwo zacząłem chodzić, ubrali mnie w dziwne spodnie z szelkami. Wyglądam jak mały hydraulik.
Błysk!
Pasowanie na ucznia, ojciec trzyma mnie za rękę dumny jak paw. Na skroniach pojawiły się pierwsze oznaki siwizny.
Błysk!
Złapali nas przed domem, zanim poszliśmy z dziewczyną na studniówkę. Oboje uśmiechnięci, młodzi, pełni nadzei. Dobrze nam się układało.
Błysk!
Zakończenie studiów pod uniwersytetem, początek nowego życia. Na zdjęciu nie widać łez wylanych po rozstaniu i na terapii u psychologa.
Błysk!
Czarny garnitur i biały welon. Uśmiech żony niczym wschód słońca nad morzem. I ten niepowtarzalny błysk w oku, którego nie miała żadna inna.
Błysk!
Trzy męskie pokolenia na spacerze w parku. Syn przebiera nóżkami ubrany w te śmieszne spodnie na szelkach. Trzymam go za rękę, na skroni wyszły mi pierwsze zakola. Za nami ojciec, siwy jak popiół.
Błysk!
Przed szkołą, syn zdał maturę. Uśmiecham się, jakby ukończył doktorat. Włosy wspominam już tylko na zdjęciach.
Błysk!
Przy trumnie ojca. Przytulam mamę, żona u mego boku wraz z dziećmi. Wszyscy na czarno, ponurzy i smutni. Tamtego dnia coś we mnie umarło.
Błysk!
Wyciągam wnuka do nieba. Jego śmiech to pierwsza pociecha od śmierci ojca. Syn nie ubrał mu legendarnych spodni hydraulika.
Błysk!
Z synem przy stole na stypie po śmierci żony. Wpatruję się tępo w pusty talerz. Moje słońce zgasło. Została tylko pusta powłoka.
Błysk!
Siedzę w fotelu ojca. Bezwłosy, bezzębny, samotny. Zawieszony w przeszłości, gdy całe moje życie zlało się w jeden szybki błysk.
Bardzo zapadła mi w pamięć Twoja praca.
Taka życiowa i prawdziwa. Życie to tylko błysk.
Stoimy na tarasie w Khasab. Oman ma być naszym pożegnalnym wypadem. Tego się spodziewamy. Kiedy się zdarzy to, na co wszyscy czekają? Dziś, jutro? Nie wiem. Patrzymy na ciemne wody cieśniny Ormuz. Gdzieś za nami wznoszą się góry Musandamu. Widzę migoczące światła na horyzoncie – świetliki życia po stronie Iranu. Wynająłem piękny apartament, jest szampan. Wszystko dla mojej Nur. Jest taka piękna.
– Khlaid? – pyta mnie. – Pamiętasz, jak uczyłeś mnie liczyć, gdzie jest burza?
– Tak. Piorun, a potem każde trzy sekundy to kilometr.
– Teraz też tak będzie?
– Nie wiem. Może.
Chcę powiedzieć więcej, ale nie zdążam. Niebo przecina błysk. Wszystko staje się płaskie, prześwietlone. Światło znika tak szybko, jak się pojawia. Zostają powidoki.
– Raz, dwa… – liczy Nur.
Cisza. Nienaturalna, jakby coś wessało dźwięk. Gdzieś nad Bandar Abbas rośnie chmura.
– Dziewięć, dziesięć…
Kładę jej palec na ustach.
– Nie licz. Pocałuj mnie i powiedz, że mnie kochasz.
Szyby wchodzą w coraz silniejsze drgania. W mojej głowie narasta ciśnienie, a powietrze jakby gęstniało.
– Kocham cię.
Nur przywiera do mnie. Drży, ale inaczej niż kieliszki szampana na stole.
– Boję się – szepce mi w ramię.
– Ja też…
Spoglądam w jej oczy. Jeśli dziś wszystko się skończy, chcę zobaczyć coś innego niż światło śmierci nad Iranem. Niech to będzie blask w jej oczach. Miłość. Nic nam jej nie odbierze.
Nic innego już nie będziemy mieć.
O Piotrku, dostojnej Norze i wirtualnym kocie.
„Kotek o imieniu NORA szuka przyjaciela ! Ma miękkie, kremowe futerko. Dość często zmienia jego ubarwienie. Można go rozpoznać po dużych błękitnych oczach, małym czarnym nosku
i białych, długich wąsiskach, które skrzą się od magii”.
Taki anons ukazał się w internecie i przykuł uwagę Piotrka.
Piotrek dopiero co zmienił miejsce zamieszkania. Trafił do nowej szkoły. Chodził do niej
od kilkunastu dni i nie miał w niej przyjaciół. Czuł się osamotniony i był smutny.
Siedział przed laptopem, czytał anons i rozmyślał, że dobrze byłoby mieć przyjaciela.
Nagle, na ekranie laptopa pojawił się oślepiający błysk, który rozświetlił mrok pokoju. W tej samej chwili huk pioruna zakłócił ciszę. Na biurko posypały się miliony miniaturowych iskierek a razem z nimi wypadła malutka, kremowa kuleczka. Po chwili kuleczka wyprostowała się, przeciągnęła i cichutko zamiauczała. Mnóstwo błyskających iskierek, niczym miniaturowe świetliki błyszczało na jej puszystym futerku.
Na biurku siedział kotek. Patrzył na Piotrka swoimi dużymi, błękitnymi oczami. Drżał z zimna, trochę ze strachu.
– Kim jesteś i skąd się wziąłeś ? , – spytał nieśmiało, zaskoczony Piotrek.
– Czy zostaniesz moim przyjacielem ?, – zapytał przybysz.
– Proszę ?
– Pytam, czy zostaniesz moim przyjacielem ?, – powtórzył przybysz.
– Ty mówisz ?. – zdziwił się Piotrek.
Przybysz zamrugał oczkami, poruszył wąsami i powiedział do Piotrka ; mam na imię NORA. Jestem wirtualnym kotem. W moim świecie wszystkie koty mówią. Szukam przyjaciela.
– A ty, kim jesteś ?, – zapytała NORA i patrzyła wyczekująco na Piotrka.
– Ja a a a . . . jąkał się Piotrek, ja mam na imię Piotr i dodał ; – nie obraź się, ale pierwszy raz widzę kota, który mówi. W moim świecie wszyscy wiemy, że to jest absurdalne, żeby koty mówiły. Koty umieją tylko miauczeć i mruczeć.
– Przecież mówię, że jestem wirtualnym kotem i obrażona zamierzała odejść.
Na ekranie ponownie pojawił się błysk i . . .
– Nie odchodź ! Proszę.
Wierzę, że w twoim świecie koty mówią. Ty jesteś tego najlepszym przykładem. Przepraszam. Cieszę się, że cię poznałem. Zostań ze mną. Zostańmy przyjaciółmi.
– Zgoda, – odpowiedziała NORA i zaczęła opowiadać Piotrkowi swoją historię. . . . .
Telefon odezwał się sygnałem przychodzącej wiadomości. Niechętnie przerwałem obserwowanie pasjonującego procesu samoodradzania się trawnika przed domem i sięgnąłem po smartfon. Córka, ta starsza, zapytała: „Jak robiłeś ryż jabłkami kiedy byłam mała?” A co w tym trudnego, pomyślałem i wysłałem krótką odpowiedź z przepisem.
Chwilę później zacząłem rozkminiać, dlaczego ona mnie o to pyta. Zanim wyjechała z domu, ja w kuchni najczęściej stawałem na zmywaku, Owszem, czasem jakiś makaron mi się udawał, czy ryż albo naleśniki, a kulinarnym szczytem, rzadko przeze mnie zdobywanym, były leniwe z masłem lub śmietaną. Tymczasem córka w swoim domu ma w kuchni cały regał książek i poradników kucharskich, a różnorodnością śniadań czy kolacji zawstydziłaby Makłowicza z Brodnickim razem wziętych! I ona wbija do mnie z pytaniem o ryż z jabłkami! Przecież nawet w internetach jest takich przepisów więcej niż ziarenek ryżu w mojej szafce! O jabłkach nie wspominając.
Ale tak jak Czesi mają nápady, jak pomysłowy Dobromir – kuleczkę, tak ja miewam przebłyski… inteligencji? Ten dzisiejszy pozwolił mi spojrzeć na pytanie córki głębiej. Apetyt na konkretną potrawę przychodzi w różnych okolicznościach i na różne sposoby można go zaspokoić. Córka nie sięgnęła po swoje przewodniki po smakach, kuchniach świata i sposobach gotowania. Napisała do ojca, który lata temu wciskał dzieciom swoje mniej lub bardziej udane eintopfy, by u źródła otrzymać przepis na smak dzieciństwa. A może zrobi ten ryż po swojemu i kiedyś ja będę miał swój smak emerytury?
Zawsze jest mi miło, kiedy dzieci radzą się czy pytają próbując rozwiać jakieś wątpliwości. Nawet jeśli mam wrażenie, że one lepiej ode mnie znają temat.
Tej nocy miał być widoczny deszcz meteorytów, który Agnieszka bardzo chciała zobaczyć. Po dwóch godzinach bezmyślnego wpatrywania się w niebo postanowiła się poddać. Już odkręcała się aby udać się do łóżka, gdy nagle zobaczyła biały błysk spadającej gwiazdy przeszywający niebo. Był niemalże oślepiający i hipnotyzujący jednocześnie. Mimo, że Agnieszka nigdy nie wierzyła w takie głupoty to postanowiła pomyśleć życzenie. „Proszę gwiazdko z nieba aby wszyscy mnie lubili.” Była już w klasie maturalnej w szkole i ciągle rówieśnicy dokuczali jej ze względu na większą wagę. Pragnęła, żeby zaakceptowali ją taką jaką jest. Ten błysk był dla niej symbolem nadziei. Jednak nie wiedziała, że trzeba uważać na to, czego sobie życzymy. Poczuła jak przeszył ją dreszcz.
Następnego dnia udała się na piechotę do szkoły. Podczas drogi coś dziwnego zwróciło jej uwagę. Każdy mijany przez nią przechodzień kiedy zobaczył Agnieszkę przybierał identyczny wyraz twarzy. Szeroki, słodki uśmiech. Samo to nie było niczym złym, bo co złego mogło być w uśmiechu. Dziwne było to, że zazwyczaj nikt nie zwracał na nią uwagi, a już na pewno nikt się do niej tak szeroko nie uśmiechał na ulicy.
To samo spotkało, ją w szkole. Zazwyczaj przygotowywała się na wyzwiska, ale dziś spotkały ją przesłodzone uśmiechy i komplementy. Mimo, że powinna uważać to za miłą odmianę to czuła jeszcze większy niepokój niż w dni, w których spotykały ją przykrości ze strony kolegów i koleżanek z klasy. Każde miłe słowa brzmiały tak samo, wszyscy mieli identyczny przesłodzony ton, wręcz nienaturalny. Takie same były te uśmiechy, przylepione do twarzy. Gdy Agnieszka bardziej się przyjrzała dostrzegała pustkę w spojrzeniach.
Dziś jest ten wielki dzień. Wszystko musi zostać solidnie wysprzątane. Tak! Marmurowa podłoga w kuchni powinna się błyszczeć. Musi pachnąć cytryną i mięta, jakbym każdy kafelek nimi natarła. Nawet jeżeli jest czysta, trzeba jeszcze raz umyć. I jeszcze raz. To nic, że dużo pracy. Potem srebrne łyżeczki, łyżki, widelce, noże: przede wszystkim noże, porcelanowe podstawki, talerze i miski. Trzeba każde naczynie z osobna sprawdzić, czy nie ma zacieków. I broń boże żadnych śladów na białym blacie koloru kości słoniowej, żadnych na cyzelowanej boazerii, żadnego kłaczka z sierści kręcącego się po willi perskiego kota! Och, taka jestem podekscytowana! Nigdy jeszcze nie było tu tak czysto! Nawet najodleglejsze zakamarki dokładnie powycierałam szmateczką i piórkiem do kurzu. Ach, jakby państwo byli zadowoleni, gdyby tylko mogli to zobaczyć! Pięć godzin pracowałam, ale było warto! Oj, było warto! O, i dzwonek! Czyżby to już ta upragniona godzina? Tak, poznaję, to czerwona furgonetka mojego zięcia. Stoi pod drzwiami ten gałgan. Przyprowadził brata do pomocy. Zaraz wyjdą stąd z pokaźnych rozmiarów pudłem, które trzeba wyrzucić. A w środku niespodzianka, hi hi. Dwa nie całkiem kompletne ciała suto oblane cieczą koloru malinowego syropu.
Fotograf odstawił torbę, zdjął czarny surdut oraz kamizelkę i odwiesił wraz z cylindrem na wieszaku. Wsunął kciuki pod szelki i rozejrzał się po pokoju. „Trochę tu za ciemno” – pomyślał, po czym, zastanawiając się pogładził brodę i podkręcił prawy wąs. Podszedł do okna i odsunął wykonaną z granatowego aksamitu kotarę, wpuszczając światło do wnętrza. Nikłe promienie powstrzymywane przez wiekową lipę, padły na szerokie łoże i zagrały sonatę na kryształkach kandelabru.
– Czy wszystko w porządku? – Kobieta w czarnej sukni z krynoliny przecisnęła się przez odrzwia zahaczając nieznacznie o futrynę.
– Nieco za ciemno, ale błysk magnezji wystarczy – wyjaśnił.
Tuż przy łożu rozstawił trójnóg, do którego od góry przyłączył aparat mieszkowy, kolejny statyw z tacą z proszkiem błyskowym postawił tuż obok i połączył całość za pomocą przewodu.
– Pani Anno – zwrócił się do kobiety. – Proponuję, aby najpierw posadzić maleństwo na łożu, a wokół poukładać zabawki lub kwiaty. A potem wykonam kilka ujęć dziecka wraz z najbliższą rodziną.
Anna obróciła się szumiąc krynoliną, niczym nocny motyl skrzydłami i spojrzała na fotografa.
– Ależ ono nie będzie w stanie samo siedzieć – zaprotestowała.
– Poradzę również na to – odrzekł, skinął głową i sięgnął do torby z akcesoriami fotograficznymi. – To stojaki – wyjaśnił. – Dzięki nim maleństwo ustawimy w dowolnej pozie.
Anna klasnęła dwukrotnie i przez otwarte drzwi służba wprowadziła wózek z niemowlęciem. Dziecko usadzono na łożu, a przy pomocy stojaka i przeróżnych linek ustawiono w wybranej pozycji. Fotograf spojrzał na swoje dzieło pogładził się po brodzie i zwrócił się do pani Anny.
– Dla lepszego efektu, proszę domalować oczy na martwych powiekach dziecka.
Niesamowite! Aż mam ciarki!
Nie spodziewałam się takiego twista. Świetne!
Z pamiętnika Anne Frank
Kitty, widziałam coś pięknego! Wiem, to brzmi dziwnie, skoro trwa wojna i ukrywamy się jak myszy. Jemy tylko ziemniaki, a ja dzielę pokój z Dusselem, który chrapie i zajmuje mój stolik. Na szczęście jest Peter i jego dziupla. Gdy siedzimy na otomanie i nasze ramiona się stykają, w moim brzuchu podrywają się motyle. Nocne – u nas nie ma kolorów. Wczoraj, gdy dorośli zebrali się we wspólnym pokoju, poszłam do Petera i… nie, Kitty, nie pocałowaliśmy się! Choć chciałabym (mama i Margot nie byłyby zachwycone!).
– Pokazać ci coś? – spytał Peter. Błysk w jego oczach sprawił, że zabrakło mi słów. Mnie, takiej wygadanej i śmiałej! Podszedł do wmontowanej w ścianę drabiny. Zakryłam usta. Nie wolno nam wchodzić na strych!
– Nikt się nie dowie – zapewnił.
Wspiął się na szczebel, pchnął klapę. Skrzypnęła, ale otworzyła się.
Peter mnie asekurował. Jego dłonie na moich udach przyprawiały mnie o dreszcze. Mama pewnie dałaby mi w skórę, a Margot stwierdziłaby, że zachowuję się nieobyczajnie.
Na strychu panował jeszcze większy mrok niż na dole. Kurz, skrzynie, worki, pajęczyny. Brr! Czyżby Peter stroił sobie żarty? Jedną ścianę zasłaniał koc. Peter chwycił jego rąbek, uchylił. Okno dachowe mrugnęło do nas szczeliną. Przylgnęłam twarzą do szyby.
Ach! Przede mną rozścielało się niebo! Atramentowe, usiane gwiazdami. Peter ujął delikatnie mój podbródek, nakierował wprost na księżyc (dobrze, że nie widział moich rumieńców). Błysk księżyca rozjaśniał niebo aureolą. Hipnotyzował. Pękaty jak chleb nasyciłby naszą ósemkę. Zachciało mi się płakać. Ostatnio tak mam, śmieję się i beczę. Peter przestraszył się, puścił koc. Niebo schowało się. Ale ja wiem, Kitty, że księżyc tam jest. Świeci co noc.
Kochany Pamiętniczku, poznałam kogoś. Spotkaliśmy się na zajęciach aikido. Grupa nie jest liczna, ale wydaje się w porządku. Wczoraj ćwiczyliśmy pady, bo to – jak mówi trener – podstawa ochrony ciała przed urazami. Trochę się krępowałam, kiedy objął mnie i pokazał jak powinien wyglądać upadek. Kimono rozchyliło się i przez podobny do błysku moment, widziałam jego tors…
Kochany Pamiętniczku, sporo wydarzyło się w ostatnim czasie, a ja.. .chyba się zakochałam. Piotr jest starszy ode mnie. Ma 23 lata, niebieskie oczy i ładne dłonie. Czekałam na autobus, a on zatrzymał auto i zaproponował wspólny powrót. Dobrze nam się rozmawiało po drodze. Od tego czasu wybierał mnie do ćwiczeń w dwójkach; kiedy nikt nie patrzył, stawał za mną i przytrzymywał za koszulkę, żebyśmy mogli stworzyć parę.
We wtorek, po treningu Piotr poprosił, żebym została po zajęciach. Ma swoje klucze do klubu i kiedy wszyscy wyszli zamknął drzwi. Potem zaczął mówić, że nie może wytrzymać, że zawróciłam mu w głowie i że wariuje, bo mnie…pragnie. Zrobiłam się cała czerwona, kiedy postawił mnie przed lustrem w szatni, stanął z tyłu i podwinął moją koszulkę do góry. “Zobacz jaka jesteś śliczna”. Czułam łaskotanie w brzuchu, ale odwróciłam głowę, bo Piotr widziany w lustrze wydał mi się kimś innym niż trener z zajęć. Zauważył, że się spięłam, przytulił i obiecał, że w piątek pójdziemy do teatru. Później mnie odwiózł i pocałował, tylko… całkiem inaczej niż dotychczas. Zanim weszłam do domu, musiałam ochłonąć w ogrodzie. Skłamałam mamie, że biegłam, dlatego jestem rozpalona.
Kochany Pamiętniczku, mam chłopaka. Jutro kończę ósmą klasę. Pojutrze teatr i trening. Czuję się taka…dorosła.
Słońce dzisiaj mocno świeci. Mama poprosiła Amelkę, żeby powiesiła pranie na balkonie, bo tam szybciej wyschnie niż w domu.
– Ja zaraz idę z kolegami na dwór, mamo! – rzucam.
– Znowu? Już wczoraj byłeś, zbyt dużo tego dobrego! Ja w waszych czasach…
Ale już nie daje mamie dokończyć. Wybiegam na schody i wypadam z bloku. Już widzę kolegów, tam, w oddali. Macham. Zaczynam biec. Wszystko dookoła jest takie piękne i kolorowe.
Nagle zaczyna grzmieć syrena. Ludzie dokoła zaczynają panikować. Co się dzieje? Pani Nowacka wybiega mi naprzeciw.
– Chodź dziecko, co tak stoisz? Chować się trzeba! Szybko, do piwnicy!
– Co z mamą i Amelką?
– One same się o siebie zatroszczą, obiecuję – mówi pani Nowacka i uśmiecha się do mnie – nie ma się czym martwić.
W piwnicy jest ciemno i duszno. Najpierw słyszę tylko syrenę, ale później pojawia się inny, znajomy dźwięk. To samolot i to nie jeden, całe grono. Jakie szczęście, jaka radość! Chcę zobaczyć te samoloty, teraz! Ale nie wyjdę tak sobie z piwnicy, kiedy pani Nowacka się cała trzęsie. Nagle słyszę też coś innego, nieprzyjemnego. To jakby stado koni. Nie, stado mamutów biegło w naszą stronę!
– Bomby – powiedziała pani Nowacka – niosą śmierć.
Dudnią wszędzie nad nami. Boję się, tak strasznie się boję. Gdy dźwięki cichną wybiegam na zewnątrz, pomimo że pani Nowacka jeszcze mi mówi, bym poczekał. Miałem nadzieję, że zobaczę błysk słońca, bezchmurne niebo i pranie powieszone na naszym balkonie. Miałem nadzieję, że zobaczę chłopaków grających w piłkę i dziewczynki (wśród nich siostrę) skaczące na skakance. Lecz objęła mnie szarość, dym w powietrzu a nasz dom… Już go nie ma. Błyszczy tylko to, co zostało z barierki balkonu.
Wera poderwała się z łóżka. Po ciemku podeszła do okna i przez szparę w żaluzjach przeczesywała wzrokiem uśpione podwórko. Była pewna, że ktoś chodził po ogrodzie.
– KO-KO-DAAAK! – to kury! Wera spojrzała w stronę kurnika, gdy nagle oślepił ją błysk latarki.
– Psia kość! – pisnęła. Obiecała sobie, że w Wielkim Poście nie będzie przeklinać. A niech to…
Nieproszony nocny gość nie spodziewał się żywego inwentarza w samym sercu Poznania. Przestraszył się, włączył latarkę i tym samym się zdemaskował.
Światło! Wera puściła się pędem w kierunku włącznika, ale potknęła się o plecak i wywinęła kozła, boleśnie obijając pośladek. Matka zawsze ma rację, nawet ze sprzątaniem, jakie to irytujące… Pani „wszystko na błysk”! Intruz zdążył zniknąć w ciemności.
Miała czuwać, ale zasnęła. Obudziła się nad ranem, przytulona do rakiety do tenisa. Też mi broń! Zbiegła na dół, wskoczyła w kalosze i popędziła do niewielkiej zagrody na wewnętrznym podwórzu.
– Moje ślicznotki! – przywitała swoje cztery kurki rasy Sussex. Wzięła na ręce swoją ulubienicę, usiadła z nią na odwróconym wiadrze i zaczęła głaskać. Tu Weronice myślało się najlepiej.
– Jadźka, to był on! – mówiła do kurki, smyrając ją po piórkach. – Moja nemezis. Katmandu! – Gdy tak siedziała, noga na nogę na odwróconym wiadrze, w piżamie i przydużych kaloszach, jej uwagę przykuła inna kurka, która próbowała wygrzebać z mieszaniny siana i ziemi jakiś błyszczący przedmiot.
– A cóż to za błysk? – zapytała kurkę, jakby ta rozumiała ludzką mowę. Moneta? Rupia nepalska! Już czwarta!
– Namaste – powiedziała Wera, złożywszy ręce. Rzuciła dziewczynkom dodatkową porcję ziarna, zamknęła zagrodę i pobiegła do domu po telefon. Katmandu, dorwę cię!