Gorzko, gorzko – KONKURS!

Kwiecień w pełni, więc pora zaprosić was do kolejnego konkursu! Tym razem przygotowaliśmy dla was „Gorycz prawdy” – znakomity kryminał Małgorzaty Podstawnej, absolwentki naszych kursów.

W kolejnym wiosennym blogowym konkursie możecie wygrać Gorycz prawdy – trzecią powieść Małgorzaty Podstawnej, a zarazem drugi tom cyklu z komisarz Tamarą Swobodą. Pierwsza część – W martwym punkcie – zyskała wielkie uznanie wśród czytelników. Druga powtarza ten sukces. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Prozami.

Komisarz Tamara Swoboda otrzymuje zgłoszenie zaginięcia menedżerki firmy farmaceutycznej. Przypadek ten początkowo nie wzbudza większego niepokoju, tym bardziej że dotyczy kobiety, która planowała podróż. Im dokładniej jednak Tamara analizuje okoliczności zaginięcia, tym wyraźniej widzi, że sprawa może być bardziej skomplikowana, niż przypuszczano. Kiedy poszukiwana zostaje odnaleziona martwa, śledztwo nabiera tempa i odsłania sieć dawnych powiązań oraz krzywd, o których nikt nie chciał mówić… Jak wiele ofiar kryje się za tą jedną śmiercią? O tej książce pisałem w ostatniej „Lekturze na weekend”.

„Sugerowała, że wpływam źle na cały zespół, bo co to za problem poświęcić godzinę, dwie dłużej, kiedy projekt jest w kryzysie? – parodiowała głos Grażyńskiej, z goryczą w głosie. – Przez całe dnie dostawałam setki wiadomości, czasem nawet późnym wieczorem, z poleceniami drobiazgowych korekt. Przy każdym spotkaniu znajdowała pretekst, by mnie oskarżyć o  zaniedbanie. Na jednym z  zebrań przy wszystkich, jak już byłam w ciąży, obwieściła, że kontroling to nie miejsce na sentymentalizm, tylko na wyniki”.

Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania – niech słowem-kluczem będzie „gorycz”.  Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.

Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 26 kwietnia włącznie. Małgorzata Podstawna wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.

Do piór, moi drodzy! Powodzenia!

Źródło cytatu: Małgorzata Podstawna, Gorycz prawdy, Wydawnictwo Prozami, Warszawa 2026.

12 Replies to “Gorzko, gorzko – KONKURS!”

  1. – Hmm… Przydałoby się więcej goryczy. Co o tym myślisz, Ewaldzie?
    – Mdłe i przesłodzone. Za mało kwasowości.
    – Euzebio?
    – Według mnie trzeba dosolić. Młoda damo, czy dodałaś tyle łez traszki, ile było w przepisie?
    – I piołunu?
    – I soku z mrówek?
    – J…ja…
    – Mów głośniej, dziecko!
    – Trochę improwizowałam?
    – Improwizowałaś? Z tysiącletnią recepturą? Przecież to się do niczego nie nadaje, toż to sam miód i ptasie mleczko.
    – Do…dałam też trochę fiołków? Dla aromatu?
    – FIOŁKÓW?!
    – Spokojnie, Ewaldzie, przepis dopuszcza nieco, hmm… inwencji twórczej, grunt, żeby działało.
    – Działało? Kto uwierzy w taką miłość, słodką i pachnącą?
    – To że w twoim związku, Ewaldzie, od lat są same kwasy, nie znaczy, że…
    – W moim? Przyganiał kocioł garnkowi, Esmeraldo, to ty chodzisz wiecznie zgorzkniała…
    – Ja? Przynajmniej nie płaczę po kątach, jak Euzebia… Przykro mi, młoda damo, egzamin z eliksiru miłości będziesz musiała powtórzyć. Spróbuj następnym razem trzymać się receptury udoskonalanej przez pokolenia bardziej doświadczonych życiowo wiedźm. O bogini, ta dzisiejsza młodzież, ledwo im stuknie setka i już by chciały starszych pouczać. Dziękujemy, do widzenia, poproś następną osobę!
    – Ja.. byłam ostatnia?
    – No i bardzo dobrze. Drodzy państwo, będziemy się w takim razie zbierać?
    – Tak, oczywiście. Tylko tak sobie myślę… Ptasie mleczko to kosztowny składnik i szkoda by było po prostu do zlewu wylać… A moja stara to na słodkie łasa, przynajmniej przez jeden wieczór byłaby mniej skwaszona…
    – Też sobie trochę odleję, może małżonka raz się uśmiechnie, jak w domu zapachnie fiołkami a nie siarką i zgnilizną?
    – Zostawcie i mnie, miód na gardło dobry a mój już zachrypł od tych wiecznych pretensji!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwszą pracę! Kto następny?

  2. – Co ty mi tu pierdolisz! – wyraźnie wściekły oficer podbiegł do siedzącego na krześle, przy starym, zawalonym papierami biurkiem mężczyzny. – Do cioci szedłeś, tak? Po drodze zobaczyłeś bazgrzących po murze i wśród tłumu gapiów się zatrzymałeś, aby wyrazić dezaprobatę. Nie wiesz co tam się działo. Tak? Nie brałeś udziału w demonstracji?
    – Nooo właśnie – Nie zdążył odpowiedzieć, gdy pięść śledczego dosięgnęła jego nosa. Strużka krwi spłynęła mu po policzku.
    – Zapomnij uczelnię. Z pierdla nie wyjdziesz przez lata. Rewolucji ci się zachciało gnoju, a twoją pannę przesłuchamy szczególnie dokładnie. Przegrałeś! Poczuj gorycz porażki.
    Oficer podszedł do drzwi, które energicznie otworzył. Nie wychylając się nawet, nie patrząc kto się znajduje na korytarzu ryknął: „Na dołek go! Tam do recydywy i niech nikt do niego nie idzie przez cztery osiem”.
    Wrócił do biurka, usiadł i zapalił. W tym czasie dwóch „inteligentnych inaczej” milicjantów wyprowadziło Janka z pokoju.
    – Spotkamy się za dwa dni. Będziesz potulny jak baranek i od dobrego starszego kolegi dostaniesz propozycję nie do odrzucenia – mówił sam do siebie uśmiechając się wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw. – Popatrzysz przez szybę na swoją dziewczynę w naszych rękach… Przyjmiesz propozycje bez zastanowienia, a my dzięki temu „osiągniemy wielkie sukcesy w walce z elementem przeciwnym rozwojowi naszej ludowej ojczyzny” – zakończył głośniej, choć z wyraźnym sarkazmem.
    Andrzej usiadł w celi na pryczy i przypomniał sobie ślub. Minął od niego zaledwie miesiąc. Obrazy jak w kalejdoskopie przesuwały się w świadomości. Głosy uderzały, łomotały … Poczuł, jak wtapia się w wilgotne usta właśnie poślubionej dziewczyny słysząc skandowanie tłumu: „Gorzko, gorzko, gorzko”.

  3. „Dziki mroczny brzeg”
    Tajemnicza wyspa Shearwater u wybrzeży Antarktydy i otaczające ją morze budzi zachwyt wśród przebywających tu ludzi tylko podczas ładnej pogody. Nieco inaczej sprawa się ma gdy nocą nadciągnie ciężka burza z piorunami ,i silnymi porywami wiatru powodującymi sztorm ,i obfite opady deszczu. Na tej oto osobliwej wyspie żyją samotnie Dominic Salt i jego troje dzieci. Każdy z tej czwórki zmaga się z tym co stracili-trójka rodzeństwa musi pogodzić się z utratą matki ,a ich ojciec Dominic zaś ukochanej żony ,której wielką miłością było błądzenie pośród morskich fal nie tylko umysłem,i myślami,ale także ciałem .Ona po prostu kochała pływać,a a pośród morskich fal czuła się jak „Ryba w wodzie. Tego dnia kiedy nadeszła ta czarna godzina dla tej czwórki – nic nie zapowiadało najgorszego. Pogoda była wręcz idealna dla osoby takiej jak żona Dominica ,wiatru prawie w ogóle nie było,słońce było jednak tak ostre że nikt przy zdrowych zmysłach nie poszedłby w morze popływać niesiony falami morza „tego co kocha” ponieważ pogoda nad morzem bywa zdradliwa ,i szybko się zmienia na gorsze. Nic jednak nie zapowiadało tego co miało nadejść. W jednej chwili nad wyspę Shearwater nadciągnęła upiorna burza. A ukochana Dominica była wtedy daleko w morzu ,i nie udało jej się szczęśliwie dopłynąć do brzegu,ponieważ porwał ją prąd morski ,i zniósł daleko od brzegu. Choć próbowała powrócić do swoich to jednak zabrakło jej sił- jej ciało pochłonęła morska mroczna otchłań.,a dziki morski brzeg wpisał się od tej chwili na zawsze w pamięć tej samotnie żyjącej na wyspie czteroosobowej rodziny opłakującej utratę ukochanej żony i matki trójki dzieci. Od tej chwili owa czwórka mogła tylko czekać ,aż ukochane przez nich wszystkich morze wyrzuci na brzeg ciało ich ukochanej natki,i żony Dominica Salta….Jak się potem okazało,ten dzień w końcu nadszedł. Wzburzone morze postanowiło oddać ciało kobiety. Jak się potem okazało nie była to jednak ich najdroższa sercu żona i matka,a inna wielbicielka morskich wojaży,którą to spotkali dzisiejszego dnia nad brzegiem morza. Kiedy już cała czwórka cieszyła się że to ich ukochana żona i matka, ich oczom ukazała się Rowan kobieta nie tak dawno widziana na brzegu morza. Uradowani ,a zarazem zmartwieni tym iż nie jest to ich matka żona przystąpili do wykonywania masażu serca. Kiedy jej oddech i funkcje życiowe powróciły wszyscy czterej zapragnęli ją poznać. Co było dziwne okazało się iż Rowan nie wie kim jest,ani jak dotarła na wyspę. Nie można było się z nią dogadać. Tak jakby straciła pamięć…
    Rowan tak jak ,każdy człowiek na Ziemi była dla kogoś ważna,i choć dla tych dwojga była jak na razie nieznaną osobą- to może okazać się pomocna w rozwiązaniu „Tajemnicy wyspy Shearwater,której historia głosi że zabiera niewinnych,i gdyby zabrała Rowan tajemnica tej pięknej wyspy nie zostałaby rozwiązana,a ojciec i syn musieli by przeżyć podwójną stratę- gorycz porażki,A tak ocalili wspólnymi siłami jedno istnienie ludzkie, w którym to syn, ojciec próbują odnaleźć tą co utracili -żonę i matkę.

  4. Nauczycielka z hukiem zamknęła egzemplarz „Dziadów”. Echo uderzenia o blat biurka jeszcze długo drżało w dusznej sali, uciszając ostatnie szepty.
    – „Kto nie doznał goryczy ni razu, ten nie dozna słodyczy w niebie” – powtórzyła, cedząc każde słowo z nabożnym szacunkiem. – To jedno z najważniejszych zdań w naszej literaturze, ale wy, dzisiejsza młodzież, zupełnie go nie rozumiecie.
    Zatrzymała surowy wzrok na siedzącym w trzeciej ławce chłopcu.
    – Prawda, Marek? Wam wszystkim tutaj za dobrze idzie. Macie najnowsze telefony w kieszeniach, komputery, zawsze ugotowany obiad pod nos podany przez mamę-taxi, która podwozi was pod same drzwi szkoły. Macie pieniądze i święty spokój. Nie macie zielonego pojęcia, czym jest prawdziwa, egzystencjalna gorycz, o której pisał Mickiewicz. Dlatego nigdy nie będziecie potrafili docenić prawdziwego szczęścia. Jesteście emocjonalnie puści.
    Marek poczuł, jak pieką go policzki. Nie patrzył na kolegów. Spuścił głowę tak nisko, że widział tylko wystające nitki z rękawów starej, spranej bluzy. Gdy wybrzmiał dzwonek, jako pierwszy wybiegł z klasy.
    Szedł do domu pieszo, omijając przystanek, bo od tygodnia nie miał na bilet. Im bliżej był bloku, tym mocniej zaciskał pięści. Gorycz? Nauczycielka mówiła o niej tak, jakby to był tylko literacki termin, estetyczny dodatek do biografii poety. Gdy otworzył drzwi mieszkania, w nozdrza uderzył go ciężki, kwaśny zapach przetrawionego alkoholu. W kuchni, przy stole zawalonym pustymi butelkami, siedzieli rodzice. Matka spała z głową na brudnym blacie, ojciec ledwo uniósł mętny wzrok.

    Marek zamknął się w swoim pokoju i usiadł na łóżku. W brzuchu czuł ssący głód, bo „ciepły obiad” istniał tylko w teorii pani od polskiego. Spojrzał przez brudną szybę na szare podwórko. „Boże, jak ona bardzo się myli” – pomyślał. Jeśli do nieba idzie się przez gorycz, on miał już wykupiony bilet w pierwszej klasie.

  5. Z drżącym oddechem obserwowałam jej twarz. Krople łez, płynące coraz szybszym strumieniem po trzęsących się policzkach. Moja krew oblepiała jej dłonie, nadaremnie próbujące zatrzymać krwawienie. Jej głuchy krzyk rozrywał moje ciało. Tylko czy ja jeszcze mam ciało? Spojrzałam na swoje ręce, które jak mgła, pozostawiły po sobie strugę gasnącego już światła.
    – Co ja zrobiłam?! Mamo…
    Lecz mój głos, był już tylko mój. Nie słyszalny po tamtej stronie. Coraz słabszy, bledszy. Znikał z każdą sekundą, tak jak znikały resztki mojej świadomości.
    – Mamo, przepraszam…
    Ból rozrywał jej serce. Gorycz zalewała wnętrzności, niczym cieknący leniwie miód.
    Jak mogłam być taka głupia…
    Zaśnięcie było łatwiejsze. Dla mnie.
    Czy to moja kara? Czy piekło jednak istnieje?
    Z drżącym oddechem obserwowałam jej twarz. Krople łez zlewające się w wodospad bólu i poczucia winy. Moja krew oblepiała jej dłonie, skapując na szarą sukienkę i drewnianą podłogę.
    – Mamo, przepraszam. Jest już za późno.
    Tylko… Tylko, że za późno dla mnie. Nie dla ciebie.
    Ty dopiero zaczniesz. Lecz ty jesteś silniejsza. Zawsze byłaś. Dlatego twój ból, będzie trwał dłużej. O wiele dłużej. Tak długo, aż go pokonasz. Zrobisz to, bo ja nie potrafiłam.
    – Przepraszam mamo…
    Z drżącym oddechem obserwowałam jej twarz. Znikała, rozmywając się z każdym, powolnym uderzeniem serca. Czy to moje serce?
    Obserwowałam jej twarz.
    Czy to ja znikam?

  6. Była noc. Przyszedł czas randki, w końcu umówili się że soboty wieczorem będą należeć tylko do nich. No i przyszła kolejna sobota. Herbata zbyt długo już tkwiła w szklance, ale Wiktorowi było to obojętne. Czasem ten cierpki, niemal metaliczny posmak, idealnie zlewał się z jego nastrojem. Siedział w kuchni, patrząc na puste krzesło i czuł, że w jego piersi rozlewa się coś gęstszego i ciemniejszego niż napar na stole. To nie była nagła wściekłość, która uderza do głowy jak wódka. To był osad. Coś, co zbierało się latami i teraz zaczynało przeszkadzać. Każda niedotrzymana obietnica. Każdy wieczór spędzony przy pustym stole. Patrzył, na nie swoją szklankę. Kiedyś go to bawiło, widział w tym urok chaosu. Dzisiaj urok stał się symbolem tego co musiało nastąpić.

    Zawsze powtarzał, że robi to dla nich. Dla przyszłości, dla bezpieczeństwa, dla spokoju. A jednak, gdy w końcu nadszedł spokój, było już za późno. Słowa więzły w gardle. Sukces, okazał się jałowy. Zostawił po sobie tylko zapach. Ten zapach z którego, wcale nie był znany wcześniej.

    Wiktor wychylił i odstawił szklankę. Zimny napój drażnił podniebienie. Zrozumiał, że czekał z tym zbyt długo. Tam, w piersiach, nie wódka dręczyła przełyk upiorniej niż herbata. Wstał i potknął się o sztywne ciało. W szufladzie znalazł piłkę do metalu. Przyszło mu do głowy, że należałoby kupić tę do drewna inaczej to co musi zrobić, będzie się wlokło śmiertelnie długo.
    Rolki czarnych worków tkwiły lubieżnie wymierzone w jego krocze, były niczym wyloty obrzynów. Szybko oszacował ilość i zadowoleniem skinął głową, powinny wystarczyć.

  7. Ja, szara myszka, postanowiłam zostać GWIAZDĄ. Zgłosiłam do konkursu poetyckiego swoje trzy wiersze przekonana, że są świetne i nie mogą zostać nie zauważone. Widziałam się w gronie wyróżnionych i zaczęłam oswajać się z myślą bycia GWIAZDĄ. Byłam nią do momentu, gdy przyśnił mi się mały kotek, którym się zaopiekowałam. Wraz z małym kotkiem w moim mieszkaniu zamieszkały dwie kocice ze swoim licznym miotem kociątek. które należało wykarmić. – Widzieć koty we śnie to SŁAWA i CHWAŁA. –
    Żeby nakarmić to towarzystwo, udałam się do sklepu, by zakupić dla nich jedzenie. W sklepie panuje wszechobecny bałagan. Właścicielka sklepu tłumacząc się, wyprowadza mnie przed sklep i przed nosem zatrzaskuje mi ciężkie drzwi. Z tego powodu jestem mega wkurzona i z całej siły kopię w nie nogą. Obudziłam się czując wkurzenie i ból stopy.
    Koniec ze SŁAWĄ, Jakaś baba zatrzasnęła mi drzwi do zostanie GWIAZDĄ, – pomyślałam.
    „… Siadam w swoim fotelu, chociaż w nie swoim domu. Żyję samotnie na marginesie życia innych. Jestem jego ciekawa, choć niepotrzebna nikomu”. …! Słucham nostalgicznej muzyki, którą na trąbce (przy akompaniamencie fortepianu) wyczarowuje Nieznany mi muzyk. Artysta skarży się na swój los. Muzyka jest przejmująca i budzi moje niedawne gorzkie wspomnienia.
    Przeczytałam komentarz ARTYSTY i dopisałam swój ; ” Siedzę i słucham Twojej muzyki. Jestem w podobnym nastroju jak Ty i przeżywam gorzki smak porażki i niezrozumienia. Nie zostałam doceniona przez jury konkursu poetyckiego. Nie zostałam nawet zauważona.. Pozdrawiam ARTYSTĘ.”
    Na pocieszenie napisałam do siebie ;
    Felka !
    Dla siebie jesteś wielka.
    Dla innych jesteś zwyczajna.
    Czasami bywasz fajna.
    Swoimi przekazami na pewno nie zbawisz świata.
    Szkoda zachodu, zrozum ; – masz swoje lata i rozum.
    Przestań gwiazdożyć.
    Nie marnuj czasu na bzdety. Nie zbawisz świata.
    NIESTETY !
    1 fragment mojego wiersza : „Na Przełajce dalej zima”
    2 The Artist I Midnight Jaz na You Tube.

  8. Drewniana ława odciska piętno na pośladku a treść tabliczki znam na pamięć: „Sala Rozpraw”. Tak, dopadło mnie. Najpierw czekałem z pełnymi gaciami, ale teraz już mi wszystko jedno. Przecież Sąd Ostateczny to jeszcze nie koniec!

    Nie wiem nawet jak umarłem. Zawał, może guz, lub spadłem z drabiny. Czy to ważne? To tylko forma.

    Patrzę jak żegnają mnie moi bliscy. Nic tylko lament i płacz.
    Żona posypała by głowę popiołem, ale skąd wziąć popiół gdy na dachu fotowoltaika? Dzieci narzekają na gówniany spadek a kochanka jęczy, że przez mój zgon, to kino na całą dzielnicę.
    No po prostu gorycz…
    Tylko farosz jest zadowolony, bo co boskie Bogu, a za pochówek parafii.

    Skazani wychodzący z sali rozpraw, mają nietęgie miny. Coś czuję, że sędzia to zwykły s… skrupulant i znów zaczynam się bać, wspominając wszystkie grzechy.
    Ze stresu, aż bym zajarał. Oklepuję się szukając fajek, ale nikt nie pomyślał, żeby do trumny choć paczkę włożyć! Tego już za wiele! Już ja im w pierwszej mowie wygarnę!

    Podlatuje do mnie chłopak, którego wprowadziło dwóch smutnych aniołków.
    – Przekaż Jolce – szepce i wciska mi gryps w dłoń – że „karuzela” czyli dożywocie na dole.
    Na odlotne rzucił jeszcze:
    – Ciekawe z kim będę pod kotłem garował? – I spłynął ku piekłu.

    Dobra, dawać mi tu tego Boga! Już ja Mu nawrzucam, prosto we wszystkie trzy święte twarze. Za wszystko: za życie, za śmierć i za brak fajek! Jak sobie przypomnę mój los, to mi się zmartwychwstania odechciewa!

    Sądzi mnie Święta Trójca: Bóg i ławnicy.
    Sędzia wychyla się w moim kierunku. Zalewa mnie błogość a spokój otula myśli. Nie mam już żalu, nie czuję goryczy. Chcę tylko trwać w tym stanie na wieki.
    I wtedy słyszę potrójny głos:
    – Ale to ja mam do ciebie żal.

  9. Pojedyncze iskierki od czasu do czasu odrywały się od suchych gałęzi i kawałków konarów dopalających się w ognisku. Unosiły się w górę, próbując dołączyć do milionów świecących punkcików rozpiętych na granatowym niebie. Jedne iskry strzelały wysoko, szybko spalając niewielki kawałek drewna, którym w istocie były. Inne, takie same przecież drobiny buku czy leszczyny, poddając się delikatnym podmuchom wiatru świeciły dłużej, nie wznosząc się jednak ponad głowy trojga ludzi siedzących przy ognisku.

    Czerwone płomienie, harcujące iskierki i świerki szumiące w pobliskim zagajniku, były w ciągłym ruchu. Gość i gospodarze — przeciwnie, jakby zastygli w granicie. Nie ruszał się także Szerszeń, pies gospodarzy śpiący u nóg swego pana.

    Gość chwilę wcześniej przyznał, że przed laty spowodował zabranie gospodarzowi paszportu, czym uniemożliwił mu wyjazd na zachód. Sumienie gryzło go przez lata, zwłaszcza że łączyło ich wieloletnie kumplostwo.

    Gospodarz walczył z chęcią zaśmiania się gościowi w twarz. Szuja! Tak się maskował i myśli, że nikt nie wie o jego współpracy? Spowiada się, żeby uciszyć swoje sumienie? Nie dlatego, że zdradził? A niech się męczy! I oby się nigdy nie dowiedział, ile dobrego zrobił swoim donosem! Gdyby nie to zakapowanie, to czy on miałby swoją rodzinę? Ten kawałek ziemi? Może rozpiłby się na jakimś amerykańskim czy australijskim pustkowiu albo wegetował na przedmieściach Hanoweru lub Dortmundu. Jednak mimo że bilans rachunku zdarzeń jest pozytywny, to gorycz tego donosu sprawia, że kumplować się z kapusiem nie będzie!

    – Wiesz co? – odezwała się gospodyni. – Nie przyjeżdżaj więcej do nas. Pościel i ręcznik znajdziesz na kanapie. I wyjedź przed szóstą.

  10. Leśną drogą szedł paw. Na tle budzacych się po zimie drzew, odznaczał się barwną plamą. Był wyzwaniem rzuconym burości: lśnił jak skrzydło kruka, połyskiwał jak pancerz żuka gnojowego; mienił się jak malachit. Dreptał, kołysząc się, a imponujących rozmiarów ogon sunął za nim. – Chyba trafiłem do Raju – uśmiechnął się do siebie Feliks.
    Lubił pawie, zimorodki i tukany. Kiedy w szkole, na lekcjach religii, rysowali niebo jego było kolorowe od tych „rajskich ptaków” migoczących jak bańki mydlane.  – Pewnie zaraz zniknie – pomyślał Feliks.
    Kiedy otworzył oczy paw był znacznie bliżej i nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał zejść ze ścieżki. – Zaraz się z nim minę – zauważył wędrowiec. Kiedy zrównał się z ptakiem, ten zatrzymał się i przechylił głowę. Wypukłe oko wpatrzyło się w twarz człowieka. – Masz coś dla mnie? – odezwał się paw.
    Mężczyzna sięgnał do kieszeni i wyjął kawałek ciasta. Przypomniał sobie podróż metrem i gorycz na widok chłopaka, który niedbale ułożony, siedział obok. Jadł bagietkę podrygując stopą w rytm muzyki. Fragment miąższu upadł tuż przy bucie. Chłopak wysiadł, nic sobie nie robiąc z pozostawionego na podłodze pieczywa.
    Feliks nie był głodny. Urodził się w czasie nadmiaru – głód został w brzuchach i wspomnieniach przodków – i właśnie dlatego podniósł chleb. Babcia uczyła go szacunku dla najmniejszego kawałka. Przypomniał sobie jej ogródek i kosmosy na cienkich łodygach, które łaskotały go po twarzy. Odgarnął pióra i wysypał okruchy dla pawia. Ptak zjadł, rozłożył ogon i zza ażurowej kurtyny Feliks zobaczył koniec przedstawienia: fragment wagonu, dym, zerwane kable, swoje ciało. – Więc tak to wygląda – pomyślał, a potem umościł się w puchu.

  11. Zarzucano mu, że potrafiło wychynąć, że nawiedzało, że mogło dusić. Nie jego decyzja. Było posłuszne. Mieszkając w zakamarkach, czekało na przywołanie. Kto chciał, temu pozwalało się nosić jako bagaż. Potrafiło rozbawić, czasami. Pani nazywała je swoim, cennym, więc czekało, aż przekroczy bramy cmentarza, jak dziś, by wiernie za nią podążyć. Przyszła.
    Ruszyło za nią, dając się nakarmić. Gorzki pokarm, ale ożywiał. Ruszyło za swoją panią. Wiatr zagrał na liściach wiosenną melodię, dzięcioł uzupełnił perkusją. Stuk, stuk, stuk. Niewielkie pagórki porosły świeżą trawą. Tylko bluszcz ani trochę się nie zmienił przez cały rok. Witaj, miły, zielony towarzyszu. Jak idzie kruszenie kamienia?
    Pani przysiadła na ławeczce i zapaliła zapałkę. Dym wzbogacił zapachu bzu, wonnego wosku i grzanego szkła. Pięknie. Nie lubiło tych elektrycznych.
    Zawisło wśród rzeźb i fotografii. Większość takich samych. Ale! Tamta była zabawna, ledwie zarys człowieka, z mocno zaznaczonymi kobiecymi kształtami. Czyżby ten człowiek wyznawał sztukę? Czy pani ją widziała? Nie, zatopiła się. W nim.
    – Co ty tu robisz?
    Obejrzało się z westchnieniem na swą nieodłączną towarzyszkę. Ciężka i gęsta jak smoła, patrzyła na nie z wyrzutem.
    – Cmentarz to miejsce dla żywych – rzekła.
    – Karmi mnie, więc żyję.
    Sczerniała na tę uwagę.
    – I nie blakniesz. Przeciwnie, nabierasz kolorów. Nie wstyd ci, że się w tobie pogrąża?
    – Nie. Jestem słodkie.
    – Już nie, inaczej mnie by tu nie było. – Zbliżyła się i ścisnęła klatkę piersiową ich pani. Pani jęknęła. – Wiesz, co mówią o ludziach, którzy żyją takimi jak ty?
    – Wiem, że ludzie boją się utracić takie jak ja. Rozejrzyj się, a znajdziesz dowód. Nie przerażają cię zapomniani?

Dodaj komentarz