„Rodzina Delaneyów”– mniej znana powieść Daphne du Maurier – skupia się na trójce rodzeństwa o poplątanych koligacjach – Marii, Niallu i Celii. Żyją w świecie bohemy artystycznej, ale też niełatwego dziedzictwa. Czy naprawdę są – jak ktoś im zarzuca – pasożytami?
Daphne du Maurier, angielska pisarka, dzisiaj jest najbardziej znana z powieści, która przyniosła jej nieśmiertelną sławę – czyli z Rebeki. Mroczna historia drugiej żony żyjącej w cieniu swojej rzekomo doskonałej poprzedniczki wciąż jest wznawiana, ekranizowana, inspiruje kolejnych twórców tworzących powieści oparte na podobnym motywie. Alfred Hitchcock nakręcił kilka swoich najsłynniejszych filmów na podstawie jej prozy (ekranizacja wspomnianej Rebeki, kultowe Ptaki – wielki reżyser wziął od du Maurier sam pomysł na ptasie ataki, ale osnuł wokół niego zupełnie inną filmową opowieść). Wydawnictwo Albatros od kilku lat wznawia kolejne dzieła du Maurier, już zapomniane. Zapomniane niesłusznie, bo to w większości znakomita literatura. Niedawno ukazała się ponownie Rodzina Delaneyów – opartą w dużej mierze na wątkach autobiograficznych. Jej oryginalny tytuł (i może bardziej odpychający, za to ciekawszy) to „Pasożyty”. Tak właśnie określa rodzeństwo Delaneyów ktoś z bliskiej rodziny:

„- Pasożyt! Wy wszyscy jesteście pasożytami! Cała wasza banda! Zawsze tak było i nic już was nie zmieni! Po dwakroć, nie, po trzykroć pasożyty! Po pierwsze, od dzieciństwa kupczycie tą iskierką talentu, jaką mieliście szczęście odziedziczyć po waszych wspaniałych rodzicach. Po drugie, nikt z was nie zhańbił się, jak dotąd, uczciwą pracą, za to tuczycie się krwią głupiej publiki, naszą krwią, i egzystujecie wyłącznie dzięki nam. Po trzecie, żerujecie na sobie wzajemnie, bo żyjecie w świecie fantazji, który sami stworzyliście, a który nie ma żadnego związku z niczym, co istnieje na niebie i ziemi!”.
To paskudne słowo wstrząsa Marią, Niallem i Celią. Czy słowa Charlesa były słuszne? Kto z nich może się uważać za pasożyta? Podejmują rozmowę, są analityczni i samokrytyczni (na uwagę zasługuje tu oryginalna narracja – przeważnie w trzeciej osobie z pojedynczymi wtrąceniami w pierwszej – głosu rodzeństwa, zbiorowego „my”). Wracają do przeszłości. A wychowali się w świecie bohemy artystycznej, w nietuzinkowej rodzinie.
To rodzina patchworkowa. Ojciec – znakomity śpiewak – początkowo związał się z poślednią wiedeńską aktorką. Ich związek (a może małżeństwo) trwał krótko. Na świat przyszła Maria, a Wiedenka z niego odeszła. Tymczasem matka robiła zjawiskową karierę w balecie. Zaszła w ciążę z pewnym pianistą chorym na gruźlicę, ale szybko wyrzuciła go ze swojego życia. Wkrótce urodziła Nialla. Kiedy śpiewak i tancerka się poznali, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Szybko wzięli ślub, urodziło się ich wspólne dziecko: córka Celia („Oto cała nasza trójka, spokrewniona i niespokrewniona: przybrana siostra, przyszywany brat oraz ich wspólna przyrodnia siostra”).

Rozdziały opisujące ich dzieciństwo są być może najbardziej wyraziste w całej książce. To nie było dzieciństwo typowe. Upływało bez zakorzenienia, wiecznie w trasie, od miejsca do miejsca, w cieniu sztuki. Choć sławni rodzice bardzo kochali całą trójkę, to jednak można było chwilami odnieść wrażenie, że dzieci im przeszkadzają. Mądra Truda – wierna stara służąca i przyjaciółka rodziny – całkiem celnie powie: „„Wszyscy jesteście spragnieni uczucia (…). Odziedziczyliście ten głód razem z talentami. Nie wiem, dokąd was to zaprowadzi, ale czasem się nad tym zastanawiam”. W następstwie pewnego tragicznego zdarzenia dotąd zgrana rodzina się rozpada. Tak bliskie sobie rodzeństwo zostaje rozdzielone.
„Rozdzielenie nas było błędem. Powinniśmy zostać razem. Kiedy rodzina raz się rozpadnie, nic już nie zdoła połączyć jej w całość. Przynajmniej nie w tym tradycyjnym sensie. Gdyby istniał jakiś dom, do którego moglibyśmy się udać, wszystko potoczyłoby się inaczej. Dzieciom potrzebne jest stałe miejsce na ziemi, przesiąknięte znajomymi zapachami, gdzie życie płynie wśród tych samych zabawek, spacerów, tych samych widywanych dzień po dniu twarzy. Gdzie bez względu na pogodę postępuje się według określonego wzoru, rutyny. My nie posiadaliśmy takiego wzoru”.

Najmocniejszą stroną powieści jest psychologia postaci – bo Rodzina Daleneyów to w dużej mierze powieść o brzemieniu dziedzictwa. Maria, Niall i Celia dźwigają na sobie odpowiedzialność sławy rodziców. Każde z nich przyjmuje inną strategię. Maria podobnie jak rodzice oddaje się sztuce i zostaje wybitną aktorką. Również w życiu staje się swoistym kameleonem, jakby dla niej świat był sceną (mąż zarzuci jej: „ty nie masz nawet własnej osobowości, jesteś po prostu zlepkiem wszystkich postaci, które grałaś”). Niall oddaje się muzyce – nigdy nie będzie wybitny, ale jego proste szlagiery zyskują sobie ogromną popularność. Celia jako jedyna z rodzeństwa świadomie ucieka od świata sztuki, choć sama przejawia talent plastyczny. Sabotuje swoje sukcesy, zanim choćby zdążyła się do nich zbliżyć. Na jej wybór po części ma wpływ nieodcięta pępowina – relacja z ojcem, w której to ona musi wcielić się w osobę dorosłą. Do swojego stylu życia Celia dorabia sobie całą filozofię („Żyć życiem innych to wcale nie znaczy poświęcać się dla nich, myśli Celia. Jeśli patrzy się na świat oczami innej osoby zamiast własnymi, można oszczędzić sobie wielu rozczarowań. W jej przypadku tak właśnie było”). Poza tym pozostanie w cieniu jest dla niej synonimem bezpieczeństwa – choć wygrać w ten sposób nic nie można.
„Kiedy się wystawia talent pod osąd opinii publicznej, ta wyciska na nim swoje piętno. Wtedy talent przestaje być prywatną własnością, wchodzi na rynek, można go kupić i sprzedać. Uzyskuje wysoką albo niską cenę. Posiadacz talentu musi bacznym okiem przyglądać się nabywcy. A jeśli jest wrażliwy i zależy mu na własnej godności, odwraca się do rynku plecami. Szuka wymówek. Jak Celia”.

Osobnym wątkiem jest mocno niepokojąca w swojej niejednoznaczności relacja Nailla i Marii, którzy może nie są biologicznym rodzeństwem, ale jak rodzeństwo się wychowali. W tym wątku odbija się wyraźna fascynacja du Maurier Wichrowymi Wzgórzami Emily Brontë (obecna również w innych jej powieściach – w Niespokojnym duchu, w Oberży na pustkowiu). Między tą dwójką istnieje wyjątkowa więź – jak między Katarzyną i Heathcliffem („Niall jest po prostu cząstką mnie samej, od zawsze” – mówi Maria. „to Niall odgaduje pierwszy – przed mężem, siostrą i dziećmi – co dziele się w szczelnie obwarowanym umyśle Marii”, „Niall pojawiał się gdzieś, spędzali razem jakiś strzęp czasu. Nigdy dłużej. Maria nie pamięta nawet, dokąd chodzili, co robili ani w ogóle nic konkretnego. Pamięta tylko jedno, że zawsze byli szczęśliwi”). Zakończenie tej historii może zaskoczyć niejednego czytelnika.
A czy bohaterowie są pasożytami? Może tak dałoby się ich postrzegać w opisywanych czasach. Według dzisiejszych standardów Niall i Maria są ciężko pracującymi ludźmi, którzy odnieśli sukces artystyczny, a Celia opiekuje się rodziną. Mam wrażenie, że dziś ta cała dyskusja się trochę zdezaktualizowała, ale nie szkodzi. To nadal świetnie napisana, nietuzinkowa i wiarygodna literatura, która może pochłonąć na długie godziny.
Źródło cytatów: Daphne du Maurier, Rodzina Delaneyów, tłum. Anna Bańkowska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2026.
