Pora zaprosić was do majowego konkursu. Tym razem możecie wygrać „Pożółkłe kartki”, najnowszą, już trzecią powieść Marii Weroniki Józefackiej. Zobaczcie, co słychać u Agaty, Daniela i Przemka.
Wypoczęci po weekendzie majowym? A zatem weźcie udział w najnowszym blogowym konkursie. Do wygrania Pożółkłe kartki Marii Weroniki Józefackiej, absolwentki naszych kursów. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Replika.
Agata na prośbę ojca zajmuje się sprzedażą domu w Gdyni. Przy okazji ma oddać przysługę przyjaciółce rodziców, Krystynie, z którą sama zetknęła się wiele lat temu. Problem, którym Agata ma się zająć, wiedzie do odkrywania bolesnej prawdy z przeszłości. Przed powrotem do domu zatrzymuje Agatę płomienny romans z Oskarem, tanecznym partnerem z czasów licealnych… Więcej o tej książce pisałem w niedawnej „Lekturze na weekend”.
„Wiedziona dziwnym uczuciem dyskomfortu wróciła do początku brulionu. Jedna, druga, dziesiąta notatka. Dziewczyna, która z nich spoglądała, dzieliła i rządziła, zakochiwała się i porzucała, leczyła złamane serce nowymi wyzwaniami i przygodami. Więc kim była Agata z czasów końca studiów? Która była prawdziwa?”
Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania – niech słowem-kluczem będzie „kartka”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 17 maja włącznie. Maria Weronika Józefacka wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Maria Weronika Józefacka, Pożółkłe kartki, Wydawnictwo Replika, Poznań 2026.

„Sprawa Osobista”
Właśnie wróciłem z pieszych wojaży po mieście ,gdy wchodząc do swojego gabinetu szef tutejszej policji poczuł namiętny zapach parzonej kawy,aż ślinka mi cieknie pomyślał,i w tym samym samym momencie udał się do kuchni by zrobić sobie małą czarną-pech chciał ,że właśnie wczoraj padł expres do kawy, więc musiał wypić bez mleka, bo zabrakło nawet takiego z kartonu. Tyle co ją zaparzył, i zdążył przynieść do gabinetu- zrobić kilka łyków i wtedy coś się wydarzyło.”Zanim zdążyłem dopić kawę ,wiedziałem,że to było morderstwo”przecież nikt nie drze się wniebogłosy bez powodu. No chyba,że zobaczył coś strasznego, coś co go przestraszyło,ale najpewniej znowu ktoś znów zobaczył trupa będąc sam w parku , i z przerażenia zaczął wyć jakby go zarzynali…Był to odgłos kobiety potrzebującej pomocy. Nie czekając ani minuty dłużej wybiegłem z gabinetu i pobiegłem schodami na dół. Wyskoczyłem zza drzwi, i nie zważając na ludzi udałem się do parku, gdzie po dotarciu na miejsce moim oczom ukazał się przerażający widok. Trup ,którego zobaczyłem był bez głowy , i jednej ręki – a na ziemi leżał tułów z nogami oraz lewą ręką denata. Może był pisarzem. Pomyślałem ,że zalazł komuś za skórę,i żeby już nie pisał pozbawiono go głowy i zapewne ręki prowadzącej , czyli w tym przypadku prawej. Ktoś musiał wiedzieć,że był praworęczny, albo morderca miał dobrego informatora. Tylko gdzie ta głowa i ręka -co morderca z nią zrobił zacząłem się zastanawiać. Jednak nie było na co czekać, po chwili wezwałem na miejsce techników, którzy zabrali ofiarę do pobliskiego zakładu medycyny sądowej- tylko po co go tam zawieźli jak sekcja tu nic nie da bo mamy tylko tułów, i jedną rękę pomyślałem dodając po chwili ciekawe gdzie reszta z denata się podziewa. Gdy technicy odjechali – ja mogłem udać się w drogę powrotną na komendę, i tak właśnie zrobiłem. Jednak gdy tam wróciłem,i wszedłem do pokoju moich kolegów , z którymi pracowałem na tutejszej komendzie -przeżyłem szok ! Na biurku jednego z nich leżała odcięta bądź to odrąbana głowa i ręką ofiary. To bestialstwo. Ten kto zamordował nie ma skrupułów powiedziałem mamrocząc sam do siebie. Żeby tego było mało w odciętej ręce była karta, a w niej przestroga dla mnie „Nie tykaj się tej sprawy bo skończysz podobnie jak on”. Nie czekając ani chwili dłużej postanowiłem odszukać linią telefoniczną swoich kolegów i wezwać ich do powrotu na komendę,ale jak pech to pech okazało się ,że są chorzy. Więc musiałem działać sam. Jednak gdy tylko spojrzałem na kartkę w leżącej na biurku ręce ofiary myślałem że narobię ze strachu w gacie.
I mamy już pierwszą pracę. Kto następny?
(Ja zasadniczo poza konkursem… To znaczy proszę nie uwzględniać mojego tekstu w walce o nagrody. Nie mogłam się doczekać ciągu dalszego i obstalowałam sobie egzemplarz własnym sumptem. Niczego nie żałuję i zrobiłabym to ponownie:P Ale udziału w zabawie sobie nie odmówię.)
„Nigdy nie będziesz szedł sam” rozbrzmiewa na Anfield. Ściskam ciepłą rączkę synka, ale nie jestem w stanie wyodrębnić jego głosiku z tego chóralnego śpiewu, który przestał być chórem, stał się przysięgą jednego potwora o sześćdziesięciu tysiącach gardeł. Młody poprawia klubowy szalik i podnosi na mnie rozszerzone z ekscytacji oczy. Chciałbym mu to obiecać: zapewnić, że dokądkolwiek nie pójdzie, będę obok, choćby nie wiem co, nie puszczę jego ręki.
– Chcesz na barana? – pytam.
Pewnie, że chce. Waży tak mało, ale ja czuję na ramionach o wiele większy ciężar. A gotów bym był udźwignąć jeszcze więcej, gdyby to znaczyło, że jemu będzie lżej.
Gwizdek na moment ucisza doping. Czekamy, aż sędzia się zdecyduje.
– Nie było faulu! – krzyczy ktoś za nami.
Sędzia buduje napięcie, jak ten iluzjonista na ostatnich urodzinach młodego. Tylko że tamten wyjął z rękawa asa pik, a sędzia, zamiast do rękawa, sięga do kieszonki na piersi a zamiast asa pokazuje czerwoną kartkę. Potwór wydaje głośny jęk a potem zaczyna wyć ze zdwojoną siłą.
Myślę o nieuchronnej przyszłości mojego dziecka. O tych pięknych oczach, rozszerzonych z bólu. O tym chudym ciałku, znikającym powoli. Myślę o czerwonej kartce, którą dostał od niesprawiedliwego sędziego, bez ostrzeżenia. Bez przewinienia.
Chciałbym ci to obiecać, synku. Oddałbym wszystko, żeby pójść tam z tobą, ale kiedy przyjdzie czas, w to jedno miejsce będziesz musiał iść sam.
Mały wierci się na moich ramionach pochyla się, żeby powiedzieć mi coś do ucha, żebym usłyszał, mimo słabości w jego w głosie, mimo tłumiącego jego słowa, zasłaniającego usta jak maska z tlenem, szalika:
– Jeszcze nie przegraliśmy, tatusiu. Walczymy do ostatniego gwizdka, prawda?
Czym jestem?
Mogę być czysta i biała, jak grudniowy śnieg migoczący w świetle świątecznych lampek.
Mogę zawierać wyznanie miłosnej tęsknoty dwojga kochanków, spragnionych swojej obecności, oddające wszystkie łzy i rozpacze. Mogę być pozdrowieniem.
Pamiątką podróży, skąpanej w słońcu radości, o zapachu morskiej bryzy z dźwiękiem ptaków i ciepłem piasku.
Mogę być zapisem wspomnień. Zawierać w sobie każdy moment twojej historii, do której będziesz wracać, albo zapisywać mnie tylko po to, aby wyrzucić ze swojej głowy utrapienie. Mogę być obrazem, malowidłem, rysunkiem, arcydziełem.
Mogę być zapisem historii, jej przekaźnikiem.
Mogę być dokumentem, zwykłym pospolitym, albo formalną pieczęcią jednej z najważniejszych decyzji, jakie kiedykolwiek podjęłaś.
Mogę być zupełnie innym światem, do którego cię zabiorę wraz z bohaterami których pokochasz a może znienawidzisz.
Jestem zwyczajna, chodź mogę mieć wiele kolorów.
Mogę być czym zechcesz, mimo, że w życiu codziennym raczej mnie nie dostrzegasz.
Mogę być czym zechcesz, wystarczy, że weźmiesz mnie w swoje dłonie i oddasz to co twoje.
Czym jestem?
Will siedział z kolanami podciągniętymi pod brodę i gapił się w przeciwległą ścianę. Dla zabicia czasu, którego w więzieniu mu nie brakowało, liczył cegły w murze. Mimo, że za każdym razem wychodził mu inny wynik, wierzył, że ta prosta czynność pozwoli mu jak najdłużej zachować zdrowe zmysły. Chociaż, pomyślał, pewnego dnia i tak je postrada. Sczeźnie tu, w tej celi, zapomniany nawet przez tych, którzy wydali na niego ten niesprawiedliwy wyrok. Był niewinny, naprawdę był niewinny!
Usłyszał zgrzytanie zasuwy w drzwiach. Do celi zajrzał jeden ze strażników. Will nazywał go cyklopem, gdyż lewe oko mężczyzny przysłania skórzana przepaska.
– Twój brat przyszedł – oznajmił strażnik.
Thomas zjawiał się w więzieniu równo co miesiąc i za każdym razem nalegał na spotkanie. Will nie miał na to najmniejszej ochoty. Brat chciał ukoić własne sumienie, może oczekiwał wybaczenia. Nie zasługiwał na jedno ani drugie. Nie po tym, co zrobił. Chcąc ratować Willa od śmierci na szafocie, skazał go na spędzenie reszty dni w zatęchłej celi.
– Hej! Ty! Ogłuchłeś? – Cyklop tracił cierpliwość. – Nie mam całego dnia, żeby tu tkwić!
– Zaczekaj – odezwał się wreszcie Will.
Wygrzebał spod siennika zapas papieru oraz kałamarz i pióro. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad treścią wiadomości. Musiała być krótka, ale stanowcza. W końcu na wilgotnej kartce Will skreślił cztery słowa: nie przychodź nigdy więcej. Złożył list na cztery i przekazał Cyklopowi. Nie przypuszczał, by strażnik umiał czytać.
– Przekaż to sir Thomasowi.
Kiedy Will wrócił na swoje miejsce, ponownie przystąpił do liczenia cegieł. Kolejny raz uzyskał inny wynik.
Wiadomość o śmierci dziadka szukała mnie blisko miesiąc. Dziwne w czasach internetów i powszechnego dzielenia się życiem ze światem. Zmarł tak, jak żył od śmierci babci — samotnie.
Od sąsiadki dziadka wyszłam ściskając mocno w ręku klucz, jakbym się obawiała, że luzując chwyt stracę i tę wątłą nitkę, ostatnią, jaka jeszcze mnie z nim łączy. Stając przed furtką, tą samą, na której uczył mnie trzymać pędzel, szybko policzyłam ile lat mnie tu nie było. Dwa liceum, pięć polibuda i później dwa szukania zajęcia w polskich stoczniach. Jeszcze rok w Hamburgu, a później wyjazd do Esbjerg i stocznia Magnus, cztery, pięć jachtów rocznie. Razem to blisko siedemnaście lat…
– Bardzo długo, prawda? – powiedziałam bezgłośnie. – Jest jeszcze Franek, jak ty, i w tym roku zaczyna szkołę – dodałam, przekręcając klucz w drzwiach werandy.
Dom dziadka podobno był w stanie, w jakim on go zostawił. Mogło tak być, bo wnętrze werandy wyglądało tak, jak je zapamiętałam. Okrągły trzcinowy stolik i dopasowany do niego fotel stały w rogu najbardziej na prawo, a na lewo — nieduża kanapa, przykryta wzorzystą kapą z frędzlami.
Na stoliku stało otwarte nieduże pudełko po butach. Dla wzmocnienia miało krawędzie oklejone szarą taśmą pakową. Pamiętałam ten dziadkowy magazynek rzeczy ważnych. Obok leżała pokrywka, a na niej wyblakła kartka pocztowa z panoramą Śnieżki z obserwatorium na szczycie. Kartka ode mnie, napisana nieforemnym pismem ośmiolatki:
Kochana Babciu i Kochany dziadku!
Do Zachełmia jechaliśmy 12 godz i było ciemno.
Ja jestem w grupie młodszych dziewczynek i jest nas 14.
Wstajemy o 7,15, a śniadanie mamy o 8.
Później chodzimy na wycieczki.
Mam 2 koleżanki Krysię i Zosię.
Kocham was, Ewa
WIZYTACJA
– Ee..Uugh.. – Fala paniki zalała mózg zakonnika. A uprzedzali, go że pod osiemnastką mieszka taki odmieniec co ma dziwne pytania. Klecha przygotował sobie na karteczce kilka zgrabnych formułek na temat pedofilii i związku ołtarza z tronem, ale to pytanie zupełnie zbiło go z tropu.- Miałem dużo zajęć, nie słuchałem, niestety nie mam zdania. Ale, ale.. miło się gawędzi, a ja już muszę dalej z kolędą… Pokój temu domowi i jego mieszkańcom.
Gdy tylko rzeźbione drzwi zamknęły się za nim z potępieńczym zgrzytem, w kominku coś lekko świsnęło, płomień pojaśniał, a przed kominkiem – nie wiadomo skąd – pojawił się mały, czarny człowieczek w dziwnym kapeluszu.
Co to ma być?! – wściekle wysyczał mikrus -Księdza przyjmujecie i go na pokuszenie nie wodzicie? Nawet kieliszeczka dla zdrowotności mu nie zaproponowaliście. I po chuj wam te dyskusje teologiczne o mowach pogrzebowych papieża?
– Wypadałoby się przedstawić – z lekkim uśmiechem zakpił gospodarz – ale nie musicie towarzyszu. Nie raz miałem do czynienia z waszym departamentem. Już tłumaczę. Towarzyszu, czy wy widzicie jakie oni mają teraz słabo przygotowane kadry? Gdyby, w którejś korporacji pracownik powiedział, ze nie miał czasu posłuchać mowy prezesa, to by go wywalili na zbity pysk. A ten tutaj…Musimy zadbać o ich rozwój, żeby całkiem nie skarleli. Teraz ze wstydu poczyta.
– Ale po co? – zdumiał się wizytator -Po co wzmacniać wroga jak jest słaby?
– Chodzi o równowagę. – westchnął gospodarz – Bo jak oni znikną to przyjdzie jakiś imam. Naprawdę chcecie, żeby ludzie przestali grzeszyć bojąc się obcięcia ręki albo ukamieniowania?
– Marnujecie się tutaj. Nie chcielibyście do Centrali? Przydałby się tam wasz zmysł strategiczny.
Gospodarz tylko lekko się skrzywił i pokręcił przecząco głową poprawiając wypisane kredą na drzwiach litery. K jak Kozyra, M jak Manteufel, B jak Boruta. Ogień w kominku zabłysnął po raz drugi ..
„Starość nie udała się Panu Bogu !” Przyznaję rację temu kto to powiedział. Jestem tego najlepszym przykładem.
– Tamara ! Zgubiłam klucze od domu ! – spanikowana zadzwoniłam do mojej córki.
– Co ?
– To co słyszysz ! – Zgubiłam klucze od domu !
– Jak to zgubiłaś ? – Kiedy ? – Gdzie ? – Gdzie teraz jesteś ?
– Jestem w domu.
– To jakim sposobem do niego weszłaś ?
– Weszłam wczoraj wieczorem. Pamiętam, że otwierałam nimi drzwi, wniosłam zakupy, wyjęłam akumulator ze skutera i na tym kończy się moja pamięć. Nie wiem co z nimi zrobiłam. Nie leżą na swoim stałym miejscu. Jestem ubrana do wyjścia i nie mam czym zamknąć drzwi. Przeszukałam wszystkie miejsca w których mogłam je położyć.
– Uspokój się. Muszą gdzieś być. Spróbuj sobie przypomnieć co robiłaś. Będę u ciebie za jakieś dwie godziny. Myślę, że się znajdą. – i wyłączyła się.
– Obyś miała rację inaczej trzeba będzie wymienić wszystkie zamki. Żeby to zrobić potrzebna jest karta elektroniczna którą nie wiem czy mam. Nawet jak ją mam to w panującym u mnie „artystycznym nieładzie” nie wiem kiedy znajdę. Jestem uziemiona a za kilka godzin mamy długi weekend, – pomyślałam zrozpaczona. […]
Uspakajam wszystkich. Klucze się znalazły i to szybciej niż można było tego oczekiwać. Tamara, po przyjeździe do mnie rozejrzała się spokojnie po domu, następnie włożyła rękę do kieszeni mojej kurtki w której zamierzałam wyjść, wyjęła z kieszeni zagubione klucze i pytającym wzrokiem spojrzała na mnie.
– Nie pamiętam kiedy je tam włożyłam, – tłumaczyłam się.
– Jak będą powtarzały się takie sytuacje, to będziesz musiała zamieszkać z nami, – skwitowała krótko.
– Ja nie chcę, – oświadczyłam i postanowiłam „wziąć się w garść”. Zacząć robić wszystko świadomie i z rozmysłem. I co ?
Minął niecały tydzień a ja znowu mam problem. Tym razem poszukuję kartek na których, na gorąco, o godzinie czwartej rano spisałam, – prozą- sen pełen symbolu (ma związek z moimi zainteresowaniami C.G. Jungiem) i – wierszem – przeslanie tego snu. Powstało z tego opowiadanie prozatorski-poetyckie, które rano miałam dopracować. Po spisaniu opowiadania poszłam spać. Teraz intensywnie poszukuję kartek na których było ono spisane. Wyparowały jak kamfora. Zapamiętane fragmenty odtworzyłam, ale to już nie jest to, co napisałam tej nocy w emocjach.. Tytuł opowiadania : „JA i mój CIEŃ w słoneczną pogodę i pochmurny dzień”.
Z opowieści morał płynie ; Starość miewa różne twarze. Jednych kocha, innych karze. Tym, co kocha, – radość daje. Co nie kocha, – ciężko łaje. Tych co lubi, – wciąż pociesza. Co nie lubi,
– w głowie miesza.” Nie tracę nadziei, że kartki się znajdą.
)
W Domu Spokojnej Jesieni dni płynęły spokojnie, jeden podobny do drugiego. Śniadanie o ósmej, gimnastyka o dziesiątej, herbata po południu. Wszystko miało swój rytm. Tylko listów prawie nikt już nie dostawał.
Pani Teresa dawno przestała zaglądać do swojej przegródki. Pan Roman wciąż to robił, choć zawsze wracał z pustymi rękoma.
Pewnego dnia na tablicy informacyjnej pojawiła się kartka bez podpisu:
„Jesteś bardzo ważną osobą. Może zbyt rzadko to mówiono, może codzienność zagłuszyła słowa. Ale pamięć została. Wracają wspomnienia Twoich gestów, słów i obecności. Dziękuję. I tęsknię.”
Lili, nowa pielęgniarka, powiesiła list i zrobiła kilka kserokopii , nie wiedząc, do kogo był on skierowany. Ponoć zginęła koperta z adresatem.
Kserokopie rozeszły się w mgnieniu oka.
Pani Teresa ściskała kartkę cały dzień.
– Wiedziałam, że nie zapomniał – szepnęła.
Pan Roman schował list do kieszeni.
– To jego charakter pisma i jego styl… prosto z serca – mruknął.
Nikt nie pytał o autora. Każdy uwierzył, że to do niego.
W kolejnych dniach w domu zrobiło się cieplej. Ludzie częściej siadali razem, rozmawiali, otwierali się.
Wieczorem dyrektorka zapytała Lili:
– To ty napisałaś?
Lili skinęła głową.
-Dziękuję.
Tamtego wieczoru list znów był czytany w ciszy, w niemalże każdym pokoju.
A Lili przeszła korytarzem jak zawsze.
Jakby nic się nie stało.
A jednak stało się wszystko.