Bezimienna narratorka nie widzi świata poza swoim mężem – i to po trzynastu latach małżeństwa. Kocha go – tylko czy to na pewno miłość? Obserwujemy tę parę przez siedem dni, a historia co i rusz odsłania inne konteksty…
Tytuł Mój mąż przywodzi na myśl albo thriller albo romans. Debiutancka, nagradzana powieść Maud Ventury, francuskiej pisarki, właściwie nie jest ani jednym ani drugim. Nie jest to wcale opowieść o miłości, choć początek mógłby budzić takie skojarzenia:

„Jestem zakochana w moim mężu. Powinnam raczej powiedzieć: w dalszym ciągu jestem zakochana w moim mężu.
Kocham go jak w pierwszych dniach naszej znajomości, miłością młodzieńczą i anachroniczną. Kocham go, jakbym miała piętnaście lat, jakbyśmy dopiero co się poznali, jakbyśmy nie mieli żadnych zobowiązań, ani domu, ani dzieci. Kocham go tak, jakby nikt mnie nigdy nie porzucił, jakbym nie dostała żadnej nauczki, jakby to on był pierwszy, jakbym miała umrzeć w niedzielę.
Żyję w obawie, że go stracę. W każdej sekundzie lękam się, że okoliczności okażą się niesprzyjające. Zabezpieczam się przed zagrożeniami, które nie istnieją.
Moja miłość do niego nie przeszła naturalnej ewolucji: namiętność pierwszych chwil nigdy nie przerodziła się w spokojne przywiązanie. Myślę o moim mężu przez cały czas, miałabym ochotę przesyłać mu wiadomości z każdego etapu swojego dnia, wyobrażam sobie, że każdego ranka mówię mu, jak go kocham, i marzę, że kochamy się każdego wieczoru. Powstrzymuję się przed tym, bo muszę być również żoną i matką. To już nie wiek na zabawę w zakochanie. Namiętność jest niestosowna, kiedy w domu czeka dwoje dzieci, jest nie na miejscu po tylu latach spędzonych razem. Wiem, że muszę się kontrolować, żeby kochać”.
Bezimienna narratorka ma za sobą piętnaście lat związku, w tym trzynaście lat małżeństwa. Od zawsze marzyła o wielkiej, wszechogarniającej miłości. Jej mąż stał się dla niej przewodnikiem w realizacji marzeń. Co więcej, dla niej, pochodzącej ze skromnej rodziny robotniczej, bohaterki małżeństwo było awansem do zamożnej mieszczańskiej klasy średniej. Zaczęła się lepiej ubierać, zwracać uwagę na więcej spraw, nauczyła się zasad savoir-vivre’u. Stała się kobietą z klasą. Za swój główny oręż ma zjawiskową urodę (ze świadomością, że ta w końcu przeminie), ale przecież ma dobrą pracę jako nauczycielka i tłumaczka. Wydaje się jednak totalnie uzależniona od męża, choć zarazem od lat tkwi w poczuciu niestabilności („W rzeczywistości ślub nie zapewnił mi spokoju. W chwili, gdy powiedzieliśmy sobie »tak«, zdałam sobie sprawę z tego, że mój mąż zawsze może się ze mną rozwieść i ode mnie odejść”).

Siłą tej powieści jest jej niejednoznaczność. Czytając wynurzenia bohaterki, trudno zrozumieć, skąd wzięło się jej uporczywe przekonanie, że mąż tylko czeka, aby ją upokorzyć i porzucić, że jej nie kocha tak, jak ona jego. On wydaje się człowiekiem poukładanym, jedynie dość introwertycznym, a zatem niezbyt wylewnym w uczuciach. A ona? Małżeństwo w gruncie rzeczy nie satysfakcjonuje jej w wielu aspektach („Mój mąż od lat mówi na mnie »moja słodka«, a przecież mnie marzy się bycie kobietą fatalną”). A jej miłość ma w sobie coś niezdrowego – można się wręcz zastanowić, czy w ogóle jest miłością. To raczej obsesja. Bohaterka najchętniej miałaby męża tylko dla siebie („Każda nowa osoba, która wkracza w nasz świat, rozprasza jego uwagę, zabiera jakąś jego cząstkę, a mnie przeraża konieczność dzielenia się z nim. Energia, którą oddaje innym, jest dla mnie źródłem cierpienia, bo oznacza, że ja mu nie wystarczam”). Nawet ich dwójka małych dzieci staje się rodzajem zagrożenia („Od lat jestem bezsilnym, nieszczęśliwym świadkiem przemiany naszej pary w rodzinę”). Ona chce zatrzymać męża przy sobie, stylizuje przestrzeń, idzie na ustępstwa, manipuluje. Na początku powieści pada takie niepokojące zdanie: „Mój mąż nie ma już imienia, jest moim mężem, należy do mnie”. Mało tego bohaterka wymyśla system drobnych kar, gdy mąż ją rozczarowuje. Wszystko rozpisuje w starannie ukrytym zeszycie:
„Regularnie robię zapiski w tym zeszycie, aby nadać swoim przeżyciom sens. Nie jest to pamiętnik w ścisłym znaczeniu tego słowa. Niczego nie redaguję całość mieści się w jednej lub dwóch linijkach – to dosyć, aby ukazało mi się doskonale czytelne lekarstwo na moją udrękę lub gniew. Nigdy nikomu nie mówiłam o tym niecodziennym nawyku, ale pisanie dobrze mi robi”.

Właściwie fabuła kręci się wokół przewinień męża – w grze towarzyskiej nazwał ją „klementynką”, choć mógł wybrać bardziej wyrafinowany owoc. Nie ujął jej za rękę. Pozwolił sobie na banalne stwierdzenie o pogodzie, zamiast głębokiej rozmowy. Zaprzeczył, że powiedział do żony przez sen „kocham cię”. A obsesja nieuchronnego rozstania narasta – bohaterka już widzi siebie jako kobietę porzuconą, podpisującą papiery rozwodowe, zmuszoną do samotnej opieki nad dziećmi, których nie chciała.
Maud Ventura pokazuje przemoc, która jest nieoczywista i niejednostronna. Małżeństwo to dla bohaterki rodzaj ringu, na którym pary muszą walczyć – o dominację, o przetrwanie. Trudno ocenić narratorkę, francuska pisarka ucieka od najłatwiejszych rozwiązań, gotowych etykietek. Raz widzimy bohaterkę jako spełnioną zawodowo kobietę, raz jej współczujemy, bo jej emocje są autentyczne, raz postrzegamy ją, jak psychopatkę, snującą niedorzeczne wizje. Można się z niej śmiać – z tych jej obsesji. Niekiedy chciałoby się ją przytulić, a niekiedy nią potrząsnąć. Nie jest do końca ani ofiarą, ani oprawczynią. Jest inteligentna, oczytana (pojawia się tu sporo smakowitych aluzji literackich) sama ma świadomość tego, że sama mota się niby pajęczą nicią. Jak słusznie zauważa jej mąż, ona jest bardziej zakochana w miłości, w jej idei. I to jest źródłem tragizmu bohaterki.
„W miłości nigdy niczego się nie nauczyłam. Od czasów, kiedy byłam nastolatką, powtarzam ten sam schemat: kocham tak bardzo, że spalam się w ogniu swej miłości (przez analizowanie, zazdrość, wątpliwości), aż ostatecznie gasnę. Staję się surowa, smutna i nietolerancyjna. Moje kochanie rzuca ponury, przytłaczający cień. Kocham i chcę być kochana tak bardzo serio, że szybko staje się to męczące (dla mnie i dla niego). Krótko mówiąc, moja miłość nie jest synonimem szczęścia.”
A zakończenie – nie, nie będziecie się spodziewać takiego zakończenia…
Mój mąż Maud Ventury to historia, która hipnotyzuje, porywa, jest niewygodna, a jednocześnie nastawia na refleksje. To jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w tym roku. Nie przegapcie jej!
Źródło cytatów: Maud Ventura, Mój mąż, tłum. Ewa Merel, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2026.
