Lektura na weekend – Pogadamy o falbankach?

Dziś w tej cotygodniowej blogowej rubryce chciałbym przybliżyć jedną z moich książek-przyjaciółek: być może mniej znaną książkę Krystyny Siesickiej „Falbanki”. Chcecie zajrzeć ze mną do domu poetki Róży Firlej?

W „Lekturze na weekend” najczęściej recenzuję nowości wydawnicze, ale dziś chciałem przedstawić wam powieść z lat dziewięćdziesiątych. Chodzi o Falbanki Krystyny Siesickiej – ta książka otwierała trylogię „Opowieści rodzinne”.

Tytuł tej powieści jest nieoczywisty. Jak większość rodzin i rodzina Róży Firlej ma swój prywatny język. Falbanki to małe ploteczki, zabawne pogaduszki. To określenie stworzyła właśnie Róża – babcia piętnastoletniej Meli, narratorki Falbanek. Właśnie ona stanowi tu swoiste centrum rodzinnego życia. Nie jest stereotypową literacką babcią z siwymi włosami, miłą tuszą, niezmierzonymi pokładami ciepła, bezgranicznym oddaniem rodzinie. To piękna kobieta, która pisze wiersze i tworzy finezyjne abażury. Lubi się otaczać ukochanymi osobami, zwierzętami, pięknymi przedmiotami; osoba mądra, nietuzinkowa, choć zarazem apodyktyczna, miewająca swoje humory, potrzebę odseparowania się od świata (ta chęć niezależności to cecha wielu dorosłych bohaterek Siesickiej). Dla swoich dzieci i wnuków jest przede wszystkim prawdziwą przyjaciółką, a jej dom – rodzinną ostoją.

Rozpoczynają się ferie i Mela przyjeżdża do babci. Przekraczając próg babcinego domu, wchodzi w ciepły, bezpieczny świat. Siesicka opisuje go bardzo sugestywnie – skrzynię z kapciami w sieni, bawialnię o ścianach w kolorze budyniu waniliowego, szyfonierę, stary zegar, muślinowe abażury lamp, szary dywan w blade róże („Omijamy go zawsze chodząc po bawialni, bo kwiaty wyglądają jak żywe, rzucone niedbale na środek dywanu. Natomiast babcia przebiega po nim, nie zwracając uwagi na to, że depcze róże”), kominek („nie udaje kominka, jak to się zdarza, on nim jest. Bardzo często, kiedy przyjeżdżamy, przynosimy z szopki wysuszone, pachnące szczapy drewna i spędzamy wieczory w pomarańczowym świetle ognia. To moja babcia mówi: pomarańczowe ciepło. Od niej też nauczyliśmy się wszyscy określania kolorami zapachów. I ludzi”), kuchnię pełną czerwonych i pomarańczowych naczyń. Wreszcie przedstawia zwierzęta – ważnych domowników: grubą spanielkę Tutkę, leciwego wyżła Sobusia, Frania i Lulę, koty, które panicznie boją się myszy. Kto zna powieści Krystyny Siesickiej, ten wie, z jaką miłością, szacunkiem i zrozumieniem pisze ona o zwierzętach. Zobaczcie:

„Wróciliśmy do domu, poszłam na górę do sypialni, gdzie mój kot panoszył się na tapczanie. Wzięłam go na ręce, przycupnął na tylnych łapach, a ja trzymałam go pod pachami. Miałam teraz jego mordkę na wprost twarzy, przymykał ślepia i mruczał.
– Och, ty Lulusiu…
Przytuliłam go do siebie, schował głowę w zagięcie mojego łokcia, uszy płasko położył na łepku, usnął, ale mruczał ciągle i czułam w sobie jego tajemnicze drżenie”.

I kiedy czytelnik może się już zacząć cieszyć, że czeka go wspaniały, bezproblemowy pobyt w magicznym miejscu, okazuje się, że Mela przyjechała do babci w obliczu życiowego dramatu.

„- No co, Melu? – zapytała babcia. – Pogadamy o falbankach?
Spojrzałam na nią, napotkałam wzrok uważny i przenikliwy. Nie wiem skąd, ale najwyraźniej wiedziała, że tym razem nie będę chciała rozmawiać o falbankach, chociaż nikt nie mógł mojej babci powiedzieć, że jej córka Adriana wyprowadziła się z domu wczoraj po południu.
– Mamusia wyprowadziła się.
– Ach, tak. Dokąd?
– Nie wiem.
– Tatuś był przy tym?
– Był.
– I co?
– Nic.
Wstała z fotela, zbliżyła się do paleniska i ciężkim pogrzebaczem poruszyła szczapy drewna. Oświetlił ją ogień. Rude włosy babci zapłonęły, białą cerę stłumiły migotliwe blaski. Odbiły się również w jej oczach niebieskich, szeroko rozstawionych, bardzo podobnych do oczu mojej mamy. Babcia ubrana była w biały, wełniany dres, który obciskał jej szczupłą sylwetkę. Róża Firlej, wielka poetka. Do diabła, dlaczego właśnie ode mnie musiała dowiedzieć się, że jej starsza córka Adriana zostawiła swojego męża, mnie i naszego kota Lulusia, ponieważ wolała innego człowieka.
– Czy już ją osądziłaś? – zapytała nie patrząc na mnie.
– Nie.
Podniosła dłonie do twarzy i palcami przesunęła po szczytach policzków ścierając z nich łzy. Potem ściągnęła skórę w stronę skroni, jej oczy zwęziły się, patrzyła w ogień i tak stała bez słowa. Wreszcie odwróciła się w moją stronę.
– Nie masz ochoty popłakać?
Zaproponowała mi łzy jak kawałek chleba, ale ja nie miałam ochoty”.

Wkrótce dom babci Róży wypełnia się gośćmi. Rodzina chce spotkać się w kryzysie. Przyjeżdża tatuś Meli, jej wujostwo, kuzyn Pete (a razem z nim jego przyjaciel Jonasz, nieprzystępny, a jednocześnie spragniony ciepłych uczuć wychowanek domu dziecka), wreszcie zjawia się piękna Tamara – ukochana ciocia Meli, modelka. Przez następne dni wspólnie się bawią, wspominają, odbywają rozmowy ważne i mniej ważne. Mela nie wszystkie z tych rozmów – zwłaszcza między dorosłymi – słyszy. Ona sama musi sobie poradzić z rozstaniem rodziców, opuszczeniem przez matkę i nieoczekiwanym uczuciem do Jonasza, który jednak traktuje ją jak miłą koleżankę („Przytulił mnie jak mama, jak tatuś, babcia, jak ciocia Zyta i Zielony Adam. Tylko nie jak chłopak, któremu chciałam się podobać”). Jest w tej powieści sporo napięć, powodów do łez, ale też do śmiechu.

Czułem, że jestem z tą rodziną, że na czas czytania stałem się jej częścią. Że siedzę z nimi przy stole i piję kawusię (specjalna kawa przygotowywana przez babcię), gram w scrabble (ulubiona rodzinna gra). Kręciłem głową, gdy Tamara oszukiwała w pasjansie, bo tak bardzo chciała, żeby wyszedł, zaglądałem do tajemniczych notatek Róży (świetny wątek pisarski), dotykałem narzuty, którą wyszywała po śmierci męża (scena jej żałobnej rozpaczy to jedna z najmocniejszych w powieści). Przytulałem do siebie koty, głaskałem psy, patrzyłem, jak kąpie się piękna Tamara, chodziłem na spacery. W rozmowach falbanki przeplatały się z poważnymi sprawami. Potrafiłem zrozumieć więcej niż nastoletnia Mela. Byłem tam, w tym domu, w tym świecie, i długo nie chciałem wychodzić. Nie, to nie była sielanka. Dochodziło do spięć, do awantur, między bohaterami wybuchały najróżniejsze emocje, również te negatywne, padały ostre słowa, panowały przykre milczenia. Wizerunek szczęśliwej, zwariowanej, kochającej się rodziny został zakwestionowany i oni wszyscy – Mela, babcia, Zielony Adam, Pete, Zyta, Tamara – musieli się z tym zmierzyć. Siesicka nie zapomina o tym, że w domu, w rodzinie nie zawsze dzieje się dobrze. A jednak było widać, że ci ludzie się kochają – na przekór dramatom, na przekór złości, zazdrości, na przekór niezrozumieniu. Kapitalna jest scena, w której Mela zaczyna dostrzegać system zależności między członkami rodziny:

„Jesteśmy jak aktorzy w teatrze, uświadomiłam sobie, każde z nas gra swoją rolę i nawet kiedy milczymy, ta chwila też coś znaczy, bo dla każdego z nas ma jakiś dalszy ciąg. Kto pisze scenariusz?
– Co mówisz? – zapytała moja babcia. – Jaki scenariusz?
Zobaczyłam, że wszyscy patrzą na mnie, widać głośno zadałam to pytanie. Może taką miałam rolę. Tamara odpowiedziała mi z zadumą:
– Każdy pisze dla siebie, ale nikt z nas nie może uciec z tej sceny ze swoją kwestią, gramy razem. Nasze życie to sztuka pełna uzależnień…”.

Falbanki to wspaniała książka. Pełna pięknych szczegółów, wyrazistych, złożonych psychologicznie postaci uwikłanych w nieoczywiste relacje, zmuszonych do trudnych wyborów. Dramatyczna, ale zarazem zabawna, posiadająca ogromny ładunek ciepła. Może i wy zechcecie odwiedzić Różę Firlej.

Źródło cytatów: Krystyna Siesicka, Falbanki, Akapit Press, Warszawa 1995.

2 Replies to “Lektura na weekend – Pogadamy o falbankach?”

  1. K.Siesicka należała do moich ulubionych autorek w młodości. Falbanek jednak nie pamietam i chyba się skusze.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ja odkryłem Siesicką na nowo jako człowiek dorosły. A „Falbanki” bardzo polecam.

Dodaj komentarz