Lektura na weekend – Pamiętna letnia noc

Bohaterowie „Prawie wieczór, wciąż jasno” przyjaźnili się w czasach studiów i wciąż się przyjaźnią, choć nie są już tymi samymi ludźmi. Wyjeżdżają wspólnie do domku letniskowego. Nastawiają się na dobrą zabawę. Jednak będzie to przede wszystkim czas rozliczeń.

Ostatnio w ekskluzywnej Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich ukazała się bestsellerowa debiutancka powieść Linei Mai Ernst, duńskiej dziennikarki: Prawie wieczór, wciąż jasno. To pomysłowy retelling szekspirowskiego Snu nocy letniej przeniesiony w czasy – i dylematy – całkiem współczesne.

„Pigwa czuje, że wzbiera w nim radosne wyczekiwanie. Będzie im tu cudownie. Mamy przed sobą cały tydzień, mamy las, jezioro, mamy siebie. Będziemy imprezować, opalać się, nakrywać wielki stół do wspólnej kolacji, siedzieć do późnej nocy i będziemy błyskotliwi i wspaniali, taki mądry, zabawny talk show do białego rana”.

Akcja obejmuje siedem dni. W domku letniskowym mieszczącym się w środku lasu spotyka się grupka przyjaciół z czasów studiów związanych z kulturą. Stanowili paczkę. Na studiach chłonęli nowe teorie, odkrywali świat – nie tylko literatury – i siebie nawzajem. Dziś nie spotykają się tak często, mają inne obowiązki. „Wszyscy zbudowali solidne związki i solidne życie”. Esben i Karen od dawna są parą. Gry towarzyszą małe dzieci i Adam, który mniej lub bardziej ostentacyjnie odcina się od reszty towarzystwa. Sylvia zabiera ze sobą swoją partnerkę Charlie. Jest jeszcze Pigwa – transmężczyzna, wolny duch. Choć w tej opowieści nosi imię cieśli ze Snu nocy letniej to on właśnie wchodzi w rolę psotnego elfa Puka („Puka, Pana albo seksownego fauna”), który wprowadza nieco zamieszania.

Od początku widać tu pewne ścieranie się światów. Indywidualności. Przeszłości i teraźniejszości. Sylvia jest szczęśliwa w związku z Charlie, ale nie tęskni za nadaniem tej relacji solidniejszych fundamentów. Między Adamem – ukształtowanym jako wzorowy reprezentant władczych heteroseksualnych białych mężczyzn – i Pigwą tkwiącym na innym biegunie („w przeciwieństwie do Adama on jest tylko najemcą swojej płci”) rozpoczyna się swego rodzaju gra. Spotkanie w gronie przyjaciół jest też okazją do porównań, do zobaczenia własnego życia z dystansu. Refleksje bywają gorzkie, jak choćby w przypadku Gry:

„Przyjaciele, z którymi kiedyś była tak blisko, znacznie ją wyprzedzili na życiowej ścieżce. Stali się kimś innym albo stali się bardziej sobą, wciąż młodzi, ale już pojawiają się na nich sęki, już nie zależy im tak bardzo na zadowalaniu innych, dopasowywaniu się albo wyróżnianiu w jedyny słuszny sposób, jak wtedy, kiedy mieli po dwadzieścia parę lat. Wydorośleli, ich charaktery umocniły się i nabrały kantów. Stali się przebojowi. Wszyscy poza nią”

Wszystko jest skondensowane, rozgrywa się w cieniu niedopowiedzeń czy aluzji. Wiadomość o tym, że tygodniowe spotkanie przyjaciół ma zwieńczyć ślub-niespodzianka Esbena i Karen, wywołuje mnóstwo emocji. Jest to cios zwłaszcza dla Sylvii (ona zajmuje w Prawie wieczór, wciąż jasno najwięcej miejsca). Esben zajmuje szczególne miejsce w jej sercu. Jest zbliżającą i oddającą się miłością, partnerem intelektualnym, przy którym może być najlepszą wersją siebie. Zwierzali się sobie, Sylvia przyjęła rolę betareaderki na jego pisarskiej ścieżce. A tymczasem on sankcjonuje swój związek, wchodzi w te same schematy, które tak mierzą Sylvię. Dla niej to czas smutnych konstatacji:

„Sądziła, że ich wszystkich czeka inne życie, bardziej płynne. Po trzydziestce mieli być tacy sami jak po dwudziestce, tylko bogatsi i mniej zakompleksieni. Tymczasem stali się tacy sami, tylko bardziej tradycyjni, bardziej niż ich rodzice. (…). Nudny, synchroniczny taniec w parach. nikomu nie starcza wyobraźni, żeby zrobić coś innego. A przecież jeszcze pięć minut temu byliśmy bohemą, czyż nie?”.

„Z czasem każdy zaczyna żyć normalnie” – mówi Adam. Tylko czy ma rację? Tymczasem Sylvia kurczowo trzyma się przeszłości. Wtedy oni byli ciekawymi ludźmi, spierali się, motywowali intelektualnie, czytali książki, oglądali filmy, rozprawiali o prawidłach świata. Wejście w koleiny zwyczajnego życia wiele zabiera, sprawia, że trzeba się dostosować, zrobić się podobnym do innych („Postanowili między sobą uznać argument o tym, że trudno się spotkać przez pracę i dzieci. Ale praca i dzieci to również alibi, żeby w końcu pozwolić sobie na bycie nudziarzem, jakim się zawsze było. Na zaprzestanie wysiłków, aby być interesującym”). Sylvia próbuje tego uniknąć. Roztacza może odważne, a może jedynie niedorzeczne wizje funkcjonowania w niemal artystycznej komunie. Zdaje sobie jednak sprawę, że to mrzonka. Skłonna do odważnych stwierdzeń, oświadcza:

„Moglibyśmy żyć w absolutnej utopii, a zamiast tego żyjemy tak. Jedyne, co nam wolno, to wybrać samotność albo życie w parze, które niczym się nie różni od samotności. Poza tym wszyscy są niewierni, wszyscy łamią zasady. Monogamia to religia, zgodnie z którą nie da się żyć, ale nikt nie ma odwagi jej odrzucić”.

Tak jak wspomniałem Prawie wieczór, wciąż jasno to błyskotliwy retelling Snu nocy letniej. Zamiast par, mamy grupę przyjaciół, komedię omyłek, a wszystko wieńczy ślub. Ernst wyraźnie się inspiruje Szekspirem, co i rusz puszcza oko do czytelnika („Sylvia czuje przyjemny dreszcz. Ależ im się udało. Tu jest doskonale. I pachnie obłędnie. Jeśli oni – albo jakakolwiek inna para – nie rzucą się sobie w ramiona i nie zaczną się pieprzyć, to będzie marnotrawstwo najbardziej malowniczej świętojańskiej scenerii”). Zresztą aluzji literackich jest tu więcej. Nie bez przyczyny Sylvia czyta Do latarni morskiej Virginii Woolf, powieść o końcu pewnego świata (i tutaj podobnie fabuła ma znaczenie drugorzędne na rzecz rozmaitych refleksji). Pojawia się też odwołanie m.in. do Casablanki, Sylvii Plath, Tove Jansson czy Selmy Lagerlof.

To wspaniała proza. Przemyślana, psychologicznie ciekawa, literacko wysmakowana. Otwierająca na refleksję. Czy rzeczywiście jest tak, że w pewnym momencie porzucamy dawnych siebie, ideały, ambicje, idziemy na wymagane kompromisy i zaczynamy żyć „normalnie”, cokolwiek to znaczy? To pytanie na pewno będzie wam towarzyszyć przy lekturze. Polecam Prawie wieczór, wciąż jasno – to jedna z najciekawszych powieści, jakie czytałem w tym roku.

Źródło cytatów: Linea Maja Ernst, Prawie wieczór, wciąż jasno, przeł. Edyta Stępkowska, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2026.

Dodaj komentarz