W lesie – KONKURS!

Pora zaprosić was do lipcowego konkursu! Tym razem możecie wygrać znakomitą debiutancką powieść Moniki Orlińskiej, absolwentki naszych kursów: „Drzewo Adama”. Kto pojedzie z Adamem do wsi Połapy?

W kalendarzu już lipiec, więc czas na kolejny konkurs. Tym razem mamy dla was trzy egzemplarze Drzewa Adama Moniki Orlińskiej, absolwentki kursów Pasji Pisania. Ta znakomita powieść powstawała właśnie na naszych kursach. To pierwszy tom cyklu „Las”. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Axis Mundi.

Drzewo Adama to nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat. Gdy młody naukowiec Adam wraca do rodzinnej wsi Połapy na Podlasiu, trafia w sam środek historii splatającej losy kilku rodzin i odsłaniającej dramatyczne wydarzenia z czasów wojny i powojennej Polski. W cieniu lasu, pośród milczenia i ukrytych konfliktów, bohater stopniowo odkrywa fakty, które zmieniają nie tylko jego życie. Aby zrozumieć przeszłość musi najpierw porzucić swoją teraźniejszość. Więcej o tej książce pisałem w „Lekturze na weekend”.

„Las ma w sobie też coś groźnego, coś ocierającego się o lęk o Czerwonego Kapturka, który w swej naiwności odpowiada uprzejmie na pytania wilka. Coś… strasznego”

Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Napiszcie krótkie opowiadanie ze słowem-kluczem „las”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi odnosić się do konkursowej książki. Las także można rozumieć nie tylko przyrodniczo. Gdzie zaprowadzi was wena?

Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 19 lipca włącznie. Monika Orlińska wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają Drzewo Adama.

Do piór, moi drodzy! Warto!

Źródło cytatu: Monika Orlińska, Drzewo Adama, Wydawnictwo Axis Mundi, Piaseczno 2026.

25 Replies to “W lesie – KONKURS!”

  1. Magdalena Moeller says: Odpowiedz

    Gdzie chcę mieszkać? Już żyliśmy w kilku różnych krajach i miastach i nigdzie to nie było to. Nigdzie nie miałam tego poczucia po powrocie z wyjazdu, że wracam do domu. Rozumiałam, że w aktualnym mieszkaniu, też nie możemy już długo zostać, ale nie wiedziałam dokąd bym się chciała przeprowadzić. Nie umiałam tego ani wymyślić ani poczuć.
    Wieczorem w łóżku intensywnie zadawałam sobie pytanie: Gdzie chcę mieszkać? Gdzie chcę mieszkać moja dusza?
    Obudziłam się z wyraźnym obrazem ostatniej sceny przed przebudzeniem: Las! Dokładnie wiedziałam który. To był las, po którym przechadzałam się w zeszłym roku podczas krótkiego pobytu w Jesenikach. Stare pnie iglastych drzew, na dnie mech lub krzaczki jagodzin. Byłam pewna, że to odpowiedź na moje pytanie, czułam też że przebudziłam się z głębokiego snu. Zerknęłam jeszcze na zegarek, pokazywał, że wybudziałam się o 6:54 z głębokiej fazy snu. Czyli to była odpowiedź a nie jakiś kurz dnia wczorajszego, który czasem zostaje w pamięci gdy wybudzę się z REMu. Ale co to za odpowiedź? Przecież nie przeprowadzę się do lasu? Nie mogę żyć między drzewami, zamarzłabym i przemokła. W lecie bym dała radę, ale reszta roku?
    Przez cały miesiąc wracałam do tego snu i próbowałam go rozszyfrować. Bez skutku.
    Aż mnie olśniło. Przy pracy w ogrodzie teściowej, po tym jak rozmawiałam z ciocią dnia poprzedniego i opowiadała, że Iza opracowuje drzewo genealogiczne. Spokojnie sobie przycinałam lawendę. Gdzie chcę mieszkać? – pojawiło się w mojej głowie i natychmiast odpowiedź: Te drzewa to jest rodzina…! Drzewo… przecież od wieków symbolizuje rodzinę. To wszystko jedno, to nie chodzi o dokładne miejsce ani mieszkanie ani miasto, ono nie jest takie ważne. Chodzi o to czy będę między nimi. Odłożyłam sekator i sięgnęłam po telefon. Zadzwonię do Maćka … to już tyle lat, za długo odkładana rozmowa.
    To był jeden z pierwszych snów, po których zaczęłam rozumieć, że moja podświadomość mówi do mnie językiem symboli i są ważne dla niej inne rzeczy niż dla mojego rozumu.

  2. W noc Kupały na polanie, w lesie spotkały się dwa żywioły. Żywioł Ognia z Żywiołem Powietrza.
    Żywioł Ognia już tam był. Przycupnięty do ziemi, był słaby. Ledwo się tlił.
    Skrzaty, elfy i leśne duszki co grają dzieciom do poduszki, postanowiły Żywiołowi Ognia umilić życie. Zaczęły grać, a szum lasu i szmer wody, wtórowały im dla osłody.
    *
    Żywioł Powietrza w noc Kupały, na polanie pojawił się nieoczekiwanie.
    Zaczęli tańczyć ze sobą. Najpierw nieśmiało, w skupieniu, powoli.
    Z czasem żywiej, z coraz większą werwą i wprawą. Cieszyli się zabawą.
    *
    Tańczyli coraz szybciej i szybciej. Kręcili się raz w lewo, raz w prawo.
    Tańcząc zataczali coraz większe koło.
    Polana lśniła blaskiem ognia. Zrobiło się wesoło.
    *
    Żywioł Powietrza wkładał w tę zabawę całą swoją siłę.
    Żywioł Ognia rozświetlił polanę.
    Pokazał swoje piękno i moc.
    To była dla wszystkich niezapomniana, pełna magii noc.
    *
    I jak echo niesie po polanie i w lesie, Żywioł Powietrza stracił wigor i siłę.
    Żywioł Ognia pozbawiony wsparcia, stracił swój blask i moc.
    W oddali huknęła sowa.
    Skończyła się magiczna noc.
    *
    Zmęczeni uczestnicy zabawy wrócili do siebie.
    Poszli spać.
    Zapanowała cisza.
    Skrzaty, elfy i leśne duszki przestały grać.
    *
    Tylko Ogień szepce do Powietrza. Nie odchodź !
    Bez ciebie brakuje mi blasku i mocy.
    Jeżeli odejdziesz, Zgasnę !
    Zgasnę jeszcze tej nocy.
    *
    Na co Żywioł Powietrza mu odpowiada ;
    Jest taka kraina w nas. Moja wyobraźnia ją zna.
    Jak się zdecydujesz pójść ze mną.
    Zaprowadzę cię do niej, – ja.
    *
    Przyfrunę do ciebie na skrzydłach motyla.
    Zabiorę cię do krainy słońca, ciszy i zieleni.
    Tam czas się zatrzymał.
    Kolorami tęczy się mieni.
    *
    Zachwycisz się jej pięknem.
    Doświadczysz, że kochasz i jesteś kochany. Poczujesz smak miłości.
    Miłość z tobą zostanie.
    Na zawsze w sercu zagości.

  3. – Ojla, pódź nó sam!
    Lubiła, jak ją tak nazywał. Ojla to w jego dialekcie znaczyło sowa, a sowy to były jej ulubione ptaki. Jedyne, które nie miały oczu po bokach tylko obok siebie, a ich pyszczki przypominały ludzkie twarze. Szczególnie upodobała sobie puszczyki mszarne: ponure, przypominające czarno-biały sękacz oblicza. Zawsze oklapłe, jakby na wpół śpiące oczy. Puszczyki mszarne wyglądają dokładnie tak, jakby nic nie było ich w stanie zaskoczyć, jakby widziały już wszystko. Podobała jej się ta puszczykowa niezależność, nocne życie i posępna, niewzruszona aparycja. Poza tym puszczyki nie płakały, żadna sowa nie płakała i ona też chciała kiedyś przestać płakać, żeby już nigdy nikt się z niej nie śmiał.
    Dlatego gdy nazywał ją ojlą wierzyła, że to magiczne zaklęcie i jeśli nazwie ją tak sto razy, to ona kiedyś też zamieni się w sowę, wbrew temu, co głosiły kościelne opowieści o zaświatach. Potem, gdy była dorosła, zawsze mówiła na głos to, czemu chciała nadać moc sprawczą i temu, w co chciała uwierzyć.
    Przystanęli w drzwiach od piwnicy, patrząc na spowity mgłą i wieczorem las. Szmaragdowe iglice drzew dostojnie oplatało sprawiedliwe pohukiwanie i lament dwóch kotów, które najwyraźniej nie planowały na siebie wpaść. Na dźwięk tej kociej kłótni zaczęli się głośno śmiać, a potem naśladować ją po swojemu. Pola płakała, ale tym razem ze śmiechu, gdy ojciec udawał kota przyłapanego na marcowych jękach. Ledwo łapała oddech, a jednocześnie marzyła, by czas się zatrzymał, by zostali tylko oni i te dwa koty gdzieś pod lasem.

  4. Las wzywał ją od momentu, kiedy na niego spojrzała. Nie wiedziała, że okna wynajętego pospiesznie przez internet apartamentu, będą miały widok na szumiące drzewa, a nie na obiecane morze. Pomyślała: „Trudno, nie będę prosić o zmianę. Nie mam na to siły”. W końcu przyjechała tu by się zresetować i wyłączyć myślenie o tym co się wydarzyło.
    Las zapraszał ją swym szumem i tajemnicą, by wejść głębiej, zanurzyć się w jego miękkości i zapachu. Wypiła niespiesznie kawę, przyglądając się mu przez okno. Wydawał się taki spokojny i bezpieczny. Po południu wyszła więc w jego stronę. Szła powoli, jak gdyby każdy krok był wejściem do nieznanej jej krainy.
    Z każdym metrem czuła jak z jej pleców opada ciężar ostatnich dni. Każde jego ostre słowo rozpływało się w spokojnym szumie świerkowych gałęzi. Nie była już „do niczego się nie nadajesz”. W lesie była „możesz wszystko, nie musisz się niczego bać”. „Nie potrzebuję Cię już” zamieniało się w „jesteś kochana, chciana, świat nie byłby taki sam bez ciebie”. Tnące jak żyletka „nikt Cię już nigdy nie będzie chciał”, nagle zaczynało rozpływać się w kojącym cieniu sosen, a ptaki wyśpiewywały „jesteś moja, jedyna, spełnienie moich marzeń i pragnień…”
    Zatrzymała się i odetchnęła głęboko kojącym zapachem mchu. Teraz wiedziała, że las jest jej schronieniem i siłą jednocześnie. I że właśnie tutaj nabierze mocy, by tamte słowa i tamten mężczyzna nie mieli już dla niej znaczenia. Każdy oddech przepełniał ją radością, wdzięcznością, miłością i pokojem.
    A najpiękniejsze było to, że wiedziała, że zawsze może do lasu wrócić, bo od tej pory już na zawsze zamieszkał w jej sercu…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Tyle już prac! Czekam na Wasze następne!

      1. Leżały stłoczone, kłoda na kłodzie. Po drugiej stronie kanału Grodzkiego pięły się w górę stosy ich. Idąc chodnikiem wzdłuż szerokiej arterii Jana z Kolna, zobaczył je. Każdego dnia przybywało ich więcej. Chwytane i unoszone przez wielkie stalowe łapy opadały bezwładnie na swe siostry, braci… Obdarte ze skóry, obite. Resztkami sił próbowały zabliźniać swe rany. Reszta czekała w niekończących się składach wagonów. A przecież chciały tylko być. Żyć wśród innych.
        Kilka tygodni wcześniej odwiedził swe ulubione miejsce. Karsibór. To, co tam ujrzał złamało mu serce. Wielki stary buk, do którego tulił się, ilekroć przechadzał się groblą kanału Świny, leżał teraz wśród innych towarzyszy, obdarty z korony. Z licznych ran wypływała jasna maź.
        Podszedł do tego, który znał najskrytsze jego tajemnice, usiadł obok i rozpłakał się. Nie znalazł słów. Gładził jego powalony potężny pień, żegnając go jak przyjaciela. Tuż obok rozległ się jazgot piły motorowej. Po krótkiej przerwie na śniadanie, robotnicy wrócili do pracy. Zazgrzytały zęby łańcucha, kiedy wrzynał się w kolejny pień leciwego buka. Na ten dźwięk poczuł ukłucie w sercu. Czym zawiniły? – pomyślał.
        Mostem Łabudy dostał się na Wyspę Grodzką. Stamtąd dzieliło go już tak niewiele. Stanął na brzegu. Były tam. Leżały bez ruchu. Pozbawione godności. Choć wyrok już zapadł i rzeźnik zrobił swoje, nadal czekały. Chciał towarzyszyć im w ich ostatniej podróży. Być przy nich kiedy bezwładnie opadać będą na dno statku. Potem wydostaną się przez kominy. Będą wolne.
        Gdziekolwiek. Nowe, żywe istoty pną się w górę, nieświadome, że za sto lat dołączą do rodziny. Może ktoś zapłacze, kiedy będą je ścinać.

        1. Jak milo. Bardzo ladny tekst. Sama pochodze w lasnie z tych wysp (karsibor itd).

  5. Do Lasu Uważności Ola trafiła w samym środku upalnego lata, ale nie był to wyjazd na wymarzone wakacje. To centrum psychoterapii prowadzone przez Ewę Hapek-Chodacką.

    To było po wyjściu z rybnickiego szpitala psychiatrycznego. Kiedy doszła do siebie po epizodzie manii, mówiła, że przyjmowały ją bardzo empatyczne panie. Jak się później okazało, jedną z nich była doktor Anna Las – kierowniczka oddziału 18b, na który ją przewieziono.

    Rok wcześniej, w kwietniu, kiedy miała pierwszy atak psychotyczny, rodzice nie przyjęli do wiadomości, że to początek choroby. Zabrali ją ze szpitala po dziewięciu dniach, uznając, że atmosfera tam nie służy dochodzeniu do siebie. Doktor Las była przerażona tą decyzją – Ola była cały czas w psychozie, czego ani ona, ani rodzice wtedy nie rozumieli. W domu zrezygnowali z podawania leków, bo nie chciała ich brać. Nie spała, bała się, miała ciągłą potrzebę ruchu… Ten stan trwał kilka miesięcy, z czasem się stabilizując, a Ola wróciła do dawnych aktywności – do ukochanej muzyki, do pracy nad debiutancką płytą.

    W tym roku choroba zaatakowała ze zdwojoną siłą. Ale reakcja rodziców i Oli była już inna. Jej hospitalizacja trwała prawie dwa miesiące. Wszyscy wiedzieli, że musi tam zostać dla swojego i innych bezpieczeństwa. Jej stan był zmienny – po kilku dniach poprawy wracała bezsenność, a w konsekwencji atak manii.

    W końcu jej stan na tyle się ustabilizował, że mogła wyjść ze szpitala. Trafiła pod opiekę doświadczonego w leczeniu psychoz lekarza i psychoterapeutki. Remisja może trwać latami przy odpowiedniej dawce snu, ruchu i pożywienia. Ale Ola wie, że statystyki są bezwzględne: osiemdziesiąt procent chorych na schizofrenię nigdy nie wychodzi z choroby.

    (Opowiadanie oparte na autentycznej historii 25-letniej Oli – wokalistki jazzowej)

  6. Autor: Łukasz Dąbrowski
    Tytuł: „O królewnie Leonorze i klątwie”.

    Dawno, dawno temu żyła królewna, która nie przestawała lizać, gryźć i rzuć. Pomiędzy jej zębami ciągle coś było. Nie oszczędziła: lalki, łóżka, stolika, krzesła, parapetu, poręczy na schodach; dużo innych rzeczy można jeszcze wymienić, bo w zamku nie było rzeczy, na której królewna nie odcisnęłaby zębów. Ale nawet królewnie nie wolno gryźć wszystkiego.
    Nieszczęśliwego dnia królewna przegryzła szatę czarodziej, a ten zamknął w niej klątwę i zniknął.
    W nocy królewna wyjęła z buzi liść, po czym kolejny i kolejny, aż jej łóżeczko przykryła liściasta pierzyna. Płacz dziewczynki obudził cały zamek.
    Król kazał przyprowadzić czarodzieja do siebie. Ale nie było go w zamku. Kazał, więc szukać w mieście, lecz tam także go nie znaleziono. Wkrótce poszukiwano złego czarodzieja wszędzie.
    Czas poszukiwań złoczyńcy królewna spędziła w ogrodzie. Od momentu pojawienia się korzeni na stopach, lubiła moczyć je w fontannie. Z dnia na dzień, królewna coraz bardziej przypominała drzewo. Nie interesowały ją prezenty oraz słodycze, jakimi obdarowywali ją rodzice. Miała tylko jedno życzenie, chciała znaleźć się w lesie.
    Jak królewna sobie zażyczyła tak się stało. Dziewczynka, ni to drzewo, ni to dziecko, zamieszkała w Królewskiej Puszczy.
    Upłynął rok i król wyruszył by odwiedzić córkę, jednak nie dotarł na miejsce. Bo leśniczy zatrzymał orszak, ażeby ostrzec władcę. Mężczyzna mówił z przejęciem, wytrzeszczając oczy, aż białka było widać. Opowiadał o drzewie w Leśnym Pałacu, o dworzanach wymiotujących liśćmi.
    Minęła dekada, minął wiek, a do puszczy nadal wstęp wzbroniony. Tylko raz na rok, w urodziny królewny, wielki festiwal i wybór bohater. Później śmiałek idzie do puszczy odczynić klątwę i nie wraca.

    Powyższy tekst to bajka o królewnie Leonorze i klątwie. Tekst jest fragmentem (pisanej przeze mnie) powieści o tytule: „Jagoda Bajko i Serce Lasu”.

  7. Ile razy słyszała, jaką jest mądrą dziewczynką?
    Jak więc znalazła się w takiej sytuacji? Chciałaby móc powiedzieć, że została uśpiona, porwana, zwabiona podstępem, zaciągnięta siłą, że się broniła, krzyczała, gryzła i drapała, lecz jedyne, co zostało uśpione, to jej czujność. Jedyne, czemu dała się porwać, to zew natury, ale przecież pojechała na wycieczkę z tatusiem, z nim była bezpieczna.
    Trudno też mówić o zaskoczeniu, wiedziała przecież, że coś się szykuje. Mamusia od kilku dni pakowała walizki.
    Więzy zaciskają się, kiedy się szarpie. Podarła tylko ulubioną różową sukienkę, w której wyglądała, jak księżniczka. Księżniczka tatusia, aniołek mamusi… Woła rodziców najgłośniej, jak potrafi, aż zasycha jej w gardle. Odpowiada jej tylko echo.
    Las był taki piękny, gdy wysiedli z auta. Zupełnie co innego, niż park, do którego razem chodzili. Przestrzeń, zapachy, dźwięki. Pod stopami miękki mech i igliwie, zamiast ostrych kamyczków i krótko przystrzyżonych trawników.
    Teraz, gdy robi się ciemno, rześkie powietrze przepełnione tyloma nowymi zapachami wydaje się dusić. Przestrzeni ma tyle, na ile pozwala jej krótki sznurek. Igły i patyki kłują, uwierają, nie pozwalają wygodnie się położyć. Tęskni za swoją podusią. I wie, bo jest mądrą dziewczynką, co oznaczają wszystkie te złowieszcze odgłosy. Gdzieś tam w gęstwinie czają się zwierzęta, które są większe od niej.
    Ile razy chwalili ją, jaka jest grzeczna, jak dobrze wychowana?
    Próbuje sobie przypomnieć zasady, które wpajano jej od małego: nie wolno gryźć palców, ani kapci, nie wolno gryźć smyczy… Nie wolno.
    Mamusia na pewno się o nią martwi. Tatuś po nią wróci. To tylko zabawa. Jest grzeczną dziewczynką, zaczeka, ile będzie trzeba.

  8. „Tajemniczy pakunek”
    Za oknem pierwsze oznaki prawdziwej wiosny,po roztopach i wiosennych burzach natura po raz kolejny pokazała swoje piękno, gdy wszystko wokół nas okryło się zielenią inaczej mówiąc zmieniło szatę po zimie.
    W ciepły ,słoneczny, wiosenny dzień komisarz Piotr Witwicki wybrał się na przejażdżkę rowerem po lesie. Ponieważ las w dzisiejszych czasach odkrywa przed nami co raz to nowe niespodzianki dla naszych oczu ,więc nic Piotra nie powinno już zdziwić ,ani zaskoczyć to w tym wypadku było Jednak zupełnie inaczej. Jeżdżąc rowerem po lesie Piotrowi w pewnym momencie zachciało się sikać,nie zastanawiając się ani chwili podjechał rowerem w pobliskie zarośli,gdzie podczas załatwiania potrzeby jego oczom ukazała się leżąca w oddali tajemnicza reklamówka. Ponieważ w dzisiejszych czasach ludzie wyrzucają do lasu czasem rzeczy o których normalny człowiek sam by nie pomyślał to komisarz nie spodziewał się zobaczyć tego co zobaczył na własne oczy w tajemniczym leśnym pakunku przyniesionym przez kogoś w tutejsze zarośla. Udał się na miejsce gdzie porzucono tajemniczy do tej pory dla niego pakunek do którego nikt się nie zbliżał choć ludzi w lesie było jak przysłowiowych mrówek. Ktoś z tych ludzi musiał coś wiedzieć o tym co się wydarzyło,jednak żadne dyskusje podczas spacerów na łonie natury nie miały miejsca to w oczach niektórych spacerujących widać było strach i przerażenie. Piotr wziąwszy pakunek do ręki postanowił go otworzyć , i kiedy to zrobił jego oczom ukazały się kości. W tym momencie komisarz nie mógł ocenić czy są one ludzkie czy zwierzęce, ale wiedział ,że po raz kolejny przeszłość mówi mu „Dzień Dobry” i znów przyjdzie z nią stoczyć pojedynek miejmy nadzieję, że tym razem zwycięski. Jednak czy życie Piotra nie będzie w tym wypadku w pewnym momencie zagrożone ponieważ przeszłość po raz kolejny przywiodła go w to samo miejsce.

  9. Mnich siedział ze skrzyżowanymi nogami, gryząc tabliczkę czekolady. Jej smak zajmował go bardziej niż moja obecność. W końcu uraczył mnie spojrzeniem i wskazał miejsce na macie naprzeciw siebie. Zaczęłam z siebie wyrzucać słowa, zanim dobrze usiadłam.
    -Mistrzu, to mój najlepszy dzień! Medytacja minęła jak chwila. Tym razem umysł naprawdę się uspokoił. Gdy pojawiały się jakiekolwiek myśli pozwalałam im przepływać niczym chmurom na niebie. – Dojrzałam delikatny uśmiech na jego twarzy. Chyba był ze mnie zadowolony. Jeszcze tylko wisienka na torcie. Schyliłam pokornie głowę. –Mistrzu, ja poczułam Boga.
    -Bardzo dobzie. – Uśmiechnął się radośnie. – Poczuć dotyk, ok, poczuć smak, ok, poczuć Boga, nie mozieć. – Rozłożył bezradnie ręce.
    Westchnęłam. Coraz bardziej irytowało mnie ciągłe podważanie moich najgłębszych duchowych doświadczeń, i to jeszcze łamaną angielszczyzną.
    -Ale zdawało mi się, że…– Uniosłam oczy i ręce do nieba. – …że kopuła mojego wewnętrznego świata stała się przezroczysta, jakby do środka wpadło więcej światła.
    Milczał, starannie zawijając resztę czekolady w sreberko.
    – Jakbym była w lesie pełnym życia, w którym słychać trzask gałązek, szelest liści, gdzie kątem oka łapie się ruch między drzewami, lecz nie można dostrzec, co go powoduje. – Głośno przełknęłam ślinę. – Ja wiem, że to Bóg!
    Ostatnie słowa, wypowiedziane w uniesieniu, zawisły jak baloniki w przedłużającej się ciszy – przekłute pukaniem kolejnego rekolektanta. Wiedziałam, że usłyszę już tylko przesłanie na koniec spotkania:
    -Bardzo dobzie. Mało jeść dobre dla ciała, wszystko wiedzieć złe dla duszi. – Zmiął fioletowy papierek po Milce i z niekłamaną uprzejmością poprosił, bym wrzuciła go do kosza przy drzwiach.

  10. Helena trzasnęła najpierw drzwiami wejściowymi, a chwilę później drzwiami swojego pokoju. W domu zapadła cisza. Nie taka zwyczajna. Jedna z tych ciężkich, które zamiast uspokajać, wypełniają całe powietrze napięciem.

    – Hela, otwórz. Co się stało? – zza drzwi dobiegł głos mamy. Spokojny, choć można było wyczuć w nim odrobinę zniecierpliwienia.

    – Nie chcę z nikim rozmawiać. Idź sobie!

    – Kochanie, dziś są twoje piętnaste urodziny. Za pół godziny przyjedzie cała rodzina: ciocia Lucyna, babcia i kuzynki. Muszę wyjąć ciasto z piekarnika i nakryć do stołu. Powiedz mi, co się wydarzyło.

    Po chwili drzwi uchyliły się cicho. Helena siedziała na łóżku z obrażoną miną. Mocno zaciskała usta – ten grymas mama znała aż za dobrze. Torba z książkami leżała na podłodze, a zeszyty i piórnik rozsypały się po dywanie.

    – Głupia Anka.

    – Co zrobiła? Przecież to twoja najlepsza przyjaciółka.

    – Najlepsza? Przez cały dzień nie powiedziała ani słowa o moich urodzinach. Dopiero kiedy pani Sadowska poprosiła klasę, żeby zaśpiewać mi „Happy Birthday”, zrobiła się blada i zaczęła mnie przepraszać. Taka z niej przyjaciółka…

    Mama usiadła obok niej i przez chwilę milczała.

    – Powiedz mi, kto siedział z tobą całe wakacje nad matematyką? Kto codziennie odwiedzał cię, kiedy miałaś złamaną nogę? Kto pożyczył ci swoją ulubioną sukienkę na szkolny bal? Kto razem z tobą malował pokój i skręcał nowe meble?

    Helena spuściła wzrok.

    – Eva, moja przyjaciółka z Berlina zawsze powtarzała: „Den Wald vor lauter Bäumen nicht sehen”. Wiesz, co to znaczy? Czasem jedno drzewo tak bardzo zasłania nam widok, że przestajemy dostrzegać cały las. Pomyśl o tym.

  11. Pisarczyk Amator says: Odpowiedz

    Opowieść Jožina zmroziła krew w żyłach obu starców. Chciwy praski developer postanowił zbudować osiedle domków letnich na wynajem w lesie nieopodal Skalnego Miasta w Adršpachu. Wiecie – gwarantowane siedem procent zwrotu rocznie, najlepsza inwestycja, blisko natury i takie tam bajery dla ‘prażaków’ żeby zainwestowali. A że samo Skalne Miasto to rezerwat przyrody, to postanowiono, że osiedle powstanie na bagnie. Znaczy się na miejscu po bagnie, bo samo bagno trzeba będzie osuszyć. Pospolite ruszenie wszystkich czeskich i słowackich wodników, wspomagane ochotnikami z Polski i pobliskich Niemiec na niewiele się zdało. Chytry przedsiębiorca budowalny zatrudnił na czarno samych pracowników z Korei Północnej, którzy po grożeniu im gniewem Kim Dzong Una traktowali wszelkie inne strachy z przymrużeniem oka. A jak Jańcio z Pardubic chciał ich postraszyć, że ich zje, to sam nieborak skończył jako surowiec do przyrządzenia bulgogi.
    —
    – He, he, he! Żółtki spieprzały, aż im klapki z nóg pospadały! – śmiał się do rozpuku egzorcysta na wspomnienie Koreańczyków biegnących przed siebie w popłochu i krzyczących „Godzilla!”, po czym rzucił zaklęcie — Terefere świszczypały, kto był duży będzie mały!
    Mała zielona jaszczurka obrzuciła Jakuba obrażonym wzrokiem, strzepnęła z siebie paproch i prychnęła gniewnie.
    – Nie gniewaj się koleżanko – zawołał do niej Jakub – na dłuższą metę bycie Godzillą nie byłoby takie fajne. To co, po maluchu na zgodę?
    Wyciągnął z prawego gumofilca flaszeczkę bimberku zawiniętą dla ochłody w liść sałaty. Liść rzucił jaszczurce, a sam się zajął resztą Podlaskiego Pakietu Śniadaniowego. Udobruchana ex-Godzilla schwyciła listek i zaczęła się ocierać Jakubowi o nogę.
    #
    PS: Tak, tak Mistrzu. To fragment starego kawałka, który w 2020 napisałem na Twoim kursie.
    Ale wprost nie mogłem sobie odmówić tego zacytowania samego siebie. No może nie do końca zacytowania, bo tekst musiałem wypatroszyć jak babcia Jadzia koguta na niedzielę, żeby się do ‘#’ zmieścić w 1700 znaków.

  12. Cześć, przesyłam fragment niedokończonej jeszcze książki, który wydaje mi się wpisuje się w temat konkursu 🙂

    Dom Starych Drzew

    Na chwiejnych nogach zaczęłam biec. Gałęzie smagały mi twarz. Korzenie groziły upadkiem, a niskie krzaki drapały łydki do krwi. Miałam wrażenie, że gąszcz, przez który się przedzieram, staje się coraz gęstszy. Zamykał się wokół mnie. Promienie słońca z coraz większym trudem przebijały się przez listowie. Krzaki rosły, drzewa gęstniały, podłoże robiło się mokre i ciężkie. Stopy zapadały się coraz głębiej.

    To był absurd. Przecież wbiegłam tylko do parku, nie do Amazonii. Już dawno powinnam trafić na ścieżkę albo ulicę. Tymczasem wokół mnie robiło się coraz ciemniej, ciaśniej i ciszej. Żaden dźwięk nie przedostawał się przez zieloną ścianę.

    To nie był już mój park. To nie były nasze drzewa.

    Nasz park był pełen dębów, klonów i chwiejnych brzóz. Tutaj miałam wrażenie, że wbiegłam do bardzo starego lasu.

    Drzewa były wiekowe, rozłożyste i gęste. Ich powykrzywiane konary gięły się pod przeróżnymi kątami, a kora była tak sfalowana, że przypominała skórę staruszków. Przyszła mi do głowy dziwna myśl: Dom Starych Drzew.

    Wtedy krzewy wokół mnie oblekły się czerwienią. Karminowe pąki otworzyły się jak na sygnał, uwalniając dym nasion, który przykrył cały las różową mgłą. Była tak gęsta, że na chwilę straciłam z oczu drzewa, konary i cały świat.

    Potem mgła stała się lżejsza. Wirowała wokół mnie, oplatała pnie i tworzyła kręgi jak na obrazie Van Gogha. Połyskiwała czerwonymi i złocistymi drobinami, najdelikatniejszym brokatem świata.

    Nie mogłam się ruszyć. Stałam i wdychałam tę dziwną, baśniową mgłę, czekając….

  13. Następnego dnia nie kłócą się, trwają w ciszy.
    W wymarzonym domu pod lasem tkwią zamknięci w światach niewypowiedzianych pretensji. Ich spojrzenia odpychają się od siebie niczym jednoimiennie naładowane magnesy. Nie dotykają się, nie śmieją, nie rozmawiają. Są jak te drzewa za oknem, pnie z głębokimi bruzdami, mijające się gałęzie i korzenie splecione pod ziemią.
    On myśli o pracy, a ona o nim, o tym, czy mogli zachować się inaczej, tak jak zwykli robić to kiedyś. Wtedy, w małej kawalerce na Bardzkiej, w pierwszych latach małżeństwa, gdy po krótkich, ostrych spięciach, rozbijaniu w furii talerzy, rozdeptywaniu na podłodze kwiatów, wrzasku, że ona jest podła, a on jest świnią, zdzierali z siebie ubranie, żeby pieprzyć się godzinami. Potem zwykle długo leżeli, wtuleni w siebie zapominali o przyczynach sporu i o otaczającym ich świecie.
    Ale oni już wymazali z pamięci tamten czas, dojrzeli do miana małżeństwa z historią. Z przeszłością przepełnioną zdradami, kłamstwami, knuciem, udawanym bólem głowy, pracą do późna i ucieczką od wspólnych chwil.
    Więc będą trwali w milczeniu do poniedziałku, może wtorku, aż umówią się z terapeutą, który przyjmuje na Ruskiej. W starej kamienicy pod numerem pięć usiądą obok siebie na sofie, ona odsunie się od niego na bezpieczną odległość i zacznie swoją opowieść. On wtrąci się trzy albo cztery razy: coś doda, coś sprostuje. Wyrzucą swoje żale, a terapeuta znudzony, rozparty w fotelu będzie patrzył na nich przez grube, rogowe okulary. Dla formalności zada im kilka pytań, wykona jakiś test, skasuje cztery stówy i powie, że skończył się ich czas.
    Wrócą do domu rozgrzeszeni, ona wyjmie z szafki kieliszki od Rosenthala, on otworzy butelkę chardonnay, wypiją po lampce wina i jakby nic się nie stało wrócą do rozmowy sprzed kilku dni.

  14. Idę ulicą, która mąci wszelkie moje myśli i tak niezbyt zachęcające. W tym samym kierunku przyspieszają i wyprzedzają samochody. Ja coraz bardziej zwalniam. Na niebie słońce z nadmiarem oślepiającego światła. Odwracam głowę. Dzień nie przyniósł niczego znośnego, za mną krzykliwi, drętwi ludzie, zachowani w pamięci raczej od pleców niż od otwartych oczu. Żadnej łaskawej ręki. Po drugiej stronie ulicy widzę drzewa kołysane lekko w jednym rytmie. Wielka zielona ściana, za którą czekają chłód i półmrok, cisza bez przepychanki, wyścigów i dąsów.
    Wchodzę na ścieżkę między drzewami, idę po dywanie z trawy, liści, igieł, suchych gałęzi i kamieni. Lekkie szelesty, pęknięcia, śpiew ptaków. Głęboki oddech, przymknięte oczy, wewnętrzny spokój. Wysoko nade mną pierwotny parasol chroniący przed rażącym słońcem. Trzymać go nie muszę i z wiatrem nie uleci. Myśli, jakie by nie były, zupełnie milkną. Pozostało tylko to, co osłania. Rozkładam szeroko ramiona, obejmuję siebie, choć cała jestem już w objęciach lasu. Mijam drzewa, za każdym nowa droga w labiryncie pni, gałęzi i krzewów. Rozsuwam je, wdycham zapachy, wydycham uśmiech, uwolniona zmierzam. Nic się nie odgradza, nie odpyskuje, nie obraża. Nic nie wyprzedza, nie przyspiesza, nie stroi się i nie wyśmiewa. Las jest wspólnotą pojednaną, przychylną i ja do niej należę. Wzrokiem wędruję po konarach coraz wyżej, wiatr rozchyla płaty liściastego parasola, słońce zagląda przez szpary, odsłania zamaskowane dotąd barwy. Wypełnia mnie radość. Wtem cichnie wiatr, wokół półmrok i bezszelestny chłód. Szukam promieni, tęsknię za kolorami nieba. Obejmuję pień przed sobą, ale gigant się nie rozchyla.
    – Zostać z tobą? – pytam. Cisza.
    Wiatr życzliwie uchylił furtkę. Nić światła wędruje ku mnie, maluje barwy od niebieskiego, przez zieleń, żółć, pomarańcz do złotego. Tchnienie ulgi, gdzieś obok słyszę bzykanie komara. W popłochu uderzam w ramię. Za późno.
    Spoglądam na zegarek. Mam kilka spraw do załatwienia. Jeszcze wszystko możliwe, ulica jest o krok.

  15. ZGUBIENI
    Las rąk wyrasta przez oczka krat. Zaciśnięte w pięści dłonie wygrażają. Paradne: ten z piedestału z naprzeciwka, użala się nad nimi, choć trafili tu za łamanie Jego przykazań.
    Okrzyki się nasilają. Czas by ostudzić ich zapał. Na moje skinienie z wszystkich stron wnoszone są amfory i tłum zalany zostaje wrzątkiem. Wiem – wrzątek wyszedł dawno z mody, ale oni tak ładnie bulgoczą, gdy ukrop parzy ich wnętrzności.
    Komuś skóra zwinęła się w rolkę, komuś mięso odeszło od kości. W krąg słychać wrzaski i błagania o litość. O nie! Nie zazna litości kto nie znał litości!
    Dłonie ponownie wyrastają ponad kraty. Zbliźniałe, nienaturalnie powykręcane, furczą obuchami w rytm wykrzykiwanych sloganów.
    Ten z naprzeciwka klęka i wyciąga rękę ku dołowi. Koścista dłoń zaciska się na palcach i próbuje ściągnąć Go z piedestału, a gdy się opiera, spod krat wytryskuje strumień flegmy i ląduje na Jego twarzy.
    Tłum coraz głośniej skanduje, że boga nie ma, że szatan to mit, że nauka, że bla bla bla. Od wieków to samo: patrzą a nie widzą, widzą a nie wierzą.
    Jedno skinienie i dół płonie. Rozświetlone dno dna, ukazuje powykręcane ciała, puste oczodoły, wygrażające pięści i bluźniące usta. Spod krat bucha czarny dym i fetor potu, odchodów, płonących mięśni i tlących się włosów. Nawet mnie się robi niedobrze.
    Ten naprzeciwko, zakrywa usta, a przez palce wylewa się treść żołądka. Pazury dymu wydrapują oczy, ale On nie odwraca twarzy. Patrzy jak ci, których kochał bardziej ode mnie, spopielają się w bólu i odradzają ciałem, by znowu spłonąć.
    Nie bacząc na, żar ponownie próbuje kogoś wyciągnąć i nie rezygnuję nawet, gdy dostaje w twarz łajnem.
    Tyle lat, a On nadal wierzy, że im jest bliżej do Niego niż do mnie.

  16. Las od dawna chronił ją przed światem. Otulał ją swoją parującą zielenią jak miękką kołdrą. Koił złość, żal i rozpacz. Przywracał poczucie bezpieczeństwa i stonował nadmierną ekscytację.
    Pierwszy raz przyszła tutaj po śmierci mamy. Wzięła plecak, butelkę wody i kanapkę z pasztetem. Zostawiła tacie list. Napisała w nim, że już nie wróci, że chce, żeby zjadły ją niedźwiedzie i lisy. Miała jedenaście lat i tak właśnie wyobrażała sobie Las – jako złowrogą, niebezpieczną otchłań. Zaskoczyło ją to, że Las szumiał do niej dźwięki pocieszenia, kołysał liśćmi i częstował jagodami. Zagłębiła się w ten świat zajęta podziwianiem różnych odcieni zieleni, zapachów, smaków i dźwięków. Szła, aż w końcu zaczęła się żalić. Las jej nie przerywał, tylko słuchał. W pewnym momencie z jej gardła wydobył się wrzask. Kiedy ucichła, bo zabrakło jej tchu, Las nadal był niewzruszony i spokojny. Pierwszy raz od tygodni poczuła lekkość i ogromny głód. Zjadła kanapkę, popiła wodą i wróciła do domu. Taty jeszcze nie było, więc podarła list i usiadła do lekcji.
    Od tego czasu przychodziła tu często, bo emocje szarpały nią od środka wyjątkowo mocno. Każde spotkanie analizowała tygodniami. Dzisiaj też tu była. Przyszła zaraz po pracy. Po rozmowie z nową dyrektorką.
    Tylko że dzisiaj było jakoś inaczej. Las szumiał jak zwykle, ale kryło się w nim coś obcego. To coś było wielkie i wszechmocne. Pożerało ją tysiącem oczu. Strach odebrał jej oddech na kilka sekund, ale Las potrząsnął nią zimnym podmuchem wiatru. Odwróciła się i zaczęła biec. Czuła, że to coś ją goni i że na wszystko jest już strasznie za późno.

  17. Las zawsze był dla mnie tajemniczym bytem. Drzewa, dzikie zwierzęta, mchy, trawy. W szkole uczyliśmy się o piętrach lasu. Zawsze noszę w pamięci słowo „runo”. To tak ładnie brzmi. Chociaż wtedy aż tak nie interesowałam się lasem, to jednak zawsze uwielbiałam jeździć tam z rodzicami na niedzielne wypady. Były to jednak spacery po ścieżkach, nie w gęstej dziczy. Za to jesienią czasem tata zabierał mnie i dziadków na grzyby. Niekiedy padał deszcz. Ach, pamiętam jak co jakiś czas wchodziło się w pajęczynę uwitą między drzewami. Człowiek pośpiesznie się otrzepywał i zastanawiał z przerażeniem, czy pająk mu gdzieś pod ubranie nie wszedł. Jaka radość i duma były, gdy znalazło się pięknego prawdziwka lub całą masę prawdziwków, podgrzybków czy kurek. Chodziło się między drzewami, podnosiło wysoko nogi nad krzakiem czy korzeniem. Ale wtedy nie patrzyłam tak, jak teraz. Nie szukałam sarny, dzięcioła, borsuka, lisa czy innego zwierzęcia. Tylko małe organizmy z kapeluszami. Stąd las pamiętam jako wysokie drzewa, dróżki, mchy, jagody i grzyby. Jako radosne dziecięce wspomnienia z rodziną. Przerwę od szkoły i obowiązków.
    Teraz w lesie staram się dostrzegać. Widzieć przyrodę w pełni. Słyszeć odgłosy. Czasem przerażające, zwłaszcza w nocy. Zwierzęta potrafią brzmieć złowieszczo. Czy to krzyczące lisy, czy nawołujące sowy. Szczerze mówiąc, ciężko mi powiedzieć, bo nie chodziłam nocą po lesie. Ale wiem z opowieści tych, którzy tam nocowali. Ach, doświadczyć tego.
    Teraz w lesie niekiedy bywam. I jak bardzo tęsknię. Zwłaszcza kocham zimową biel. Spacer w śnieżnobiałym lesie to coś pięknego. Zdarza mi się, ale zawsze mi mało. Chciałabym mieć to na co dzień. Bardzo pomaga na głowę i uczy uważności.

  18. Marcel Szary opuścił Warszawę kilka lat po transformacji ekspresem Moskwa-Warszawa-Berlin, z osiągającego właśnie pełnoletność dworca Centralnego. Granice były już otwarte i choć pociąg nie był zatłoczony, to by znaleźć wolne miejsce, trzeba się było natrudzić. Rodacy odczuwali w tych latach gwałtowny imperatyw przedsiębiorczości. Jedni z wyboru, inni z konieczności zakładali biznesy i oferowali a to krawieckie przeróbki na poczekaniu, a to golenie, a to ksero za rogiem, a to flaki z termosu na Różycu (swoją drogą — czy Różyc jeszcze istnieje?). Łóżka polowe, na których handlowano wszystkim, były wszechobecne w miejskim pejzażu, podobnie jak kraciaste torby w pociągach z Niemiec, wypchane do granic możliwości towarem, na który ich właściciele mieli zbyt lub na niego liczyli.

    Od tamtej pory nie był w Warszawie. Owszem, odwiedzał Polskę, głównie Szczecin, bo ojciec przeniósł się do Magdy, i Wrocław, bo współpracował z tamtejszym uniwersytetem, a właściwie, by prawdę powiedzieć, głównie z jedną nadzwyczajną panią profesor Teresą Szubert. Współpraca zaowocowała przyjaźnią i dwoma artykułami, rzucającymi nowe światło na pewien zawiły problem w niemieckiej literaturze, a także przyczyniającymi się do zmian w życiu autorów.

    Dzisiaj ta sama, już całkiem zwyczajna pani profesor, czekała na peronie warszawskiego dworca Wschodniego na przyjazd Marcela pociągiem o nazwie skróconej do dwóch stolic. Była ciekawa co dawny mieszkaniec powie na widok nowej Warszawy. Nie zawiodła się.

    – A cóż to za las? I gdzie jest Pałac? – zapytał wyraźnie rozczarowany panoramą lewobrzeża.

    – Witamy w Warszawie – powiedziała Teresa, ubawiona jego reakcją. – I nie martw się, mam w tym lesie swoją polankę.

  19. – Nie wszystko w życiu musi być proste – Andrzej westchnął do siebie.

    Stał na skraju lasu wpatrując się w płot upleciony z grubych, lekko pofalowanych gałęzi. Odchylił głowę do tyłu. Kłębiaste cumulusy dreptały powoli po błękitnej tafli, częściowo zasłaniając słońce. Andrzej zmrużył oczy, by jeszcze lepiej dostrzec ich kształt. Już za dzieciaka co rusz uciekał matce na pobliskie łąki, a obserwowane niebo stanowiło jeden z niewielu niezmiennych elementów jego chaotycznego dzieciństwa. Czasami wyobrażał sobie, że leci na chmurze. Ucieka. Byleby dalej od ojca alkoholika i matki, co ani siebie ani jego obronić nie potrafiła. Teraz tekże chciałby uciec na chmurze, tam, gdzie bóg jego Halinę zabrał. Tam by chciał teraz ucieć. Samemu nie jest łatwo. Andrzej wyciągnął z kieszeni kamizelki paczkę czerwonych Chesterfieldów i wsunął do ust prosty w kształcie, jednak nie w znaczeniu papieros. Zapalił go i zaciągnął się swoim prywatnym cumulusem, który, jak miał nadzieję, przybliżał go do końca jego egzystencionalnej tułaczki.

    Gdy już miał gasić smolistego kompana, Andrzej nagle poczuł jak coś uderza go w głowę. – Co do cholery? – jęknął i dotknął prawą dłonią zraniony punkt. Rozejrzał się. Koło jego butów leżała pierwsza w tym roku upadła szyszka. W takich momentach Andrzej myślał, że może to Halina zza światów przywołuje go do porządku, tak jak zwykła to robić, gdy jego neurotyczna część dawała się we znaki. Andrzej uśmiechnął się na myśl o żonie.
    – Na naturę nie ma co się obrażać – wymamrotał pod nosem i ruszył w stronę leśniczówki aby dokończyć raport z szacunków brakarskich.

  20. Michał biegnie nocą przez las. Bieganie w ciemności przez puszczę jest tym co kocha. Czuje wolność gdy słyszy pod stopami chrzęst piasku i szum kołyszących się na wietrze liści. Nagle czuje, że coś się zmieniło. Zatrzymuje się uspokajając oddech. Las ucichł. W tej bezkresnej ciszy nieoczekiwanie dociera do niego pomruk. Coś w środku każe mu ruszyć za tym dźwiękiem. Idąc raptem między drzewami dostrzega błysk światła. Podchodzi bliżej, pomruki przybierają na sile, poświata nabiera pełniejszego blasku. Stojąc za drzewem zauważa głaz a na nim w srebrzystej poświacie księżyca dwie nagie, przepiękne istoty złączone w miłosnym akcie. Serce Michała przyspiesza, oddech staje się urywany. Wydawane przez nie namiętne pomruki, ciała dotykające się bez skrępowania oddziałują na Michała. Mężczyzna wie, że jest świadkiem czegoś niezwykłego. Wtem słyszy szept w swojej głowie. Coś w Michale przez ułamek sekundy krzyczy, żeby uciekał ale słodki, upojny głos istoty zagłusza ten krzyk. Brzmienie zdaje się rezonować w nim całym, wzywać go. Podchodzi, obie postaci zbliżają się, czuje od nich bijące ciepło. Uśmiechają się zachęcająco. Przy pierwszym dotknięciu czuje jak w jego ciele rozlewa się rozkosz. Obejmują go. Niespodziewanie obie istoty zaczynają się zmieniać. Ich ciała wykręcają się by po chwili zmienić swe oblicza. Obrzydliwe, przerażające, wstrętne. Potwory uśmiechają się złowieszczo pokazując odrażające zęby. Michał spogląda w oczy jednej z bestii i widzi, że to już koniec. Nie ucieknie, zostanie pochłonięty przez las, naturę, którą uwielbiał. Krzyk niesie się echem po całym lesie. Nagle zanika. Las na powrót przemawia, czekając na kolejnego przypadkowego wybrańca.

  21. Jedna do ust, druga do kanki. Kuca przy krzaku obwieszonym koralami jagód. Jej chude kolana, pokryte lipcową opalenizną i strupami, sterczą wśród mchu. Próbuje naśladować zwinne ruchy babci i za nic jej to nie wychodzi. Jak babcia to robi? Delikatnie odgarnia wiotką łodyżkę, a potem szybko urywa granatowe kulki, jakby kroiła jarzyny. Więc Marta tak samo: rach, ciach, ciach! Do kanki i do ust. Skórka pęka, uwalnia soczysty miąższ. Nie chowaj się, jagódko!

    – Pani Marto! Pani jeszcze tutaj? Proszę iść do domu, odpocząć.
    Otwiera oczy. Dlaczego jest tak czysto i biało? Ktoś starł całą zieleń? Ptaki nie śpiewają. Ktoś obwiązał im dzioby? Po co te szklane rurki, kable?
    – Dobrze się pani czuje? – Oczy, ciemne jak jagody, wpatrują się w nią z troską. Szpakowate włosy, przedziałek. Przecież to doktor Leśniewicz! Oblewa się rumieńcem, musiała zasnąć.
    – Rozumiem, że pani martwi się o babcię, ale pani Domańska dostała leki, śpi.

    Babcia się kurczy, przypomina lalkę. Łóżko stało się za duże. Skóra zrobiła się cienka jak jesienny liść, zaraz się ukruszy. Usta – uchylone, gotowe do opowieści. Lubiła opowiadać. Babciu, opowiedz coś! O mrówkach, jak noszą sosnowe igiełki. O dzięciole, który stuka w korę. Mówiłaś, że to leśny lekarz. Niech cię uleczy! Wydziobie zatrute tkanki!
    A pamiętasz, jak chodziłyśmy na jagody? Ty zbierałaś najszybciej i najwięcej. Nikt ci nie dorównał. Gdy się odwracałam, dosypywałaś mi do kanki. Nie potrafię zbierać jagód jak ty. Nie potrafię. Bez ciebie. Nic.
    – Panie doktorze, czy pan to widział? Poruszyła palcami! Pewnie śni, że zrywa jagody.
    – Pani Marto, proszę odpocząć!
    – Panie doktorze, proszę zapisać dla babci… las na receptę.

  22. Eryka obudził huk gwałtownie otwieranych drzwi. Do jego pokoju wpadł ojciec trzymający plecak.
    – Eryk wstawaj! Szybko, musisz uciekać!
    – Tato ale ja.. – odpowiedział zaspanym głosem.
    – Nie ma czasu. – Ojciec pomógł synowi wstać i pospiesznie go ubrał. – Musisz biec do kryjówki. Później do ciebie dołączę.
    – Tato, ale ja sam nie trafię.
    – Ćwiczyliśmy to dziesiątki razy. Poradzisz sobie.
    W tle rozlegały się coraz głośniejsze odgłosy tłuczonego szkła oraz krzyki. Ojciec wiedział, że Eryk ma coraz mniej czasu. Chwycił syna, przerzucił sobie go przez ramię i wybiegł z domu. Na zewnątrz czekał ich przerażający widok. Ich dom był ostatni, który jeszcze nie stanął w płomieniach. Zewsząd dochodziły znajome głosy sąsiadów błagających o litość, zagłuszane przez krzyki napastników. W powietrzy wisiał duszący gęsty dym. Ojciec podbiegł z synem do wąskiej leśnej ścieżki za domem.
    – Uciekaj! Świetliki cię poprowadzą! – machnął dłonią, a na ścieżce zaświeciło się dziesiątki maleńkich światełek prowadzących w głąb lasu.
    – Tato boję się! – wykrzyczał tuląc się w ojca.
    – Wiem synu – nie był w stanie powstrzymać łez – musisz być silny. Drzemie w tobie moc, której ten las potrzebuje.
    – Tato nie zostawię cię! – łzy ciekły mu po policzkach.
    Ojciec usłyszał, jak w ich domu pękają szyby. Ostatni raz przytulił syna po czym pchnął go w głąb ścieżki. Po czym wykonał szybki ruch dłonią, mrucząc coś pod nosem.
    Eryk patrzył, jak wszystkie rośliny wokół zaczynają gwałtownie piąć się ku górze i rozrastać na boki tworząc zieloną ścianę, która powoli zasłaniała wioskę i jego ojca. Ich spojrzenia się spotkały i kiedy Eryk chciał po raz ostatni coś krzyknąć, lecz w tej samej chwili las przeszył huk wystrzału ze strzelby. Przez wąską szczelinę, która jeszcze pozostała między gałęziami, zobaczył jak ciało ojca osuwa się ciężko na ziemię.
    Potem rośliny zamknęły się całkowicie. Wszystko co znał i kochał, zniknęło.

Dodaj komentarz