Pora zaprosić was do lipcowego konkursu! Tym razem możecie wygrać znakomitą debiutancką powieść Moniki Orlińskiej, absolwentki naszych kursów: „Drzewo Adama”. Kto pojedzie z Adamem do wsi Połapy?
W kalendarzu już lipiec, więc czas na kolejny konkurs. Tym razem mamy dla was trzy egzemplarze Drzewa Adama Moniki Orlińskiej, absolwentki kursów Pasji Pisania. Ta znakomita powieść powstawała właśnie na naszych kursach. To pierwszy tom cyklu „Las”. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Axis Mundi.

Drzewo Adama to nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat. Gdy młody naukowiec Adam wraca do rodzinnej wsi Połapy na Podlasiu, trafia w sam środek historii splatającej losy kilku rodzin i odsłaniającej dramatyczne wydarzenia z czasów wojny i powojennej Polski. W cieniu lasu, pośród milczenia i ukrytych konfliktów, bohater stopniowo odkrywa fakty, które zmieniają nie tylko jego życie. Aby zrozumieć przeszłość musi najpierw porzucić swoją teraźniejszość. Więcej o tej książce pisałem w „Lekturze na weekend”.
„Las ma w sobie też coś groźnego, coś ocierającego się o lęk o Czerwonego Kapturka, który w swej naiwności odpowiada uprzejmie na pytania wilka. Coś… strasznego”
Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Napiszcie krótkie opowiadanie ze słowem-kluczem „las”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi odnosić się do konkursowej książki. Las także można rozumieć nie tylko przyrodniczo. Gdzie zaprowadzi was wena?
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 19 lipca włącznie. Monika Orlińska wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają Drzewo Adama.
Do piór, moi drodzy! Warto!
Źródło cytatu: Monika Orlińska, Drzewo Adama, Wydawnictwo Axis Mundi, Piaseczno 2026.

Gdzie chcę mieszkać? Już żyliśmy w kilku różnych krajach i miastach i nigdzie to nie było to. Nigdzie nie miałam tego poczucia po powrocie z wyjazdu, że wracam do domu. Rozumiałam, że w aktualnym mieszkaniu, też nie możemy już długo zostać, ale nie wiedziałam dokąd bym się chciała przeprowadzić. Nie umiałam tego ani wymyślić ani poczuć.
Wieczorem w łóżku intensywnie zadawałam sobie pytanie: Gdzie chcę mieszkać? Gdzie chcę mieszkać moja dusza?
Obudziłam się z wyraźnym obrazem ostatniej sceny przed przebudzeniem: Las! Dokładnie wiedziałam który. To był las, po którym przechadzałam się w zeszłym roku podczas krótkiego pobytu w Jesenikach. Stare pnie iglastych drzew, na dnie mech lub krzaczki jagodzin. Byłam pewna, że to odpowiedź na moje pytanie, czułam też że przebudziłam się z głębokiego snu. Zerknęłam jeszcze na zegarek, pokazywał, że wybudziałam się o 6:54 z głębokiej fazy snu. Czyli to była odpowiedź a nie jakiś kurz dnia wczorajszego, który czasem zostaje w pamięci gdy wybudzę się z REMu. Ale co to za odpowiedź? Przecież nie przeprowadzę się do lasu? Nie mogę żyć między drzewami, zamarzłabym i przemokła. W lecie bym dała radę, ale reszta roku?
Przez cały miesiąc wracałam do tego snu i próbowałam go rozszyfrować. Bez skutku.
Aż mnie olśniło. Przy pracy w ogrodzie teściowej, po tym jak rozmawiałam z ciocią dnia poprzedniego i opowiadała, że Iza opracowuje drzewo genealogiczne. Spokojnie sobie przycinałam lawendę. Gdzie chcę mieszkać? – pojawiło się w mojej głowie i natychmiast odpowiedź: Te drzewa to jest rodzina…! Drzewo… przecież od wieków symbolizuje rodzinę. To wszystko jedno, to nie chodzi o dokładne miejsce ani mieszkanie ani miasto, ono nie jest takie ważne. Chodzi o to czy będę między nimi. Odłożyłam sekator i sięgnęłam po telefon. Zadzwonię do Maćka … to już tyle lat, za długo odkładana rozmowa.
To był jeden z pierwszych snów, po których zaczęłam rozumieć, że moja podświadomość mówi do mnie językiem symboli i są ważne dla niej inne rzeczy niż dla mojego rozumu.
W noc Kupały na polanie, w lesie spotkały się dwa żywioły. Żywioł Ognia z Żywiołem Powietrza.
Żywioł Ognia już tam był. Przycupnięty do ziemi, był słaby. Ledwo się tlił.
Skrzaty, elfy i leśne duszki co grają dzieciom do poduszki, postanowiły Żywiołowi Ognia umilić życie. Zaczęły grać, a szum lasu i szmer wody, wtórowały im dla osłody.
*
Żywioł Powietrza w noc Kupały, na polanie pojawił się nieoczekiwanie.
Zaczęli tańczyć ze sobą. Najpierw nieśmiało, w skupieniu, powoli.
Z czasem żywiej, z coraz większą werwą i wprawą. Cieszyli się zabawą.
*
Tańczyli coraz szybciej i szybciej. Kręcili się raz w lewo, raz w prawo.
Tańcząc zataczali coraz większe koło.
Polana lśniła blaskiem ognia. Zrobiło się wesoło.
*
Żywioł Powietrza wkładał w tę zabawę całą swoją siłę.
Żywioł Ognia rozświetlił polanę.
Pokazał swoje piękno i moc.
To była dla wszystkich niezapomniana, pełna magii noc.
*
I jak echo niesie po polanie i w lesie, Żywioł Powietrza stracił wigor i siłę.
Żywioł Ognia pozbawiony wsparcia, stracił swój blask i moc.
W oddali huknęła sowa.
Skończyła się magiczna noc.
*
Zmęczeni uczestnicy zabawy wrócili do siebie.
Poszli spać.
Zapanowała cisza.
Skrzaty, elfy i leśne duszki przestały grać.
*
Tylko Ogień szepce do Powietrza. Nie odchodź !
Bez ciebie brakuje mi blasku i mocy.
Jeżeli odejdziesz, Zgasnę !
Zgasnę jeszcze tej nocy.
*
Na co Żywioł Powietrza mu odpowiada ;
Jest taka kraina w nas. Moja wyobraźnia ją zna.
Jak się zdecydujesz pójść ze mną.
Zaprowadzę cię do niej, – ja.
*
Przyfrunę do ciebie na skrzydłach motyla.
Zabiorę cię do krainy słońca, ciszy i zieleni.
Tam czas się zatrzymał.
Kolorami tęczy się mieni.
*
Zachwycisz się jej pięknem.
Doświadczysz, że kochasz i jesteś kochany. Poczujesz smak miłości.
Miłość z tobą zostanie.
Na zawsze w sercu zagości.
– Ojla, pódź nó sam!
Lubiła, jak ją tak nazywał. Ojla to w jego dialekcie znaczyło sowa, a sowy to były jej ulubione ptaki. Jedyne, które nie miały oczu po bokach tylko obok siebie, a ich pyszczki przypominały ludzkie twarze. Szczególnie upodobała sobie puszczyki mszarne: ponure, przypominające czarno-biały sękacz oblicza. Zawsze oklapłe, jakby na wpół śpiące oczy. Puszczyki mszarne wyglądają dokładnie tak, jakby nic nie było ich w stanie zaskoczyć, jakby widziały już wszystko. Podobała jej się ta puszczykowa niezależność, nocne życie i posępna, niewzruszona aparycja. Poza tym puszczyki nie płakały, żadna sowa nie płakała i ona też chciała kiedyś przestać płakać, żeby już nigdy nikt się z niej nie śmiał.
Dlatego gdy nazywał ją ojlą wierzyła, że to magiczne zaklęcie i jeśli nazwie ją tak sto razy, to ona kiedyś też zamieni się w sowę, wbrew temu, co głosiły kościelne opowieści o zaświatach. Potem, gdy była dorosła, zawsze mówiła na głos to, czemu chciała nadać moc sprawczą i temu, w co chciała uwierzyć.
Przystanęli w drzwiach od piwnicy, patrząc na spowity mgłą i wieczorem las. Szmaragdowe iglice drzew dostojnie oplatało sprawiedliwe pohukiwanie i lament dwóch kotów, które najwyraźniej nie planowały na siebie wpaść. Na dźwięk tej kociej kłótni zaczęli się głośno śmiać, a potem naśladować ją po swojemu. Pola płakała, ale tym razem ze śmiechu, gdy ojciec udawał kota przyłapanego na marcowych jękach. Ledwo łapała oddech, a jednocześnie marzyła, by czas się zatrzymał, by zostali tylko oni i te dwa koty gdzieś pod lasem.
Las wzywał ją od momentu, kiedy na niego spojrzała. Nie wiedziała, że okna wynajętego pospiesznie przez internet apartamentu, będą miały widok na szumiące drzewa, a nie na obiecane morze. Pomyślała: „Trudno, nie będę prosić o zmianę. Nie mam na to siły”. W końcu przyjechała tu by się zresetować i wyłączyć myślenie o tym co się wydarzyło.
Las zapraszał ją swym szumem i tajemnicą, by wejść głębiej, zanurzyć się w jego miękkości i zapachu. Wypiła niespiesznie kawę, przyglądając się mu przez okno. Wydawał się taki spokojny i bezpieczny. Po południu wyszła więc w jego stronę. Szła powoli, jak gdyby każdy krok był wejściem do nieznanej jej krainy.
Z każdym metrem czuła jak z jej pleców opada ciężar ostatnich dni. Każde jego ostre słowo rozpływało się w spokojnym szumie świerkowych gałęzi. Nie była już „do niczego się nie nadajesz”. W lesie była „możesz wszystko, nie musisz się niczego bać”. „Nie potrzebuję Cię już” zamieniało się w „jesteś kochana, chciana, świat nie byłby taki sam bez ciebie”. Tnące jak żyletka „nikt Cię już nigdy nie będzie chciał”, nagle zaczynało rozpływać się w kojącym cieniu sosen, a ptaki wyśpiewywały „jesteś moja, jedyna, spełnienie moich marzeń i pragnień…”
Zatrzymała się i odetchnęła głęboko kojącym zapachem mchu. Teraz wiedziała, że las jest jej schronieniem i siłą jednocześnie. I że właśnie tutaj nabierze mocy, by tamte słowa i tamten mężczyzna nie mieli już dla niej znaczenia. Każdy oddech przepełniał ją radością, wdzięcznością, miłością i pokojem.
A najpiękniejsze było to, że wiedziała, że zawsze może do lasu wrócić, bo od tej pory już na zawsze zamieszkał w jej sercu…
Tyle już prac! Czekam na Wasze następne!
Leżały stłoczone, kłoda na kłodzie. Po drugiej stronie kanału Grodzkiego pięły się w górę stosy ich. Idąc chodnikiem wzdłuż szerokiej arterii Jana z Kolna, zobaczył je. Każdego dnia przybywało ich więcej. Chwytane i unoszone przez wielkie stalowe łapy opadały bezwładnie na swe siostry, braci… Obdarte ze skóry, obite. Resztkami sił próbowały zabliźniać swe rany. Reszta czekała w niekończących się składach wagonów. A przecież chciały tylko być. Żyć wśród innych.
Kilka tygodni wcześniej odwiedził swe ulubione miejsce. Karsibór. To, co tam ujrzał złamało mu serce. Wielki stary buk, do którego tulił się, ilekroć przechadzał się groblą kanału Świny, leżał teraz wśród innych towarzyszy, obdarty z korony. Z licznych ran wypływała jasna maź.
Podszedł do tego, który znał najskrytsze jego tajemnice, usiadł obok i rozpłakał się. Nie znalazł słów. Gładził jego powalony potężny pień, żegnając go jak przyjaciela. Tuż obok rozległ się jazgot piły motorowej. Po krótkiej przerwie na śniadanie, robotnicy wrócili do pracy. Zazgrzytały zęby łańcucha, kiedy wrzynał się w kolejny pień leciwego buka. Na ten dźwięk poczuł ukłucie w sercu. Czym zawiniły? – pomyślał.
Mostem Łabudy dostał się na Wyspę Grodzką. Stamtąd dzieliło go już tak niewiele. Stanął na brzegu. Były tam. Leżały bez ruchu. Pozbawione godności. Choć wyrok już zapadł i rzeźnik zrobił swoje, nadal czekały. Chciał towarzyszyć im w ich ostatniej podróży. Być przy nich kiedy bezwładnie opadać będą na dno statku. Potem wydostaną się przez kominy. Będą wolne.
Gdziekolwiek. Nowe, żywe istoty pną się w górę, nieświadome, że za sto lat dołączą do rodziny. Może ktoś zapłacze, kiedy będą je ścinać.
Do Lasu Uważności Ola trafiła w samym środku upalnego lata, ale nie był to wyjazd na wymarzone wakacje. To centrum psychoterapii prowadzone przez Ewę Hapek-Chodacką.
To było po wyjściu z rybnickiego szpitala psychiatrycznego. Kiedy doszła do siebie po epizodzie manii, mówiła, że przyjmowały ją bardzo empatyczne panie. Jak się później okazało, jedną z nich była doktor Anna Las – kierowniczka oddziału 18b, na który ją przewieziono.
Rok wcześniej, w kwietniu, kiedy miała pierwszy atak psychotyczny, rodzice nie przyjęli do wiadomości, że to początek choroby. Zabrali ją ze szpitala po dziewięciu dniach, uznając, że atmosfera tam nie służy dochodzeniu do siebie. Doktor Las była przerażona tą decyzją – Ola była cały czas w psychozie, czego ani ona, ani rodzice wtedy nie rozumieli. W domu zrezygnowali z podawania leków, bo nie chciała ich brać. Nie spała, bała się, miała ciągłą potrzebę ruchu… Ten stan trwał kilka miesięcy, z czasem się stabilizując, a Ola wróciła do dawnych aktywności – do ukochanej muzyki, do pracy nad debiutancką płytą.
W tym roku choroba zaatakowała ze zdwojoną siłą. Ale reakcja rodziców i Oli była już inna. Jej hospitalizacja trwała prawie dwa miesiące. Wszyscy wiedzieli, że musi tam zostać dla swojego i innych bezpieczeństwa. Jej stan był zmienny – po kilku dniach poprawy wracała bezsenność, a w konsekwencji atak manii.
W końcu jej stan na tyle się ustabilizował, że mogła wyjść ze szpitala. Trafiła pod opiekę doświadczonego w leczeniu psychoz lekarza i psychoterapeutki. Remisja może trwać latami przy odpowiedniej dawce snu, ruchu i pożywienia. Ale Ola wie, że statystyki są bezwzględne: osiemdziesiąt procent chorych na schizofrenię nigdy nie wychodzi z choroby.
(Opowiadanie oparte na autentycznej historii 25-letniej Oli – wokalistki jazzowej)
Autor: Łukasz Dąbrowski
Tytuł: „O królewnie Leonorze i klątwie”.
Dawno, dawno temu żyła królewna, która nie przestawała lizać, gryźć i rzuć. Pomiędzy jej zębami ciągle coś było. Nie oszczędziła: lalki, łóżka, stolika, krzesła, parapetu, poręczy na schodach; dużo innych rzeczy można jeszcze wymienić, bo w zamku nie było rzeczy, na której królewna nie odcisnęłaby zębów. Ale nawet królewnie nie wolno gryźć wszystkiego.
Nieszczęśliwego dnia królewna przegryzła szatę czarodziej, a ten zamknął w niej klątwę i zniknął.
W nocy królewna wyjęła z buzi liść, po czym kolejny i kolejny, aż jej łóżeczko przykryła liściasta pierzyna. Płacz dziewczynki obudził cały zamek.
Król kazał przyprowadzić czarodzieja do siebie. Ale nie było go w zamku. Kazał, więc szukać w mieście, lecz tam także go nie znaleziono. Wkrótce poszukiwano złego czarodzieja wszędzie.
Czas poszukiwań złoczyńcy królewna spędziła w ogrodzie. Od momentu pojawienia się korzeni na stopach, lubiła moczyć je w fontannie. Z dnia na dzień, królewna coraz bardziej przypominała drzewo. Nie interesowały ją prezenty oraz słodycze, jakimi obdarowywali ją rodzice. Miała tylko jedno życzenie, chciała znaleźć się w lesie.
Jak królewna sobie zażyczyła tak się stało. Dziewczynka, ni to drzewo, ni to dziecko, zamieszkała w Królewskiej Puszczy.
Upłynął rok i król wyruszył by odwiedzić córkę, jednak nie dotarł na miejsce. Bo leśniczy zatrzymał orszak, ażeby ostrzec władcę. Mężczyzna mówił z przejęciem, wytrzeszczając oczy, aż białka było widać. Opowiadał o drzewie w Leśnym Pałacu, o dworzanach wymiotujących liśćmi.
Minęła dekada, minął wiek, a do puszczy nadal wstęp wzbroniony. Tylko raz na rok, w urodziny królewny, wielki festiwal i wybór bohater. Później śmiałek idzie do puszczy odczynić klątwę i nie wraca.
Powyższy tekst to bajka o królewnie Leonorze i klątwie. Tekst jest fragmentem (pisanej przeze mnie) powieści o tytule: „Jagoda Bajko i Serce Lasu”.
Ile razy słyszała, jaką jest mądrą dziewczynką?
Jak więc znalazła się w takiej sytuacji? Chciałaby móc powiedzieć, że została uśpiona, porwana, zwabiona podstępem, zaciągnięta siłą, że się broniła, krzyczała, gryzła i drapała, lecz jedyne, co zostało uśpione, to jej czujność. Jedyne, czemu dała się porwać, to zew natury, ale przecież pojechała na wycieczkę z tatusiem, z nim była bezpieczna.
Trudno też mówić o zaskoczeniu, wiedziała przecież, że coś się szykuje. Mamusia od kilku dni pakowała walizki.
Więzy zaciskają się, kiedy się szarpie. Podarła tylko ulubioną różową sukienkę, w której wyglądała, jak księżniczka. Księżniczka tatusia, aniołek mamusi… Woła rodziców najgłośniej, jak potrafi, aż zasycha jej w gardle. Odpowiada jej tylko echo.
Las był taki piękny, gdy wysiedli z auta. Zupełnie co innego, niż park, do którego razem chodzili. Przestrzeń, zapachy, dźwięki. Pod stopami miękki mech i igliwie, zamiast ostrych kamyczków i krótko przystrzyżonych trawników.
Teraz, gdy robi się ciemno, rześkie powietrze przepełnione tyloma nowymi zapachami wydaje się dusić. Przestrzeni ma tyle, na ile pozwala jej krótki sznurek. Igły i patyki kłują, uwierają, nie pozwalają wygodnie się położyć. Tęskni za swoją podusią. I wie, bo jest mądrą dziewczynką, co oznaczają wszystkie te złowieszcze odgłosy. Gdzieś tam w gęstwinie czają się zwierzęta, które są większe od niej.
Ile razy chwalili ją, jaka jest grzeczna, jak dobrze wychowana?
Próbuje sobie przypomnieć zasady, które wpajano jej od małego: nie wolno gryźć palców, ani kapci, nie wolno gryźć smyczy… Nie wolno.
Mamusia na pewno się o nią martwi. Tatuś po nią wróci. To tylko zabawa. Jest grzeczną dziewczynką, zaczeka, ile będzie trzeba.
„Tajemniczy pakunek”
Za oknem pierwsze oznaki prawdziwej wiosny,po roztopach i wiosennych burzach natura po raz kolejny pokazała swoje piękno, gdy wszystko wokół nas okryło się zielenią inaczej mówiąc zmieniło szatę po zimie.
W ciepły ,słoneczny, wiosenny dzień komisarz Piotr Witwicki wybrał się na przejażdżkę rowerem po lesie. Ponieważ las w dzisiejszych czasach odkrywa przed nami co raz to nowe niespodzianki dla naszych oczu ,więc nic Piotra nie powinno już zdziwić ,ani zaskoczyć to w tym wypadku było Jednak zupełnie inaczej. Jeżdżąc rowerem po lesie Piotrowi w pewnym momencie zachciało się sikać,nie zastanawiając się ani chwili podjechał rowerem w pobliskie zarośli,gdzie podczas załatwiania potrzeby jego oczom ukazała się leżąca w oddali tajemnicza reklamówka. Ponieważ w dzisiejszych czasach ludzie wyrzucają do lasu czasem rzeczy o których normalny człowiek sam by nie pomyślał to komisarz nie spodziewał się zobaczyć tego co zobaczył na własne oczy w tajemniczym leśnym pakunku przyniesionym przez kogoś w tutejsze zarośla. Udał się na miejsce gdzie porzucono tajemniczy do tej pory dla niego pakunek do którego nikt się nie zbliżał choć ludzi w lesie było jak przysłowiowych mrówek. Ktoś z tych ludzi musiał coś wiedzieć o tym co się wydarzyło,jednak żadne dyskusje podczas spacerów na łonie natury nie miały miejsca to w oczach niektórych spacerujących widać było strach i przerażenie. Piotr wziąwszy pakunek do ręki postanowił go otworzyć , i kiedy to zrobił jego oczom ukazały się kości. W tym momencie komisarz nie mógł ocenić czy są one ludzkie czy zwierzęce, ale wiedział ,że po raz kolejny przeszłość mówi mu „Dzień Dobry” i znów przyjdzie z nią stoczyć pojedynek miejmy nadzieję, że tym razem zwycięski. Jednak czy życie Piotra nie będzie w tym wypadku w pewnym momencie zagrożone ponieważ przeszłość po raz kolejny przywiodła go w to samo miejsce.