Zakończył się już lipcowy konkurs, w ramach którego mogliście wygrać „Drzewo Adama”, pierwszą powieść Moniki Orlińskiej, absolwentki naszych kursów. Przyszło mnóstwo wspaniałych prac. Kto stanie na podium?
Niby trwają wakacje, a nie odkładacie piór! Przesłaliście mnóstwo prac na lipcowy konkurs, w którym można było wygrać Drzewo Adama, powieściowy debiut Moniki Orlińskiej. Wspaniale, że tyle z was podjęło to pisarskie wyzwanie! Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Axis Mundi. Monika Orlińska zdecydowała się wyróżnić cztery osoby:
I miejsce – Joanna
II miejsce – Emi
III miejsce ex aequo – Dorota i Pisarczyk Amator.
Oddaję głos Monice Orlińskiej:
„Wspaniałe prace przygotowaliście! Gratuluję, to mnóstwo ciekawych tekstów, prawdziwa przyjemność czytania. I jaka różnorodność, od traumatycznej psychologii, a nawet problemów psychiatrycznych, przez ekologię, ochronę drzew, obronę niewinnych, wspomnienia i refleksje, przez magię, baśnie i bajki, aż po piekło, niebo i rzeczy ostateczne, a nawet poezję. Okazuje się, że las to niewyczerpane źródło idei: można na tyle sposobów pisać i pisać i pisać, a on ciągle inspiruje. Bardzo się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tym konkursie w tak zacnej roli. To była przyjemność i zaszczyt czytać Wasze prace. I tak jak sądziłam, bardzo trudno było mi dokonać wyboru, bo wszystkie teksty miały mi wiele do opowiedzenia. Gratuluję jeszcze raz, a zwycięzcom życzę miłej lektury „Drzewa Adama” – pierwszej części trylogii »Las«”.
Wszystkie prace konkursowe znajdziecie tutaj. A oto te nagrodzone:

Joanna zaproponowała taką historię:
– Ojla, pódź nó sam!
Lubiła, jak ją tak nazywał. Ojla to w jego dialekcie znaczyło sowa, a sowy to były jej ulubione ptaki. Jedyne, które nie miały oczu po bokach tylko obok siebie, a ich pyszczki przypominały ludzkie twarze. Szczególnie upodobała sobie puszczyki mszarne: ponure, przypominające czarno-biały sękacz oblicza. Zawsze oklapłe, jakby na wpół śpiące oczy. Puszczyki mszarne wyglądają dokładnie tak, jakby nic nie było ich w stanie zaskoczyć, jakby widziały już wszystko. Podobała jej się ta puszczykowa niezależność, nocne życie i posępna, niewzruszona aparycja. Poza tym puszczyki nie płakały, żadna sowa nie płakała i ona też chciała kiedyś przestać płakać, żeby już nigdy nikt się z niej nie śmiał.
Dlatego gdy nazywał ją ojlą wierzyła, że to magiczne zaklęcie i jeśli nazwie ją tak sto razy, to ona kiedyś też zamieni się w sowę, wbrew temu, co głosiły kościelne opowieści o zaświatach. Potem, gdy była dorosła, zawsze mówiła na głos to, czemu chciała nadać moc sprawczą i temu, w co chciała uwierzyć.
Przystanęli w drzwiach od piwnicy, patrząc na spowity mgłą i wieczorem las. Szmaragdowe iglice drzew dostojnie oplatało sprawiedliwe pohukiwanie i lament dwóch kotów, które najwyraźniej nie planowały na siebie wpaść. Na dźwięk tej kociej kłótni zaczęli się głośno śmiać, a potem naśladować ją po swojemu. Pola płakała, ale tym razem ze śmiechu, gdy ojciec udawał kota przyłapanego na marcowych jękach. Ledwo łapała oddech, a jednocześnie marzyła, by czas się zatrzymał, by zostali tylko oni i te dwa koty gdzieś pod lasem.

A taką opowieść nadesłała Emi:
Jedna do ust, druga do kanki. Kuca przy krzaku obwieszonym koralami jagód. Jej chude kolana, pokryte lipcową opalenizną i strupami, sterczą wśród mchu. Próbuje naśladować zwinne ruchy babci i za nic jej to nie wychodzi. Jak babcia to robi? Delikatnie odgarnia wiotką łodyżkę, a potem szybko urywa granatowe kulki, jakby kroiła jarzyny. Więc Marta tak samo: rach, ciach, ciach! Do kanki i do ust. Skórka pęka, uwalnia soczysty miąższ. Nie chowaj się, jagódko!
– Pani Marto! Pani jeszcze tutaj? Proszę iść do domu, odpocząć.
Otwiera oczy. Dlaczego jest tak czysto i biało? Ktoś starł całą zieleń? Ptaki nie śpiewają. Ktoś obwiązał im dzioby? Po co te szklane rurki, kable?
– Dobrze się pani czuje? – Oczy, ciemne jak jagody, wpatrują się w nią z troską. Szpakowate włosy, przedziałek. Przecież to doktor Leśniewicz! Oblewa się rumieńcem, musiała zasnąć.
– Rozumiem, że pani martwi się o babcię, ale pani Domańska dostała leki, śpi.
Babcia się kurczy, przypomina lalkę. Łóżko stało się za duże. Skóra zrobiła się cienka jak jesienny liść, zaraz się ukruszy. Usta – uchylone, gotowe do opowieści. Lubiła opowiadać. Babciu, opowiedz coś! O mrówkach, jak noszą sosnowe igiełki. O dzięciole, który stuka w korę. Mówiłaś, że to leśny lekarz. Niech cię uleczy! Wydziobie zatrute tkanki!
A pamiętasz, jak chodziłyśmy na jagody? Ty zbierałaś najszybciej i najwięcej. Nikt ci nie dorównał. Gdy się odwracałam, dosypywałaś mi do kanki. Nie potrafię zbierać jagód jak ty. Nie potrafię. Bez ciebie. Nic.
– Panie doktorze, czy pan to widział? Poruszyła palcami! Pewnie śni, że zrywa jagody.
– Pani Marto, proszę odpocząć!
– Panie doktorze, proszę zapisać dla babci… las na receptę.
Oto tekst Doroty:

Następnego dnia nie kłócą się, trwają w ciszy.
W wymarzonym domu pod lasem tkwią zamknięci w światach niewypowiedzianych pretensji. Ich spojrzenia odpychają się od siebie niczym jednoimiennie naładowane magnesy. Nie dotykają się, nie śmieją, nie rozmawiają. Są jak te drzewa za oknem, pnie z głębokimi bruzdami, mijające się gałęzie i korzenie splecione pod ziemią.
On myśli o pracy, a ona o nim, o tym, czy mogli zachować się inaczej, tak jak zwykli robić to kiedyś. Wtedy, w małej kawalerce na Bardzkiej, w pierwszych latach małżeństwa, gdy po krótkich, ostrych spięciach, rozbijaniu w furii talerzy, rozdeptywaniu na podłodze kwiatów, wrzasku, że ona jest podła, a on jest świnią, zdzierali z siebie ubranie, żeby pieprzyć się godzinami. Potem zwykle długo leżeli, wtuleni w siebie zapominali o przyczynach sporu i o otaczającym ich świecie.
Ale oni już wymazali z pamięci tamten czas, dojrzeli do miana małżeństwa z historią. Z przeszłością przepełnioną zdradami, kłamstwami, knuciem, udawanym bólem głowy, pracą do późna i ucieczką od wspólnych chwil.
Więc będą trwali w milczeniu do poniedziałku, może wtorku, aż umówią się z terapeutą, który przyjmuje na Ruskiej. W starej kamienicy pod numerem pięć usiądą obok siebie na sofie, ona odsunie się od niego na bezpieczną odległość i zacznie swoją opowieść. On wtrąci się trzy albo cztery razy: coś doda, coś sprostuje. Wyrzucą swoje żale, a terapeuta znudzony, rozparty w fotelu będzie patrzył na nich przez grube, rogowe okulary. Dla formalności zada im kilka pytań, wykona jakiś test, skasuje cztery stówy i powie, że skończył się ich czas.
Wrócą do domu rozgrzeszeni, ona wyjmie z szafki kieliszki od Rosenthala, on otworzy butelkę chardonnay, wypiją po lampce wina i jakby nic się nie stało wrócą do rozmowy sprzed kilku dni.
A taki tekst zaproponował Pisarczyk Amator

Opowieść Jožina zmroziła krew w żyłach obu starców. Chciwy praski developer postanowił zbudować osiedle domków letnich na wynajem w lesie nieopodal Skalnego Miasta w Adršpachu. Wiecie – gwarantowane siedem procent zwrotu rocznie, najlepsza inwestycja, blisko natury i takie tam bajery dla ‘prażaków’ żeby zainwestowali. A że samo Skalne Miasto to rezerwat przyrody, to postanowiono, że osiedle powstanie na bagnie. Znaczy się na miejscu po bagnie, bo samo bagno trzeba będzie osuszyć. Pospolite ruszenie wszystkich czeskich i słowackich wodników, wspomagane ochotnikami z Polski i pobliskich Niemiec na niewiele się zdało. Chytry przedsiębiorca budowalny zatrudnił na czarno samych pracowników z Korei Północnej, którzy po grożeniu im gniewem Kim Dzong Una traktowali wszelkie inne strachy z przymrużeniem oka. A jak Jańcio z Pardubic chciał ich postraszyć, że ich zje, to sam nieborak skończył jako surowiec do przyrządzenia bulgogi.
—
– He, he, he! Żółtki spieprzały, aż im klapki z nóg pospadały! – śmiał się do rozpuku egzorcysta na wspomnienie Koreańczyków biegnących przed siebie w popłochu i krzyczących „Godzilla!”, po czym rzucił zaklęcie — Terefere świszczypały, kto był duży będzie mały!
Mała zielona jaszczurka obrzuciła Jakuba obrażonym wzrokiem, strzepnęła z siebie paproch i prychnęła gniewnie.
– Nie gniewaj się koleżanko – zawołał do niej Jakub – na dłuższą metę bycie Godzillą nie byłoby takie fajne. To co, po maluchu na zgodę?
Wyciągnął z prawego gumofilca flaszeczkę bimberku zawiniętą dla ochłody w liść sałaty. Liść rzucił jaszczurce, a sam się zajął resztą Podlaskiego Pakietu Śniadaniowego. Udobruchana ex-Godzilla schwyciła listek i zaczęła się ocierać Jakubowi o nogę.
Serdecznie gratuluję wszystkim laureatom i dziękuję wszystkim uczestnikom. Nie odkładajcie piór – w sierpniu zaproszę was do kolejnego konkursu z wielką nagrodą!
Źródło cytatów: https://blog.pasjapisania.pl/2026/07/05/monika-orlinska-drzewo-adama-konkurs/

Gratuluję zwycięzcom. Czyli wszystkim którzy się zdecydowali wysłać tekst 😉
I dziękuję za wyróżnienie. Najbardziej cieszy, ze tekst nawet po „wypatroszeniu” jakoś się obronił.
Ale pewnie to przez nawiązanie do świętego Graala tradycji podlaskiej (Podlaski Pakiet Śniadaniowy), nawet jeśli wprost nie wspomniałem Ducha Puszczy, pogwizdujących radośnie instalacji z bimbrowni ukrytych w środku lasu i drinku na bazie butwicy.
I ja pięknie dziękuję!
Bardzo się cieszę na spotkanie z mieszkańcami Połap.
Wiem, że to jest epicka powieść, po prostu znakomita!
I również gratuluję Wam wspaniałych tekstów!
Całkowicie zgadzam się z Pisarczykiem – zwycięzcą jest każdy, kto napisał i wysłał pracę.
I tak, w LESIE wszystko może się zdarzyć, ale czasem właśnie takie bogactwo działa blokująco, bo ciężko zdecydować się na rodzaj historii. 😉
Kasiu, a Twoje opowiadanie jest tak życiowe, że aż prosi się o publikację! Właśnie teraz, latem. Niech uwrażliwia i zapobiega kolejnym tragediom.