Pora zaprosić was do sierpniowego konkursu. Tym razem przygotowaliśmy coś dla miłośników fantasy. Możecie wygrać oba tomy cyklu „Głos ponad mrokiem” Joanny Stogi, absolwentki naszych kursów – a to przy okazji premiery jej najnowszej powieści „Pani Łez”.
Sierpień za pasem, a zatem przyszedł czas na nowy konkurs – do tego wyjątkowy, bo z podwójną nagrodą. Możecie wygrać oba tomy cyklu „Głos ponad mrokiem” Joanny Stogi (czyli Piasek i dym oraz Pani Łez – ten tom niedawno miał swoją premierę), absolwentki kursów Pasji Pisania z dedykacją i autografem autorki!

A o czym traktuje Pani Łez? Po wydarzeniach Święta Przesilenia sytuacja Miny, Yolandy i Karisty zmienia się bezpowrotnie. Jedna jest skazana na wygnanie, druga musi się ukryć, a trzecia wziąć pod opiekę te, które mogą zdemaskować nie tylko ją samą, ale też tą, którą za wszelką cenę chce chronić. Ich losy splatają się coraz silniej, podczas gdy wokół gęstnieje sieć intryg, zdrad i niebezpieczeństw. Drastycznie zmienia się też sytuacja w zakonie uzdrowicielek i bohaterki ponownie stają przed trudnymi wyborami. Gdy los wystawia na próbę ich odwagę i lojalność wobec najbliższych, jedynym wyjściem pozostaje zaufać własnemu sumieniu i uwierzyć, że nawet w najgęstszym mroku można odnaleźć światło. Więcej o tej powieści pisałem w lipcowej „Lekturze na weekend”.
„– Rankiem usłyszałam, że rozmawiasz z Dusse, i schowałam się w bibliotece. Gdy przechodziła obok, powiedziała, że nie chciałaby być w twojej skórze, bo jestem zdolna do wielkich, ale też strasznych rzeczy.
– Jak każdy człowiek, Mino.”
Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Napiszcie krótkie opowiadanie, któremu przyświecać będzie hasło „fantastyczna siła kobiet”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi odnosić się do konkursowej książki. Gdzie zaprowadzi was wena?
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 23 sierpnia włącznie. Joanna Stoga wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają Piasek i dym oraz Panią Łez.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Joanna Stoga, Piasek i dym, Grupa GMT, Wrocław 2026.

Jej kruczoczarne włosy wystawały zalotnie spod kwiecistej opaski. Twarz miała okrągławą, jeszcze dziecięcą i jak u dziecka ani na moment z tej twarzy nie ginął promienny uśmiech. W jej oczach odbijał się blask ogniska, wokół którego zasiadła z siostrami, żeby uczcić kolejny udany dzień. Kałasznikowa oparła o skałę za plecami. Z ręki do ręki ruszył pomiędzy dziewczętami skórzany bukłak bulgocąc radośnie kwaskowym winem, a wkrótce z gardzieli trzydziestogębnego koszmaru mudżahedina popłynęła skoczna pieśń.
Góry zawtórowały echem powtarzając
-„Carê sibehek dema şiyarbum çaw bella çaw çaw.”
Zaiste, codziennie, gdy się budziły był to piękny ranek zwiastujący kolejny – kto wie, może ostatni – dzień ich pełnego wolności życia. Kochała to uczucie. Wszak życie smakuje znacznie lepiej, gdy nie ma pewności czy nadejdzie jutro.
– Zilan – odezwała się do niej Najstarsza – Mało się jeszcze znamy. Opowiedz nam proszę coś o dziewczynie jaką byłaś przed wojną.
– Zanim wstąpiłam do milicji, moje życie było nijakie. Pochodzę z Al.-Hasaka z tradycyjnej rodziny. Nigdy nie chciałam takiego szablonowego życia: dorastanie, ślub, rodzenie dzieci, a potem śluby moich dzieci. To nie ma dla mnie sensu. Widzę go natomiast w walce, ona daje mi dumę. Zabiłam ze setkę tych brodatych śmierdzieli i zamierzam zabić ich jeszcze dużo więcej. Może nie doczekam sprawiedliwego świata – bez religii, fanatyków, męskiej dominacji i nierówności – ale jeśli umrę to z bronią w ręku i dumnie wyprostowana.
– I za to wypijmy! – zakrzyknęła Najstarsza – Bawmy się! Jutro znów pokażemy śmierdzielom fantastyczną siłę kobiet i wyślemy ich wszystkich do diabła! Smash Daesh!
– Smash Daesh! Wolność albo śmierć! – ochoczo odpowiedział oddział.
I mamy pierwszą pracę:)
Trzymała w dłoniach dużą filiżankę. Patrzyła bezwiednie w okno. Kawiarniane pluszowe fotele były wygodne. Siedziała zamyślona w niezmienionej pozycji już od dłuższego czasu. Nie zauważyła, że z narożnika nie tak znowu przestronnego pomieszczenia zerkał na nią mężczyzna.
Jej nazwisko pojawiło się w czasopismach i na wielu stronach internetowych. Wyłączyła telefon, nie chciała dzisiaj z nikim rozmawiać, nie teraz.
Kilka lat temu zadała sobie to niewygodne i dręczące pytanie: „Kim jestem? Kim ja ,do cholery, jestem?!”
Nie dało się tak po prostu wymazać z pamięci minionych wydarzeń. Ale z każdym dniem były coraz bardziej zamglone. A ból był coraz mniejszy.
– Przepraszam najmocniej – z zamyślenia wyrwał ją nieznajomy. – Czy mógłbym prosić o autograf? – Uśmiechnął się czarująco.
Zaskoczona spojrzała na niego, po czym przypomniała sobie, że przecież teraz jest już inną osobą, teraz, właśnie teraz staje się znana dla świata.
Odwzajemniła uśmiech. Tak, potrafiła to zrobić z lekkością. Wpisała krótką dedykację i z dużym finezyjnie podkręconym „K” podpisała się „Kate”.
– Dziękuję! – powiedział z wdzięcznością w głosie mężczyzna i po sekundzie wahania dodał: – Ale czy pani nie powinna dzisiaj świętować?
– Oczywiście! – Mrugnęła porozumiewawczo. – Właśnie to robię.
Jej książka odniosła fenomenalny sukces. Dziennikarze chcieli wywiadów. A ona zaszyła się w swojej ulubionej kawiarni, żeby świętować sukces filiżanką kawy. Tutaj powstała jej książka. Godzinami siedziała na pluszowym fotelu, żeby opisać swoich bohaterów w zawikłanych historiach kryminalnych.
Wzięła głęboki oddech, dzień triumfu nadszedł, choć nie zawsze w niego wierzyła. Nawet częściej nie wierzyła.
Przypomniałam sobie o zakutym łbie, który rok temu gościł Pod Zbłąkaną Strzałą. Przedstawiał się dumnie jako sir Jawor, Odważny Miecz Południowych Krain. Pompatyczny przydomek dla pompatycznego osła. Zadzierał swój bulwiasty nos tak wysoko, że prawie zarysował nim sufit. Narzekał na mięso w gulaszu, wlewał w siebie zbyt wiele Złocistego, a na moją propozycję skrzyżowania ze sobą mieczy zareagował nieprzyjemnym rechotem.
– Kochaniutka, czy ty nie widzisz, jaka jesteś brzydka? – zapytał, patrząc na mnie z politowaniem. – Dziewczynki takie jak ty nie powinny prosić, żeby ktoś je jeszcze bardziej oszpecał, bo jak dorosną, to sobie nie znajdą żadnego kawalera.
Wściekłam się. Nie dlatego, że nazwał mnie brzydką.
Wściekłam się, bo nie potraktował mnie jak godną przeciwniczkę.
Bez wahania wyciągnęłam miecz z jego pochwy i przystawiłam mu do gardła. „Boisz się dzieciaka?”, spytałam, na co pozostali goście podjudzeni przez Wygwizda zaczęli bić brawa. Sir Jawor cały spurpurowiał. Uśmiechnęłam się szeroko, oddałam mu broń i kiwnęłam głową, zapraszając go na podwórze.
Walka trwała krótko i była zupełnie niesatysfakcjonująca. Sir Jaworowi od nadmiaru wypitego trunku dwoiło się i troiło w oczach. Machał swym orężem na oślep, jakby to nie był miecz, a patelnia. Ja z kolei cięłam szybko i rytmicznie, jakbym siekała warzywa do potrawki. Po kilkunastu takich ciosach rycerz zachwiał się na piętach i wpadł prosto w błotnistą kałużę.
Tego było za wiele dla Odważnego Miecza Południowych Krain. Siarczyście zaklął, zabrał ze stajni swojego rumaka i uciekł, gdzie pieprz rośnie, aż się za nim kurzyło.
I dobrze. Jemu i tak bym nigdy nie zadała TEGO pytania.
„Świat Kobiet”
Agina zesłana na Ziemię ponownie po to by pomścić utratę swojego męża ,i swoją śmierć do której przyczyniła się jej konkurentka Dorina oskarżona przez Aginę o otrucie ,dzięki któremu Dorina mogła zdobyć serce jej ukochanego Apostolosa wojownika ,który okazał się niewierny ,i zostawił Aginę dla poczciwej i sprytnej Doriny,z którą to przyczynił się do jej śmierci. Ta w celu dokonania zemsty zostaje wskrzeszona na nowo ,i wezwana na ziemski padół by postawić Dorinę i swojego byłego ukochanego przed oblicze sprawiedliwości. Wspomniana bohaterka Agina przechodzi przemianę w niebie,żyjąc w innym wymiarze,gdzie Ci którzy przegrali ważne dla siebie bitwy ,i wojny zmieniają się w ludzi gotowych na wszystko,gotowych do walki na śmierć i życie- byle tylko odzyskać to co utracone ,i rozpocząć swoje rządy na Ziemi. Agina kobieta całkowicie inna od tej ,która żyła wcześniej na ziemskim padole- pojawia się na Ziemi pod różnymi postaciami w zależności od tego z kim przyjdzie jej stoczyć pojedynek na arenie. Agina ma w sobie pewne urządzenie,które pobudza do życia dzięki swojej mocy wewnętrznej, dzięki której może przybierać różne postacie, w zależności od przeciwnika. Nie ulega wątpliwości iż jej najgroźniejszym przeciwnikiem będzie ta którą główna bohaterka Agina chce pomścić za stratę swojego Apostolosa – choć Dorina oskarża ją o słabość i zbyt szybkie poddanie się w walce o ukochanego, oznajmia jej iż sama jest winna temu iż go utraciła nie wiedząc czegoś jeszcze(tego że do jej otrucia przyczynił się sam jej ukochany wprowadzając z Doriną w życie chytry plan jej unicestwienia. Agina nie wie o tym ponieważ odeszła do świata zmarłych,krąży gdzieś po podziemiach Hadesu wspominając ukochanego , i ich wspólne życie na Ziemi. Trenowana przez Agrypina- umęczona jego morderczymi treningami, które nazywa wręcz torturami na nowo powołana do życia Agina przygotowuje się do najważniejszego pojedynku , w swoim życiu. Do starcia z Doriną,która pozostała na ziemskim padole sama gdyż jej partnera zabrała choroba. W ten sposób Apostolos odszedł do „ Wiecznego Królestwa”
pozostawiając los Doriny w jej własnych rękach. Do ich ostatecznego starcia pozostało nie wiele czasu. Czy nowo posłana na Ziemię Agina zdoła pomścić Dorinę rozpoczynając swoje panowanie na Ziemi ? Sam jestem tego ciekaw. Dlatego nic Wam już tu nie opowiem,zostawiając Was w świecie tajemniczości i niepewności o to co przyniesie jutro.
– Nienawidzę cię, rozumiesz?! Chciałabym, żebyś zniknął z mojego życia! Na zawsze!!!
Słowa odbijały się echem od kamiennych ścian studni. Nie wiedziała do kogo należały ale czuła, że zawiść w nich ukryta nadała im niebywałą moc. Moc, która była w stanie obudzić ją z długoletniego snu. Ostrożnie spojrzała na swoje ręce. Dotknęła twarzy. Próbowała przeczesać palcami skołtunione włosy.
– Teofilia – chciała wypowiedzieć głośno swoje imię lecz odrętwiały język sprawił, że zamieniło się ono w niezrozumiały bełkot.
Splunęła, starając się pozbyć błotnistego posmaku z ust. Podniosła się. Zesztywniałe stawy odmówiły jej posłuszeństwa. Straciła równowagę i upadła na kolana, zdziwiona własną słabością. Nie poddawała się jednak. Dotknęła ręką wilgotnej ściany i ponownie stanęła na nogach. Uniosła głowę w górę. Zobaczyła cień, który na kilka sekund przysłonił wpadające światło. Chwilę później obok jej stóp wylądowała moneta. Podniosła ją szybko i powąchała. Czuła jak bardzo jest przesączona nienawiścią. Zacisnęła znalezisko w dłoni, łapczywie chłonąc ukrytą w nim moc, która dodała jej sił. Następnie bardzo powoli zaczęła wspinać się po chropowatych ścianach studni. Nie było łatwo. Mocno wbijała palce między szczeliny kamieni, łamiąc przy tym boleśnie paznokcie i kalecząc stopy. Kilkukrotnie ześlizgnęła się, uparcie jednak kontynuowała wspinaczkę.
Udało się.
Wróciła wreszcie do świata, który kiedyś tak bardzo nią wzgardził.
Zosia spędzała wakacje jak zwykle u babci na wsi. Każdego dnia chętnie wędrowała nad pobliski strumień, gdzie spotykała dzieci z sąsiednich domów. Tego popołudnia słońce mocno grzało, a bezchmurne niebo odbijało się w spokojnej tafli wody. Nad brzegiem bawili się jej trzej starsi kuzyni: Antek, Kuba i Franek. Chłopcy budowali właśnie tratwę. Układali drewniane paliki i mocno wiązali je sznurkiem, śmiejąc się przy tym i przechwalając, kto pierwszy odważy się popłynąć.
– Mogę z wami? – zapytała Zosia.
– Nie – odpowiedział Antek. – To zabawa dla chłopaków. Dziewczyny i tak niczego nie potrafią.
Zosia poczuła ukłucie smutku. Już miała odejść, kiedy przypomniała sobie słowa babci, które ta często powtarzała jej z uśmiechem:
„Zosiu, możesz osiągnąć wszystko i możesz być tym, kim tylko zechcesz. Nigdy nie pozwól, żeby ktoś wmówił ci, że jest inaczej”.
Dziewczynka podniosła głowę. Zauważyła kilka drewnianych palików i kawałek sznurka leżący na brzegu. Usiadła kawałek dalej i zabrała się do pracy. Starannie układała drewno, a następnie mocno splatała je ze sobą. Mocnych węzłów nauczyła się od babci podczas wspólnego szydełkowania. Jej palce poruszały się szybko i sprawnie.
W tym czasie chłopcy z dumą weszli na swoją konstrukcję. Nagle jeden ze sznurków pękł. Paliki rozsunęły się, tratwa przechyliła, a po chwili z głośnym pluskiem rozpadła się w wodzie. Antek, Kuba i Franek stali po kolana w strumieniu, patrząc na siebie z niedowierzaniem.
Tymczasem tratwa Zosi była już gotowa. Wyglądała solidnie i stabilnie.
– Zośka… możemy popłynąć z tobą? – zapytał Kuba.
Dziewczynka spojrzała na kuzynów i uśmiechnęła się łagodnie.
– Och, jaka szkoda! Ale….Niestety nie. Przecież chłopcy nie bawią się z dziewczynami. Zapomniałeś?
Ciężko trzymać nerwy na wodzy, gdy ktoś wlezie ci do łóżka, a co jeśli podrzuci nogę… i zniknie? Podciągnęłam do siebie pościel. Pierwsze co ujrzałam to czarny, długi pazur, zakręcony w stronę materaca. Potem ukazały się palce, sterczące na tej samej wysokości, co palce mojej, lewej stopy. Odsłoniłam żylastą łydkę, bulwiaste kolano stykające się z moim kolanem. Nie wytrzymałam. Zdarłam pościel, złapałam za nogę i zrzuciłam na podłogę. Sama też poleciałam w dół.
Siedząc, wrzeszcząc, waliłam pięściami we wstrętną nogę. Wtedy światło się zapaliło. Pojawili się przy mnie rodzice. Tato złapał mnie mocno, przytrzymał ręce. Mama coś mówiła.
– Weźcie tę nogę! – wydarłam się.
Ale nogi już nie było. Znaczy się… widziałam dwie nogi, moją lewą i… prawą nogę, posiniaczoną prawą nogę.
Nic nie rozumiałam.
– Tu była obca noga!? – rozpłakałam się.
Mama dotknęła ramienia taty.
– Leszek – odezwała się – łóżko.
Dopiero rano doszło do mnie co się stało z łóżkiem, bo resztę nocy spędziłam z rodzicami.
To było moje dzieło. Z ramy łóżka, od strony nóg, wyrastały gałęzie. Sosnowe – patrząc po liściach.
Przyłożyłam rękę do piżamy, na wysokości piersi, tam gdzie wrósł skrawek korzenia Drzewa Życia. Dzięki owej skamieniałości mogłam rozkazywać roślinom. Ale nie sądziłam, iż potrafię ożywiać meble.
Dobra. Jagoda skup się. Śpisz, budzi cię noga, a z łóżka wyrasta sosenka. Pomyśl dziewczyno. Stało się, więc jakiś sens w tym jest.
Zerknęłam na posiniaczoną nogę.
A może to był moja noga. Nie… nie może być… to była obca… Zgłupiałam.
– Aaa… – zezłościłam się. – To nie ma sensu. Kontroluje naturę, psuje meble oraz potrafię zmieniać nogę na… nogę potwora.
Klapnęłam na dywan i burknęłam pod nosem:
– Fantastycznie.
– No i co teraz?! Wymyśliłaś żeby by mu dać wolną wolę i żadnej taryfy ulgowej! Też coś! Od razu mówiłem, że to nie wypali!
God podparł głowę na dłoniach, zrezygnowany. Godesa podeszła do niego i pogładziła po ramieniu:
– Kochanie, przecież wszystko idzie zgodnie z planem.
– Ależ oni go zaraz zabiją! Nie widzisz?! Mieli go pokochać i mocniej wierzyć we mnie, a tu taka katastrofa! Zastąpił moje porządne dziesięć przykazań jednym twoim ckliwym, o miłości, i chcą go zgładzić!
Przerwał na chwilę słysząc jej wymowne chrząknięcie.
– No dobrze, zgodziłem się na tę zmianę, ale przecież jak on umrze, to więcej wyznawców stracimy niż zyskamy!
– Masz rację, ale jego śmierć jest nieunikniona, jest człowiekiem.
– Właśnie, ciekawe czyj to był pomysł – powiedział God z przekąsem.
Godesa uśmiechnęła się tylko i pocałowała Goda czule, gładząc go po policzku.
– Pamiętaj o kobietach na ziemi. One w ciebie wierzą. Tak jak ja. Postąpiłeś bardzo mądrze wysyłając Dżeja na ziemię. Teraz sobie odpocznij, a ja zajmę się resztą.
*
– Wszystko przygotowane? – sprawdzała Godesa kilka minut później.
– Gajusz wie, jak przebić, by nie zabić – zameldowała jedna z kobiet.
– Nasi żołnierze jedzą nam z ręki – meldowały inne – nie będzie kłopotu z podaniem im bielunia.
– Dżej wie o planie i jest w drodze do ogrodu – oznajmiła Megs.
– Świetnie. I pamiętajcie, że matka Dżeja nie może nic wiedzieć, ma być wiarygodnie. Dzięki wam – dodała – kobiety oprócz posiadanej władzy nad życiem, będą mogły też sięgnąć po władzę państwową i realnie zmieniać świat.
A moje przykazanie znacznie się do tego przyczyni – pomyślała usatysfakcjonowana, po czym wróciła na nieboskłon, by zjeść z Godem kolację.
Krótkie opowiadanie o kobiecie, która miała siłę zmienić świat
Julka Majewska strzeliła mu w jego zawszony łeb. Huk, błysk, śmierć.
Pierdolony pedofil – warknęła i rzuciła pistolet na ciało martwego, eks księdza.
Oparła się o ścianę niewielkiego mieszkania w którym dokonała egzekucji. Zapaliła papierosa i zaciągnęła się gryzącym dymem. Zaczęła kaszleć i splunęła na potwora, który zniszczył jej życie.
Powinnam przestać palić – mruknęła.
To był koniec długiej, mozolnej historii, nie było happy endu, nie było napisów końcowych.
Wyszła na zimny, lubliński dzień. Szare niebo, szara ziemia, zwyczajny, nijaki poniedziałek.
Myślała, że poczuje coś więcej, jakąś skrajną euforię, nieopisaną rozkosz. Nic.
Ruszyła w stronę komisariatu policji, a w wypuszczanym z ust dymie rysowały się słowa, które powie do zaskoczonego policjanta.
“Właśnie zabiłam najpotężniejszego człowieka w całym mieście. Ten potwór molestował mnie seksualnie, jak byłam dzieckiem i wiem, że nie tylko mnie. Jestem świadoma, że popełniłam grzech, ale i tak zmieniłam świat na lepsze.”
Nic więcej, resztą zajmie się sąd.
Kiedy zaczęła przechodzić przez ulicę było czerwone światło, jednak co ją to obchodziło zrobiła już swoje.
Nagle, z prawej, pojawił się pędzący tir. Gnał prosto na dziewczynę, która stanęła jak wryta. Nie mogła się poruszyć. Niczym królik na środku jezdni, wpatrzona w nieunikniony koniec.
Huk, błysk i śmierć. Kurtyna opadła.
Jednak Julka otworzyła oczy. Znajdowała się w ogromnej komnacie pełnej pochodni. Przed nią stał stary, siwy król w złotej koronie.
Witaj Córo Losu, zostałaś wybrana przez Przeznaczenie, aby pokonać Króla Demonów. Zostałaś wybrana, ponieważ masz siłę zmienić nasz świat.
Sołtysina tkwiła w półotwartych drzwiach. Czekała.
Anka czasem piła z nią kawę z wdzięczności za pomoc przy synu, przy okazji znosząc porcję wiejskich plotek. Tego dnia jednak uparcie kroiła cebulę.
– Nie każda jest taka silna– zarzuciła z progu przynętę.
Anka podniosła głowę z wymuszonym uśmiechem. W tej samej chwili zacięła się w palec. A niech to!
– Uważaj, bo ci spływa. – Sołtysina wskazała kawałki cebuli. Łapczywie chłonęły czerwone krople. – Silna jesteś! – ciągnęła. – Po tym, jak ci chłop zniknął mówili, że Tomka do zakładu dasz.
Obie podążyły wzrokiem w stronę nastolatka na wózku. Wychudzony, z dłońmi wygiętymi w przykurczu wyglądał jak przerośnięty pisklak. Końcami palców wolno rozdzierał kolorową bibułę i wypuszczał skrawki. Patrzył, jak wirowały, trzepotał radośnie rękami, napinając całe ciało.
Sołtysina westchnęła. Nic się dziś nie dowie.
– To lecę, robota czeka.
Anka posłała jej szczery uśmiech.
-Dziękuję – szepnęła.
Prawie nikt nie chciał już brać Tomka, jak musiała wyjść za sprawami. Sołtysina, udobruchana, przymknęła usta, a potem drzwi. Wreszcie.
Anka otarła ranę papierem kuchennym i szybko okręciła palec. Stanęła nad deską. Łzy napłynęły jej do oczu. Ależ ta cebula ostra!
Syn zajęczał po swojemu. Wózek trzeszczał.
Otrząsnęła się, spojrzała na czerwieniejące warzywa doprawione słonymi kroplami i jednym ruchem zgarnęła zawartość deski na patelnię. Będzie akurat dla jej krwiopijców. Odwróciła się do syna z uśmiechem.
– Co tam?
Tomek zakołysał się w przód i w tył. Zmrużyła oczy, chwyciła łyżkę jak mikrofon.
-Taka moja siła –zarapowała, poruszając się w rytm słów. Odczekała aż wózek znowu się zatrzęsie. – By zupa zawsze była.
Powtarzała swój refren, a chłopak promieniał.
Anka silna jak pelikan, co krwią karmi młode 😉
Dziękuję za tekst obrazujący siłę kobiet, tych które „walczą” tam, gdzie silna płeć rzadko daje radę.
Moje opowiadanie rozpocznę od sugestii, że jestem dziennikarzem. Interesują mnie dziwne zjawiska parapsychologiczne. To wydarzenie miało miejsce w lipcu tego roku.
Mieszkam w miasteczku nad dużym jeziorem otoczonym gęstym i tajemniczym lasem. O całym incydencie dowiedziałem się od córki mojej sąsiadki Karoliny. Spotkałem ją na grillu, opowiedziała mi o tajemniczym drzewie. Wybrała się z grupą rówieśników na plażę, gdzie rozpalili ognisko. Wiadomo podczas takiego ogniska pojawiło się piwko i papierosy. Kiedy dochodziła północ rozpoczęły się wyzwania. Gdy się jest młodym pomysły są ciekawe i ryzykowne. Aśka tak miała na imię córka mojej sąsiadki, była na tym ognisku ze swoim chłopakiem Krzysiem. Ona starała się unikać alkoholu, gorzej było z Krzysztofem. Rozpoczęła się zabawa w butelkę i wyzwanie. Kto nie spełni warunków zabawy to słabeusz. Trafiło na chłopaka Aśki – jego celem było pójście do lasu, gdzie rośnie tajemnicze drzewo z gniazdem sowy i zerwanie z niego liścia. Krążyły dziwne opowieści o tym miejscu, kto spróbował dotknąć drzewa znikał lub tracił zmysły. Jak padło to wyzwanie Aśka się zerwała i powiedziało, że jej chłopak tam nie pójdzie. Cała ta sytuacja spowodowała zamieszanie. Wyzwanie musi spełnić osoba wybrana lub zastępca. Joanna postanowiła, że pójdzie za Krzysztofa. Wyruszyła w głęboki i ciemny las nie oglądając się za siebie. Była trochę wystraszona. Kiedy dotarła na miejsce zobaczyła poświatę, która pulsowała za dębem. Wychyliła się i ujrzała małe drzewko, które świeciło błękitem a na jego gałęzi siedziała duża sowa. Podeszła bliżej i usłyszała głos: Co cię do mnie sprowadza?
– Wyzwanie – odpowiedziała.
Aśka poprosiła o jeden listek i świecącą gałązkę. Wtedy odezwał się głos, że spełnij jej prośbę tylko dlatego, że ma czyste serce. Po powrocie do swojej paczki dziewczyna nie opowiedziała co się tam wydarzyło.
Bezradność. Najgorsze uczucie na świecie.
W mojej rodzinie nikt nie słyszał o nadstawianiu drugiego policzka. Owszem, nasze twarze nie raz straszyły sińcami, opuchlizną czy zadrapaniami, często nawet symetrycznymi bądź w rozmaitych kombinacjach, ale przecież nie dlatego, że dobrowolnie podkładaliśmy się twardym pięściom ojca, czy rozczapierzonym szponom matki.
Mogliśmy najwyżej próbować odciąć się od własnego ciała, uciec w głąb siebie. Mnie nie wychodziło to tak dobrze, jak mojemu bratu. On opanował tę sztukę do perfekcji, do tego stopnia, że pewnego razu po prostu nie wrócił. Wtedy mu zazdrościłam i teraz, po latach, mam ochotę pójść jego śladem, poddać się. Co mnie powstrzymuje? Moje ciało nie należy już do mnie. To nie jest moja ręka, nie moja noga, nie moje usta, nic dziwnego więc, że tak trudno zmusić je do współpracy. Mam na końcu języka słowa protestu, ale to nie mój język.
Podobno zawsze byłam tą silniejszą.
Nie było mowy o nadstawianiu drugiego policzka, ale wyniosłam z domu inną lekcję. Na zawsze zapamiętałam coś, co powiedziała mi matka, gdy wybity przez ojca ząb wywołał infekcję. Błagałam ją, żeby zabrała mnie do dentysty, ale dentyście trzeba by się tłumaczyć, jeszcze gorzej – trzeba by zapłacić. Przecież to tylko mleczak, za rok, dwa, sam by wypadł.
„Gryź drugą stroną” – poradziła mi matka.
– Bardzo dobrze, pani Jolu. Widzi pani, jak świetnie sobie pani radzi? Ten pan po drugiej stronie korytarza miał operację w tym samym czasie, co pani, tak samo sparaliżowana prawa strona i nawet płynnego jeszcze sam nie je, a pani? Proszę. No to co, jeszcze jeden kęs? Za mamusię? Za tatusia? Ojej, pani Jolu! Pani pokręci głową, że wystarczy, nie trzeba od razu pluć!
Już! Zaczyna się! Pierwszy skurcz nawet nie boli. Dotyka brzucha niepewnie, jakby zakłopotany tym, co się dzieje. Drugi też nieporadny. Nie jest źle! Niepotrzebnie ją straszyli.
Ale machina bólu rozkręca się. Sukcesywnie zwiększa moc. Wypuszcza kolejne skurcze, coraz bardziej bezwzględne, bezlitosne. Owijają się wokół jej brzucha jak tresowane węże. Zaciskają na obwodzie. A masz! Cierp! Za Ewę, tę niesforną Ewę!
Strumienie bólu wpełzają w każdą szczelinę umysłu.
Traci kontrolę nad sobą. Z trudem łapie oddech. I już nadchodzi cała armia skurczy. Porywa ją pluton śmierci. Kiedy się urodziła, gdzie mieszka, jak ma na imię? Zapomniała. Po co jej to wiedzieć? Umiera. To nawet lepiej, śmierć ją uwolni. Byle prędzej!
Ale co to? Ktoś coś nuci? Kobiety… Chór żeńskich głosów. Śpiewają w różnych językach.
Pieśń narasta w crescendo, płynie ku niej jak fala wybawienia, więc ona rzuca się w nią, rzuca ostatkiem sił. I… nadchodzi ulga. Musiała trafić do nieba, to anioły śpiewają! Ciepłe obłoki oddechów. Zapach fiołków. Las rąk. Rąk? Czy anioły nie powinny mieć skrzydeł? Te mają dłonie.
Dłonie wyławiają krople potu, poją, masują, głaszczą… Dłonie jak małe kotwice.
– Chwyć się nas, uratujemy cię, wyciągniemy! – obiecują. – Zaciśnij palce na naszych palcach, o tak! Dasz radę, to już końcówka. Główka, ciemne włoski…
Ziemia się rozszczelnia. Świat chwieje się w posadach. Drżą szyby, żyrandol się kołysze. Dziecięcy krzyk przecina ciszę: Mamo, jestem!
Jej ciało płonie. Piersi tryskają eliksirem życia. Ramiona trzęsą się z wysiłku, a już rwą się do pieszczot. Miłość, która nie mieści się na żadnej skali.
Kobieca siła, która wymyka się niutonom.
Wycieraczki w samochodach nie nadążały zgarniać śniegu. Oczekujący na autobus, stawiali kołnierze i szczelniej okręcali się szalikami. Tupali i zacierali dłonie, przez co wyglądali jakby tańczyli. Matczyne ciepło przenikało przez jednopalczastą rękawiczkę i rozchodziło się po całym moim ośmioletnim ciele.
Przystanęłyśmy, bo mama postanowiła z kimś porozmawiać. Wyswobodziłam dłoń i podeszłam do dzieci ślizgających się na wąskiej tafli lodu. Ależ frajda! Tylko przechodnie psioczyli, że nie powinniśmy tego robić w tym miejscu.
Nagle jakaś ciężarówka wpadła w poślizg. Bezwładny kolos sunął po jezdni rozganiając samochody na boki. Pojazd odbił się od wysokiego krawężnika, po czym wśród rwetesu przechodniów, klaksonów i pisku hamujących aut przeciął oś jezdni i wpadł na chodnik.
Mama chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła próbując uciec spod zbliżających się kół. Jej nogi zatańczyły na lodzie i upadła, trzymając w zaciśniętych palcach moją rękawiczkę.
Ciężarówka minęła nas o płatek śniegu. Widziałam jak mama próbuje wstać i słyszałam jak krzyczy. A potem dobiegł mnie huk giętej blachy i szum sypiącego się szkła. Ciężarówka skosiła betonowy słup.
Nie czułam bólu. Nic nie słyszałam. Leżałam i patrzyłam przed siebie. Zanim odpłynęłam, dostrzegłam jak mama dźwiga tonową belkę i uwalnia moje nogi.
Ktoś wysunął mnie spod uniesionego bloku. Mama padła twarzą w zaspę. Mrugające niebieskie światełka. Ciemność.
Operacja, psycholog, rehabilitacja… Na ulicy postawiono nowy słup i barierki.
Dziś sama jestem matką i co dnia myślę, czy to były zwidy, czy mama naprawdę uniosła filar, ratując mi życie? Zaciskam dłoń na jednopalczastej rękawicy synka i już wiem, że nie było to przywidzenie.
Spojrzałem na zegar, piąta. Po cholerę budzę się tak wcześnie? Od kiedy Étienne odeszła nic mnie nie obligowało do wstawania o tej porze, wręcz nie miałem na to ochoty. Po co wstawać i schodzić, kiedy mijany na półpiętrze fotel jest pusty, a w kuchni panuje cisza, kłująca uszy jak nieumiejętnie używane patyczki kosmetyczne. Jeszcze niedawno wolałem zostać w półśnie z nadzieją na jej odwiedziny, bo bywało, że wracała. A to pływaliśmy po jeziorze łódką z jednym wiosłem, a to taszczyliśmy kosz pełen grzybów zebranych o poranku z sekretnego miejsca za przesieką, a czasem budziła mnie aromatyczna zapowiedź pierogowej uczty, choć w kuchni ani stolnicy, ani makutry z nadzieniem, ani sagana na ogniu, ani miski z pierogami omaszczonymi tłuszczem i skwarkami.
Te wizyty nie-wizyty Étienne długo były balsamem dla serca, dla duszy. Pozwalały zapomnieć o codziennej pustce, o samotnym śniadaniu, o obiedzie, który zwykle przegrywał z melancholią, o całej tej pieprzonej egzystencji, która spadła na mnie wraz z jej śmiercią. Z czasem zaczęły mi ciążyć, nie pozwalały pogodzić się z rzeczywistością, podtrzymywały iluzję, że marazm i pustka są jedynie stanem przejściowym, a Étienne wróci, a z nią energia, zorganizowanie i sens życia.
Od niedawna moje sny odwiedza mała dziewczynka. Tańczy ponad łąką, tapla się u brzegu jeziora, plecie wianki, nuci dziecięce piosenki. Jej wizyty sprawiły, że nie tylko dostrzegłem brud i bałagan, którymi zarosłem przez ostatnie miesiące, ale i zacząłem je poskramiać. We wtorek nazwała mnie dziadkiem, a ja do piątku doprowadziłem dom do stanu, jaki lubiła Étienne.
Wieczorem zadzwoniłem do syna. Od miesięcy nie chciał ze mną rozmawiać, bo mieliśmy różne spojrzenia na żałobę. Na koniec powiedział mi:
– Będziesz miał wnuczkę, Mathilde…
Obudziła się. Coś było nie tak. Tylko co? Nie ośmieliła się ruszyć, by nie trącić żadnego z drobnych ciałek, pomiędzy które została wciśnięta. Jak na złość kończyny natychmiast zaczęły domagać się zmiany pozycji. W bezruchu nastawiła się na ból. Zmysłami zbadała otoczenie. Dzieci oddychały. Miarowo. Spokojnie. Jedno nawet chrapało. Nie za zimno im? Nie za gorąco? Młodsze ma przecież dwa lata. Ugotuje się w swoim dziecięcym kocyku w antylopki, a nie powie, nie zdejmie. Zerknęła, dotknęła. Czółko miało suche, nie widziała nadmiaru potu.
Przez okno wpadało światło lampy ulicznej, oświetlając tarczę zegara. Dopiero minęła północ.
Opadła na poduszkę. Wszystko było przecież tak, jak trzeba. Wszystko w porządku. To tylko ona drżała, bo nie przespała poprzedniej nocy, a teraz obudziła się po dwóch godzinach. Głupi organizm interpretował wszystko po swojemu. Nie jadła też za wiele, zabrakło czasu. Dopiero położywszy dzieci zrobiła sobie kolację, ale jej nie ruszyła. Mdliło ją. Przy jednej lampce, jaką ośmieliła się zostawić włączoną, osunęła się wzdłuż ściany. Nie wolno jej było stracić przytomności. Fakt, że coś takiego wymaga przyzwolenia, wydał jej się ciekawostką, ale jej rozgryzanie zostawiła na dogodniejszy moment. Teraz miała pilniejsze problemy.
Zadzwoniła do matki z prośbą o telefon kontrolny rano. Zaparzyła i wcisnęła w siebie kilka łyków mocnej herbaty. Położyła się. A teraz obudziła.
Przymknęła oczy. Boże, pomocy. Albo zaśnie, albo jutro nie da rady.
Dzieci biegały cały dzień. Jutro też będą chciały. Lody im obiecała. Spojrzała znów w lewo i w prawo. Poprawiła kołderkę starszemu dziecku. Poruszyło się. Pogłaskała. Ucałowała.
Śpijcie spokojnie. Jutro znów dzień, będziecie potrzebować dużo siły.
I jeszcze praca Adrianny:
Przepraszam, kiedy wklejałam tekst, przypadkiem usunęłam jedno zdanie: „— Panowie — próbowała przebić się swoim głosem.”, przez co dalsza część akapitu traci sens.
Poniżej wklejam to samo opowiadanie, ale uzupełnione o to jedno zdanie.
Przy masywnym drewnianym stole przygotowano jedenaście miejsc. Dziesięć krzeseł dla możnych, doradców oraz ludzi zaufanych, a u szczytu stołu jeden głęboko zdobiony fotel dla królowej.
— Panowie — próbowała przebić się swoim głosem. Na nic to było. Wszyscy zebrani poza nią przekrzykiwali się, a ich głosy zlewały się w jeden hałas.
— Panowie! — próbowała ponownie. Zmarszczyła brwi, rozumiejąc wreszcie, że jej głos został zignorowany. Nagle z jej gardła wydarł się przeszywający krzyk. Zamaszystym ruchem ręki wskazała miejsce, a drugą dłonią zakryła usta.
— Cóż to jest!? — Wrzask królowej zmusił zebranych do porzucenia kłótni i zwrócenia wzroku we wskazane miejsce.
— Straż! — krzyknął jeden. Drugi, wstając z krzesła, potrącił kałamarz; trzeci przewrócił krzesło. Po chwili całkowitej ciszy, jaka nastała tuż po krótkim chaosie, do komnaty wpadło czterech strażników, potykając się o siebie nawzajem w pośpiechu.
Kobieta w tym czasie usiadła wygodniej na fotelu i, przyłożywszy dłoń do policzka, uśmiechnęła się szeroko.
— Tak mogłabym się zachować, gdybym widziała. — Zachichotała krótko. Na te słowa najstarszy z możnych opadł na krzesło, z którego się wcześniej zerwał.
— Wasza miłość, proszę tak nie robić. Serca nam tu na chwilę zamarły.
Królowa na te słowa pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Ależ oczywiście — zaczęła, dłonią szukając leżącego przed sobą dokumentu — skoro jednak mam już uwagę wielmożnych panów, możemy wrócić do tematu nowych podatków od ziem?
W sali zapadła ponowna cisza, przerywana jednak szuraniem przesuwających się krzeseł, odchrząknięciami i szelestem papieru.
— Oczywiście, wasza wysokość.