A rzeka płynie – KONKURS!

Mamy już wrzesień, a zatem pora zaprosić was do pierwszego w tym roku szkolnym konkursu. Tym razem możecie wygrać powieść „Wihor” – debiut Agnieszki Skowron-Wilusz.

Nowy rok szkolny oznacza nowy konkurs! Do wygrania Wihor, pierwsza powieść Agnieszki Skowron-Wilusz, absolwentki naszych kursów. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Axis Mundi.

Kresy w przededniu i w czasie II wojny światowej. Joanna, młoda Ukrainka ucząca polskie, ukraińskie i żydowskie dzieci, ginie, lecz jej opowieść trwa dalej. Jako duch powraca do kluczowych momentów swego życia: rodzinnej wsi, niespełnionej miłości, pracy nauczycielki, wojennej przemocy, aranżowanego małżeństwa oraz narastającej nienawiści między sąsiadami – Polakami i Ukraińcami. Jej narracja łączy historię z poetycką wyobraźnią, a fantazja staje się formą obrony przed okrucieństwem świata i próbą ocalenia pamięci oraz dziecięcej niewinności.
Tytułowy Wihor to rzeka, która płynie przez powieściową krainę wbrew wydarzeniom wokół niej, to żywioł nieczuły na wojenną zawieruchę, jednak stanowiący jedyny stabilny punkt odniesienia dla bohaterki powieści. To żywioł zwycięski, bo gasi siłę ognia, którym próbowano spalić pamięć o „kiedyś”. Wihor to poruszający poemat prozą o traumie, pamięci i sile języka.

„To było święto siły woli i święto życia.
Patrzyłam często, jak Wihor gna szaleńczo, zbierając wszystko, co napotkał na swej drodze. Zagarniał konary uschniętych drzew, nie pozwalając im dokonać żywota w ziemi. Zagarniał roślinność, która nie obumarła podczas zimy, odbierając jej szansę na nowe życie.
Opętańczo zaprowadzał porządki w swych głębinach. Przesuwał zmarznięte kamienie, gładząc je i oczyszczając z zimowego zapomnienia, te niechciane wyrzucał na brzeg. Nigdy nie zważał na ryzyko zniszczenia tego co na brzegu, tego co ludzkie”.

Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Napiszcie krótkie opowiadanie ze słowem-kluczem „rzeka”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi odnosić się do konkursowej książki. Rzekę można rozumieć także metaforycznie. Gdzie zaprowadzi was wena?

Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 20 września włącznie. Agnieszka Skowron-Wilusz wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają jej debiutancką powieść.

Powodzenia!

Źródło cytatu: Agnieszka Skowron-Wilusz, Wihor, Wydawnictwo Axis Mundi, Piaseczno 2026.

22 Replies to “A rzeka płynie – KONKURS!”

  1. Kain

    1.

    Zimny podmuch wiatru szarpnął czerwonymi włosami Mojry i na chwilę przesłonił nimi pustkę jej oczu.
    – Kaju, zabiorę cię do Krainy Lodu – z niebieski ust wybrzmiał twarde słowa.
    ¬– Wolę pozostać sobą – odpowiedział chłopiec.
    Mojra wyciągnęła obsydianowy sztylet, po którego ostrzu wiatr przebiegł jak smyczek po strunie wiolonczeli. Zamieć porwała smutny dźwięk. Mojra podniosła ręce i przecięła żyły na lewym nadgarstku. Z rany wypłynęła pulsująca błękitem ciecz. Spadła na głowę chłopca, który jęknął od jej chłodu. Od zimna skóra Kaja poszarzała, rozdarła się i uwalniała białe macki, które oplotły ciało i wniknęły do jego wnętrza, rozpuszczając duszę w wilgotną mgłę.
    – Co mi zrobiłaś, wiedźmo?!
    – Zabrałam ci serce z ciała i dałam serce z kamienia.
    – Nie chciałem!!
    – Pogódź się ze swoim przeznaczeniem.
    – Nie! Nie!
    Mojra zaśmiała się drwiąco. Objęła dłońmi twarz Kaja, z bliska przyglądając się, jak jego oczy tracą swój blask, do chwili, gdy odbiła się w nich jej pustka. Wówczas jadowicie syknęła chłopcu do ucha:s
    – Witaj w Krainie Lodu. Tutaj zapomniesz kim byłeś, zrozumiesz kim się stałeś. Oto nadaję ci nowe imię.
    Uwolniła chłopca z uścisku i pchnęła w kierunku świateł wielkiego miasta.
    – Idź do ludzi – brzmiał przekleństwem spiżowy kobiecy sopran. – Do końca swoich dni rób bliźnim to, co ja ci zrobiłam. Ha, ha, ha! Zabij wszystkich Ablów, Kainie.

    2.

    Gerda wpadła w szał. Złapała Kaja za fraki i waliła nim o ścianę ich sypialni, aż coś dudniło w chłopaku. Zdmuchnęła z policzka popielaty kosmyk włosów.
    – To jak masz na imię?! – wrzasnęła, a w jej złocistych oczach błysnęły zielone ogniki gniewu.
    – Kain.
    Gwałtowny ruch sprawił, że rozpiął się guzik kamizelki Gerdy, co dało wgląd w jej kształtną pierś. Znowu walnęła chłopakiem, aż jego głowa odbiła się od ściany jak tenisowa piłeczka od betonowej podłogi.
    – Jak?!
    – Ka-in…
    – Głąb!
    Gerda odpuściła. Zasapana zapięła guzik i mocniej zacisnęła pas na wąskiej talii. Uwolniony chłopak jęknął i osunął się na podłogę. Otarł spocone czoło.
    – Serce z kamienia… – bełkotał Kaj, błądząc pustymi oczami po pokoju. – Zabij wszystkich Ablów…
    Gerda się rozpłakała. Łzy rozpuściły tusz do rzęs, pozostawiając na skórze tłuste i czarne smugi.
    – Kto ci to zrobił? – warknęła. – Kto cię zaczarował?!
    – Mojra, Królowa Lodu…
    Gerda wyjrzała przez okno. Ogarnęła wzrokiem omiataną śnieżycą równinę, nad którą górowały białe szczyty. W fiordach kotłowały się zielonkawe cienie rzucane przez zorzę polarną.
    – Zimna suka! – syknęła Gerda i zacisnęła dłonie w pięści.
    Podeszła do szafy. Wyciągnęła ze środka futro, wysokie buty, uszankę i grube rękawice. Sięgnęła po bicz i machnęła nim na próbę. Rzemienie sucho trzasnęły w powietrzu i sypnęły iskrami.
    – To dla ciebie, ruda suko – warknęła, grożąc biczem w kierunku gór.
    Potem podeszła do Kaja i skrępowała go powrozem, jak niesfornego osła. Złapała go za podbródek i podniosła głowę. W oczach Kaja malowała się tępota, niewiele większa niż ta co zazwyczaj.
    Chłopak zaczął się wiercić, próbując się wyswobodzić z więzów.
    Gerda cmoknęła.
    – Nic z tego, ty mój mały, zaczarowany Kainie. – Teatralnie i z jawną drwiną, świadomie wypowiedziała nowe imię Kaja. Uśmiechając się złośliwie, dodała: – Nie będzie żadnego zabijania Ablów. Mam sprawę do załatwienia. Wychodzę, a ty grzecznie poczekasz tu na mnie.
    Kusiło ją, by pocałować chłopaka, ale się powstrzymała. Wyciągnęła bicz i świsnęła nim w powietrzu. Znów głośno trzasnęło, a z rzemienia sypnęło iskrami. I ogniem.
    – Oto biorę prawo w swoje ręce – oznajmiła złowrogo Gerda i trzasnęła drzwiami na pożegnanie.
    Owionęła ją śnieżyca, jak strumień świadomości. Strumień, który trafił w rzekę gniewu.

    3.

    Mojra, Królowa Lodu, śmiała się dziko i pełną piersią, jakby e ten sposób wyrzucała z siebie całe zło. Echo grało w lodowatych korytarzach i komnatach zamku, potęgując dźwięk do tego stopnia, że sufit zaczął prószyć lodem i śniegiem. Lewy nadgarstek już się zagoił, mimo to, przecięła go ponownie. Potem to samo zrobiła z prawym. Przesunęła dłonie i dwie niebieskawe strugi zaczęły skapywać do kotła z gotującą się rtęcią.

    Cdn. – może…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwszą pracę! Kto następny?:)

  2. „Saga rodzinna”
    W pewnym domu nad rzeką , w miejscowości Nowy Sad mieszkała serbska rodzina. Wiedli oni spokojne życie rodzinne,a żywicielem ich 6 osobowej gromadki był Danił,który uwielbiał wypływać kutrem w morze- był sternikiem. A w wolnym czasie gdy nie wypływał na łowy opiekował się również nadmorską latarnią,której opiekun nie dawno zmarł, Danił zatem postanowił podjąć dodatkową pracę , aby zdobyć więcej pieniędzy na życie, i utrzymanie rodziny,której potrzeby nie były znowu takie małe,jednak rodzina ta nie była zbyt zbyt zamożna, raczej biedna. A to co zdołał zarobić Danił wystarczało na miesiąc ,i pod koniec każdego z nich bieda w ich domu była coraz bardziej widoczna. Jednak tu w serbskim Nowym Sadzie o pracę bardzo ciężko ,więc żywiciel rodziny Danił chwytał się każdej roboty , byle tylko godnie przeżyć , utrzymać rodzinę, Robił wszystko co w jego mocy by żona i dzieci , jak i on sam żyły w miarę normalnie, nie musząc nikogo prosić o pomoc, ani brać na krechę. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku gdyby nie to co wydarzyło się pewnego jesiennego wieczoru, gdy ich najmłodsza latorośl poważnie zachorowała. W jednej chwili wszystko w rodzinie zaczęło się walić. Jak by problemów było mało, choroba Vanii to nie jedyny kłopot z jakim rodzina Semiej musiała zmagać się w ostatnim czasie, ponieważ ich jedynemu żywicielowi groziła utrata pracy, dlatego chodził po prośbie błagając swojego szefa, aby go nie zwalniał bo dziecko chore – na leki trzeba, a on musi utrzymać rodzinę. Jego wypłata była niewielka. Po wykupieniu leków dla Vanii ledwo starczało by przeżyć miesiąc. Rodzina Semiej żyła samotnie , bez przyjaciół. Starsze rodzeństwo na tyle już wyrosło że mogło pomagać rodzicom by było im trochę łatwiej. Próbowali podjąć pracę jednak na mieście z tym krucho- więc z utęsknieniem czekali aż pojawi się oferta pracy ,ponieważ całej rodzinie , jak i Vanii żyłoby się wtedy trochę lepiej. Nastał w końcu taki dzień, że marzenie o pracy się spełniło, – starsze rodzeństwo Vanii zdecydowało się podjąć pracę w piekarni. Dzięki czemu każdego dnia w domu był świeży chleb ,i coś niedrogiego ,ale zjadliwego do niego :smalec ze skwarkami,żółty ser i jakaś tania kiełbasa.
    Kiedy w rodzinie Semiej wszystko zaczęło się na nowo układać, i wszyscy oni bez wyjątku wydawali się być bardziej szczęśliwi nagle stało się coś dziwnego. Ich cała rodzina zniknęła bez śladu, a nad rzeką został tylko stojący samotnie pusty dom.

  3. Leżała na jezdni. Ktoś krzyczał do telefonu wzywając pomoc. Listopadowy wieczór gościł ją mokrym asfaltem, lekką mżawką. Męski głos prosił żeby się nie ruszała. Nie ruszała. Nie było dokąd. Wszystko już było.
    Tamto podwórko i ciemnowłosa roześmiana Ania, najlepsza przyjaciółka. Czasem uciekały na łąki. Leżały wtedy obserwując pierzaste chmury dumnie paradujące po błękicie, fantazjując kim będą w przyszłości. Ania chciała mieszkać w Holandii z tatą, jej rodzice się rozwiedli. Gryzła źdźbło trawy a jej oczy iskrzyły ukazując elektryczność intensywnie pracujących półkul mózgowych.
    Studniówka była pełna nobliwych sukien na mało nobliwych pannach. Miała długie włosy, które fryzjerka układała w misterny kok kilka godzin. Z salonu odebrał ją tata, niosąc parasol. Wtedy też padało. Rafał, w którym się podkochiwała, nie był zainteresowany. Tylko zadanie osoby towarzyszącej wypełnił koncertowo, choć pod koniec zabawy oddalił się w kierunku Moniki, koleżanki z klasy. Partnerzy pozostałych koleżanek, byli pijani, dwóch z nich wyszło, stwierdzając, że lepiej się będą bawili na dyskotece. Łez, pospiesznie ocieranych, cierpkich z goryczy było sporo.
    Ktoś zaświecił telefonem. Przykrył ją koc. To miłe. Zobaczyła rzekę krwi płynącą w kierunku pobocza. Jej krwi. Szczęśliwej, świetlistej, żywej od zaśmiewania się do łez, eksploracji świata, niepokornej. Jej krew zawsze znała kierunek. Wartki prąd życia niósł ją korytami żył. Jak cygańską pieśń przy ognisku. Tętnem wolności. Pulsem instynktu. Czerwoną strugą dzikości rodowego dziedzictwa.
    Postanowiła, że przeżyje.

  4. Obudziła go rytmiczna muzyka i pełen przerażenia krzyk:
    – Help! I need somebody…
    Przez chwilę nie wiedział, co się z nim stało. Nie rozpoznawał wnętrza namiotu ani odgłosów. Po chwili dezorientacji przypomniał sobie tę melodię z filmu oglądanego na koloniach kilka lat temu. Tej i innych piosenek zespołu The Beatles miał też okazję słuchać na obozie zimowym w Zakopanem. Już wtedy było wiadomo, że zespół się rozwiązał, ale słuchano ich nadal. Dopiero po tych skojarzeniach przypomniał sobie wydarzenia z poprzedniego wieczoru.
    – Wstawaj, aresztancie! Jak się umyjesz, to cię nakarmimy, ale potem masz dyżur w kuchni! Nie ma lekko!
    Mirek westchnął i zaczął się szykować. Zjadł śniadanie i zabrał się za obieranie ziemniaków, w trakcie której przyglądał się pracującej w kuchni harcerce w jego wieku. W pewnej chwili odezwał się do niej:
    – Ty też masz jakąś karę, że pracujesz w kuchni?
    – Skądże. Sama się zgłosiłam. Bardzo lubię gotowanie.
    – A ja nie bardzo. Chętnie bym stąd uciekł, tylko nawet nie wiem, w jakim kierunku musiałbym iść, żeby trafić do swoich.
    – Lepiej się z tym nie obnoś, bo cię zwiążą i zamkną – ostrzegła szeptem.
    Zrozumiał, że dziewczyna mu nie pomoże i nawet nie spytał, jak ma na imię.
    – Mogę iść do latryny? – zapytał tuż przed obiadem.
    – Tak. Tu masz papier. – Dziewczyna podała mu kawałek złożonego arkusza.
    Po drodze rozwinął go. Zdumiał się, gdy zobaczył ręcznie naszkicowaną mapkę i napisaną drobnym równym pismem wskazówkę:

    Twój obóz leży jakieś dziesięć kilometrów od naszego. Łatwo trafisz, trzymając się rzeczki, aż do jej ujścia w jeziorze, nad którym właśnie się rozłożyliście. Musisz wyruszyć dopiero, jak się ściemni, żeby cię nie złapano. Najłatwiej wyjść z obozu koło latryny. Dasz radę. Powodzenia.

  5. Babcia rozstawiła się z fotelem w pasażu, gdzie rzeka zabieganych ludzi nigdy nie wysycha. Za miejsce płaciła pół emerytury. Drugie pół za pozwolenia.

    Fotel był dla klientów. Ona przycupnęła na zydelku. Na nim kiedyś czuwała przy łóżeczkach dzieci, wnuków i prawnuczki; na nim siadywała na działce między grządkami, by się nie schylać.

    Długo nikt się nie zatrzymywał. Taksowali wzrokiem – zmęczonym, czasem wrogim – fotel, babcię, szyld z kartonu, niczym przeszkodę. W końcu pan w średnim wieku rozsiadł się jak na tronie. Babcia widziała go wcześniej za ladą sklepu z telefonami.

    – „Babcia poradzi” – przeczytał. – Co to ma być?

    – Ma pan babcię?

    – Zmarła, jak byłem mały. O co chodzi? Ten stary fotel tu nie pasuje! Psuje mi interesy.

    Uśmiechnęła się.

    – A co tak naprawdę leży panu na sercu?

    Wspomniał, sam zaskoczony swoją wylewnością, o obojętności żony.

    – Może potrzebujecie wakacji? – Babcia wygrzebała z torby klucze. – Działka za miastem. Skromnie, ale jest domek, owoce…

    Po nim fotel zajęła młoda kobieta.

    – Ja słyszałam! Jestem psychologiem! Tak nie można! To człowiek w kryzysie, nie wystarczy go wysłać na działkę! Pani w ogóle ma kwalifikacje?

    Babcia pomyślała o trzech odchowanych pokoleniach. Wyjęła termos obiadowy z pierogami. Żeby dźwigać cudze problemy, trzeba dobrze jeść a psycholożka była chuda i blada. Czy sama miała komu się zwierzyć?

    Pierwsi klienci przerwali tamę. Może pomógł zapach pierogów z cebulką? Czas płynął a babcia przestała być przeszkodą na rzece, stała się wyspą, przystanią. A gdy któregoś dnia zniknęła ze swoim fotelem, ludzie nadal omijali jej miejsce, jakby rzeka na dobre zmieniła bieg.

    W sklepie z telefonami stanął baner. Nie reklamuje niczego. Przypomina: „Babcia poradzi. Zadzwoń do babci”.

  6. „Twoja babka rodziła w rzece, a ci polska porodówka się nie podoba!” – takie słowa po powrocie ze szpitala padły z ust mojej własnej matki. Bolszewiczki do stu fajerek…

    „Jak wlazło, to i wylezie! Szerzej te nogi! Rozkładało się dziewięć miesięcy temu, to i dzisiaj można!” – Cudowne realia polskich porodówek.

    Tymczasem babcia – bo była dla mnie kimś więcej niż starą, pomarszczoną babką, na majątek której wszyscy obecnie czyhali – gdy czuła, że poród się zbliża, przerywała pracę, żegnała się trzykrotnie i wychodziła na pole, żeby znaleźć jakiego chłopca z szybkimi nogami. Zawsze musiała posłać po księdza, tak na wszelki wypadek. Następnie schodziła łagodnym zboczem na dziką plażę. Czasem musiała przepędzić z niej bawiące się tam dzieciaki. Nie chciała, żeby ktokolwiek patrzył – była na to zbyt dumna.

    Mówiła mi, że rodziła po cichu. Miarowo kołysała w wodzie biodrami, co przynosiło jej ukojenie. Nie chciała krzyczeć, więc zaciskała zęby na rękawie swojej lnianej koszuli. Miała biodra dobre do rodzenia – dlatego nie umarła przy porodzie ani ona, ani żadne z ośmiorga jej dzieci. Szkoda, że nie odziedziczyłam tej sprzyjającej aktom narodzin fizjonomii. Przynajmniej tak twierdziły położne, krzycząc mi prosto w twarz: „Co, kurwo, cipeczka za wąska i teraz boli?!”

    Babcia twierdziła, że rzeka dodawała jej otuchy. Uspokajała rozdygotane ciało i orzeźwiała przestraszony umysł. A gdy główka była już na zewnątrz, to babcia siadała przy brzegu i parła. Za sprawą rzeki dzieciątko wpadało prosto w jej pełne miłości ramiona. Tak urodzili się Jan, Stanisław, Marianna, Józefa, Franciszek, Helena – moja godna pożałowania matka, Anna i Józef.

    Chcę do rzeki – niech obmyje mój wstyd.

  7. – Nazywa się Beatrycze. Pokłoń się i poproś ją, to was przewiozę.
    – Człowieku! Buzdygan spadł ci na łeb?! To rzeka!
    – Bystry żeś – rzekł kapitan. – Ona też ma poprosić.
    Mąż poczerwieniał, złapał za rękojeść miecz.
    – Jak śmiesz warchole, pokazywać paluchem na księżniczkę!
    Nim wyjęto ostrze z pochwy, drobna dłoń dotknęła ramienia rycerza. Tymczasem kapitan przyłożył drąg do pomostu by odepchnąć łajbę.
    – Proszę przewieź nas rzeko – powiedziała kobieta.
    ¬– Nie tak.
    Kapitan zerkał spod brwi, przyciskając drąg ciągle w tym samym miejscu i jął pouczać, wyliczając tytuły:
    – Beatrycze. Nosicielko Szczęście. Strażniczko Skarbów. Opiekunko ryb, raków, ślimaków…
    – To błazeństwo – przerwał mu rycerz.
    – Wasz wybór.
    Łódź odsunęła się.
    – Poczekaj – zawołał księżniczka. – Beatrycze. Nosicielko Szczęścia. Strażniczko…
    – On też! – nie ustępował przewoźnik.
    Odwróciła się do poddanego. Poczęli razem powtarzać podyktowaną zwrotkę. Gdy skończyli fala uderzyła o belki jednocześnie kołysząc łódką.
    – Polubiła was. Zapraszam na pokład.
    Kładka opadła na pomost.
    – Śmiało. Na dziobie znajdziecie zydle.
    Siedli we wskazanym miejscu, a statek ruszył po cichu.
    Księżniczka próbowała złapać wzrok mężczyzny opartego o rufę. Kiedy ich spojrzenia spotkały się, zagadała:
    – Nie słyszałam nigdy o rzece Beatrycze.
    – Mało komu zdradza swe imię.
    – Dobrze ją znasz?
    – Jak własną matkę. Początek ma tam, daleko, gdzie chmury tulą ziemię, a koniec w słonych głębinach. Kilka zakoli stąd ludzie chcą ją okiełznać. Nie poważają jej. Wznieśli tamę, postawili domy. Beatrycze uderzy w to wszystko nawałem wody i zburzy. Wobec wrogów jest okrutna.
    – A wobec przyjaciół?
    – Im pomaga. Tobie również pomoże. Bo przemówiłaś do niej, przed wejściem na statek.

  8. – Charonie mam sprawę! – Hades pomachał do Przewoźnika z brzegu Styksu.
    Starszy mężczyzna obrócił się. Drewniana łódź zakołysała się lekko, jednak mężczyzna wiedział, że ta go nie zawiedzie. Nigdy nie zawiodła. Woda w rzece wzburzyła się delikatnie, kiedy Charon sięgnął po wiosło i podpłynął w kierunku swojego szefa. Łódź przybiła do brzegu. Piach zebrał się w małą hałdę i osypał na buty Hadesa. Charon wyszedł na brzeg i sięgnął po latarnię wiszącą na haku w łodzi.
    – Jaką sprawę? – w teorii powinien się zwracać do szefa „panie” albo „wasza wysokość”, w praktyce jednak po tak wielu latach mężczyźni byli dla siebie bardziej przyjaciółmi niż podwładnym i panem. Charon był, prócz Persefony, jedynym któremu Hades się zwierzał, konsultował wątpliwości i zwracał się w chwilach kryzysu. Po minie władcy Zaświatów Charon zorientował się, że kryzys właśnie nadchodził.
    – Chodzi o Styks Charonie, ona… – Hades zawiesił głos, jakby ostatnie słowo nie chciało mu przejść przez gardło i uwięzło gdzieś w krtani – Wysycha – dokończył wreszcie.
    Przewoźnik przyjął ciężar tej informacji ze względnym spokojem. Zawsze wychodził z założenia, że nerwy są dobre dla żywych. Nic nie pomagają, otępiają tylko umysł, kiedy należy działać.
    – Czy Persefona sprawdziła źródło? – zapytał po chwili zastanowienia. Jeżeli przyczyna była naturalna, to córka bogini natury mogłaby z łatwością zażegnać problem.
    – Tak – Hades pokiwał głową z dziwnym smutkiem – Mówi, że to co się dzieje nie jest w żadnym stopniu związane z naturą. Charonie ona powiedziała, że nie zbliży się do rzeki póki ta nie zostanie uleczona! – z oczu władcy biła rozpacz.
    – Hmm – starzec kiwał głową mrucząc coś pod nosem – Zaprowadź mnie do Królowej.
    Cdn…

  9. Po ulewnych deszczach ostatnich kilku dni Łaba nabrała mocy i tępa. Jej wody z hukiem spadały z jednego progu na drugi, zagłuszając inne dźwięki. Siedziałam na leżaku przyjemnie oszołomiona wszechogarniającym łoskotem fal, który, choć złowrogi, całkowicie odcinał mnie od świata, ludzi a nawet własnych myśli. Byłam tylko ja, rzeka i bajkowy górski pejzaż.
    Zamknęłam oczy. Moje ciało wreszcie się rozluźniło. Rozlało się na leżaku. Czułam pod pośladkami wyraźną fakturę grubego płótna. Twarde drewniane deski wbijały mi się w przedramiona i dłonie. Zaczerpnęłam powietrza. Pachniało gulaszem i ciemnym piwem. Kontemplowałam ten stan zawieszenia.
    Po chwili myśli wróciły. Dopadły mnie wspomnienia najnowszych wydarzeń. Nie były już tak natarczywe, jak kilka minut wcześniej. Przewijały się w mojej głowie, jak film oglądany na dużym ekranie. Przeżywałam tę historię, siedząc w ostatnim rzędzie. Widziałam obrazy z dystansu, oceniałam jak bym to nie ja była główną bohaterką. Co zrobiłabym na jej miejscu? Rozwiązanie przyszło niemal natychmiast. Zaskoczyło mnie swoją prostotą. Zobaczyłam siebie wyraźnie dziś, jutro i za kilka lat. Poczułam spokój i głód, który poderwał mnie z leżaka. Od poprzedniego wieczoru nie miałam nic w ustach. Weszłam do restauracji na gulasz i piwo.

  10. Rzeka perspektyw

    W nocnym wypadku na obrzeżach miasteczka zginął 24-letni mężczyzna. Policja bada okoliczności zdarzenia.

    Tajemniczo nuciła, jadąc przez obrzeża amerykańskiego miasteczka. Po chwili dołączył, jego głęboki głos z trzewi, rozszerzające się struny głosowe wibrowały. Sięgnął po gitarę, leżącą na tylnym siedzeniu. Ich cicha melodia jeszcze nie wie, jakim zdarzeniom będzie towarzyszyć.

    Dziecko spogląda za okno, a za nim tylko deszcz pada na opuszczone ulice.

    On oddala się w koszulce nasiąkniętej krwią, w tle policyjne syreny. Jutro grupa smutnych osiedleńców, trzymających w rękach bukiety świec, odpuści do nieba czarne balony na skrzyżowaniu dróg. Dróg prowadzących do nikąd.

    Zabił.

    Chcę wiedzieć, chcę wiedzieć.
    Chcę odejść, chcę odejść.

    Czy wiedział? Czy odszedł? Czy widział swoją duszę, która zasiadła na kolanach tego męczennika? Przypięła się do rozszarpanych ud łańcuchem z wielkimi oczami, których nawet najtwardsze nożyce wybaczenia nie byłyby w stanie rozłupać.

    Pozwól, że zanim odejdę przyjrzę Ci się dobrze. Zabiorę ze sobą ten obraz, tylko do czasu aż zapomnę.

    Mam w sobie marzenie.
    Żeby przeszłość przybrała inny bieg, żeby tego dnia on nie wszedł do samochodu.
    Na poboczu stało auto, a przez rozbite kawałki szkła wydobywała się piosenka.

    Zabierz mnie nad swoją rzekę. Jesteś domem, jesteś miłością.

  11. Biegłam do niego jak na skrzydłach. Śpieszyłam się tak bardzo, że zapomniałam puścić wypłaty i maile. Biegłam z rozwianymi włosami, niewyspana, zaczarowana – gotowa na nowe życie.
    Trzy tygodnie rozmów do trzeciej nad ranem. Trzy tygodnie wyznań, pogodnych „dzień dobry” i namiętnych „dobranoc”.
    Wpadłam do Łazienek. Miałam wejść od Gagarina, ale zaparkowałam przy Myśliwieckiej.
    – Jestem – zaszczebiotałam radośnie do iPhonika.
    – Ale gdzie? – zabuczał on.
    A może to nie jest on – przemknęło mi przez myśl – on przecież jest czuły, wyrozumiały i nigdy nie wkurzałby się o to, że zaparkowałam po drugiej stronie parku.
    – Gdzie ty jesteś? – powtórzył zniecierpliwiony.
    – Lecę do ciebie. Spotkajmy się przed pałacem – zaproponowałam radośnie.
    – Nie rozłączaj się! – zaordynował.
    – Oooo, czy ty się boisz, że mnie zgubisz? – zapytałam zalotnie.
    – Nie, nie boję się. Jestem wkurzony! – burknął tonem, który nie zostawiał nadziei, że to żart. – Gdzie miałaś zaparkować?! Muszę teraz przedzierać się przez pół Łazienek! – zasyczał.
    Kap – pierwsza kropla niepokoju zasyczała, wpadając na gorące serce – przecież to on chciał się spotkać tutaj. Kap – kolejna zasyczała niepokojąco – gdzie ta czułość i radość, którą słyszałam, usypiając każdej nocy ze słuchawką przy uchu.
    – Jak wyglądasz? W co jesteś ubrana? – spytał.
    – Wiesz przecież, masz tysiąc moich zdjęć – odpowiedziałam zdziwiona.
    – Zdjęcia kłamią!
    Odwróciłam się. Stał za mną. Naburmuszony, zimny, nie mój…
    – Wyglądasz inaczej – stwierdził chłodno.
    Czyli już nie jestem piękna, wyjątkowa i podniecająca?
    Snuliśmy się jesiennymi alejkami Łazienek. Pojedyncze krople niepokoju, które czułam jeszcze chwilę temu, zaczęły zlewać się w rzęsisty deszcz wątpliwości. A ten – nie wiedzieć kiedy – stał się rwącą rzeką rozczarowania i niedowierzania.
    Wczoraj jeszcze miał być moją miłością na dojrzałe lata. Niedzielnym śniadaniem po upojnej nocy, stopami szukającymi się w ciemności, czułym pocałunkiem w czoło, oczami, które śmieją się na mój widok, kiedy wracam z pracy.
    A dzisiaj?
    Rozstaliśmy się oficjalnie. Tak, jakby naszych telefonicznych, namiętnych nocy nigdy nie było.
    „No i co z tym zrobisz, dziewczynko?” – zapytałam samą siebie. „Kolejny raz powiesisz psy na Tinderze, odsądzisz od czci i wiary wszystkich facetów tego świata, czy wreszcie przyjrzysz się swoim pragnieniom? Tym, które od lat wciskasz pod maskę singielki twardzielki…”

  12. Panta rhei
    (fragment)

    Wiedziałam, że prędzej utonę, niż popłynę. Mój los został przesądzony lata temu i to na własne życzenie. Ostatecznie sama wybrałam rzekę, do której weszłam.
    – Powinnaś już iść – powiedział, wpatrując się w okno. Krople deszczu bezlitośnie uderzały o szybę od kilku dni.
    – Pamiętasz, jak się poznaliśmy?
    Uśmiechnął się. Pamiętał.
    – Panienka z wielkiego miasta, tylko pływać nie potrafiła – zaśmiał się na wspomnienie, ale wciąż na mnie nie patrzył.
    – Muszę ci się do czegoś przyznać. Tata prowadzał mnie na basen, odkąd skończyłam dziesięć lat.
    Jego głowa wreszcie odwróciła się w moim kierunku i nasze oczy się spotkały.
    – Słucham?!
    – Przepraszam… – zaśmiałam się. – Ale jak inaczej miałam zwrócić na siebie twoją uwagę?
    Na jego twarzy wymalowało się zdziwienie.
    – Nie musiałaś. Stojąc na moście, widziałem, jak idziesz nad rzekę z grupą dziewczyn. Wypatrzyłem cię, zanim ty zauważyłaś mnie.
    Moja broda lekko zadrżała.
    – Jest jeszcze coś, co przede mną ukrywałaś? – zażartował, a w jego błękitnych oczach pojawiły się iskry, których brak doskwierał od lat nam obojgu.
    – Nic, co miałoby teraz znaczenie.
    – W takim razie powinnaś już iść.
    – A pamiętasz pierwszą potańcówkę? Ojciec był tak wściekły, że prawie wyrwał mi rękę, ciągnąc mnie do domu.
    – Miał rację. Na jego miejscu zrobiłbym to samo, gdybym zobaczył swoją córkę obściskującą się przy stodole z parobkiem.
    – Ale się wtedy najadłam wstydu.
    – Tylko wtedy?
    – Daj spokój – fuknęłam, lekko szturchając go w rękę.
    – Posłuchaj, Skarbie. Ona idzie tu po mnie. Tak wiele dla mnie poświęciłaś i nie chcę…
    – Wiesz, czego żałuję najbardziej? – przerwałam mu, krzyżując ręce na piersiach. – Że na ślubie nie mieliśmy tortu.

  13. – Pani Rzeko, jak się pani miewa? – zawołał urzędnik, schodząc w dół wału i poprawiając krawat.
    Rzeka czekała na niego przy brzegu, w jej włosach tkwiło kilka patyków i opakowań po batonach. Głaskała kamień, który kochał jej dotyk, uważając, by nie wzburzać wody na płyciźnie, gdzie pluskał się mały wróbel.
    – Panie radny, dobrze że pan przyszedł – wyszemrała. W jej piersi niezdrowo chlupotało. – Ta nowa fabryka… szkodzi mi.
    – Szykujemy regulacje dotyczące odpadów. Ale przecież oczyszczanie środowiska jest pani pasją, czyż nie? Ja w innej sprawie. – Wyperfumowane palce zanurkowały w aktówce, wynurzając się po chwili z plikiem dokumentów. – W związku z budową drogi skierujemy panią poza granice miasta. Gwarantujemy, że będzie pani nadal mogła pełnić swoje funkcje. W interesie mieszkańców zapewnimy jedynie dogodniejszą lokalizację.
    – Ale… – Spojrzała na kamień, na wróbla, zdziwiona. Mieszkańcy lubili przecież Rzekę. Dzieci urządziły sobie kryjówkę na wyspie. Pan Jan codziennie przed drzemką przychodził na spacer.
    – Oczyszczalnia generuje za duże koszty. Proszę się jednak nie martwić, eksperci określają zagrożenie dla ryb i na pewno uwzględnimy je w projektach.
    Rzeka spieniła się.
    – Rozumiem pani wzburzenie, ale proszę spojrzeć na pozytywy. Nadal będzie pani mogła wykonywać ukochaną pracę. Nie każdy ma w życiu tyle szczęścia. – Wyszczerzył zęby, wskazując na ubłocone buty za pięćset dolarów, by podkreślić swoje poświęcenie dla społeczeństwa. – Ale nie mówmy już o tym. Pomówmy o przyjemniejszych sprawach, a więc o pani pracy. Ludzie skarżą się na rosnącą w okresie letnim temperaturę. Poza tym brakuje dobrej wody. Czy mogłaby pani coś z tym zrobić?
    Rzeka patrzyła, szemrając cicho, po czym osunęła się na kamień, a potem dalej, od brzegu, odsłaniając muł.
    Wróbel odleciał.

  14. Monika usiadła na trawie nad brzegiem, a ja poczułam jej pełne wyrzutów rozczarowanie.
    Byłam zaledwie strumieniem, który w żadnym calu nie przypominał żywej, wartkiej rzeki z jej lat dziecięcych. W każde lato, razem z bratem i kuzynami chlapali się w tym miejscu w samych majtkach, kiedy dorośli pracowali w polu, a oni byli jeszcze zbyt mali by pomagać. Zapamiętałam ją dobrze, bo potrafiła mnie wyczuć, jak jej babka, i przychodziła do mnie wieczorami, by szeptem zwierzać się ze swoich dziecięcych marzeń. Jako nastolatka przybiegała w emocjach, płacząca, rozgorączkowana. Rzeko, rzeko, weź mój ból, szeptała, a ja chłodziłam jej ciało i zabierałam tyle ciężaru ile mogłam. Teraz była dorosłą kobietą i znowu potrzebowała ulgi, jaką potrafiłam przynieść, ale nie mogła pogodzić się z moim i własnym przemijaniem i żalem do świata, jaki ono powodowało.
    – Nawet ty się zmieniłaś. Dlaczego?! – zwróciła się do mnie z wyrzutem. – Dlaczego nic już nie jest takie jak kiedyś?!
    Łzy wściekłości zaczęły jej spływać po policzkach. Wstała z zamiarem odejścia, ale wtedy wyszeptałam spokojnie:
    – Ciii, chodź do mnie, pozwól się ukoić.
    Zatrzymała się, a to znaczyło, że nadal mnie wyczuwała. Spojrzała na mnie mokrymi oczami. Przez chwilę rozważała mą propozycję, a potem powoli zdjęła sukienkę i weszła do wody. Położyła się na plecach pozwalając by mój chłód objął jej ciało i ostudził złość, żal i smutek. Jej łzy mieszały się z wodą, a ja unosiłam je daleko od niej czując, jak się uspokaja i zestraja z moją energią i siłą.
    Może i byłam starym, na pół wyschniętym strumieniem, ale nie straciłam nic ze swej kojącej mocy, a teraz Monika, która z uśmiechem usiadła na brzegu po kąpieli, także to wiedziała.

  15. Czasami przed snem proszę Er, żeby mi coś poczytał na głos. Ostatnio – „Drzewa” Ayi Kodo. Przeczytał jedno opowiadanie o glicynii i odrzucił jako zbyt sentymentalne. Może nawet użył słowa egzaltowane, teraz nie pamiętam, w każdym razie, obraziłam się, zarzuciłam mu seksizm i takie tam historie. Skonstatował, że owszem, ma problem z kobiecą literaturą i zaproponował Saundersa. – Obejdzie się – prychnęłam i czytam sama. Historia glicynii jest taka; Aya wybiera się na targ z córką, ojciec wydaje jej polecenie kupienia krzewu dla wnuczki. Mała wybiera glicynię, a że w opinii matki jest za droga, kupują pieprzowiec. Ojciec Ayi kipi z oburzenia, że może w ten sposób zniszczyła jej (…) wrażliwość na piękno i zaszczepiła impuls do uciekania w taniość i bylejakość. Obracam w myślach słowa egzaltacja i sentymentalizm. Co uwierało w tym Er? Pamięć natychmiast cofa mnie o kilkanaście lat, na lekcje angielskiego, na które chodziłam z Ka do Wioli. Coś opowiadam, mam flow, słowa płyną, ja rosnę. I wtedy Ka, po polsku, Aneta jest taka egzaltowana. – Egzaltowana? Czuję się uszczypnięta. Protestuję. – Już nic powiedzieć nie można! – ripostuje Ka i zwraca się do Wioli o rozsądzenie. Ta przypomina, że ma tu inną rolę. Nagabywana stwierdza, że TO słowo jest oceniające. Ka, jak większość prawników, natychmiast żąda uzasadnienia. A że kończy się lekcja – wychodzę po cichu i nie czekam na rozstrzygnięcie. Jesienny wiatr uderza mnie w twarz. Wsiadam w tramwajową szóstkę i zamiast pojechać do domu wysiadam na Wałach i gapię się na Odrę. W miejscu, gdzie siadam pachnie owocowo, trochę arbuzem. Słońce chyli się ku zachodowi. Z prawej dochodzą dźwięki pobliskiej trattorii. Ktoś zrzucił sztućce, zaszczekał pies. Kiedy chłód wieczoru zaczyna wypierać dzień, uznaję, że czas się zbierać. I wtedy widzę ją, młodą dziewczynę w łodzi. Płynie bliżej prawej strony rzeki, za nią, tam, gdzie zwykle umieszcza się flagę, powiewa sztandar; BĄDŹ JAK RZEKA ONA POMIEŚCI WSZYSTKO. Chcę powiedzieć o tym Er, teraz, kiedy mam to przed oczami. Ale, że spodziewam się pytania czy biały królik z kieszonkowym zegarkiem też tam był, wybucham śmiechem.

  16. Ze złością kopnęła trawę.
    Jej towarzysz spojrzał na nią z politowaniem, a następnie puścił perfekcyjną kaczkę. Kamyk odbił się cztery razy od tafli rzeki.
    PLOM-PLOM-PLOM-PLOM.
    -Siooora – jego głos był zbolały od rozczarowania – Naucz się wreszcie!
    Był jej starszym bratem. Umiał puszczać kaczki. Robić balona. Gwizdać. Wspinać się wysoko na drzewa, podczas gdy ona bała się. Jeździć bez trzymanki.
    W pobliskich szuwarach zarechotała żaba.
    -Już mi się nie chce – mruknęła, jakby chodziło o zajęcie godne pogardy.
    Nie wspaniałą, tajemną umiejętność, którą chciała posiąść.
    -Oj, ty matołku – brat wypowiedział obelgę, okraszając ją dozą czułości.
    Bo przecież nie była to litość?
    -A to wy sami nad tą rzeką, takie małe dzieciaki? – usłyszeli głos.
    Na poboczu stał chłop z rowerem i patrzył na nich srogo. Zawieszona na kierowniku dyndała smętnie szaroniebieska siatka.
    -Tylko mi tu nie włazić do wody, tu je ze trzy metry głęboko!
    -Nie wchodzimy do wody, proszę pana – brat wyjaśnił z jak największą swobodą.
    -Puszczamy kaczki – dodała, próbując go naśladować, ale piąstki miała zaciśnięte mocno.
    -Ja takiego znał, co się tu potopił – mruczał chłop, gramoląc się na rower – Tu, w tej rzece. Taki jak wy chłopaczek. Co to był za płacz.
    Łypnął na nich, oceniając ich poczytalność i ruszył.
    Spojrzała na rzekę. Spokojne masy wody dryfowały harmonijnie.
    Po co ten pan to opowiada. I w ogóle – to pewnie było STO LAT TEMU!
    Brat w tym czasie dopadł do rowerów, które rypnęli na trawę.
    -Kto pierwszy w domu, zajmuje komputer!

  17. Chłód lizał jej stopy, słyszała szmer wody przepływającej między zdrętwiałymi palcami. Nawet latem rzeka niosła z gór lodowatą świeżość. Otworzyła oczy i rozejrzała się wokół. Słońce nadal wisiało wysoko, ale na jej plecy wpełzał już cień. Rzucało go drzewo rozpościerające gałęzie nad niewielką skarpą, na której siedziała. Mokre języki wokół jej stóp odbijały jeszcze promienie, ale i ta gra świateł bledła z chwili na chwilę.
    Powinna iść do niego, jednak znowu nie mogła oderwać wzroku od wody. Nurt w tym miejscu nie był już tak rwący. Nie jak wcześniej, gdy targał nią na prawo i lewo, miotał niczym bezładną skorupą. Zdawało się wtedy rzece, że niesie ją sama. Nieprawda. To ona miała wiosła, ona omijała pojawiające się nagle skały, pokonywała bez szwanku bystrza i progi, aż dopłynęła tutaj. W tym miejscu było spokojniej. Płynęła już z nim. Do dzisiaj nie rozumiała dlaczego właśnie tutaj rzeka ich wypluła. Jak martwe ryby.
    Ona sama już dawno wyschła. Dawno pozbierała rozbite deski. Dziwne. Nie wyglądały jak pozostałości łodzi. Do złudzenia przypominały fragmenty stołu – kilka dech na podobieństwo płaskiego blatu i drewniane nogi. Stanął jej przed oczami tamten dzień, gdy wnosili stół do nowego mieszkania. Taki sam, ciężki, zdawałoby się solidny. Nie żywiła jednak do niego urazy – był tylko bogu ducha winnym świadkiem katastrofy.
    Westchnęła. Zagłębiła stopy w piaszczyste dno. Kiedyś myślała, że wylądowali na zadupiu. Inne łodzie szybko odpłynęły, żadna się nie zatrzymała. Dziś widziała więcej: drzewa wdzierały się w oczy zielenią, zapach lipy kręcił w nosie, a śmiech ich dzieci dźwięczał czysto. Kiedy one tak urosły?
    Rzeka omywała jej kostki. Dalej płynęła.

  18. Koniec jest początkiem. Początek jest końcem.

    Wytrysnąłem ze źródła niczym wody życia i nadziei. Idąc tropem, wstałem, by iść i przemierzać nieznane. Ubrali mnie w to, co było, i kazali przyjąć to, co jest. Wraz z pierwszym oddechem ruszyłem w dół, poznając uroki płytkiej, wysokiej krainy — dzikiej i jeszcze nieznanej. Kiedy opuściłem źródło, o powrocie nie było już mowy. Musiałem zaufać warunkom, które mi dano. Nie mając wyboru, niewiele mogłem powiedzieć.

    Burzliwy zjazd w dół — z niecierpliwością, płaczem, krzykiem i uśmiechem zarazem. Żywy, świeży, jeszcze nieskalany nędzą i obrazami wojen, grabieży czy gwałtów. Po drodze powoli dołączali inni — nieznani, z różnych stron, ze swoim profilem, korytem i przeznaczeniem. Nie pytali, czy mogą. Podwórko było jedno, szkoła i przychodnia, sklep i kościół, a przede wszystkim ten sam świat.

    Płyniemy razem — raz wolniej, raz szybciej. Kraina staje się bujniejsza i szersza, a świat rozciąga się aż po horyzont. Później dołączają kolejni, już bardziej doświadczeni niż na początku, przy źródle. Ale czy równi? Nierówni? To weryfikuje życie. Niejeden wir wciągnął głupca, innego wyrzucił na brzeg, a ten do końca życia może patrzeć na wodę i marzyć o niebieskich migdałach.

    Są też dopływy, które pozwalają, by niósł je nurt. Dla jednego woda oznacza spokój i współpracę, dla innego zmianę, strach i ciekawość. Życie każdego obdarza inaczej.

    Doświadczenia od źródła aż po dziś są jak informacje niesione przez wodę. Spotykają inne — czasem współpracują, czasem ze sobą walczą. Nieświadomie niosę również cudze historie. Bo czy liść wpadający do rzeki nie korzysta z okazji, żeby odbyć kawałek podróży za jeden uśmiech?

  19. – Rozumiesz, za co cię karzę, Zosiu?
    Kiwnęłam głową. Mój głos był zbyt schrypnięty od płaczu, by odpowiedzieć. Poza tym już się poddałam. Zajęło mi strasznie długo, zanim zaakceptowałam, że kłócenie się z mamą, nie ma sensu.
    – Kocięta to kłopot! Myszy nie złowią, a tylko pałętają się po gospodzie. Zanim się obejrzymy, któreś także zajdzie w ciążę i cała kolonia się nam rozwinie.
    Nie rozumiałam, jak mama mogła te puszyste, bezbronne kulki kojarzyć jedynie z kłopotami. Ktoś by je przygarnął, na pewno. Jak mama mogła chcieć skrzywdzić coś tak małego i niewinnego? Gdy ją o to spytałam, tylko westchnęła. I dalej patrzyła, jak walę pięściami o podłogę.
    Moje dłonie kurczowo ściskały szmaciany worek. Był ciężki, głównie przez kamienie, które mama napakowała do środka. Do tego wciąż się poruszał. Myślałam o tym, by ‘przypadkowo’ go upuścić w drodze nad rzekę, ale kocięta i tak by same nie uciekły.
    – No dalej, wrzuć to! – niecierpliwiła się mama. – Nie mamy całego dnia, muszę szykować kolację!
    Wyciągnęłam przed siebie ręce. Cała się trzęsłam. Pociły mi się dłonie, a jednak nie potrafiłam puścić worka, jakby był do nich przyklejony.
    – Zosiu!
    Po kolei zaczęłam odklejać palce. Kciuki, wskazujące, środkowe… Worek się wyślizgnął! Z chlupotem wpadł do rzeki. Gapiłam się zaszklonymi oczami w wodę, w to, jak szybko go pochłonęła. Czułam, jakby wraz z kociętami, utopiła się cząstka mnie.
    ***
    Krajobraz w ogóle się nie zmienił przez te siedem lat. Rzeka nadal płynęła, lekko szemrząc. Tak jak wtedy, stałam nad brzegiem, z workiem w rękach. Jednak tym razem nie wahałam się. Tym razem nikt mnie do tego nie zmuszał.
    Tym razem, gdy puściłam worek, dobiegał z niego dziecięcy płacz, a nie miauczenie.

  20. Długo, bardzo długo byłem w miejscu, w którym rzeka wpada do morza rozdzielając ląd na dwie części. Znałem piasek i niebo; zmieniały kolory pomimo tego, że zdawały się być niezmienne. Znałem ptaki, które krążyły nad plażą wyszukując wśród wyrzuconych na brzeg wodorostów resztki rybich kręgosłupów i muszli. Co roku zjawiały się nowe mewy jakby wykluwały się z nieba i wracały do niego kiedy traciły siły. Lubiłem gdy latały w pobliżu – było w nich wszystko to, czego nigdy nie miałem i nie będę miał. Z taką swobodą rozkładały skrzydła, unosiły się nad ziemią i wodą, nurkowały w przestworzach. Podobne smokom, które pamiętałem z innych czasów, wplątywąły się w grzywy chmur lub unosiły na grzbietach fal jak lśniące łódki. Zazdrościłem im bujania w przestrzeni, ale było mi dobrze tam, gdzie byłem.
    Aż ktoś mnie podniósł, podrzucił i zamknął w dłoni.
    I tak znalazłem się tutaj. Inny, obcy, podrzutek. Nagi pośród omszonych, gładki między szorstkimi, bez swojego miejsca w podłożu. Przyzwyczajam się, zagłębiam, poznaję.
    Często wilgotna ściółka jest trochę inna niż piasek. Obok mnie pełzał ślimak i zostawił mi na boku szramę śluzu. Poczekam aż spadnie deszcz i zmyje to lepkie doznanie. Mam czas, dużo czasu. Morze było bezkresne, a gąszcz i dzikość lasu zdają się nie mieć końca. Pnie wyciągają się w górę jak pręty klatki, a ptaki miotają się po zielonej celi jakby zapomniały, skąd przybyły. Zamiast wzbić się pod chmury, umierają wśród liści. Gniazda uwite z łodyg przywiązują je do do miejsca, a korony zasłaniają horyzont. Może to kiedyś zrozumiem; drzewa, grzyby i ptaki. Będę tu długo, dłużej niż one. Będę tu leżał…kamieniem; przeniesiony z jednej wieczności do drugiej.

  21. Na podstawie pomysłu W. Wysockiego i J.Kaczmarskiego
    Czołg

    Rozsuwa się kotara tataraku i zgrzyta wiślany piach, gdy wkraczam na praską plażę. Słońce pali jak u nas w Odessie, rzeka nęci chłodem. Zza Wisły dobiega huk wystrzałów i okrzyki, lecz dziś nie święto.
    Czuję jak serce rozrywa pancerz, choć w fabrykach za Uralem nie montują serc nawet u ludzi. A jednak żąda bym ruszył w wiślane fale i wsparł walczących. Silnik pracuje na najwyższych obrotach, gdy pada rozkaz ze sztabu:
    – Stać!
    Zaryłem się gąsienicami w piach, a ze mną kilka setek takich jak ja.
    – Czemuż ruską siłę wstrzymują nie dając z biegu bić Niemca?!
    A za rzeką miasto walczy, chociaż krwawi ze śmiertelnych ran. Mrugam czarnym oczodołem lufy a w nurt Wisły spada tłusta łza.
    Co mi z tego, że „kamandir” mnie poklepał chwaląc moją grubą stal. Ja chcę walczyć o Warszawę! – Puść hamulec! Wciśnij gaz!
    Wyrok ze słuchawek:
    – Stać!
    Załoga medal za męstwo dostanie, choć tylko patrzą jak miasto płonie. Ja nowy olej i silnik być może, choć wolałbym bić się wśród parków, domów i bram.
    Przez radio słyszę prośby o pomoc, modlitwy, przekleństwa, rzężenie i śmierć. Sowieci nie wierzą ni w Boga ni w piekło, a ja, patrząc za rzekę wiem, że piekło jest tam.
    Ukryli mnie przed wzrokiem powstańców, lecz oni wiedzą że tu stoi tank. Tak chciałbym nurt Wisły przeskoczyć i zdobyć ulicę lub choć jeden gmach.
    Hełmofon trzeszczy i sztab się odzywa.
    – W bój ruszam?
    Nie, znów rozkaz który, do bólu znam. Choć motor gra, wciąż czekam i patrzę na czarny dym nad miastem. I wtedy słyszę głos „kamandira”:
    – Maszyna stop! – ucisza drżący jak wyrzut sumienia silnik, choć ja tak bardzo chcę iść w bój.
    Uśpiony, otulony sadzą i dymem, tak trwam aż przychodzi zima i znów rozbudzają moją krew.
    Lecz z miasta pozostała już tylko rzeka.

Dodaj komentarz