Płynąc do zwycięstwa – ROZWIĄZANIE KONKURSU!

I zakończył się kolejny konkurs na blogu Pasji Pisania. Przyszło sporo prac, a wybór nie był łatwy. Kto zdobył powieść „Wihor” – debiut Agnieszki Skowron-Wilusz?

Wrześniowy konkurs na blogu Pasji Pisania dobiegł już końca. Do wygrania była powieść Wihor Agnieszki Skowron-Wilusz, absolwentki naszych kursów. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Axis Mundi. Jak zwykle dopisaliście. Przyszło sporo prac. Pora na werdykt! Agnieszka Skowron-Wilusz wybrała następujące prace:

I miejsce – M.
II miejsce – Anetta
III miejsce – Kaja

Wszystkie prace konkursowe możecie przeczytać tutaj. A oto te zwycięskie:

M. napisała taki tekst:

Długo, bardzo długo byłem w miejscu, w którym rzeka wpada do morza rozdzielając ląd na dwie części. Znałem piasek i niebo; zmieniały kolory pomimo tego, że zdawały się być niezmienne. Znałem ptaki, które krążyły nad plażą wyszukując wśród wyrzuconych na brzeg wodorostów resztki rybich kręgosłupów i muszli. Co roku zjawiały się nowe mewy jakby wykluwały się z nieba i wracały do niego kiedy traciły siły. Lubiłem gdy latały w pobliżu – było w nich wszystko to, czego nigdy nie miałem i nie będę miał. Z taką swobodą rozkładały skrzydła, unosiły się nad ziemią i wodą, nurkowały w przestworzach. Podobne smokom, które pamiętałem z innych czasów, wplątywąły się w grzywy chmur lub unosiły na grzbietach fal jak lśniące łódki. Zazdrościłem im bujania w przestrzeni, ale było mi dobrze tam, gdzie byłem.
Aż ktoś mnie podniósł, podrzucił i zamknął w dłoni.
I tak znalazłem się tutaj. Inny, obcy, podrzutek. Nagi pośród omszonych, gładki między szorstkimi, bez swojego miejsca w podłożu. Przyzwyczajam się, zagłębiam, poznaję.
Często wilgotna ściółka jest trochę inna niż piasek. Obok mnie pełzał ślimak i zostawił mi na boku szramę śluzu. Poczekam aż spadnie deszcz i zmyje to lepkie doznanie. Mam czas, dużo czasu. Morze było bezkresne, a gąszcz i dzikość lasu zdają się nie mieć końca. Pnie wyciągają się w górę jak pręty klatki, a ptaki miotają się po zielonej celi jakby zapomniały, skąd przybyły. Zamiast wzbić się pod chmury, umierają wśród liści. Gniazda uwite z łodyg przywiązują je do do miejsca, a korony zasłaniają horyzont. Może to kiedyś zrozumiem; drzewa, grzyby i ptaki. Będę tu długo, dłużej niż one. Będę tu leżał…kamieniem; przeniesiony z jednej wieczności do drugiej.

Anetta zaproponowała miniaturkę Być jak rzeka:

Czasami przed snem proszę Er, żeby mi coś poczytał na głos. Ostatnio – „Drzewa” Ayi Kodo. Przeczytał jedno opowiadanie o glicynii i odrzucił jako zbyt sentymentalne. Może nawet użył słowa egzaltowane, teraz nie pamiętam, w każdym razie, obraziłam się, zarzuciłam mu seksizm i takie tam historie. Skonstatował, że owszem, ma problem z kobiecą literaturą i zaproponował Saundersa. – Obejdzie się – prychnęłam i czytam sama. Historia glicynii jest taka; Aya wybiera się na targ z córką, ojciec wydaje jej polecenie kupienia krzewu dla wnuczki. Mała wybiera glicynię, a że w opinii matki jest za droga, kupują pieprzowiec. Ojciec Ayi kipi z oburzenia, że może w ten sposób zniszczyła jej (…) wrażliwość na piękno i zaszczepiła impuls do uciekania w taniość i bylejakość. Obracam w myślach słowa egzaltacja i sentymentalizm. Co uwierało w tym Er? Pamięć natychmiast cofa mnie o kilkanaście lat, na lekcje angielskiego, na które chodziłam z Ka do Wioli. Coś opowiadam, mam flow, słowa płyną, ja rosnę. I wtedy Ka, po polsku, Aneta jest taka egzaltowana. – Egzaltowana? Czuję się uszczypnięta. Protestuję. – Już nic powiedzieć nie można! – ripostuje Ka i zwraca się do Wioli o rozsądzenie. Ta przypomina, że ma tu inną rolę. Nagabywana stwierdza, że TO słowo jest oceniające. Ka, jak większość prawników, natychmiast żąda uzasadnienia. A że kończy się lekcja – wychodzę po cichu i nie czekam na rozstrzygnięcie. Jesienny wiatr uderza mnie w twarz. Wsiadam w tramwajową szóstkę i zamiast pojechać do domu wysiadam na Wałach i gapię się na Odrę. W miejscu, gdzie siadam pachnie owocowo, trochę arbuzem. Słońce chyli się ku zachodowi. Z prawej dochodzą dźwięki pobliskiej trattorii. Ktoś zrzucił sztućce, zaszczekał pies. Kiedy chłód wieczoru zaczyna wypierać dzień, uznaję, że czas się zbierać. I wtedy widzę ją, młodą dziewczynę w łodzi. Płynie bliżej prawej strony rzeki, za nią, tam, gdzie zwykle umieszcza się flagę, powiewa sztandar; BĄDŹ JAK RZEKA ONA POMIEŚCI WSZYSTKO. Chcę powiedzieć o tym Er, teraz, kiedy mam to przed oczami. Ale, że spodziewam się pytania czy biały królik z kieszonkowym zegarkiem też tam był, wybucham śmiechem.

A oto propozycja Kai:

„Twoja babka rodziła w rzece, a ci polska porodówka się nie podoba!” – takie słowa po powrocie ze szpitala padły z ust mojej własnej matki. Bolszewiczki do stu fajerek…
„Jak wlazło, to i wylezie! Szerzej te nogi! Rozkładało się dziewięć miesięcy temu, to i dzisiaj można!” – Cudowne realia polskich porodówek.
Tymczasem babcia – bo była dla mnie kimś więcej niż starą, pomarszczoną babką, na majątek której wszyscy obecnie czyhali – gdy czuła, że poród się zbliża, przerywała pracę, żegnała się trzykrotnie i wychodziła na pole, żeby znaleźć jakiego chłopca z szybkimi nogami. Zawsze musiała posłać po księdza, tak na wszelki wypadek. Następnie schodziła łagodnym zboczem na dziką plażę. Czasem musiała przepędzić z niej bawiące się tam dzieciaki. Nie chciała, żeby ktokolwiek patrzył – była na to zbyt dumna.
Mówiła mi, że rodziła po cichu. Miarowo kołysała w wodzie biodrami, co przynosiło jej ukojenie. Nie chciała krzyczeć, więc zaciskała zęby na rękawie swojej lnianej koszuli. Miała biodra dobre do rodzenia – dlatego nie umarła przy porodzie ani ona, ani żadne z ośmiorga jej dzieci. Szkoda, że nie odziedziczyłam tej sprzyjającej aktom narodzin fizjonomii. Przynajmniej tak twierdziły położne, krzycząc mi prosto w twarz: „Co, kurwo, cipeczka za wąska i teraz boli?!”
Babcia twierdziła, że rzeka dodawała jej otuchy. Uspokajała rozdygotane ciało i orzeźwiała przestraszony umysł. A gdy główka była już na zewnątrz, to babcia siadała przy brzegu i parła. Za sprawą rzeki dzieciątko wpadało prosto w jej pełne miłości ramiona. Tak urodzili się Jan, Stanisław, Marianna, Józefa, Franciszek, Helena – moja godna pożałowania matka, Anna i Józef.
Chcę do rzeki – niech obmyje mój wstyd.

Serdecznie gratuluję laureatkom, ale także wszystkim uczestnikom konkursu. Pamiętajcie, że samo podjęcie pisarskiego wyzwania już jest zwycięstwem. I wyglądajcie kolejnego konkursu!

Źródło cytatów: https://blog.pasjapisania.pl/2026/09/06/wihor-skowron-wilusz-konkurs/

Dodaj komentarz