Pora zaprosić was do udziału w kolejnym konkursie. Tym razem do wygrania „Dobra dziewczyna” – najnowsza powieść Michała Pawła Urbaniaka, pisarza i nauczyciela Pasji Pisania.
Trwa listopad, więc pora ruszyć z listopadowym konkursem. Mamy dla was trzy egzemplarze Dobrej dziewczyny, czwartej powieści Michała Pawła Urbaniaka, którego dobrze znacie z kursów Pasji Pisania. Książki ufundowało Wydawnictwo WasPos.

Tego wieczoru jedna z nich straci życie. Druga – pamięć. Judyta wiedzie uporządkowane życie. Martyna, jej kuzynka, pojawia się w nim niespodziewanie, wnosząc cień tragedii i tajemnicy. Jaki sekret ukrywa? Co wydarzyło się na imprezie, z której tylko jedna z nich wróciła? W świecie, w którym dobro ma swoją cenę, a prawda jest pułapką, Judyta staje przed najtrudniejszym egzaminem w życiu. Dobra dziewczyna to duszny thriller psychologiczny, który udowadnia, że za zamkniętymi drzwiami zwyczajnych domów rozgrywają się najbardziej mroczne dramaty.
„Nagle zrozumiała, że zdarzy się wypadek – ktoś zginie.
Zupełnie jak w pierwszej klasie na stołówce, gdy patrzyła na Karolka Puchałę odnoszącego do okienka talerz z niedojedzoną, mdłą w smaku zupą ogórkową. Wiedziała, że Karolek ją wyleje na moment przed tym, zanim to się rzeczywiście stało. Zupa chlusnęła na podłogę, a on został z pustym talerzem w jednej ręce i zaczął płakać. Na szczęście się nie poparzył.”
Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania. Tym razem słowem-kluczem będzie „wypadek”. Nie chodzi jedynie o wypadek samochodowy. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 23 listopada włącznie. Michał Paweł Urbaniak wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Michał Paweł Urbaniak, Dobra dziewczyna, Wydawnictwo WasPos, Warszawa 2025.

Wypadek
– Małgorzato, Małgorzato! Zatrzymaj się na chwilę, gdzie tak lecisz?!
– Boże, Matylda! Ale mnie przestraszyłaś, czaisz się w tych krzakach!
–Nie czaje się! Siedzę na ławce przed domem i nalewkę popijam. A ty pędzisz jak koń z klapkami na oczach!
– Nie słyszałaś prognozy? Ma być burza, muszę ściągnąć pranie!
– Te sukienkę, co tam wisi? To żółte straszydło? Lepiej niech ją burza weźmie, i tak ci w niej nie do twarzy! Siadaj, ważniejsze rzeczy się dzieją we wsi.
– A od kiedy ty przed południem nalewkę pijesz?
– Na nerwy, Małgorzato! Po tych wiadomościach to się człowiekowi ręce trzęsą.
– Jakich wiadomościach?
– Ty nic o wypadku nie słyszałaś?!
– O wypadku? U nas?
– A jakże, u nas! Krew, trupy!
– Święta Panienko Jasnogórska… No, opowiadaj dalej!
– Rano w mięsnym spotkałam Kowalską.
– Tę od pralin?
– Nie, tę, co wygląda jak koń i ma brata z krótszą nogą.
– Aaa, tę.
– No i ona mówi, że Kryśka z rynku, ta co sprzedaje za drogie pomidory, słyszała od szwagra swojej siostry, że ta nowa, co kupiła dom przy piekarni, już chyba trup.
– Jak to trup?!
– No tak! I nie tylko ona — jeszcze brat Aldony ledwo żyje.
– Jakiej Aldony?
– Och, Małgorzato! No tej, co sprząta w kościele. Jej brat Mirek, taki miły, trochę niezdara.
– No ale mów, co się właściwie stało?
– Ta nowa podobno pędziła autem przez wieś jak furia. Dachowała, auto w płomieniach! A Mirek akurat tamtendy przechodził, potrąciła go, biedak wisiał na płocie!
– Matko jedyna, co za nieszczęście!
– Dzień dobry paniom! Przepraszam, że przeszkadzam. Nazywam się Karolina Schulz, kupiłam niedawno dom przy piekarni. Czy mogłyby mi panie powiedzieć, gdzie jest ulica Sosnowa?
– Sosnowa?
– Tak… Wczoraj miałam mały wypadek — ot, zarysowałam felgę o chodnik. Na szczęście jakiś miły przechodzień podał mi adres lakiernika, który właśnie na Sosnowej mieszka.
Magda siedziała w aucie wpatrzona w sygnalizację. Czerwone, zielone, żółte. I znów, kolejny raz ta sama sekwencja. Był niedzielny wieczór. Światła odbijały się od mokrej popołudniowym deszczem jezdni.
Dłonie miała zaciśnięte na kierownicy, a w głowie kłębiły się obrazy sprzed roku. Huk, krzyk, a potem cisza. Długa, nieznośna cisza. Jechała z bratem i chłopakiem na grilla do znajomych. Prowadził jej ukochany, Grzesiek. Pędził główną ulicą miasta. Na pierwszym skrzyżowaniu przejechał na żółtym, śmiał się, że wtedy zatrzymują się tylko frajerzy. Na kolejnym wyhamował w ostatnim momencie. Wtedy Magdzie serce podeszło do gardła, prosiła, by jechał ostrożniej, ale Grzesiek ją uspokajał: „nic się nie bój, panuję nad sytuacją”. Przed trzecim skrzyżowaniem krzyknął: „Patrzcie to, zakład, że zdążymy?!”, a potem nastała ciemność.
Z tyłu ktoś zatrąbił. Magda wzdrygnęła się. Powoli wcisnęła pedał gazu, samochód ruszył. Otarła łzę spływającą z policzka. Serce biło zbyt mocno, noga drżała, a płuca zdawały się nie przyjmować powietrza. Magda zjechała na przystanek i wybuchnęła płaczem. Nie mogła pogodzić się z tym, że Grzesiek żyje i uniknął kary. Nienawidziła go. Zniszczył jej życie.
W pewnym momencie w głowie usłyszała słowa, które często powtarzał brat: „Nic się nie bój siorka, wszystko będzie dobrze”. Przetarła oczy i ruszyła.
Nie jechała szybko, ale ważne, że jechała. Pierwszy raz od tamtego wypadku.
„Szarada”
Komisarz Jan Cisowski od samego rana nie był w najlepszym humorze,aby go poprawić postanowił rozegrać partyjkę szachów na komputerze. Właśnie zabierał się do wykonania „Szarady”- to wyjątkowy ruch szachowy,w którym jednocześnie bierze udział Król i jedna z wież tego samego koloru. .Polega na przesunięciu króla o dwa pola w kierunku wieży i jednoczesnym umieszczeniu wieży na polu, które minął król. Istnieją dwa rodzaje roszady: krótka (O-O) i długa (O-O-O). Kiedy zadzwoniła jego komórka…
-Cisowski słucham odezwał się w słuchawce zamyślony Jan. Trzeba przyznać mózg miał nie od parady,właśnie wygrał z komputerem,i już miał rozgrywać kolejną szachową partię , gdy w komórce usłyszał głos kolegi ,który informował go o tym co zastał na miejscu. Cisowski wysłał go do stajni,w której podobno doszło do nieciekawego zdarzenia. Po przyjeździe na teren stajni okazało się,że mamy trupa. A że jeden trup to mało, w związku z tym trupy są dwa : koń i jego dżokej, obydwaj zginęli od strzału z broni, której nie znalazłem na miejscu- mógł to być rewolwer..Zaraz do Ciebie dojadę wtedy też dokończymy zaczętą rozmowę. Jestem jeszcze na komendzie,ubieram się do wyjścia zaraz będę. Jan uchyliwszy drzwi z komisariatu wysunął głowę ,jedną nogę stawiając za progiem gdy w swoich uszach usłyszał tylko huk wystrzału ,po czym zwalił się na ziemię niczym koń w stajni. Kazek czekał na niego , tak jak się umówili, gdy ten się nie pojawiał zaniepokojony kolega podjechał pod komendę. Jan był na niej sam bo wszyscy inni pojechali do stajni. Gdy zjawił się pod komendą jego oczom ukazał się trzeci w ostatnich godzinach trup. Przed drzwiami komendy leżało ciało Jana. Przybywszy pod komendę kolega Cisowskiego, trzeciej ofiary co bardzo prawdopodobne seryjnego zabójcy,- zamyślił się by po chwili odrzec sam do siebie. To tak jakby ktoś z nami grał w szachy,zabijając przy tym dwóch ludzi ,i konia. To koszmar. Szarada rozgrywa się na naszych oczach. Nie wiem co robić, jestem tu sam bo pozostali są w stajni -czekają na techników. Przecież nie zostawię Janka samego. Dzwonię po posiłki. To nie był wypadek,ktoś prowadzi z nami brutalną grę. Czy Janek nie zalazł przypadkiem komuś za skórę?. Jak na razie nie wiemy z kim mamy do czynienia, dla mnie to jakiś totalny świr odrzekł Kazimierz czekając na przybycie swoich kolegów ,no i oczywiście techników kryminalistyki,którzy po przybyciu na miejsce od razu wzięli się do pracy.. Po oględzinach miejsc zdarzeń związanych ze śmiercią dwóch osób i konia pracownik Centrum Kryminalistyki potwierdził iż wypadek to nie był. To raczej zaplanowana zemsta na komisarzu Janie Cisowskim. Czyżby on nie poprowadził jakieś sprawy do końca. Musimy sprawdzić czy ta sprawa nie była związana z tutejszą stajnią,i czy ktoś nie zginął przez niedopatrzenie naszego nieżyjącego kolegi. Bo jeśli takowe niedopatrzenie zaistniało to trzeba dowiedzieć się czego dotyczyła ta sprawa ,i kto Janowi pomagał w jej prowadzeniu. Może ten ktoś coś będzie wiedział na temat tej starej sprawy. Musimy się też dowiedzieć czy , i jeśli to dlaczego wiąże się to z ostatnimi wydarzeniami dziejącymi się w naszym mieście. Po rozdaniu zadań Komisarze niezwłocznie zabrali się do pracy. No to do dzieła rzucił Kazek ,który przejął sprawę „Szarady od zmarłego kolegi Jana -zdając sobie przy tym sprawę jaka ciąży na nim odpowiedzialność. Jednak nie omieszkał się zastanawiać i podjął się postawionego przed nim zadania. Bierzmy się do roboty rzekł – po czym wszyscy podjęli się wykonywania postawionych przed nimi zadań. Praca w komendzie ruszyła na nowo pełną parą po niespodziewanym urlopie związanym z ostatnimi wydarzeniami w mieście.
Wypadek przy kulturze
Antoni, murarz z Warszawy, zbliżał się do pięćdziesiątki.
Ręce miał jak dwa łomy, ino serce miękkie jak świeży tynk.
Typowy filozof z rusztowania.
Przy każdej robocie powtarzał – Człowiek to nie tynk, panie dziejku, nie wyglancujesz.
Gdy szwagier wkręcił go do teatru, aż zagwizdał przeciągle.
– O, żesz, naprawdę? Do kultury – sapnął z uznaniem.
– Kultura, kultura… Tylko żebyś z kielnią nie tańczył po scenie.
Nucił „Bal na Gnojnej”, tynkując sufit, gdy nagle… łubudu!
Coś spadło z góry. A raczej ktoś. Różowy, błyszczący i wrzeszczący.
– O, kruca bomba! Toż to anioł z wystawy! – wystrzelił jak z procy.
– Co to za miejsce?! – pisnęła dziewucha. – Gdzie moja komórka?!
– Komórka? Ano jest! Na szczotki, za sceną. Ino klucza nima.
Emma, cała w cekinach, buty jak lustra, włosy jak z reklamy.
– Nie działa mi GPS! – jęknęła.
– Gie… co? Panienka z kosmosu, czy jak?
– Gdzie ja jestem?!
– Noż, w teatrze, sercu kultury! – rozłożył ręce z dumą.
– Kultura? Co taki wsiok wie o kulturze? – prychnęła.
– A wie! – obruszył się. – Wczoraj byłem w teatrze. No dobra, tynkowałem kulisy, ale słuchałem. Aktorka krzyczała jak moja stara, to musi być sztuka!
– To miejsce to nędza! – fuknęła.
– E, paniusiu, nędza też człowiek, tylko bez kieszeni.
Otrzepał drelichy.
Patrzyła, jak pracuje. Ruchy miał spokojne, w oczach błyszczał spokój, którego nie znała.
Zamilkła. Jakby coś w niej pękło.
Rano zniknęła. Został różowy pantofel i zapach lakieru.
Antoni westchnął:
– No proszę, wypadek przy kulturze. Panienka się o człowieka potknęła.
Nucąc „Bal na Gnojnej”, Antoni wrócił do tynkowania.
A gdzieś w innym świecie Emma przetarła lustro i po raz pierwszy uśmiechnęła się bez filtra.
Historia z życia wzięta
W czerwcu 2020r. przydarzył mi się wypadek, zerwałam się z łóżka, zadzwonił budzik. Runęłam jak długa na podłogę. Stopa boli ją diabli no nic myślę przejdzie. Puchnie no to ja łykam tabletki, smaruje stopę żelami. A żeby było śmiesznie to w czerwcu byłam zapisana na zawody Nordic Walking gdzie w ciągu 3 dni trzeba było pokonać 46km i oprócz tego jeszcze jedne zawody 5km. W tym czasie były to zawody wirtualne wiadomo pandemia.No więc ja kuśtykałam, stopa spuchnięta w żadne obuwie się nie mieściła, ale Asia z kijami po lesie śmigała.A co ja nie dam rady? Przez miesiąc chodziłam – zawody, spacery, jagody a stopa bez zmian.Poszłam do lekarza ,rentgen i diagnoza złamana 4 kość śródstopia😮A ja głupia się przyznałam lekarzowi, że miesiąc tak chodziłam i jeszcze sport. Lekarz w szoku. GIPS. Przez miesiąc gips i rehabilitacja prądy.Po miesiącu but ortopedyczny na 2 tygodnie. Przez te 6 tygodni czytałam książki jak szalona i leżałam. W głowę zachodziłam jak ja wrócę do formy. Jak tylko zdjęłam but ortopedyczny to wsiadłam na rower i dało się jechać😁. Po 3 miesiącach wróciłam do uprawiania Nordic Walking. Wtedy nie było mi do śmiechu. A dziś mam ubaw no jak to można z łóżka spaść i się połamać? Nikt nie chciał wierzyć.
[Ja poza konkursem]
Wiem, co powiesz. Mogę sobie te kwiaty wsadzić. Tym razem bukiet chabazi nie wystarczy, żebyś mi wybaczyła. Ale zobacz, twoje ulubione i nawet dopłaciłem za wstążkę i celofan pod kolor. Tak, słowo, zapłaciłem, nie zbierałem po pijanemu po działkach. Bo ja już nie piję, nie tknę więcej ani kropli, od Jędrka wracam, chciał wódką świętować i co mu powiedziałem? Że nie piję, dla ciebie rzuciłem, że zaraz się idę na wszywkę umówić! Tym razem możesz mi wierzyć. A te kwiaty to dopiero początek. Jak tylko robotę znajdę, będę ci takie kupować co tydzień!
Tak, wiem, co powiesz, że moje słowo jest gówno warte, że już tyle razy obiecywałem i że nikt mi roboty nie da, ale wiesz co? Już mam nagraną fuchę u jednego takiego, znajomy mi załatwił. Trochę tego, trochę owego, wynieś przynieś pozamiataj, ale to żeby stanąć na nogi, co nieco odłożyć, potem pójdę na swoje. Teraz mam fach w ręku, nie myśl, że tam tylko na dupie siedziałem.
Zresztą przecież wiesz, wszystko ci opowiadałem. Śmiali się tam ze mnie, że cały czas o tobie nawijam, nawet przez sen z tobą gadam, a ty już o mnie zapomniałaś i innego se znalazłaś, ale ja mówiłem, że ty taka nie jesteś, że może się obraziłaś, ale ci przejdzie i będziesz na mnie czekać. Że jak wyjdę to przeproszę, bo przecież to był wypadek, nieporozumienie.
Nie masz wazonu, nie szkodzi, patrz, pożyczymy sobie od sąsiadki, nie będzie miała nic przeciwko. Ups, przycementowany był, uwierzysz? Wiem, co powiesz, że mam zawiasy i nawet za profanację grobu mogę tam wrócić, ale przecież nikt nic nie widział. Ty już nic nikomu nie powiesz, więcej na mnie nie doniesiesz, a tamto to był wypadek. Już się nie gniewasz, prawda? Patrz, kwiaty przyniosłem, twoje ulubione.
Bardzo ujmujący text.
Wszyscy sądzili, że to był wypadek. Ja miałem swoje podejrzenia. Ania unikała ostatnio pracy z Pawłem. Widziałem, że ręce drżały jej, gdy tylko wchodził do biura. Próbowałem dowiedzieć się, czym jej popadł, ale ona jedynie zagryzała wargi i kręciła przecząco głową.
– Nic, nic, tylko ciężko nam się dogadać. Różnica charakterów.
Tego dnia ruszyli na szlak razem. Grupa była duża, więc jeden przewodnik by nie wystarczył. Paweł zgłosił się na zastępstwo, ktoś inny wypadł przez chorobę. Paweł ze szlaku wrócił sam i choć wydawał się wstrząśnięty, miałem złe przeczucia.
Podejrzeń nabrałem jednak dopiero na pogrzebie Ani. Dzień był pogodny, powietrze pachniało jesienią, jej ulubioną porą roku. Pod powiekami obraz: Ania leży na trawie i roześmiana rozgarnia dłońmi sterty czerwonych liści.
– Orzeł! – krzyczy.
Otworzyłem oczy i rozejrzałem się po zgromadzonych. Wszyscy tam byli, on też. Oni ocierali łzy, on nawet nie próbował ukrywać uśmiechu.
Pewność przyszła, gdy znalazłem jej dziennik. Zrozumiałem skąd drżące ręce i zagryzione wargi. W sądzie jednak to nie wystarczyło. Paweł uśmiechał się w trakcie odczytywania wyroku i patrzył wprost na mnie. A ja wiedziałem, że będę następny.
Dziś stoję tu, gdzie odebrał mi wszystko i tulę jej dziennik. To było jej ulubione miejsce, skraj przepaści i nieskończona przestrzeń poniżej.
– Czuję się, jakbym latała! – mawiała.
Świadomie wspomniałem przy Pawle, że się tu wybieram, że będę sam. Ukryłem kamerę i rozpocząłem transmisję, dwustu widzów – wystarczy. Stara się skradać, ale szelest liści zdradza jego kroki. Pchnięcie… Rozkładam skrzydła i fruniemy obok siebie, ja i jej słowa. I te oskarżycielskie, pachnące przerażeniem. I te piękne, pachnące jesienią.
Wypadek przy „pracy”
To było jeszcze w czasach PRL. Zosia po maturze poszła do szkoły kształcącej operatorów i programistów elektronicznych maszyn liczących. Wszyscy, zwłaszcza chłopcy, podziwiali jej wybór. Po szkole zatrudniła się w ośrodku obliczeniowym politechniki na stanowisku operatora komputera ODRA-1305.
Niebawem poznała Ryśka, który był dość przystojnym mężczyzną. Pracował jako taksówkarz zarabiając dwa razy więcej od niej. Jak to wtedy było w zwyczaju jednego dnia wzięli ślub cywilny i kościelny. Rano był ten pierwszy, a popołudniu drugi.
Zamieszkali w domu asystenta politechniki, bo o mieszkania było wtedy trudno, a na prywatny najem nie było ich stać. Wkrótce urodził im się syn, którym cieszyli się oboje, więc wydawało się, że przyszłość nabiera różowych barw.
Tymczasem jednak Zosia zauważyła, że mąż bywa częściej poza domem niż wynikałoby to z jego obowiązków. Kiedy dotarły do niej niejasne plotki postanowiła przeprowadzić z Ryśkiem rozmowę:
– Czy ty kogoś masz? – zapytała.
– Właściwie to nie, ale … – zawahał się.
– Co za ale? – zapytała zniecierpliwiona.
– Przydarzył mi się taki wypadek przy pracy.
– Co to za wypadek? Miałeś kraksę?
– No wiesz … będę miał dziecko.
– Więc ty mnie po prostu zdradzasz! – wykrzyknęła.
Skończyło się potężną awanturą i definitywnym rozstaniem.
Wypadek czy przygoda
Gdy miałem trzy latka znalazłem się na małopolskiej wsi. Byłem prezentem na urodziny młodego jeźdźca. Podchorąży dosiadł mojej lśniącej bordowej tapicerki i złapawszy mocno kierownicę ruszył z kopyta, jak to nowicjusz, a drążek w podłodze, z gładką gałką i opisem zmiany biegów przesuwał lekko, przestawiając dźwignię i na czas wciskając sprzęgło. To była cicha muzyka dla kierowcy. Trochę pojeździliśmy razem, rozumiejąc się dobrze. Wkrótce wstawiono mnie do szopy, okropnej, ledwie stojącej. Na drzwiach straszył mnie konkurent. Był to plakat Kossaka, gdzie Polski Fiat rocznik 1934, mój prawie rówieśnik, ściga się z wspaniałymi rumakami podhalańskich górali. Musiałem znosić ten widok, bo czas był niespokojny, nad dachem leciały bomby, świstały kule i warkotały samoloty. Ich dźwięk był mi znany z wczesnego mego istnienia, bo pochodziliśmy z tej samej stajni. Dach tego schronienia przeciekał i moczył zakrycie. Udało się, przez prawie siedem lat by nikt mnie nie znalazł, bym nie zardzewiał i nie służył w wojsku. Zakręcono mi motor korbą i wio!
W tak dobrym stanie ocalało niewiele samochódów, aczkolwiek przetrwało kilka polskich Fiatów, tych z plakatu, z twardym nieruchomym dachem.
Jak trafiłem do Śląskiego Klubu Motorowego zostanie na zawsze tajemnicą mojego pana i władcy. Dzięki niemu zacząłem rajdową karierę. Wzdychały do mnie eleganckie damy, które marzyły by jak baletnica Isodora Duncan w jedwabnym szaliku z rozwianym włosem mknąć nad brzegiem morza. Ja byłem już z felgami, by żaden długi szal nie wplątał się w szprychy i nie spowodował dramatu jak w przypadku uduszenia tej sławnej tancerki. Natomiast słabą moją stroną była nadwyrężona zębem czasu osłona głów, przesuwana, lekka, przypinana na klamry „buda”. Przewiewy zapewniały szpary wiec duszno nie było nigdy. Damy tęsknie patrzyły na mnie i na moje efektowne fotele.
W rajdach byłem bezlitosny w swojej konkurencji. Jako rocznik 1933 świetnie się sprawdzałem, a jako kabriolet robiłem furorę. Byłem obiektem westchnień, każdego kto miałby prawo jazdy. Co ja mowię? Każdego kto mnie zobaczył w pełnej krasie z suniętym dachem. Zbierałem trofea, wazony z japońskiej porcelany, kryształowe patery, srebrne pamiątki. Kierowcy trafiali się różni, także tacy bez wyczucia i precyzji ani słuchu. Moja skrzynia biegów okazała się wytrwała na zgrzyty i brutalne używanie drążka oraz twarde trzymanie gałki, tak jakby miała zamiar uciec w świat. Wreszcie trafił mi się wyśmienity znawca, poznał się na mnie, muzyce mojego wnętrza i jego możliwościach. Byliśmy nierozłączni aż do chwili gdy musiał mnie sprzedać. Nowy mój admirator okazał się być wrażliwym na dźwięk silnika, czułym i świetnym kierowcą. Aby mnie dosiąść i posiąść sprzedali z zoną rodowe srebra, perski dywan i markowe pianino. Pielęgnowano mnie, nacierano woskiem, a skórzana tapicerkę odczyszczono pastą kiwi. Pachniałem, błyszczałem i cieszyłem na zaplanowane wycieczki. Tylko moja „buda” rozpaczała, bo była w opłakanym stanie. Cerowana, połatana, zaszywana na wszelkie sposoby, już wołała o pomstę do nieba, czyli o nowy brezent, bo drelich byłby zbyt słaby. Mój nowy jeździec miał delikatną rękę, tak do kierownicy jak i gałki drążka, świetny słuch, na który zmieniał odpowiednio biegi. Oszczędzał hamulców i paliwa oraz moich wnętrzności. Pojechaliśmy kiedyś latem do Zakopanego, Oczywiście z dwudziesto litrowym kanistrem rezerwy, bo stacji było jak na lekarstwo. Wiozłem 3 osoby i dziewczynkę. Było prawie bezchmurnie więc moja złożona buda nie przynosiła wstydu, a wprost przeciwnie pozwalała cieszyć oczy widokami. A zatem, suniemy gładko do Morskiego Oka na trzecim biegu szutrową drogą, z która nie mam kłopotów, czasem nawet czwarty bieg się trafi. Zachwyt Tatrami oszołamia, a ja jestem jedynym pojazdem na widoku. Wracając robimy postój przy Wodospadzie Mickiewicza, pasażerowie na papierosa, a ja na odsapkę, gdyż hamowanie trochę mnie rozgrzało, nawet dolano mi wody do chłodnicy. Nie spotkalismy żadnego górala z zaprzęgiem gniadych takich jak na plakacie Kossaka.
Wreszcie wyjazd do Sopotu na mistrzostwa tenisowe i na Mazury. Zamówiono dla mnie nowa budę. Uff! Pozbyłem się agrafek, łat i cer. To był spory wydatek, który wybawił mnie od dziur lecz sprawił dziurę w budżecie. Nic to, wakacje i moja buda za sprzedaną bransoletkę. Z kortów do hotelu na moich siedzeniach wiozłem Jadwigę Jędrzejowską i inne gwiazdy ówczesnego tenisa, a pod sopockim Grandem (hotel) zadawałem szyku zatrzymując się z piskiem opon. Zahaczając o Mazury wjechałem w żmiję oraz w stadko gęsi. Jedna się tak przeraziła, że zemdlała.Kolo Giżycka zdarzyło mi się ścigać z koniem, gdy z furmanki przełożono na moje siedzenie rodząca kobietę, która dzielnie ściskała nogi aby nie urodzić na wybojach, prawie się udało. A woźnica-furman i przyszły ojciec strzelał z bata na galopująca za mną gniadą klacz.
Zimowałem w baraku przy familoku, obok osiedlowego bloku moich właścicieli. Nie nudziłem się, halasy sąsiadów były nie zawsze zabawne. Prawdziwa ogniową próbę przeżyłem z okazji meczu z Santosem na Stadionie Śląskim. Pele był już sławny, wiec kto żyw chciał go zobaczyć. W końcu maja zasuwałem pod górkę ulicą Chorzowską, ścigając się z tramwajami obwieszonymi girlandami kibiców. Parkingów było do wyboru, a ja nie mogłem się zdrzemnąć, bo wrzaski i okrzyki słychać było do samych Katowic. Wracając byłem przeładowany. Siedziano tez na mojej nowej budzie. Dwa razy obróciłem. W drugiej turze na tylnym usiadły cztery gryfne frelki, tenisistki GKS. Nagle w połowie drogi pani Irka podniosła rwetes, że spod niej unosi się dym. Na postoju podniesiono lekko ławę, a tam po wiórach tapicerki tańczyły ogniki. W ogniste tango poszła iskra z akumulatora, a mnie zlano oranżadą. Brak części dokuczał tak, aż pewnej nocy zgubiłem lewe tylne koło, a hacząc ośka o tory tramwajowe zrobiłem spektakularny fajerwerk. Mała pasażerka uratowała nas, bo omal nie obsiusiała mojego koła, leżącego w bramie po prawej stronie jezdni. I to chyba był najpoważniejszy wypadek. Niestety mój właściciel zdradził mnie dla o 30 lat młodszego Garbusa. Ale i tak, takich gorących adoratorek z ogniem spod siedzenia już nigdy nie mieliśmy ani ja, ani on. Więcej przypadków i wypadkow nie pamietam.!
– Przepraszam, zamawia pani coś jeszcze?
– To samo – odparła Sabina wyrwana z zamyślenia przez głos kelnerki.
Rozejrzała się. Siedziała w znajomej kawiarni „Caro” , ludzie grali w bilarda, a wokół unosił się dym z papierosów. Z głośnika leciały „Wolne ptaki” – Varius Manx, co Sabinę zdziwiło, ale i wywołało delikatny uśmiech na jej twarzy. Wtedy podeszła kelnerka z kawą.
– Varius Manx, jeszcze z Lipnicką – zagaiła Sabina.
– A z kim innym miałby być? – odparła nieco zdezorientowana kelnerka.
– No przecież Lipnicka odeszła z Variusa ….Co to jest?!
– Kawa po turecku – wyjaśniła kelnerka.
– Ja to zamawiałam?
– Tak. Poprosiła pani o to samo. – Kelnerka nie widziała żadnego problemu aż do tej pory. Teraz i ona zaczynała czuć się nieswojo.
„Niemożliwe!” – pomyślała Sabina. – Macie tu dziś jakąś imprezę w stylu lat dziewięćdziesiątych? – dopytała, by jakoś posklejać te wszystkie dziwne fakty.
Teraz kelnerka wyglądała tak, jakby chciała dzwonić na policję. A już na pewno uznała, że ta smarkula nie ma zamiaru płacić za zamówienie.
– Proszę pani, SĄ lata dziewięćdziesiąte – wyjaśniła coś, co zdawało się być oczywiste dla nich obu i dla każdego, kto znajdywał się w tym lokalu.
Sabina parsknęła śmiechem. Kelnerka ewidentnie ją nabierała, po prostu odgrywa swoją rolę na imprezie tematycznej, nie mogło być inaczej.
– To będzie trzydzieści tysięcy za dwie kawy – odparła kelnerka skupiając się już tylko na zapłacie.
Sabina zamarła. Pamięta, była tu – w gabinecie wróżki. Wróżka odwróciła przed nią kartę, to była Szóstka Pucharów, tyle pamięta. I jeszcze jedno – wróżka jej powiedziała, żeby poprosiła w modlitwie przodków o prowadzenie. Gdy Sabina zapytała w jakim celu, wróżka odparła:
– Na wszelki wypadek.
PRZYPADEK, WYPADEK I ODPADEK
Trzej szkolni przyjaciele już od paru dni szukali pomysłu na kostium zbliżającego się Halloween lecz przewracając kolejne strony magazynów znajdowali jedynie rozczarowanie. Propozycje wciąż powielały te same trendy a oni szukali czegoś wyjątkowego gdyż w tym roku zdecydowali się chodzić po domach i zbierać cukierki po raz pierwszy
Wypadek, lider grupy, stawał się coraz bardziej niecierpliwy.
– Odpadek, masz jakiś plan?, – zapytał znudzonego kolegę, którego blond głowa zwisała nad stołem niczym Kłapouchemu z „ Kubusia Puchatka“ i równie dobrze oddawała jego nastrój.
– Już mi wszystko jedno… wymamrotał zmęczony Odpadek – właściwie to mogę być tylko duchem..
– Wiesz, – zawtórował Przypadek – ja chyba też mogę być zwykłym wampirem..
Wypadek rozczarowany płytkimi pomysłami kompanów sam postanowił być bardziej oryginalny i przebrać się za mumię.
W końcu nadszedł wyczekiwany przez przyjaciół upiorny wieczór. Kiedy rozweseleni szli do pierwszego domu, wołając: „cukierek albo psikus” dogonił ich mały kundelek, który nieoczekiwanie znalazł wystające zakończenie bandażu z kostiumu mumii i ochoczo za niego pociągnął. Wypadek zaczął obracać się i robić piruety niczym gwiazda jazdy figurowej na lodzie a czworonóg biegał w koło jakby to była jego najlepsza zabawa w życiu. Przestał dopiero gdy oczom wszystkich ukazały się kalesony chłopca. Były czarne, z wzorem w trupie czaszki, który zdawał się lepiej oddawać klimat Halloween niż białe bandaże. Dodatkowo szczekająca bestia okazała się być groźniejszym wampirem niż Przypadek i ochoczo zanurzyła swoje kły w łydce Wypadka, który już wtedy postanowił, że ta wyprawa po domach była jego ostatnią.
Cóż zrobić, wypadki chodzą po ludziach.
Od innego zbiegu okoliczności dzieliło go około metra.
Paliłem papierosa na tyłach kostnicy z lekarzem i chirurgiem w seledynowym kitlu o imieniu Kaleb. „Wskutek”, „a jednak”, „pomimo” – tak brzmiała ta historia. Ciało przecież trzeba było jakoś zidentyfikować.
W pierwszej chwili Cian myślał, że uda mu się jakimś cudem uniknąć kolizji. Ciężarówka była już jednak za bardzo rozpędzona, wybita z rytmu. Las jodłowy i mokradła zmieszały się ze sobą w jeden brązowo-zielony pas. Kilka owiec czarnogłowych śmignęło mu przed oczami. Owce były mokre od jesiennego deszczu. W tej chwili przypomniał mu się mdły zapach jagnięciny. Poczuł głód, choć nic by teraz nie przełknął. Od czasów, kiedy musiał strzyc owce nienawidził zapachu owczego mięsa i samych owiec. Zapach wełny, mokrego siana i zwierzęcych odchodów doprowadzał go do torsji. Gdy się wzbraniał, dostawał lanie od ojca- grubym, skórzanym pasem. Przypomniał sobie jak musiał oskórowywać na wpółżywe młode, ubierać je w skórę innego jagnięcia by zwiększyć szansę na ich przeżycie. A i tak owce nie przygarniały każde. Wilki bywają bezlitosne. Atakują dla zabawy, pozostawiając za sobą stróżkę owczych umęczonych niewiniątek.
Za którymś z rzędu dachowaniem zobaczył skrawek pochmurnego nieba. Niemrawe słońce usilnie starało się przebić przez chmury. Jakby samo w sobie było za małe na bezkres szarości. Usłyszał trzask i metaliczny stukot we wnętrzu samochodu. Ciepło dziwnie rozlało mu się na nogi. Nie chciał spojrzeć w dół. Chyba się bał. Przypomniał sobie także inne rzeczy. Minęła jeszcze jedna sekunda, może nawet ułamek sekundy. Potem widział już tylko mokry asfalt i kłąb dymu aż źrenice zalała matowa ciemność.
– Proszę opowiedzieć co się wydarzyło.
Patrzyłam tępym wzrokiem na funkcjonariusza policji, ręce trzęsły mi się, bo organizm domagał się alkoholu, a w głowie próbowałam odtworzyć wczorajszy wieczór.
Moja siedemnastoletnia córka wróciła do domu trzaskając drzwiami, a że chwilę wcześniej wypiłam ostatni kieliszek, byłam poddenerwowana. Nie do końca zdawałam sobie sprawę co robię, chciałam dostać jeszcze jedną butelkę wódki, a Magda tak po prostu weszła do domu z pustymi rękoma. Chyba wytrąciło mnie to z równowagi, bo jak przez mgłę pamiętam, że zaczęłam na nią krzyczeć:
– Czemu ubrałaś się jak dziwka? Puszczasz się? – Spojrzałam na nią i jej krótką spódniczkę. – Mogłaś przynieść do domu trochę pieniędzy, ja nie będę cię wiecznie utrzymywać! – Wkurzało mnie, że tylko ja pracuję. Mieszkamy we dwie, a Magda jest już prawie dorosła, więc mogłaby się dokładać.
– Odbiło ci? – usłyszałam w odpowiedzi. – Zostaw mnie! – Krzyknęła kiedy zaczęłam ją szarpać na zbyt krótki top. Potrzebowałam alkoholu, w domu nie było już ani kropli. Przejrzałam leżące w pokoju butelki. Wszystkie były puste. Jak to możliwe?
Obwiniałam Magdę za brak alkoholu, za to, że nie chce mi pomóc, że nie przyniosła choćby piwa. I wtedy ją popchnęłam. Za mocno. Usłyszałam trzask. Moja córka uderzyła o framugę drzwi i przestała się ruszać. Zobaczyłam krew wypływającą z rany na głowie i jedyne co pomyślałam to to, że potrzebuję co najmniej litra wódka.
– To był wypadek… – zaczęłam swoje zeznania.
Siedział sobie na brzegu kałamarza w tym jego filuternie przekrzywionym zielonym kapelusiku, machał nogami w powietrzu i szelmowsko łypał na mnie spode łba.
Wielki ubrudzony paluch u jego lewej stopy heroicznie próbował się wyrwać z rozdartego buta, a czerwony nochal aż wibrował ze śmiechu.
– No, i co tam autor? Ta zdzira wena znowu nie przychodzi? Pewnie szlaja się gdzieś z innymi gryzipiórkami. A tu – masz babo placek – taki konkurs! Sam Mistrz swoje książki będzie podpisywać, a ty co?
– Spadaj trollu! Po prostu nie mam teraz czasu.
– Czasu-srasu! Nastawiałeś sobie na biurku tego szpeju. Jakaś zakurzona maszyna z czasów Adolfa. Jakiś niby srebrny kałamarz z niewygodnym brzegiem co mi się w dupę wciska. Dookoła jakieś witraże Muchy, gadżety-bzdety, a głupiej miniatury literackiej napisać nie potrafisz! Więcej sprzętu niż talentu! Fuj!
– Bo temat jakiś taki niepodchodzący. Co ja poradzę, że moim pierwszym skojarzeniem ze słowem-kluczem jest zdanie „Ksiądz nosi na wszelki wypadek”? Inni o jakichś tragediach i katastrofach piszą, wielkie dylematy życiowe roztrząsają, a mnie znowu głupoty a la Monachomachia czy Grek Zorba po łbie skaczą.
– Jak ci po łbie coś skacze to kup Sora Protect! A teraz się skup i pisz!
– Może wieczorem? – rozpocząłem negocjacje – Winka bym się napił, to jakoś lepiej by poszło. Tak na sucho pisać to nie po chrześcijańsku. Widziałeś kiedyś trzeźwego Jerofiejewa czy Hemingwaya?
– Buhahaha – zaryczał i aż fiknął z kałamarza na blat biurka – W sumie masz rację. Przecież każdy wie, ze słowa ‘wena’ pochodzi od ‘wina’. Ale jak mi wieczorem powiesz, że cię znowu głowa od Exceli boli i nie masz nastroju, to ci chyba łeb tym pseudo-kryształowym przyciskiem do papieru rozwalę!
– Dobra już dobra. Ale muszę przyznać, że jak na opiekuńczego skrzata to niezły z ciebie chuligan!
– Do usług! – zachichotał i wskoczył za zakurzoną szafę w kącie. Po chwili w pracowni rozległo się doniosłe chrapanie.
Kolejny dzień przed zaśnięciem próbuję napisać opowiadanie na listopadowy konkurs w którym kluczem ma być słowo >wypadek wypadekwypadki wypadek< gdyby nam się to przydarzyło proponuję . . . , powiedziałam Jaśkowi.
Ostatecznie postanowiłam nie uczestniczyć w konkursie.
Zanim zasnęłam wysłałam do Magdy na Whats App-ie esemesa z pytaniem ;
– czy mogłabyś jutro podrzucić mnie na basen ? – Mogę. O której godzinie ?
– A o której ci odpowiada ? – Najlepiej rano. Czy może być o 09:00 ?
– Może. Będę gotowa do wyjścia. Zatem do jutra.
Jestem umówiona na spotkanie w wielkim „akwarium” jak żartobliwie nazywam basen, w którym zamiast ryb pływają ludzie. A basen na Burowcu to szczególnie bliskie mi „akwarium”. Od dwóch lat, raz w tygodniu melduję się w nim, by poprawić swoją kondycję fizyczną i nie zardzewieć. Basen podzielony jest na cztery sektory. Dla tych co umieją pływać, dla tych którym się wydaje, że umieją pływać, czyli dla mnie, dla tych co lubią moczyć się w ciepłej wodzie jednocześnie korzystając z hydromasażu (dżakuzi) i dla tych co lubią siedzieć w saunie. W akwarium oprócz mnie, zaawansowanej wiekiem żaby (pływam żabką), dzisiaj pływają jeszcze dwa młode, pokaźnej tuszy walenie ( gdy tylko zanurzyli się, poziom wody w akwarium podniósł się o pół metra). Czasem znienacka pojawia się koło mnie jakiś karaś w średnim wieku, a czasem pod moim brzuchem zanurkuje (żeby mnie przestraszyć) dorodny szczupak, albo ścigają się między sobą młode sardynki (gdy zajęcia w wodzie mają dzieci z młodszych klas szkoły podstawowej) robiąc przy tym dużo zamieszania i wrzawy. . . .
. . . Z „akwarium” przeniosłam się do „garnka z ciepłą wodą”, czyli do „dżakuzi”.
W „garnku” tuż przy mnie ramię w ramię, siedzi dostojny, starszy sum. Ma długie, białe wąsy i niemniej długą białą brodę. Kontempluje masaż przedniej części ciała, mówiąc wprost masuje sobie genitalia. Ja, żeby nie było, że widzę źdźbło w oku przeciwnika, a u siebie nie dostrzegam belki, przyznaję się, też masuję sobie to i owo. Oprócz nas dwoje w „ciepłej zupie” zanurzyły swe ciała i gaworzą ze sobą o wszystkim i niczym, dwie panie w zaawansowanym wieku, które przypominają : jedna, dużą fokę odzianą w kostium o rozmiarze 3X, a druga, lwicę morską ubraną w kostium stosowny do figury o rozmiarze 4X.
Leżę, medytuję, bąble powietrza wydobywające się z różną siłą z urządzenia zamocowanego na dnie „garnka” unoszą mnie na wodzie i masują moje ciało od szyi po pięty. O niczym nie myślę. Jest mi dobrze. Nagle odkrywam, że temat którego poszukiwałam, znalazł mnie. Gdziekolwiek spojrzę widzę ostrzeżenie przed wypadkiem.
– Nie biegaj ! Bieganie grozi wypadkiem. – Nie skacz do wody ! Możesz ulec wypadkowi.
– Nie popychaj do wody ! Możesz spowodować wypadek. – Nie udawaj, że toniesz ! – Ślisko ! Grozi wypadkiem.
Dłoń dopasowuje się do rękojeści, jakby była dla niej stworzona. To kwestia genów. Zawsze czułem, że mam więcej z taty, choć wszechświat za wszelką cenę starał mi się wmówić, że jako mężczyzna, mogę płakać. Nie chciałem wierzyć w te kłamstwa. Czy tata mógłby nazywać się mężczyzną, gdyby po każdym odstrzelonym wrogu szedł wylewać łzy w poduszkę?
Uwalniam magazynek. Ląduje w mojej ręce z taką gracją, jakby robił to codziennie. Jest pusty. Amunicja to nie część zakładu. „Przynieś gnata do szkoły. Zobaczymy, czy taki z ciebie cwaniak”. Słowa Grześka odbijają się echem w mojej głowie pozbawionej innych myśli. Dowodzi buzująca w żyłach adrenalina. Zimna stal i chropowaty uchwyt drażnią skórę, ale zauważam w tym coś przyjemnego. Jakby męskość, którą tata latami wlewał w gnata, z zimną krwią likwidując wrogów, teraz odzierała mnie z niewinności. Mimo braku naboju czuję się kimś. To nie nagły przyrost jaj, ale realne wyobrażenie o władzy, które daje siłę.
Unoszę broń na wysokość wzroku. Lufa skierowana w sejf ani drgnie, kiedy mrużę oko.
„Puff” — wypuszczam z ust powietrze, a ośmielony palec delikatnie smaga spust.
Przeszywający łoskot przeszywa pomieszczenie. Ba, przez chwilę wydaje mi się, że erupcja pochłania pół miasta, a może i całe? Odrzucam pistolet na łóżko, jakby w sekundę rozgrzał się do czerwoności. Odrętwiałe mięśnie są niezdolne do współpracy, a w uszach słyszę jednostajny dźwięk; dowód śmierci mojej ofiary, którą w rzeczywistości okazuje się tylko biała donica z fikusem.
Dopiero natarczywe pukanie do drzwi kończy letarg i prawdziwy dramat zaczyna się w momencie, kiedy czuję, że moja męskość opuściła ciało, ściekając ciepłym strumieniem wzdłuż nogawki.
„POWER PLAY”
Wszystkie media: telewizja, radio a nawet większość stron internetowych, od miesięcy emituje ten sam utwór muzyczny, a mimo to kawałek się nie nudzi i gitarowy superhit wciąż przemawia tak samo do młodego jak i starszego pokolenia.
Muzyka delikatnie szemrze i przepływa niczym strumień pomiędzy zieleniejącymi się mchem skałami, macha liśćmi i pachnie łąką umajoną kwiatami. Czysta jak narodziny, zwalnia i przyśpiesza niczym ludzkie życie i pędzi radosna, niesiona młodością i dojrzałością, opleciona złotym warkoczem dziewczęcym i łanem pszenicy, błękitem oczu i mrugnięciem chabru, zapalczywą miłością i płomieniem ogniska pod gwiazdami. Wiruje niczym płatki śniegu w zadymce lub liście pod październikowym słońcem. Nabrzmiewa i spowalnia, lecz nadal jest czysta jak świadomość dziecka.
Aż nagle pojedyncza nuta, fałszywy dźwięk łamie i rozrywa arcydzieło. Odlatują ptaki, znikają morskie fale i zapachy pór roku. Pozostaje jedynie smutek, gdy ten jeden ton w idealnej kompozycji perforuje uszy fałszem. Jednak gdy okrutna chwila wybrzmi do końca, muzyka znów czysto popłynie spod palców, ale tym razem jako marsz żałobny.
Fan przełącza program, aby po raz kolejny usłyszeć najwspanialsze dzieło wszech czasów, lecz zamiast muzyki niespodzianka: końcówka wywiadu z idolem.
– Ten nieczysty dźwięk to majstersztyk i wszyscy chcieliby wiedzieć jak wpadłeś na to, aby przełamać sterylność utworu tak sadystycznym fałszem? – Redaktor z uśmiechem przystawia mikrofon do ust rozmówcy.
– Cóż… – Muzyk drapie się kostką po głowie – na gitarze nie gram palcami a sercem! – zakończył, ale w jego głowie fałszywie dudniła jedna myśl:
„Nie mogę się przecież nikomu przyznać, że to był wypadek z pękniętą struną.”.
Czy to moja wina, że światła reflektorów zgasły nade mną w jednej chwili? Oświetlały mą sylwetkę od zawsze. W szkole dzieci prawie kłaniały się przed blaskiem mojej sławy. W klasie zostawiały mi miejsce z tyłu, przy oknie. Gdy nie znałem odpowiedzi, dawały ściągę. I czy to moja wina, że teraz otwieram drzwi budynku, opuszczam moją dawną scenę? Reflektory już dawno zgasły. Teraz pojawiły się same obrzydzone twarze. Gapili się na mnie tam, na korytarzu, gdzie pewnie dalej leży spódnica. Spódnica, przez którą teraz uciekam ze szkoły. Ze szkoły, do której już nigdy nie wrócę. Spódnica pani dyrektor. ‘To on ją ściągnął, to on!” Słyszę za mną głosy. Ale czy to naprawdę jest moja wina? Pewnie tak, nikogo innego obwinić za to nie mogę. Nikt przecież nie odważyłby się podstawić mi nogi. Reflektory szkolnej sławy, znałem je dobrze, żyłem z nimi. Gdyby nie one miałbym jedynki a nie szóstki. Gdyby nie one, to siedziałbym zawsze w pierwszej ławce, przed biurkiem pana nauczyciela, jak każdy spóźnialski. Na parkingu widzę samochód rodziców. Wezwał ich pedagog. Zaraz pewnie wybiegną w pogoń za mną. Zaczynam biec. Rozkładam ramiona jak ptak, co wzbija się do lotu. Jestem wolny! Nie ma szkoły. Nie ma krzyku rodziców. Reflektory padną zaraz na ziemię, uwolnią mnie od sławy czy wstydu. Będę wolny.
Niebo migocze jak posypane brokatem. Trzepoczą skrzydła. Hura! Anioły wracają! Ariel skacze z radości. Nie żeby się nie starał. Ale co może jeden mały anioł? W dodatku ze złamanym skrzydłem?
Odwiedzał podopiecznych, szeptał czułe słówka, puszczał rozweselające bańki, ocierał łzy piórkiem, zdejmował troski z barków. Sterował Zwierciadłem Żywiołów: gasił pożary, nawilżał susze, suszył ulewy… Zawsze było tyle do zrobienia! Nic dziwnego, że nawet Anioły dopadł burnout. I bezradność. W trybie pilnym poleciały do Uzdrowiska Pod Gwiazdami podnieść kwalifikacje na kursie: „Gdy człowiek nie złości się – wypadków jest mniej.”
Ariel też miał się szkolić. Niestety, tuż przed odlotem, poślizgnął się na świeżo umytej chmurce i złamał skrzydło. Został sam na posterunku chronienia ludzi.
Łatwo powiedzieć! Gdyby jeszcze ludzie chcieli go słuchać! Albo gdyby byli tak mądrzy jak dziadek Jaś i babcia Gosia z Leśnej. Ostatnio przysiadł u nich na parapecie, welon firanki opadł mu na skrzydła. Z kuchni dolatywał zapach drożdżówki. Pukanie do drzwi. Wnuczka! Weszła, rozejrzała się.
– Coś się zmieniło – zauważyła. – Wiem, zniknął telewizor!
– Racja! Nie dało się go oglądać!
– Dlaczego? Popsuł się?
– To świat się popsuł, wnusiu! – W głosie dziadka brzmiał żal. – Telewizor bombardował nas złymi wiadomościami. Non stop wypadki: samochodowe, na budowach, utonięcia, pożary! Ale najgorsze to te z okrucieństwa lub z głupoty! Bolały najbardziej, bo można ich było uniknąć.
– Toteż nakryliśmy telewizor obrusem i postawiliśmy na nim paprotkę, ot co – dokończyła babcia. – Zieleń uspokaja. I jest ładna.
Ariel uśmiecha się na to wspomnienie. Opowie o nim Aniołom. Dobrze, że wracają. Świat stanie się lepszy?
Łoś Jagiełło powolnym krokiem pokonał przydrożny rów melioracyjny i stanął na twardym pasie dzielącym las na dwie części. Ta, z której wyszedł, była jego królestwem i panował w niej niepodzielnie. Nie pozwalał by ktokolwiek sprzeciwiał się jego woli. Imponujące rozmiarem łopaty oraz pokaźna broda dodawały mu majestatu, a także sprawiały, że żaden młody osobnik nawet nie myślał o tym, by zatrząść pozycją króla. Okoliczne klępy w nim szukały ojca dla swoich łoszaków. W drodze na bukowisko często przekraczał ten twardy, jakby kamienny, pas. Czasem w przejściu przeszkadzały dziwne stwory, szybkie, warczące i śmierdzące, dodatkowo miotające oczami snopy świateł. Znikały tak szybko, jak się pojawiały, ale czasami ich bieg krzyżował się z trasą jednego czy drugiego poddanego jego łosiowskiej mości Jagiełły. Zwykle te spotkania kończyły się dla zwierząt tragicznie. Jednego nie przeżyła łosza z sąsiedztwa. Jagiełło długo chodził po lesie szukając swojej faworyty. I kiedy stojąc między dwiema częściami lasu usłyszał znienawidzony warkot i zobaczył złowróżbne światło wiedział, że to dobry moment do wyrównania rachunków. Stanął, pochylił łeb, nadstawił swe łopaty…
**
– To nie był wypadek – powiedział aspirant Gwizjusz komisarzowi Kozłowskiemu. – Zobacz: zwykle zwierzę jest uderzane w bok, bo usiłuje uciec z toru jazdy samochodu. Tutaj cały łeb łosia znaleźliśmy w kabinie, a jedna z jego łopat ni mniej, ni więcej, tylko ucięła głowę kierowcy.
– I to, według ciebie, świadczy o czym? Że kierowca z premedytacją zaatakował łosia? Że łoś popełnił samobójstwo? A może to zwierzę doszło do wniosku, że ma dość swojego życia i zakończy je w kabinie dostawczaka? Oświeć mnie!
– To twoje śledztwo, motyw musisz znaleźć sam.
To będzie historia o tym, jak nauczyłam się żartować tylko na bezpieczne tematy, czyli mycie okien przed świętami i stan polskiej piłki przy okazji meczu reprezentacji. To będzie też historia o tym, jak w jeden wieczór straciłam dwie przyjaciółki. Chociaż bliżej prawdę będę, gdy powiem, że będzie to historia o tym, że wydawało mi się, że je mam.
Asia ma wszystko. W pracy tylko sukcesy. Mąż przystojny. Gotuje obiady. Dziecko zdolne. Grzeczne. Asia dużo pracuje, bo poziom życia do którego się przyzwyczaiła jest kosztowny. Dorota jest bardzo wymagająca. Być może dlatego ciągle zmienia pracę. Zawsze z hukiem. Szczęściara może jebnąć drzwiami kołchozu, bo to mąż dba o rachunki. Dzieci idealne. Pedagog szkolny nie zawsze podziela tę opinię. Poznałyśmy się dekadę temu w robocie, w której ja wciąż tkwię. Może nie jest tam kolorowo, ale chociaż stabilnie. Wystarczy mi. Mąż tak samo mało ambitny jak ja. Nie gotuje. Dzieci nie idealne, niestety mamy świadomość tego.
Tym razem spotkałyśmy się razem z naszymi facetami. Cudowny wieczór sponsorowany przez francuską kuchnię i dobre wino. I to dobre wino zrobiło psikus. Asia zawsze opowiadała całym ciałem ale po winie bardziej. Kieliszek stracił równowagę i przechylił się w stronę męża Doroty. Chłop był energiczny, kieliszek złapał, ale wino zdążyło znaleźć się na jego spodniach. Nie wiem dlaczego powiedziałam:
— Tam wino twoje, gdzie serce twoje. — Nie wiem o co mi chodziło, ale mieliśmy po tym wybuchnąć śmiechem.
— Czyli nie tylko ja to zauważyłam — rzuciła Dorota. I zaczęło się.
To co wydarzyło się później, można porównać do doświadczenia posiadania 20 letniej pralki, która weszła w tryb wirowania. Młyn, z którego docierały strzępy zdań. Że to nie tak, jak myślisz. O czym ty mówisz. Że to twoja wina. Bo ty zawsze. Bo ty nigdy. Szuranie, tupanie.
Nagle cisza. Przy stoliku zostałam ja, mój mąż, nie mnie zszokowany kelner i tłusty rachunek za całą ferajnę.
— Na taki wypadek uparłem się, żeby nie likwidować karty kredytowej — odparł spokojnie mój mąż.