Czy możecie sobie wyobrazić świat, w którym posiadanie książek zostaje zakazane? Świat, w którym strażacy zamiast gasić pożary, wzniecają je z przyjemnością, paląc cudze biblioteczki i domy? Ray Bradbury potrafił. Zdumiewa to, jak jego najsłynniejsza powieść pozostaje w pewnych kwestiach aktualna…
„Podpal pierwszą kartkę, potem drugą… Zmieniają się w czarne motyle. Piękne, prawda? Zapal trzecią kartkę od drugiej i dalej już pójdzie samo, rozdział po rozdziale, wszystkie te głupstwa wyrażone w słowach, wszystkie fałszywe obietnice, zużyte idee i skompromitowane filozofie. (…)
Podłogę usłały martwe czarne ćmy, zgładzone podczas jednej burzy”

Ray Bradbury był wybitnym amerykańskim pisarzem, dziś zaliczanym do czołowych twórców science fiction i fantastyki. Wśród jego najsłynniejszych pisarskich dokonań można wymienić zbiór powiązanych ze sobą opowiadań Kroniki marsjańskie, a także 451º Fahrenheita, jedną z najważniejszych powieści ubiegłego wieku, często wymienianą jednym tchem z Rokiem 1984 George’a Orwella czy Nowym wspaniałym światem Adonisa Huxleya. Na marginesie – ta książka była inspirowana opowiadaniem Usher II, pochodzącym z kilka lat wcześniejszych Kronik marsjańskich. A oto wstrząsający początek 451º Fahrenheita:
„Przyjemnie było palić.
Szczególną przyjemność sprawiało mu patrzenie, jak żar pochłania przedmioty, jak czerni je i przeobraża. Kiedy ściskał w rękach mosiężną dyszę, kiedy gigantyczny pyton pluł jadowitą naftą na świat, krew tętniła mu w skroniach, a jego dłonie stawały się dłońmi jakiegoś niewiarygodnego dyrygenta, który wygrywając wszystkie ogniste symfonie, obala zwęglone szczątki i zgliszcza historii. W nałożonym na stateczną głowę hełmie z symbolicznym oznaczeniem 451, z oczyma pałającymi pomarańczowym ogniem na myśl o tym, co wydarzy się za chwilę, uruchamiał zapalnik… i dom stawał w żarłocznych płomieniach, od których wieczorne niebo przybierało odcienie czerwieni, żółci i czerni. Przechadzał się wśród roju świetlików. Jak w tym starym dowcipie, odczuwał nieprzepartą pokusę, żeby zatknąć słodką piankę na patyk i włożyć ją w sam środek tego piekła. Książki trzepotały, skrzydlate jak gołębie, i umierały na werandzie i trawniku przed domem, ginęły w wirach iskier, rozwiewanych czarnym wiatrem pożogi”.

Stany Zjednoczone w drugiej połowie XX wieku (wówczas – bliżej nieokreślonej przyszłości). Świat, który znamy, przeobraził się. Rządzą nim inne zasady, inne prawa. Funkcjonuje w sposób przerażający. Zanikają realne więzi międzyludzkie, trudno o interesującą rozmowę, liczy się tylko praca i puste rozrywki (dziś powiedzielibyśmy może: odmóżdżające). W takim uniwersum człowiek może czuć się samotny – i właśnie tak się czuje Guy Montag, główny bohater powieści. Spotyka młodziutką sąsiadkę – Clarisse McClellan. Dziewczyna go zdumiewa swoją naturalnością, osobliwym podejściem do życia, spojrzeniem na to, co ją otacza. Nie godzi się biernie na wszystko, co oferuje jej władza, nie chce wchodzić w przygotowane, nudne schematy. Ta znajomość sprawia, że Guy, dotąd raczej pewny swego, zaczyna się zastanawiać nad życiem, które przyszło mu prowadzić. Pomału mierzy się z tym, co dotąd przeważnie nie budziło jego wątpliwości.
Najważniejszym motywem 451º Fahrenheita są książki, a ściślej: ich palenie. W tym uniwersum nie wolno ich posiadać ani czytać, są wielkim złem. Głównym zadaniem strażaków jest zatem nie gaszenie ognia, a jego wzniecanie – książki muszą być bezwzględnie palone, podobnie jak domy, w których się znajdują, a ich właściciele aresztowani. Guy Montag jako strażak sam nadzoruje wzniecanie pożarów. Podczas jednej z rutynowych akcji pewna kobieta zdecyduje się zostać w ogarniętym pożarem domu i zginąć razem ze swoimi książkami. Zszokowany bohater, otwiera się na całkiem nowe refleksje („W książkach musi coś być, coś, czego nie potrafimy sobie wyobrazić, coś, co kazało tej kobiecie zostać w płonącym domu. Musi w nich coś być. Nie zostałaby bez powodu.”) i zaczyna igrać z prawem. Grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. A jednak nie ma odwrotu.

„W nocy myślałem o tych tonach nafty, które zużyłem przez ostatnie dziesięć lat. Myślałem też o książkach. Pierwszy raz do mnie dotarło, że za powstaniem każdej z nich stał jakiś człowiek. Ktoś musiał je wymyślić. Ktoś poświęcił wiele czasu, żeby przelać je na papier. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy. – Wstał z łóżka. – Być może jakiś człowiek spisał wszystkie swoje przemyślenia po tym, jak przez całe życie oglądał świat wokół siebie, a potem zjawiłem się ja i bum! W dwie minuty było po wszystkim.”
451º Fahrenheita – podobnie jak inne, starsze dystopie czy antyutopie – może przerażać do dziś, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że Bradbury przedstawia świat mocno przerysowany. Choć właśnie – czy na pewno? Nie bez przyczyny ostatnio wiele osób sięga na przykład po Folwark zwierzęcy czy Rok 1984 Orwella, bo ta zrodzona z fantazji literatura zdumiewająco zbliża się do rzeczywistości. I tutaj można odnaleźć pewne motywy, które czynią z dzieła Bradbury’ego powieść proroczą. Gdzieś między wierszami pojawia się uniwersalny przekaz: społeczeństwem ogłupionym łatwiej można sterować. Z kolei ten cytat: „Życie płynie szybko, ważna jest praca, a po pracy wszechobecne, łatwo dostępne przyjemności” z powodzeniem można odnieść do wielu osób. Swoiste ścianowizory z Bradbury’ego mamy już we własnych domach, w życie bohaterów rozmaitych programów typu reality show angażujemy się tak, jakby chodziło o naszych bliskich. Również media społecznościowe stały się czymś w rodzaju alternatywnej rzeczywistości, często uładzonej i fałszywej. Dziś rzecz jasna, nikt nie zakazuje posiadania i czytania książek – ale być może nie trzeba tego zakazu – statystyki czytelnictwa mówią same za siebie. W księgarniach króluje literatura łatwa, przyjemna, a nierzadko przy tym i miałka. Pojawiają się bryki, skróty, łatwiej jest wybrać ekranizację niż zmierzyć się z pierwowzorem. Zdumiewająco aktualnie brzmi opowieść innego ze strażaków:

„– Wyobraź to sobie. Najpierw dziewiętnastowieczny człowiek ze swoimi końmi, psami, powozami, ruchem w zwolnionym tempie. A potem wiek dwudziesty. Kamera przyśpiesza. Książki się kurczą. Powstają skrócone wersje. Streszczenia. Brukowce. Wszystko sprowadza się do żartu, do celnej puenty. (…) Klasykę skraca się najpierw do piętnastominutowego słuchowiska, potem do dwuminutowej wstawki w audycji o książkach, w końcu do hasła słownikowego na dziesięć, dwanaście linijek. Oczywiście przesadzam, w słownikach były definicje. Nie brakowało jednak ludzi, których cała wiedza na temat Hamleta, ty z pewnością znasz ten tytuł, Montag; pani zaś, pani Montag, najprawdopodobniej kojarzy tylko jakieś jego wątłe echo, cała wiedza, jak powiedziałem, sprowadzała się do jednostronicowego streszczenia pomieszczonego w książce reklamującej się takim oto tekstem: »Teraz możesz w końcu przeczytać całą klasykę i dotrzymać kroku sąsiadom«. Rozumiecie? Ze żłobka na uniwersytet i z powrotem do żłobka. Oto schemat rozwoju intelektualnego”.
Może 451º Fahrenheita nie jest tak dobrą pozycją jak Kroniki marsjańskie czy Rok 1984, jej siła tkwi raczej w samym pomyśle, a nie w porywającej fabule czy wyrazistych bohaterach. Natomiast niewątpliwie należy jej się miano jednej z najważniejszych książek ubiegłego wieku. Warto i dziś po nią sięgać. Ta historia to, niestety, w wielu aspektach nadal bardzo aktualna przestroga.
Źródło cytatów: Ray Bradbury, 451º Fahrenheita, tłum. Wojciech Szypuła, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2018.
Źródło grafiki: https://hdtvpolska.com/451-stopni-fahrenheita-1966-vs-2018/

Czytałem obydwie, a potem przeżywałem kolejno: uznanie, że cenzura istnieje, zlikwidowanie cenzury, przywrócenie jej na potrzeby stanu wojennego i w końcu ponowne wycofanie. To trochę podobne do siebie. Prawda? I do tego co się dzieje dzisiaj w dobie trumpizmu. Zabijanie ludzi na ulicach w jednej z ojczyzn demokracji. Te książki to było wielkie ostrzeżenie przed tym, ale jak widać niewielu je przeczytało.