Pora na kolejny blogowy konkurs. Mamy dla was nowość sprzed paru dni – znakomitą książkę Antoniny Tosiek „Przepraszam za brzydkie pismo”. Kto przeniesie się na dawną polską wieś?
W kalendarzu już sierpień – i przygotowaliśmy dla was kolejny konkurs. Do wygrania Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet Antoniny Tosiek. Egzemplarze konkursowe ufundowało Wydawnictwo Czarne.

W latach 1933–1995 w konkursach pamiętnikarskich dla mieszkańców wsi mogło wziąć udział nawet dziewięćdziesiąt tysięcy kobiet. To Nowy Sącz albo pół Olsztyna pamiętnikarek. Julianna spisywała swój pamiętnik w latach trzydziestych – nocami, w tajemnicy przed mężem. Danka w latach sześćdziesiątych – rankiem, czekając, aż rozpali się w piecu. Teresa w roku 1983 – w PKS-ie wiozącym ją do pracy w pobliskiej masarni. Janka jako nastolatka marzyła o studiach polonistycznych, ale bardziej potrzebna była w gospodarstwie. Została więc pamiętnikarką. Dla wielu bohaterek tej książki spisywanie wspomnień było aktem uznania, że ich historia zasługuje na uwagę. Po raz pierwszy miały okazję przyjrzeć się osobistym doświadczeniom i nadać im znaczenie wykraczające poza sferę prywatną. Opowiadały własnymi słowami o przemocy, biedzie czy wstydzie i w ten sposób sprzeciwiały się dominującym normom społecznym i kulturowym. Antonina Tosiek sięgnęła po setki oryginalnych rękopisów i maszynopisów nadesłanych na konkursy, a także po dane statystyczne i opracowania naukowe. Łącząc wnikliwą analizę z wrażliwością, stworzyła obraz przemian polskiej wsi w XX wieku. Obraz realistyczny i głęboko poruszający. Pisałem o tej książce w ostatniej „Lekturze na weekend”.
„Przepraszam za brzydkie pismo za błędy nieodpowiednie wyrażenia i nazwy. Pisze to ręka prawdziwie wiejskiej kobiety spracowana trzęsąca i nieuczona. Ale wiem że to moja pismo pujdzie do ludzi mądrych, więc jak tylko będą chcieli to przeczytają i zrozumieją”.
Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Napiszcie opowiadanie ze słowem-kluczem „pamiętnik”. Tekst nie musi być związany z pozycją konkursową czy rozgrywać się na wsi albo dotyczyć kobiet. Gdzie zaprowadzi was wena?
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 17 sierpnia włącznie. Autorzy/autorki 3 najlepszych prac otrzymają nagrody.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Antonina Tosiek, Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.

Piątek, 12 września.
Co mnie podkusiło, żeby go namawiać na ten wyjazd? Myślałam sobie, że tak bardzo chce mi się pojechać w góry, że nawet z takim towarzyszem spędzę wspaniały weekend w Szklarskiej Porębie. Sformułowanie „towarzyszem” nie było na wyrost. Mój mąż, od trzydziestu lat ten sam, w minionej epoce, uległ komunistycznym mrzonkom. Święcie wierzył w to co robili. Co prawda to odległa historia, jednak jej skutki odcisnęły na jego mózgu ogromne piętno. Ha, ha, ha, mózgu, to brzmi dumnie.
Szklarska Poręba, to karkonoskie miasteczko było mi bliskie od dziecka. Pojawiało się wielokrotnie w moim życiu i zawsze pozostawiało wspaniałe wspomnienia. Tata, zapalony turysta i narciarz, często jeździł tam ze mną latem i zabierał mnie na długie wędrówki, zaś zimą na halę pełną niewielkich wyciągów, tuż u podnóża Szrenicy, gdzie uczyłam się jeździć na nartach. Na nartach, wtedy jeszcze deski snowboardowe nikomu się nie śniły. Dopiero gdy zaczęłam jeździć z moimi synami zimą do Szklarskiej, ćwierć wieku później (o Boże jak to strasznie zabrzmiało!), były one w powszechnym użyciu zaś z narciarzy się wyśmiewano mówiąc, że jeżdżą na boazerii. Ja jednak pozostałam wierna nartom. Te myśli były miłe podczas dzisiejszej wspinaczki w upale, przywoływały mróz i śnieg. Może nie dawały ochłody, ale miło wykrzywiały usta w uśmiechu.
Jesieni nie lubię. Tego roku na szczęście aura była łaskawa. Słońce na błękitnym niebie zachęcało do aktywności na świeżym powietrzu. Temperatura też temu sprzyjała. Szliśmy dziś dość łagodnym żółtym szlakiem i mimo tego, że ubraliśmy się lekko, pot dawał znać o sobie ciemnymi plamami na bawełnianych koszulkach. Lubiłam tą dróżkę wijącą się wzdłuż strumienia, w poprzek pięknego lasu porastającego zbocze, w jego końcowej części, obok monumentalnych skał dochodząc do schroniska.
– Ale żeś wymyśliła, cholera – wycharczał zduszonym głosem Robert wycierając pot z czoła. – Gór ci się zachciało! Po cholerę męczyć się, wspinać godzinami pod górę, aby potem na złamanie karku pędzić w dół. Nigdy więcej.
Nie podjęłam tematu. Wiedziałam czego mogę się spodziewać i chcąc uniknąć kłótni uśmiechnęłam się pod nosem milcząc.
Mój mąż zaraz po ślubie chciał mi towarzyszyć we wszystkim, cieszył się z każdej chwili spędzanej razem. Chodził ze mną po górach, zbierał ze mną grzyby w milickich lasach, pokonywał kilometry wzdłuż bałtyckich plaż. To było dawno i nieprawda! Potrafiliśmy całe noce rozmawiać i o dziwo zazwyczaj mieliśmy podobne zdanie. No, nieprawda, że całe noce poświęcaliśmy na pogaduchy. Bliskość naszych ciał czyniła cuda. Lubiłam to jego sapanie, tą rozkosz, nawet jeśli trochę musiałam wcielić się w rolę aktorki. Teraz to co łączy nas ze sobą to kłótnie i narzekania.
Moje myśli nie zdążyły dotknąć bardziej pikantnych szczegółów, gdyż doszliśmy do Schroniska pod Łabskim Szczytem. Jego zielony dach górujący nad kosówką widać było z daleka. Mój mąż jednak nie odzyskał radości i wciąż chmurnie rozglądał się na boki.
Wypiliśmy piwo i nie czekając na moją decyzję zaczął schodzić. Bez słowa, bez zaproponowania tego, abym mu towarzyszyła. Wzięłam drugą butelkę (o zgrozo, przecież ja nie lubię piwa!) i poddałam się bombardującym mnie myślom.
„Chcę być sama. Sama, nie samotna, bo przecież mam przyjaciół, mam góry, mam swoje małe przyjemności. Chcę się budzić słysząc śpiew ptaków, a nie chrapanie Roberta. Chcę w niedzielę leżeć do południa nie zważając na zawodzenia, że na ostatnią mszę nie zdążymy. Do kościoła będę chodzić tylko kiedy będę tego chciała. A może wcale nie będę? Tak czy inaczej ja o tym zadecyduję. Nie chcę rozwodu. Po co mi ten kolejny papier. W moim wieku do niczego już niepotrzebny. Wyprowadzę się i już!” – poczułam szczególnie na tą myśl jakąś wewnętrzną radość.
Wstałam i uśmiechając się do mijanych turystów wróciłam na szlak w kierunku Szrenicy, na moją drogę do szczęścia.
„Czy oby na pewno do szczęścia?” – pomyślałam, jednak szybko odrzuciłam wątpliwości.
Z pamiętnika Johna Watsona – apokryf
(fragment)
– To jakiś psychopata! – zawołałem tamtego dnia, gdy tylko wyszliśmy z laboratorium. Młody Stamford spojrzał na mnie z zakłopotaniem. Mój wybuch wyraźnie wydał mu się przesadzony.
Ale wojna zmienia perspektywę. On sam naturalnie, pracując w szpitalu, dość się napatrzył na ludzkie nieszczęście. Widział niewyobrażalne tragedie i bezsensowną śmierć, której można było zapobiec, a także choroby i rany, wobec których nawet nauka była bezsilna. Lecz nie wiedział, i życzyłem mu, by nigdy tego nie doświadczył, że kiedy my, lekarze, toczymy, często z góry przegraną, walkę o czyjeś życie, na froncie codziennie lekką ręką posyła się na rzeź setki młodych, zdrowych ludzi.
Nie chodziło mi o to, czym zajmował się ten cały Holmes, kiedy złożyliśmy mu wizytę, ani nawet o „obijanie trupów” w prosektorium, o którym opowiadał Stamford w restauracji u Holborna. „Martwi uczą żywych” mawiali moi wykładowcy na studiach, gdy w kostnicy poznawaliśmy tajniki anatomii. Pewien starszy profesor miał zaszczyt w młodości pobierać nauki w Edynburgu, pod okiem samego Andrew Duncana. Czytaliśmy prace Samuela Farra zaś przełomowa publikacja Alfreda Taylora była na ustach wszystkich, gdy zaczynałem swą przygodę z medycyną. Nie wątpiłem, że Holmes swoimi eksperymentami przysłuży się ludzkości. Miałem wątpliwości i to poważne, co do jego pobudek. To, z jakim entuzjazmem, niezdrowym wręcz podnieceniem, mówił o zbrodni! Ja, który w Kandaharze widziałem dość przykładów zwierzęcego okrucieństwa, jakiego nie dopuszczały się bestie, ale ludzie; ja, którego powołaniem było ratowanie życia, miałbym zamieszkać z kimś tak zafascynowanym jego odbieraniem?
Na Jowisza, bałbym się w nocy zasnąć!(…)
Mamy pierwsze prace! Kto następny?:)
Na lotnisku w Bombaju powietrze pachniało kurzem i przyprawami. Gorąco kleiło się do skóry jak taksówkarze tłoczący się przed wyjściem — gotowi zrobić wszystko, by wybrała właśnie jego.
W plecaku miała tylko kilka ubrań, długopis i jedno mocne postanowienie: pisać. To miały być zapiski z podróży, a może z czasem nawet książka. Taka prawdziwa — ciężka od myśli i zapachów, a nie od lajków i obietnicy sporych zarobków.
Na bazarach w Jaipurze, w dusznych uliczkach Waranasi, i w każdym kolejnym mieście — zawsze szukała notatnika. Obitego tkaniną, w kolorach, których nie umiałaby nazwać. Ale zawsze coś było nie tak. Papier zbyt gładki, za cienki, dziwnie pachniał, jakby był zamknięty na jej historię.
Raz już prawie coś kupiła. U starca, który handlował wszystkim. Sięgnęła po pieniądze, gdy zobaczyła, ukradkiem wycieraną przez niego łzę. Przyznał, że zeszyt należał do jego zmarłej córki. Nie kupiła, nie mogłaby pisać na czymś, co niosło cudze wspomnienia.
Dni mijały, a ona nie zapisała ani słowa. Długopis zgubiła — może wtedy na dachu autobusu, może wtedy, gdy płakała nad Gangesem. Wszystko przechodziło przez nią lekko, bez śladu — i znikało, bo nie miało gdzie się zatrzymać.
Tuż przed wylotem, na lotnisku w Delhi, znalazła zwykły notatnik z nieproporcjonalnym słoniem na okładce. Kupiła go bez wahania. W domu wreszcie go otworzyła — licząc, że znajdzie w nim echo wszystkiego, co tamte dni w niej zostawiły.
Ale papier był niemy. Nie chłonął nic — ani zapachu przypraw, ani ciężkiego od żaru powietrza, ani rozedrganych barw ulicznych świateł.
Jakby Indie nie chciały się dać przepisać. Jakby wszystko, co miało znaczenie, zostało tam i nie zamierzało dać się zamknąć w linijkach.
Mam pełno pamiętników, pomyślałam. Łatwo będzie znaleźć coś ciekawego i przytoczyć na potrzeby konkursu.
Z entuzjazmem powyciągałam zeszyty i notatniki pełne przeszłości i zaczęłam je wertować w poszukiwaniu emocjonujących wydarzeń, którymi mogłabym się podzielić. Po dwóch godzinach przeglądania ich zawartości stwierdziłam, że nie mam czym.
Zapisy w pamiętnikach były rozczarowujące. Według nich moje życie polega na pracy, gotowaniu, spacerach z psami i trosce o bliskich. Czasem też coś czytam lub oglądam.
Zanotowałam na przykład, że w dwutysięcznym dwudziestym pierwszym, dnia drugiego maja, rano wypiłam kawę, wieczorem zjadłam sałatkę, a w międzyczasie było słonecznie i poszliśmy z psami na spacer nad rzekę…
Gdzie podział się aromat kawy i spokój poranka? Dlaczego nie ma w tym wspomnieniu długich chwil jakie musiało zająć mi parzenie i picie napoju? Czy patrzyłam wtedy w kuchenne okno ciesząc się poranną ciszą? Czy kotka położyła się na moich kolanach, czy na parapecie? O czym myślałam, co czułam?
A spacer nad rzeką? Czy był przyjemny? Czy psy biegały ucieszone wolnością? Czy rozmawialiśmy o czymś ważnym lub nieważnym? Czym pachniało powietrze? Czy trzymaliśmy się jeszcze wtedy za ręce?
Do sałatki nie mam pytań, bo od lat przyrządzam ją tak samo, ale nie zapisałam nawet wrażeń z kolacji, więc po co w ogóle wspominać, co się jadło?!
Własne życie zreferowałam na papierze beznamiętnymi czasownikami: wstałam, byłam, zjadłam, oglądałam, robiłam. Co mną kierowało?! Uznałam nawet, że warto zapisać, iż siedemnastego marca dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku umyłam zęby…
Z braku ekscytujących wpisów do pamiętnika wysyłam więc na konkurs zwyczajność i nudę, niech się same bronią.
Piękny jest ten tekst. O niemocy zapisania przeżyć, a jednocześnie ich pełen. 🙂
To komentarz do Jooli 🙂
Przejrzała się w lustrze i zacisnęła dłonie ze stresu. Dożynki. Kto by się przejmował dożynkami? A jednak dla niej to było ogromne wydarzenie. Postanowiła tam pójść i bawić się dobrze. Kiedy piwo zostało wypite, a disco polo zaczęło brzmieć podejrzanie przyjemnie, postanowiła udać się do domu. Wlazła do pokoju i łypnęła z nienawiścią na zdjęcie swojego byłego, które zostało przez nią ukryte lata temu i wyciągnięte teraz przez siły piekielne, które pragnęły dręczyć jej duszę. Jej spojrzenie zatrzymało się na dłużej na czymś innym – stary pamiętnik. Otworzyła na losowej stronie i przeczytała pierwsze zdanie. „Poniedziałek. Boję się iść do szkoły po wczorajszym incydencie”. Wciągnęła głośno powietrze i przewróciła kartkę. „Wtorek. Dziś nic się nie działo, tylko Kinga oczywiście musiała postawić swoją torbę tak, żeby uderzyć we mnie i mój plecak. Suka”. „Środa. Nie chcę iść do szkoły”. „ Czwartek. One znowu się wyśmiewały, nie z NAS, ze mnie, ja to wiem, ale dziewczyny myślą, że z nich też”. „Piątek. Dziś wyśmiewały się z tego jak chodzę, a później próbowały rzucić mi piłką siatkową w mordę, ale nie trafiły, więc szły za mną na dworzec i rzuciły petem jak nie reagowałam na wyzwiska”. „Sobota. Fajnie jest tak się poopierdalać. Dziś znów mi nie odpisał i wydaje mi się, że już mi nie odpisze, ale jestem na tyle głupia, że zastanawiam się dlaczego”. „Niedziela. Nadal nie odpisał. A jutro kolejny dzień w piekle”. Zamknęła pamiętnik i otarła łzy. Jeszcze tylko dwa dni i znów stąd wyjedzie, tak jak dekadę temu. I nie wróci przez kolejny rok lub dwa, tak jak zwykle. Łatwiej się zapomina, gdy każdą myśl musisz ubierać w obcy język i gdy nie ma ani jednej rzeczy, która by przypominała.
8 maja
Lunęło, więc klnąc na brak parasola, wskoczyłam do pobliskiego sklepiku z szyldem „Memuary zapachowe”. Sprzedawca wyglądał zniechęcająco – głęboko osadzone oczy i zimowa cera. Rozumiem, że ludzie muszą latem pracować, nie zaszkodziłoby jednak czasami wychodzić na słońce.
– Dobrze pani trafiła, mamy świeżą dostawę pamiętników – powiedział, podając mi nieduże pudełko – wykorzystujemy technologię zapisu wspomnień zapachem. Proszę tu nacisnąć.
Wyciągnęłam dłoń, ale poczułam ukłucie.
– Przepraszam, funkcja pobierania była włączona. Proszę spróbować teraz.
Owionął mnie zapach kwitnących lip. Miałam pięć lat, szłam z rodzicami aleją. Ktoś zawołał coś do nas, ale znalazłam się znów w sklepie.
– Nie pamiętam tej sytuacji – powiedziałam zdezorientowana.
– Pamiętnik pobiera wspomnienia bezzwrotnie. Nie jest to jednak problemem – mamy ich tyle. Proszę zapoznać się z tym.
Był środek lata, siedziałam w altanie nad kawałkiem ciasta z morelami. Wiedziałam, że za chwilę pójdziemy całą rodziną pływać w pobliskiej rzece.
– Proszę pomyśleć, jakie to przydatne rozwiązanie na jesienną szarugę – głos sprzedawcy sprowadził mnie z powrotem. Może pani też wykasować zapisane wspomnienia i wgrać swoje.
Wróciłam do domu z pamiętnikiem.
13 maja
Poprzednia właścicielka spędziła dzieciństwo w przepięknym miejscu, wspaniale jest móc tego doświadczyć.
14 maja
Sprzedawca nie uprzedził, że pamiętnik zawiera wspomnienia z czasów wojny. Straszne obrazy i przeżycia.
20 maja
Wykasowałam część wspomnień i wpisuję w to miejsce swoje. Miło będzie wrócić do niegdysiejszych śniegów.
29 maja
Pod domem natykam się ciągle na bladego mężczyznę z głęboko osadzonymi oczami. Wygląda jakby na kogoś czekał. Nie wiem, kto to jest.
Siedzę właśnie na Akropolu. Znalazłam ustronną ławeczkę pod drzewem oliwkowym i oswajam swój rozbiegany umysł, wyciągając laptopa w takim miejscu. Czuję się, jakbym ściągała na siebie klątwę Zeusa, ale uczę się dbać przede wszystkim o siebie, pisać wtedy, gdy chcę pisać – nie zważając na nic i na nikogo. Chce mi się też palić, więc na pewno po majowym odosobnieniu wrócę do tytoniu – obiecuję to sobie tylko po to, by odsunąć pokusę na później.
Czuję, że po raz pierwszy – i to dzięki pisaniu – poznaję samą siebie. Jaka jestem, a nie jaka chciałabym być. I właśnie to pisanie – takie teraz, znikąd, w pięknym, historycznym miejscu – ta zaduma, która zawsze się we mnie przetaczała, będzie teraz zapisywana. I nie po to, Panie Pawle, by robić z tego użytek, karierę… Jasne, jeśli bogowie pozwolą (sic!), ale głównie po to, by poznać siebie. By się sobie przyjrzeć. Bo czy jest coś ważniejszego do dokonania?
Ludzi jest tu więcej niż mrówek – zresztą idea mrowiska jako pierwsza pojawiła się w mojej głowie. Ludzie i kamienie – tak powinien brzmieć tytuł tego rozdziału. Ach, i może też słońce. Palące słońce. A przecież to tylko kwiecień. Jak ci Grecy tu żyli? Jak łazili w tym pyle i bezlitosnym ukropie? Czy wiedzieli, że kiedyś miliony będą tu przychodzić, jeść fast foody, pić colę i robić sobie zdjęcia z każdego kąta? Że po nich zostaną tylko ruiny? Że tam, gdzie żyli, kochali i płakali, ktoś będzie nagrywać rolkę, wystawiając usta w dziubek? Zastanawia mnie to wszystko.
Potrzeba kawy przerywa jednak te rozważania. Spocona, zmęczona, naprawdę potrzebuję tego napoju bogów. Tu znów może dopaść mnie klątwa Dionizosa – boguburczę przecież cały dzień. Ciekawe, kiedy kawa dotarła do Grecji – z tą myślą zamykam laptopa – i dlaczego jest taka niedobra, zaparzana przecież po turecku.
Ciągle czuję, że robię za mało. Że nie korzystam z życia. Że marnuję czas, na który nie mam przecież abonamentu jak na SMS-y. Kiedyś się skończy, a wtedy czego będę żałować najbardziej?
Patrzę na czarno-białe zdjęcie babci i zastanawiam się, jaki był jej przepis na życie i skąd miała tę energię, odwagę, pewność siebie. Zrobiła prawo jazdy na motocykl, a gdy odeszły jej wody, pieszo szła na porodówkę. Tymczasem ja stresuję się, gdy muszę zadzwonić do obcej osoby i rozmawiać przez telefon. Wczoraj, gdy szłam na pociąg, minął mnie samochód z otwartym bakiem. Stanął na skrzyżowaniu, więc zdążyłam do niego podejść, zanim odjechał. Nachyliłam się do szyby pasażera i krzyknęłam do kierowcy, że ma otwarty wlew paliwa. Niby taka zwykła uprzejmość, a przez kolejne 5 minut serce kołatało mi w piersi, jakbym miała za chwilę skoczyć na bungee.
Skąd te słabości? Czy jestem jak ta szklanka, którą pokazują w filmach na Instagramie, do której z pokolenia na pokolenie przelewają nieprzepracowane traumy?
Patrzę teraz z kolei na swoje zdjęcie i widzę tę niepewność w pozie, w układzie rąk, w nieśmiałym uśmiechu. Wyglądam jak przelęknione zwierzątko, w każdej chwili gotowe do ucieczki. Tylko dokąd mam uciec…
Najczęściej chyba uciekam do siebie. Zamykam uszy i otulam się własnymi myślami. Czasami się na tym łapię, gdy spotykam się z ludźmi – gdy reszta żywiołowo dyskutuje, mój mózg, korzystając z chwili przerwy, zajmuje się innymi tematami.
Nawet teraz uciekam do siebie. Piszę to, bo czuję, że moje wewnętrzne analizy muszą znaleźć ujście, by nie wybuchnąć pewnego dnia jak uśpiony Wezuwiusz. Nie chcę zostawić po sobie popiołów.
Wystarczy, że sama się spalam. Ten pamiętnik też powinnam spalić.
Przełajka, dnia 08/08/2025 w czwartek
Pamiętnik czy Dziennik ?
Za rok minie trzydzieści lat odkąd zaczęłam prowadzić notatki w dzienniku, inni mówią w pamiętniku. Odnotowuje w nim ; fakty, wydarzenia, opinie, anegdoty oraz różne dyrdymały dla siebie, bo działają terapeutycznie i dla potomnych, aby o nich pamiętali. Choćby takie jak to.
Pożyteczna idiotka i pożyteczny idiota.
Jeszcze niedawno myślałam, że pożyteczni idioci bezpowrotnie wyginęli, wyśmiani przez mistrza Gałczyńskiego. Okazało się, że niestety. Nie ma nic bardziej mylnego.
*
Bo każdej władzy chodzi o to, żeby spotkali się ze sobą ; pożyteczna idiotka z pożytecznym idiotą. Aby nacja pożytecznych idiotek i pożytecznych idiotów nigdy nie wyginęła.
A gdy już ze sobą się spotka ; pożyteczny idiota i pożyteczna idiotka, naklepią tuzin pożytecznych idiociątek.
Dla władzy to samograj. Dla kraju, prawdziwy, tragedii początek.
*
Zadałam sobie pytanie ; – czy utożsamiam się z tą nacją ?
Odpowiedziałam sobie ; – czasem, chyba tak, bo zamiast kierować się głosem rozsądku, postępuję przekornie, – na wspak.
PS co do Gałczyńskiego, mimo poszukiwań, nie znalazłam potwierdzenia, więc nie mam pewności, że jemu zawdzięczam znajomość tych słów. Inny trop prowadzi mnie do kabaretu Olgi Lipińskiej. Ostatecznie zadowoliłam się informacją z Wikipedii – wolna encyklopedia, że określenie pożyteczny idiota (transkrypcja polska : poleznyj idiot) jest perjoratywnym określeniem przypisywanym Leninowi, który miałby tak określać dziennikarzy zachodnich piszących entuzjastycznie o rewolucji bolszewickiej i ukrywających jej niepowodzenia. Bardzo obszerny i ciekawy materiał do rozważań. Jak starczy mi czasu (chodzi o długość życia) to się nim zajmę. Podejrzewam, że do zajęcia się tym tematem zainspirował mnie Sejm RP, który w dniu 06/08/2025, w środę, zaprzysiągł Karola Nawrockiego na kolejnego Prezydenta RP.
W kartonie, opisanym moim imieniem, wśród listów z kolonii, zeszytów z pierwszych klas, laurek dla mamy i taty, od prawie pięćdziesięciu lat leży zielony notesik. Jest tak mały, że zapewne już wtedy, gdy wręczałam go ze słowami: „Wpisz mi się, proszę, do pamiętnika”, mieścił się w mojej dłoni. Spod zielonej, plastikowej okładki z wytłoczoną czterolistną koniczyną, z legitymacyjnych zdjęć przyklejonych do pożółkłych stron, patrzą na mnie dzieciaki, które ledwie pamiętam. Niektóre twarze wydają mi się znajome, inne, tak samo jak tamte cztery lata, zatarły się w mojej pamięci. Fotografie opatrzone są wpisem. Przerzucam strony i z każdą, kłucie w moim sercu staje się coraz bardziej dotkliwe. „Miłej i sympatycznej koleżance ze szkolnych lat …” powtarza się niemal na każdej z nich. Nerwowo szukam słowa „przyjaciółce”, ale nigdzie go nie znajduję. Nie znajduję też fotografii Jacka, jednego z tych których pamiętam, ale po chwili uświadamiam sobie, że nie mogła tam być, bo Jacek w siódmej klasie powiesił się w piwnicy swojego domu. Nie ma też Jarka, który darzył mnie swoim dziecięcym uczuciem. Chciałabym zapytać go, dlaczego nie wpisał się do mojego pamiętnika, ale Jarka też już nie ma. To wiem, chociaż wolałabym wymazać ze swojej pamięci fakt, że utonął serfując gdzieś u wybrzeży Florydy.
Uparcie staram się zrozumieć beznamiętne słowa kolegów i koleżanek. Sięgam pamięcią do wszystkich mądrych, przeczytanych książek i nagle rozumiem, że byłam z nimi za krótko, że spotkałam ich za późno i pojawiłam się, gdy wszystkie kręgi zostały zamknięte.
Kiedy już uświadamiam sobie, że jedynym czego pragnę jest ukrycie pamiętnika pod stertą starych zeszytów, otwieram go na stronie ze zdjęciem Jurka.
„Gdy pamięć zawiedzie,
Serce zapomni,
To zdjęcie przypomni”
1 lipca, piątek
Ten człowiek kompletnie mnie nie szanuje. Potraktował mnie jak przedmiot. Dlaczego, u licha, wpakował moją kapsułę transportową do bagażnika między jakieś stare buciory i śmierdzące chemikaliami kanistry? Czy on nie wie, jaka to tortura dla mojego wrażliwego powonienia?
2 lipca, sobota
Nie dość, że nie szanuje, to i nie rozumie. Chyba sobie nie wyobrażał, że po tak traumatycznej podróży spokojnie położę się spać w obcym miejscu?! A gdzie moje poczucie bezpieczeństwa? Jak ja mam spać, nie wiedząc, czy w razie konieczności będę mogła przemieszczać się po elementach środowiska, położonych wyżej, niż moje posłanie, i czy któryś z nich nadaje się na tymczasowe schronienie? A on mi zamyka przed nosem drzwi do pomieszczenia, gdzie mam zamiar dokonać eksploracji, i burczy: „Spać, mała!”
3 lipca, niedziela
No, nie, to nie do zniesienia. Ja tu przecież zginę z głodu! Nie, żeby wcale nie dawał mi jeść – daje, te same dania, co Karol, i takie same porcje, ale chwilowo mi jakoś mniej smakują, pewnie przez ten stres. Więc czy to dziwne, że potem pilnie potrzebuję coś przegryźć o trzeciej w nocy? Karol takie sytuacje rozumie i zawsze wstaje, tym bardziej, że gdy się nasycę, należy mi się jeszcze trochę rozrywki, a kto ma mi ją zapewnić, jak nie on? Och, Karol! Zabierz mnie stąd!
***
Skrót do tego pliku odkryłem na ekranie laptopa gdzieś pod koniec lipca. Tekst najwyraźniej stanowił początek czyjegoś pamiętnika, ale czyjego, skoro prócz mnie nikt tego sprzętu nie używa? I czemu ten ktoś wspomina o Karolu? Karol przecież mieszka sam, nie licząc kotki Malwinki, którą opiekowałem się na początku miesiąca, gdy wyjeżdżał na weekend. Zaraz… Weekend? Początek miesiąca? Ta rozkapryszona kocica tak mi wtedy dawała do wiwatu, że nawet nie chciało mi się na noc zamykać laptopa …
Z serii „Apokryfy na cześć autorów ulubionych” . Inspirowane twórczością Ewy Szymańskiej.
—-
Z pamniętnika młodej lekarki
Będąc młodą lekarką sprawdzającą się bez nieustanku na swej wysuniętej rubieży, wszedł raz do mojej przychodni pacjent o wyglądzie zbuwersowanem w koszulce z nadrukowanymi literami „BDSM”.
– Dzię dobry pani doktór.
– Dzię dobry, co panu dolega?
– Uskarżam się pani doktór na obce członki, które nam szwaby na siłem wciskają.
Spojrzłam siem na jego koszulkę, dodałam dwaplusdwa i wszystko stało się dla mnie jasne. Uniesiona słusznem oburzeniem zakrzykłam:
– Proszem pana wykazuje pan ciemnotę i perwersję seksualnom, co w naszem dojrzałem moralnie społeczeństwie jest zjawiskiem niedopuszczalnem. Prosże mnie nie zajmywać enefzetowego czasu i zwrócić się z takoma problemami do odpowiedniego specjalisty.
– Pani dochtór mnie nie zrozumiała. Mniem się rozchodzi o tych murzyńskim inżynierów, co potem do stawu paskudzo.
– Widzem, że cechuje pana upartość i zatwardzenie poglądów, których nie mogę tolerować.
Obezwladniłam pacjenta narkozą, rozciągłam go na kozetce aby sprawdzić w jego mózgu gdzie wylęgają się tak niebezpieczne poglądy i zręcznym ruchem skalpela otwarłam mu czerep. Ku mojemu zdumieniu u pacjenta mózgu nie stwierdzono.
Przyjrzłam się koszulce z bliska i i ze zdumnieniem doczytałam małymi literami, że w BDSM rozchodzi się o Border Defence Social Movement
Szybko przykryłam czaszkę odciętom pokrywą kostną i przymocowałam czerep catgutem, poczem tradycyjnym uderzeniem 'z liścia’ wybudziłam pacjenta z narkozy
– Dziękujem Pani doktór. Co to było?
– Przyczynom Pana dolegliwości jest nieszczęśliwie dobrana nazwa organizacji, której angielski akromnim sugeruje zboczenie. Proponujem nazwę Społeczny Ruch Obrony Macierzy i wydrukować ją na koszulce po polsku. Niech się ci obcy polskiego uczo,
– Dziękuję pani dochtór, Czemże się pani dochtór odwdzięczę?
– Och nie ma o czem mówić. Wystarczy zwyczajowa okolicznościowa koperta na parapecie.
No i przyszedł. Przyszedł w końcu ten dzień, bo i czemu miałby nie przyjść? Piąty sierpnia.
Lato w szczytowej formie. Pogoda jak na zamówienie. Słońce zameldowało się już o szóstej w mojej sypialni, zalewając złotem poduszkę. Twoje święto, święto, święto!
Spadaj, dziękuję! Z powrotem zanurkowałam pod kołdrę. Zwinę się w embrion i spędzę dzień w jamie z pościeli. Dusznej, ciemnej – tym lepiej, nie będę wdychać zapachu wspomnień; nie będę oglądać szczęśliwych par, rozkosznych dzieci, a przede wszystkim tej cholernej daty w kalendarzu: 5 sierpnia.
Błysk złota na palcu, konwalia sukienki, świat mieszczący się w twoich oczach.
Dokładnie dziesięć lat temu. Cynowa rocznica ślubu.
„Jestem pijany miłością! Nie wiedziałam, że można kochać aż tak! – pisałeś w pamiętniku (tak, byłeś facetem piszącym pamiętnik, nie terminarz). – Budzę się i zasypiam z Elą pod powiekami. Moją najsłodszą muszelką. Żyję od spotkania do spotkania, pomiędzy tęsknię i czekam. By znów zanurzyć się w jeziorkach jej oczu, całować słodycz malinowych ust, słuchać dzwoneczków śmiechu. Zachowuję się jak wariat, gadam do siebie na ulicy: Ela, Elunia, wciąż na nowo zachwycam się jej imieniem. Zapomniałem kim jestem, kim byłem bez niej. Czy w ogóle byłem?…”
Dobre sobie! Czaruś, poeta! „Czy w ogóle byłem?” Jasne, że byłeś; szkoda, że tak krótko! Pytanie: gdzie jesteś teraz? I z kim? Z Agatą, czy to już nieaktualne?
A pamiętnik, nadal go piszesz? Widzisz, nabrałam się na twoje muszelki, maliny, jeziorka…
Muszelki starły się w pył. Z malin została krwawa miazga (z igiełkami pestek). Jeziorka uschły.
Już dawno powinnam spalić twój pamiętnik! I… nie umiem.
Twoje czułe słówka – mam chociaż tyle.
Rodzina Konrada lubiła rozmach. Przekonał się o tym, kiedy wujostwo zorganizowało w ogrodzie obchody srebrnych godów. Kiedy poproszono go o zajęcie stanowiska barmana, nie sądził, że przyjdzie mu uwijać się jak w upale.
– Niech będzie gin z tonikiem. – Usłyszał dobrze znaną barwę głosu.
Dreszcz przebiegł mu po plecach, jakby temperatura z trzydziestu stopni zmalała do zera. Podniósł spojrzenie na kobietę, która posyłała mu ostrożny uśmiech. Własną matkę.
– Możemy chwilę…
– Jestem zajęty, chyba widzisz kolejkę.
Myślami mimowolnie znalazł się w przeszłości, wtedy, gdy opuszczał rodzinną miejscowość, a ona nie walczyła o to, by go zatrzymać. Pozbyła się go tak samo jak ojciec.
– Chciałam cię przeprosić i…
– Nie mam ci nic do powiedzenia – uciął.
Odwrócił się na pięcie, jednak zacisnęła palce na jego ramieniu. Sięgnęła do torebki, z której wyciągnęła zapakowane w prezentowy papier zawiniątko.
– Jakiś czas temu odwiedziła mnie mama Asi.
– Nie chcę tego słuchać. – Konrad jednym szarpnięciem wyrwał się z uścisku. – Wracaj, skąd przyszłaś, a mnie…
– Znalazła to i kazała ci dać. To dla ciebie! – Wciągnąwszy rękę z pakunkiem, wbijała w syna zbolałe spojrzenie.
Przejął zawiniątko, a sama świadomość tego, że zostało zapakowane przez niedoszłą narzeczoną, rozerwało posklejaną przed laty duszę Konrada na strzępy.
Nawet nie spostrzegł, gdy znalazł się w swoim pokoju na poddaszu. Nie myśląc wiele, rozerwał papier. W pudełku znajdował się pendrive. Dołączona była karteczka z odręcznym napisem „30 lat Konrada”.
Trzymał w rękach prezent od swojej zmarłej dziewczyny. Uruchomił laptopa i ujrzał na ekranie zawartość pendrive’a. Dwanaście folderów, z czego pierwszy oznaczony jako „zacznij_od_pamiętnika”. Kliknął. Wyświetliły się pliki audio. W ułamku następnej sekundy pokój Konrada wypełnił się miękkim głosem Asi.
„Zanim przejdę do życzeń, przypomnę ci dzień, od którego wszystko się zaczęło. Wyobraź sobie teraz mnie, śmierdzącą potem po pierwszym treningu jazdy konnej. Wcale nie było mi wstyd, że…”
Wyłączył nagranie. Serce galopowało mu za mostkiem, pot rosił skórę, a dłonie drżały w narastającej panice. Obrazy z przeszłości na nowo zaczęły stawać mu przed oczami – a przecież tak usilnie dążył, by pozbyć się ich raz na zawsze.
– Nie zabiłem jej, wcale jej nie zabiłem – wyszeptał formułkę, której od dłuższego czasu już nie potrzebował. W płucach brakowało mu tchu. – Nie zabiłem jej, naprawdę jej nie…
Asia wróciła w najgorszym koszmarze jego życia – w odradzających się wspomnieniach.
– Eh, życie… – westchnął Ernest zamknąwszy gruby zeszyt znaleziony w domowej skrzyni z przydasiami i rzeczami, z którymi trudno się rozstać. Okładki zdobiła zielona murawa, z wyrysowanymi białymi liniami boiska piłkarskiego. To był znak czasu, bo ojciec kupił go po złotym medalu piłkarzy w Monachium. Jak na tamte lata był wyjątkowo gruby, w sklepach królowały sześćdziesięciokartkowe, a ten miał ich sto czterdzieści. Tata musiał chyba sięgnąć głęboko do swoich handlowych kontaktów, by taki rarytas zdobyć.
Ojciec. Stanął mu przed oczami energiczny facet, surowy i sprawiedliwy, który na wywiadówkę w podstawówce poszedł tylko raz, ale wrócił z niej zasępiony. Po kilku dniach przyniósł do domu ten zielony piłkarski brulion.
– Polonistka radziła, żebyś zaczął pisać dziennik. W niedziele będziesz mi pokazywał postępy – rzekł, podając zeszyt synowi. – „Muj wójek”? Naprawdę?
Ernest był zaskoczony, że kajet, jak go kiedyś nazywał, uchował się wśród wielu mniej lub bardziej interesujących archiwaliów. Przewertował kilkanaście kartek w poszukiwaniu czegoś ciekawego i nic! Zero! Null! Za to przypominał sobie coraz więcej obrazów i zdarzeń z ojcem związanych. Pierwszomajowy pochód, wczasy nad morzem, pierwszą jazdę komarkiem, ale też nieobecności ojca bo nauka do matury, bo egzekutywa, bo ławnikowanie, później cukrzycy, inwalidzi, sybiracy – tak było przez całe jego życie. Więcej wspólnych chwil zaczęli mieć, kiedy ojciec zachorował. Wyjazdy do lekarzy, asysty przy badaniach – Ernest nie żałował czasu, wiedział, że zostało go niewiele…
Odnaleziony dziennik, którego zapiski straciły na aktualności i znaczeniu, teraz był pamiętnikiem, przypominającym ważne chwile i zdarzenia, więź ojca i syna.
– Po co tu przyszliśmy? Tu śmierdzi! – Chłopczyk zatkał sobie nos dwoma palcami i uwiesił się na ręce ojca, gdy ten wprowadzał go w cuchnącą czeluść podwórza kamienicy.
Opustoszałe pomieszczenia spoglądały czarnymi oczodołami okien. Wiatr szamotał, zwisającymi niczym wielkie nietoperze, płachtami papy. Gdzieniegdzie spod trylinek wysuwały się wątłe łodygi roślin.
Ojciec westchnął, po czym ruszyli w głąb podwórza, wzdłuż muru gdzie do kamienicy przyklejone były komórki, służące niegdyś za warsztaty i składziki. Drewniane drzwi wisząc na zardzewiałych zawiasach, piszczały prosząc o pomoc.
W samym rogu, wmurowana pomiędzy trylinki, stała metalowa konstrukcja przypominająca bramkę piłkarską. Ojciec oparł o nią czoło.
– Dziwne że tego nie wycięli na złom – bąknął i przejechał palcami po rdzewiejącej powierzchni.
– Co to jest, tato?
Ojciec przykucnął przytrzymując się jedną ręką słupka.
– To jest trzepak – wyjaśnił. – Tu kiedyś trzepano dywany, aby pozbyć się kurzu i brudu.
– Nie było odkurzaczy? – zdumiał się chłopiec.
– No, nie było – odpowiedział ojciec i wrócił do opowieści. – Tu także przychodziły dzieci, takie jak ty i całymi dniami się bawiły. Grały w piłkę, wspinały się, robiły wymyki. Czasami któreś spadło, ale tylko raz ktoś złamał sobie rękę. – Skrzywił się i dotknął lewego nadgarstka. – Chcesz spróbować?
W tym momencie jesienny wiatr rozdarło wołanie:
– Jacuś! Piotr! Co tam robicie? Chodźcie już!
Chłopczyk popędził i zawisł w ramionach matki, ojciec niespiesznie kierował się ku wyjściu bacznie obserwując całe podwórze. Każdy zakątek wołał go by zajrzał, każda cegła by został.
Tyle wspomnień, pomyślał na chwilę cofając się o czterdzieści lat, a jutro zniszczą to buldożery.
Cześć mamo. Leży na boku. Głaszczę jej kościstą dłoń. Unosi powiekę, jedną, bo druga część twarzy wtulona w poduszkę. Oko patrzy na mnie przez chwilę i zaraz się zamyka. Poznała, nie poznała? Nikt tego nie wie. Mama już nie mówi od kilkunastu miesięcy. Stan wegetatywny, tak określają. To ja, Hania, jestem twoją córką. Nie było mnie w zeszłym tygodniu, bo wyjeżdżałam. Wyobrażam sobie, że zrozumiała i że mnie rozpoznaje. Głaszczę ją po głowie. To już, cały kontakt.
Zawsze byłam nadwrażliwa na to czy jestem pamiętana. „Zapomniałeś”, gorzki wyrzut, na równi z „nie rozumiesz mnie”. Z upływem lat życia i systematycznych terapii nie zrywam już całkowicie z kimś, kto zapomniał o moich kluczowych wspomnieniach, nie odchodzę, nie wyprowadzam się. Ciałem zostaję na miejscu, rozżaloną duszą wycofuję się w głąb siebie. Możesz nie zauważyć, że mnie nie ma.
Ona też nie widziała. Dawno temu, wiecznie poddenerwowana, w pośpiechu, bo obiad, bo sprawy. Czego ty chcesz dziecko? Nie przeszkadzaj, mam tyle do zrobienia. No nie ściskaj mnie, niewygodnie tak. Lekcje odrobione? Ciągle mamo i mamo. Duża jesteś. Zajmij się czymś. Idź porysuj sobie.
Nie rysuję, nie robię zdjęć, bo zaraz obudzi się we mnie zachłanny demon domagania się uwagi. Sfotografuję i już chcę ci pokazać. A jeśli jedno, to zaraz wszystkie. Podniesie łeb ta hydra, ten głodomór wiecznie chcący żebyś patrzył.
Mamo, zobacz co narysowałam. Syczy ze złością.
A ty mówisz – pisz. Nie piszę. Bo zaraz będę chciała żebyś przeczytał. I wtedy może znowu ta zmarszczka między twoimi brwiami, jak niegdyś u niej, mówiąca o zniecierpliwieniu. I znowu – za dużo chcę, męcząca, nikt nie nastarczy. O nie, nie. Lepiej już sama. Matki nie było, nie ma i nie będzie. Sama. Duża przecież, dorosła. I dlatego pamiętnik. Papier cierpliwy.
Po latach zdecydowałam się odwiedzić rodzinny dom. Stał pusty od momentu odejścia naszych rodziców. Nie potrafiłam w nim zamieszkać, ale też nie byłam w stanie go sprzedać. Wszystko było w nim takie jak kiedyś, gdy byliśmy jeszcze mali. Utrata rodziców podzieliła nas z rodzeństwem, co sprawiało że jeszcze bardziej nie chciałam tam wracać. Pewnego dnia, jednak musiałam. Zostawiłam tam nie tylko wszystkie wspomnienia, ale też kilka ważnych dokumentów. Przełykając nerwowo ślinę, w końcu to zrobiłam. Włożyłam klucz w zamek i przekręciłam go, naciskając klamkę. Weszłam do środka,a świat na moment wcisnął pauzę. W środku poczułam jak rana na moim sercu ponownie się otwiera. Nagły potok łez, który zmierzał już na zewnątrz, był jak wulkan w stanie erupcji. Odrazu odwiedziłam pokój w którym spędziłam całe dzieciństwo. Przejechałam palcem po zakurzonych książkach. Firany stały się nieco szare, a kwiaty które zostały na parapecie świętowały trzecią rocznicę swojego odejścia, ale kogo to obchodziło. W tym momencie liczyło się tylko to, co czuje. A gdy, przymyknęłam oczy to czułam zapach świeżego chleba, który piekła mama. W tle słyszałam śmiech taty. Otworzyłam oczy i ujrzałam swój pamiętnik. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś wpadnie mi w ręce. Pisałam w nim o wszystkim. Zaczęłam czytać. Posklejane kartki przewracałam jedna po drugiej, aż brakowało mi tchu. Boże, jakie ja miałam piękne dzieciństwo. Beztroskie dni i problemy, które dziś wydają się tak nieważne. Odłożyłam pamiętnik i przeniosłam wzrok za okno, gdzie znajdował się plac zabaw. Na huśtawkach siedziało dwóch chłopców. Co robili ? W rękach trzymali smartfony. Bez żadnej rozmowy. Bez żadnych emocji. Ogarnął mnie smutek. Ludzie zapomnieli, jak cieszyć się swoją obecnością. Prawdziwy świat zastępują tym wirtualnym. Pomyślałam wtedy: czy w tych czasach ktoś pisze pamiętnik? Nie. Dziś pamiętnikiem jest instagram, a wspomnienia są filtrowane przez ekrany.