Zamożna mieszczańska rodzina Buddenbrooków – bohaterów powieści Thomasa Manna – jest skazana na upadek, co sygnalizuje już tytuł. Ale jaki upadek? Przecież na początku są w pełnym rozkwicie. Nic nie zapowiada kłopotów, odwrócenia koła fortuny – czy aby na pewno?
Napisani z wielkim rozmachem, monumentalni Buddenbrookowie Thomasa Manna (1901 r.) to jedno z niekwestionowanych arcydzieł światowej literatury i jedna z najbardziej znanych literackich sag rodzinnych (obok Sagi rodu Forsyte’ów Galsworthy’ego czy – spośród naszych rodzimych powieści – Nocy i dni Marii Dąbrowskiej). Była kilkukrotnie ekranizowana, stanowiła też inspirację dla wielu twórców. Teraz możemy odkryć historię tej rodziny na nowo – niedawno pojawiło się jej drugie polskie tłumaczenie: Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny. Jego autorem jest Jerzy Koch.

Akcja obejmuje nieco ponad czterdzieści lat: 1835-1877. Na początku widzimy Buddenbrooków w pełni rozkwitu. Wydają przyjęcie w niedawno kupionym imponującym domu w Lubece (później obiady czwartkowe przy Mengstraße, zrzeszające rodzinę, staną się już tradycją – zdawałoby się, że niezachwianą). Patrzymy, jak na stole pojawiają się kolejne wyśmienite potrawy, wniesione przez służących, słuchamy rozmów. Wszyscy z nadzieją patrzą w przyszłość. Nic poza tytułem nie sygnalizuje upadku. Buddenbrookowie to istni bogowie życia (zresztą nie bez przyczyny bogowie otaczają ich również na ścianach). A jednak już w pierwszym rozdziale pojawiają się cienie: przecież ten sam dom zamieszkiwała jeszcze niedawno inna rodzina – pewnie z podobnymi ambicjami. Ponadto pojawia się pierwszy problem: konflikt między synami Johanna Buddenbrooka – Gotthold ten starszy, pochodzący z poprzedniego małżeństwa, funkcjonujący jako czarna owca (co za niefortunny ożenek!) chciałby partycypować w rodzinnym majątku. Ale to kolejny Johann – zwany w rodzinie Jeanem – jest tym faworyzowanym synem. On też się martwi i ostrzega: („Tej budowli, którą dzięki Bożej łaskawości wznieśliśmy, nie powinna szpecić żadna ukryta skaza… Rodzina winna być jednością, trzymać się razem, ojcze, inaczej nieszczęście przyjdzie na nasz dom…”).
Buddenbrookowie liczą się w Lubece, są darzeni powszechnym szacunkiem. Robią kariery. Dbają o firmę („pojęcie czczone niczym bóstwo”). Bogacą się. Rozmnażają – konsulowi rodzą się kolejne dzieci. Symbolem świetności rodu zdają się wspomniane obiady czwartkowe. Przybywają krewni i znajomi – niby chór dla tej możnej rodziny. A jednak gdzieś tam pojawiają się kolejne pęknięcia. Majątek stopniowo topnieje – z różnych przyczyn. Ktoś umiera. Pozornie intratne małżeństwa okazują się katastrofą. Reprezentanci kolejnych pokoleń Buddenbrooków coraz gorzej odnajdują się w świecie dawniej ustabilizowanym przez ich przodków. Biedny konsul Buddenbrook, dźwigający brzemię ogromnej odpowiedzialności, targany jest wątpliwościami:

„Czuję, jakby coś zaczynało mi się wymykać, jakbym tego, co nieokreślone, nie trzymał już w dłoniach tak mocno jak dawniej… Czyże jest sukces? Tajemną, nieopisaną siłą, zapobiegliwością, gotowością… świadomością wywierania wpływu na pęd życia wokół siebie i jedynie samą swoją obecnością… Wiara, że życie będzie przechylać szalę na moją korzyść. Szczęście i sukces są w nas. Musimy je trzymać: mocno, pewnie. Lecz jeśli tutaj w środku coś zaczyna słabnąć, rozluźniać się i mozolić, już wkrótce wszystko wokół nas się uwalnia, stawia opór, buntuje, uchyla od naszego wpływu… Wtedy już leci jedno za drugim, porażka goni porażkę i jesteś załatwiony. (…) Wiem, że często zewnętrzne, widoczne, uchwytne oznaki i symbole szczęścia i wzlotu dopiero wtedy się ujawniają, kiedy w rzeczywistości już ze wszystkim źle się dzieje. te zewnętrzne oznaki potrzebują czasu, jak światło jakiejś gwiazdy tam wysoko, o której nie wiemy, czy nie gaśnie, a może już zgasła, kiedy świeci najjaśniej”.
Mann przedstawia rodzinę, która choć zalicza się do mieszczaństwa, ma w sobie coś wręcz arystokratycznego. Jej członkowie czują się zobowiązani chronić majątek i nazwisko, zapisać się chlubnie w kronice rodzinnej. To dla rzekomego dobra rodziny Tonia Buddenbrook (być może najciekawsza postać w powieści. Nawet jako dorosła i – w swoim mniemaniu – wielce poturbowana przez życie osoba „zawsze pozostawała dzieckiem, które swoich bardzo dorosłych przeżyć doświadczało z niedowierzaniem, ale i z dziecięcą powagą, z dziecięcym poczuciem ważności, a przede wszystkim z dziecięcą odpornością”) decyduje się na pewne kroki, które doprowadzą do jej nieszczęścia. Z latami to właśnie ona staje się strażniczką rodowej dumy – nawet kiedy będzie miała do niej coraz mniej podstaw. Brat Toni również dźwiga na sobie brzemię („Prestiż Thomasa Buddenbrooka był innego rodzaju. On nie był tylko sobą. Czczono w nim niezapomniane charaktery jego ojca, dziada i pradziada, a więc niezależnie od swoich osobistych handlowych i publicznych sukcesów był Thomas Buddenbrook nosicielem stuletniej chwały mieszczaństwa”).

Kolejny brat – Christian – również zostaje zobowiązany do tego, aby działać w interesie i honorze rodziny (jakże znamienne są słowa jego brata: „W końcu nie należysz wyłącznie do siebie samego”), ale nie umie się odnaleźć w tych narzuconych zobowiązaniach. Wyrasta na kolejną czarną owcę, utracjusza i hipochondryka. Podobnie chorowity będzie jego bratanek zwany Hanno – jeszcze bardziej bezradny, dźwigający za dużo, szukający schronienia w muzyce. Ten, który symboliczną kreską zamknie drzewo genealogiczne Buddenbrooków. Jak wyjaśni z rozbrajającą dziecięcą szczerością: „- Myślałem… myślałem… że tam już nic więcej nie będzie”. Te słowa okażą się prorocze.
Losy Buddenbrooków obserwujemy na tle przemian społecznych i historycznych, ale stanowią one jedynie tło. Thomas Mann skupia się na psychologii postaci i przedstawia je perfekcyjnie. Kolejni reprezentanci rodu – coraz bardziej pozbawieni siły, zagubieni – prowadzą do jego ekonomicznej i moralnej degradacji. Świetnie wypadają też bohaterowie drugoplanowi czy poboczni – Klotylda, uboga krewna, będąca obiektem niewybrednych żartów, niezbyt wprawny lekarz, oddana służąca Ida Jungmann, nauczycielka Sesemi Weichbrodt, złośliwe kuzynki czy Alois Permaneder. Autor Śmierci w Wenecji nierzadko przeskakuje kilka lat. Przedstawia historię Buddenbrooków w formie rozbudowanych scen, pełnych szczegółów, symboliki. Uważny czytelnik dostrzeże dyskretnie zasygnalizowane, choć z kolejnymi rozdziałami coraz trudniejsze do zlekceważenia, symptomy nadchodzącego upadku. Wszystko musi skończyć się źle.

Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny Thomasa Manna to jedna z tych powieści totalnych, w których – można stwierdzić z pewną patetycznością – zawiera się całe życie, kawał świata. A wszystko jest bardzo uniwersalne. Czy taką klasykę trzeba jeszcze komuś przedstawiać? Na pewno warto ją poznać – wpaść do Buddenbrooków na Mengstraße na jeden z czwartkowych obiadów.
Źródło cytatów: Thomas Mann, Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny, tłum. Jerzy Koch, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2025.
Źródło grafiki: https://www.primevideo.com/-/pl/detail/Buddenbrooks/0T1LM8QGASAOL8YXKB0CSBV0Y7
