Czas akcji: jedno lato w latach trzydziestych. Miejsce akcji: Kazimierz nad Wisłą. Bohaterowie: reprezentanci dwóch odmiennych światów: tutejsi i letnicy. Co ich czeka? W jakie wejdą interakcje? Dla wielu z nich to będzie pamiętne lato.
Dwa księżyce to chyba trochę zapomniana powieść Marii Kuncewiczowej (mimo ekranizacji, która pozwoliła się spotkać istnej śmietance polskiego aktorstwa). Ten stan rzeczy może się zmienić – a to za sprawą Wydawnictwa Marginesy, które wznawia twórczość Marii Kuncewiczowej. To eleganckie wydania, z intrygującymi okładkami, czytelną czcionką, wzbogacone o objaśniający wstęp – godne tej prozy. Po Cudzoziemce (znanej niektórym z listy lektur) oraz Tristanie 1946 przyszła pora na Dwa księżyce – przyznam, że czekałem na to wznowienie. Ta historia, ta powieść utkana z opowiadań uwiodła mnie wiele lat temu. Teraz pozwoliłem się jej uwieść raz jeszcze.

Wydana po raz pierwszy w 1933 roku powieść Kuncewiczowej to swoisty pomnik międzywojennego Kazimierza. Tytułowe dwa księżyce odnoszą się do dwóch światów – świata ludzi tutejszych, często żyjących w monotonii i nędzy, dźwigających trudy codzienności oraz świata turystów, którzy przyjechali do Kazimierza na sezon letni: otwartych na nowe doznania estetyczne, oddających się niezobowiązującym miłostkom, traktujących życie jak przygodę. Ta rozbieżność międzyśrodowiskowa sygnalizowana jest już w pierwszym rozdziale – zapada noc, miejscowi idą spać, a młodzi letnicy zaczynają zabawę. Świat się zupełnie zmienia:
„Po rzece chodził srebrny dreszcz, po niebie – obłoki. Każda rzecz odmieniała się ciągle. Dach fary raz wyglądał jak ze szkła, raz jak z aksamitu. Miasteczko drzemało wśród swojej zacisznej kotliny, to znów szczerzyło renesansowe attyki w przytomnym i nieprzyjaznym uśmiechu.
Mena odezwała się:
– Księżyc był czerwony, kiedy TAMCI ludzie szli spać… Teraz jest biały. Zupełnie inny. Czy też TAMCI wiedzą, jak wygląda biały księżyc?
Jeremi odpowiedział:
– Może w ogóle są dwa księżyce… Jeden dla TAMTYCH ludzi, drugi – tylko dla nas”.
Przez lokalną społeczność to przyjezdni traktowani są jak ONI. Kubik, miejscowy sierżant pilnujący prowizorycznej plaży tak ich postrzega: „Wiedział, że wśród sennej pory chodzą, pływają, dyszą ONI — bezwstydni i wytrwali. Ze śmiechem oraz płaczem zakłócają powietrze; że naruszają przepisy i nie wierzą granicom. Że ich kobiety pluszczą się w wodach i w miłości — samowolne jak ryby”. Z kolei jedna staruszka wieszczy: „- Oni jeszcze wieś spalą! Te szatani! Te cygańskie bękarci!”.

W opowiadaniach składających się na tę powieść czytelnik towarzyszy i ludziom stąd, i przyjezdnym. Kuncewiczowa wyraziście przedstawia portrety kolejnych osób z ich dramatami i radościami. To naprawdę przejmujące historie. Tak jak ta dotycząca niewidomego pastucha Michała. Chce widzieć świat, jednocześnie nie mogąc go oglądać. Dopada go bezsilność („płakał. Z rozpaczy, że tyle jest jednakowego na świecie. Że tak mało można ręką o garnąć! I że tak trudno — wśród swarliwego dnia — uchem rozpoznać człowieka. Płakał, dusząc na policzkach łzy jak robactwo, szarpiąc niepotrzebne powieki. Tylko do płakania miał oczy dobre! Tylko do płakania”). Paradoksalnie to on pokazuje świat przyjezdnemu malarzowi Jeremiemu, który doświadcza mąk twórczych, wątpi we własną sztukę („Czy zdołał cokolwiek objaśnić? Nie; tylko podsuwał ludziom na płótnie to samo, czego może nie dostrzegali na ekranie powietrza”). W Kazimierzu gościnnie przebywają także m.in. piękna eteryczna Flora (bohaterka jednego z najbardziej wirtuozerskich opowiadań w tym zbiorze: Ballada o pięknym dniu), egoistyczny mecenas-hedonista zmuszony zmierzyć się ze skutkami spełniania swoich zaścianek oraz ze świadomością przemijania (Sztuka miłosna), poetka Klara, której w pisaniu wiersza przeszkadza mały synek, bezkompromisowa Mena, krawcowa Walentyna Krajewska, „wobec klienteli, tkanin i pomocnic – jest jak starodawny monarcha wobec swego państwa: rządzi i poufałości unika”. Roztacza „resztki szlacheckiego splendoru wśród parkanów miasteczka”. Z kolei jej siostrzeniec malarz Paweł szuka ukojenia w sztuce po rozstaniu z Heleną. Nieoczekiwanie zaczyna zachwycać go to, co brzydkie, marginalne, naturalistyczne. Za modelkę służy mu żydowska dziewczyna Rachela Ruchlinger. A ci, których los przypisał do Kazimierza na stałe? Ot, na przykład stara żebraczka Agata, bita przez męża Ludwisiowa, zapracowana praczka Franciszkowa, Stasiek i Aniela Pytlowscy, którzy kochają się na przekór cudzej zawiści.

Te dwa światy przenikają się, rzadko mogąc się porozumieć. Bo też czym innym jest dojmująca codzienna nędza, a czym innym – próba uczynienia ze swego życia sztuki, zabawa, trywialne przebieranki (ułudę i sztuczność tego stylu życia zdemaskuje Iza w ostatnim rozdziale, przygotowując spontaniczny, szokujący dla przyjaciół performance). U Kuncewiczowej widać pewne kontrasty – nawet mocny naturalizm jest tu przełamany poetyckością. Bo Dwa księżyce to piękna, poetycka proza. Ten język zachwyca do dziś. Zobaczcie piękny opis tego, jak postrzega świat malarz Jeremi:
„Kładł się w macierzankach, w berberysowej gęstwinie na stoku wzgórza, które dźwigało zamek. Uchem przylegał do traw. Pasikonie chrzęściły namiętnie, pluskała rzeka, niezliczone stwory ćwierkały w gorączkowych rytmach, nie wiadomo – ptaki czy wielkie, stroskane owady. W gardzielach kogutów grała zła i dobra pogoda, wiatr szumiał jak morze, raz z bliskich, raz z dalekich przestrzeni wypływały odgłosy robót, kłótni i zgody. Cisza, której niskie struny czasami potrącało echo, stała między ziemią a niebem — czulsza, dźwięczniejsza od harfy”.

Pojawiają się tu ciekawe słowa (kto pamięta, czym jest „kikieć”, „egzasperacja” albo „pudermantel”) czy urzekające frazy: „Białe światło księżyca ciążyło na lasach i na polu jak niedobre spojrzenie”, „Czeka. Czas ołowiem krąży po jej żyłach”, „Milczeli, a pachnący wiatr mówił”, „Niebo uniosło się już bardzo wysoko. Gwiazdy patrzyły w ziemską noc jak w studnię”.
W tym wydaniu znajdują się też teksty „Z kazimierskiej teki”, w których Kuncewiczowa snuje wspomnienia, wychwala Kazimierz jako „najbliższe Warszawy pełnowartościowe miejsce wycieczkowe”, a także „teren wyżywania się wielkomiejskich artystów w plein-airze”. Wskazuje, co zainspirowało ją do napisania Dwóch księżyców:
„Ta komedyjka dell’arte, jaką się tu gra w czasie letnich miesięcy, to pozowanie na groteskę, ta aprobata malowniczego brudu, ta arogancja wykwintnisiów którzy pieczołowicie hodują miejscowe głupstwo, by miała na czym żerować ich sceptyczna mądrość, to nie jest postawa ludzi serio”.
Odwiedźcie ten przedwojenny Kazimierz. Świat, którego już nie ma, a jednak został ocalony – właśnie w zjawiskowej, wykwintnej literaturze. Dwa księżyce Marii Kuncewiczowej to wspaniała powieść – przekonajcie się o tym sami.
Źródło cytatów: Maria Kuncewiczowa, Dwa księżyce, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2025.
Źródło grafiki: https://vod.tvp.pl/rekonstrukcja-filmowa,158/dwa-ksiezyce,1846474
