Popłyńmy w rejs – KONKURS!

Zapraszamy was do ostatniego w tym roku blogowego konkursu. Tym razem możecie zdobyć najnowszą część cyklu o Frani Tańskiej autorstwa Mai van Straaten. Tym razem tytułowa bohaterka wybiera się w rejs.

Kolejny rok konkursów zamkniemy z Franią Tańską, bohaterką powieści Mai van Straaten, absolwentki kursów Pasji Pisania. Możecie wygrać trzeci tom cyklu: Frania Tańska i śmierć na Wiśle z dedykacją i autografem autorki.

Lato 1925 roku. Frania Tańska z przyjaciółmi wsiada w Ciechocinku na luksusowy statek salonowy „Polonia” płynący do Warszawy. Wielogodzinny rejs Wisłą zapowiada się wspaniale. Na pokładzie nie brakuje wygód, atrakcji oraz interesującego towarzystwa. Wesoły nastrój pryska, gdy w środku nocy dochodzi do postrzelenia jednego z pasażerów – aktora Walentego Kopa. Głównym podejrzanym staje się towarzyszący Frani Sándor, który zostaje wzięty w areszt kapitański. Frania nie wierzy w winę przyjaciela i przystępuje do własnego śledztwa. Czy uda jej się odkryć, kto naprawdę stoi za atakiem na Walentego, nim „Polonia” dotrze do Warszawy? Więcej o tej książce pisałem w ostatniej „Lekturze na weekend”.

„W salonie restauracyjnym klasy pierwszej znów zrobiło się głośno. Niektórzy powrócili do rozmów, inni ruszyli na parkiet. Noc była gorąca i parna, toteż wiele osób zmęczonych tańcem wracało do baru lub na pokład, szukając orzeźwienia, by za chwilę znów ruszyć na dół i dać się porwać muzyce. „Polonia” rozjarzona tuzinami lampek sunęła majestatycznie w górę Wisły. Wesoła muzyka, ożywione rozmowy i śmiech niosły się ponad ciemnymi wodami rzeki i docierały do pogrążonych w mroku brzegów. Wszyscy doskonale się bawili. I zdawało się, że nic nie mogło zaburzyć tego wakacyjnego nastroju ani ukrócić tej beztroskiej swobody, jaka jest udziałem ludzi płynących ku swoim sprawom pierwszą klasą luksusowego salonowego parostatku w piękną lipcową noc. Do czasu”.

Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania. Tym razem słowem-kluczem będzie „rejs”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.

Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 14 grudnia włącznie. Maja van Straaten wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.

Czekamy na wasze teksty! Źródło cytatu: Maja van Straaten, Frania Tańska i śmierć na Wiśle, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2025.

11 Replies to “Popłyńmy w rejs – KONKURS!”

  1. – Nie rozumie pani? Czy ja mówię niewyraźnie? Nie i już. Po prostu tam nie latamy! Żaden z naszych rejsowych statków nawet się tam nie zatrzymuje.
    – To może mogłabym coś wyczarterować? Cena nie gra roli!
    – Nie ma mowy. Wszystkie loty zostały zawieszone do odwołania. Atmosfera polityczna na Marsie jest bardziej niestabilna niż jego orbita. Faktyczna atmosfera zresztą też, stacje pogodowe rejestrują niespotykane wręcz o tej porze roku burze piaskowe. Nikt nie będzie ryzykował życia załogi ani bezpieczeństwa floty dla pani widzimisię.
    – Widzimisię?
    – Proszę pani, już ja wiem, co przyciąga takie jak pani na Marsa. I nie jest to jego grawitacja. Naczytają się jedna z drugą bzdur o gejzerach męskości, rzekach spływających testosteronem, “wyposażeniu” Marsjan…
    – Wypraszam sobie! Nie chce mi pan pomóc to nie, ale nie musi pan być wulgarny!
    – Dobra. Pani posłucha. Tylko nie ma pani tej informacji ode mnie! Niech się pani po okolicznych spelunach rozpyta o kapitana Dzięcioła. Brakuje mu piątej klepki, ale ponoć jaja ma większe od marsjańskich księżyców. Jeśli ktoś zgodzi się panią tam zabrać, to on. Ale zdaje sobie pani sprawę, że to może być rejs w jedną stronę? Czemu pani tak zależy?
    – Ma pan dzieci?
    – Pani, ja w biurze podróży pracuję na pół etatu, czy ja wyglądam jakbym mógł sobie pozwolić na takie luksusy? To nie dwudziesty pierwszy wiek, kiedy każdy mógł sobie ot tak dziecko machnąć. Albo pięcioro.
    – Więc nie zrozumie pan, że dla dziecka człowiek zrobi wszystko! Synek do szkoły musi czerwony piasek przynieść. Na plastykę.
    – I po to się pani pcha na Marsa?! Przecież mamy w korzystnej ofercie last minute wycieczki na pustynię Kalahari!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I mamy pierwszą pracę – kto następny?:)

  2. Ile lat marzyliśmy o tym dniu, Zbyniu? Zawsze brakowało czasu na podróże. Praca pochłaniała cię całego, a urlop to nie był czas wypoczynku, tylko czas remontów, bo w naszym domu zawsze coś wymagało poprawek. Kończyło się na podróżach palcem po mapie.
    Dziś stoję z tobą na pokładzie i patrzę, jak słońce tonie powoli w morzu, próbując zająć ogniem horyzont. Morze pieści zmysły mieszanką jodu i lawendy. Port powoli znika, a wokół nas wznoszą się i opadają fale. Nasz pierwszy rejs po Morzu Śródziemnym!
    Pamiętam, gdy pierwszy raz obiecałeś mi tę wyprawę. Przysięgałeś, że to wieloletnie marzenie w końcu uda nam się zrealizować.
    – Jak nie teraz, to kiedy? – pytałeś.
    To było jeszcze na początku, gdy rokowania były dobre.
    – Zobaczysz, Krysiu! To będą najwspanialsze wakacje w naszym życiu! – mówiłeś z przekonaniem.
    Nie będę ukrywać, nie wierzyłam ci wtedy. Tak jak dziś, tak i wtedy miałam słony posmak w ustach. Wtedy jednak był to smak łez, które w tajemnicy i ukryciu przemykały po mej twarzy. Dziś słony posmak przynosi mi morska bryza.
    Przytulam cię ze wszystkich sił. Jesteśmy tu razem – ty i ja. Tak jak mi to obiecywałeś. Czuję zimno, czuję twardość, czuję gładkość. Twoje dłonie też były wtedy zimne i twarde, ale nie były gładkie. Gdy się zaczęło, nie byłam gotowa. A przecież czytałam, a copilot dyktował mi, co mam robić. Gdy jednak oddech jął się rwać, spanikowałam. Twoja dłoń pochwyciła moją, zakotwiczyła moją rozpacz, wróciłeś na moment.
    – Rozsyp… prochy… Kocham… – rzęziłeś.
    Tak jak wtedy, tak i dziś mój świat się rozmazuje. Przechylam urnę i znikasz, tak jak zniknąłeś wtedy, gdy zwierciadło duszy zaczęło odbijać pustkę. W rejs ruszyliśmy razem, ale wrócę z niego sama. Żegnaj, Zbyniu…

  3. Patent na dziewczynę
    – Ster lewo. Zwrot przez rufę! – krzyknąłem, a serce waliło mi jak młot. Kapok imitujący „człowieka za burtą” szybko znalazł się na pokładzie. Egzaminator skinął głową z uznaniem, a ja odetchnąłem – sternik jachtowy stał się faktem.
    Niestety, chwilę później Marcin, który zdawał po mnie, oblał przez mój brak koncentracji. Egzaminator był nieugięty. Po wszystkim podszedłem do Marcina, przepraszając. On machnął ręką, ale rzucił:
    – To nie twoja wina. Ale jeśli czujesz się dłużnikiem, wybierz się z nami na Mazury. Moja dziewczyna Monika bardzo chce popłynąć, a my nie mamy uprawnień.
    W Giżycku czekała łódka, a rano obudziła nas Monika – jej twarz, sylwetka i uśmiech od razu zrobiły na mnie wrażenie. Musiałem uważać, by nie zdradzić, jak bardzo mnie oczarowała.
    Pierwsze dni były spokojne – żeglowaliśmy, wieczorami siedzieliśmy przy ognisku. Aż pewnego popołudnia zerwał się miecz. Łoskot spod dna, korbka kręcąca się sama. Zakląłem. Na szczęście pomogli nam Daniel i Robert z pobliskiej łódki. Od tej pory pływaliśmy razem.
    Któregoś wieczoru Marcin z Moniką bawili się na ich pokładzie, a ja zostałem z książką. Ciszę przerwały kroki – to była Monika.
    – Sama wracasz? – spytałem. – Panowie narzucili zbyt szybkie tempo. – roześmiała się.
    Rozmawialiśmy długo, a ja pilnowałem się, by nie zdradzić, jak bardzo mi się podoba.
    Nagle wpadł pijany Marcin. Oskarżył mnie o podryw, zwyzywał Monikę, chciał ją uderzyć. Powstrzymałem go, ale wściekły wyrzucił moje rzeczy. W końcu zasnął.
    Spakowałem się i ruszyłem w stronę stacji. Myślałem tylko o niej i o tym, czemu jest z takim człowiekiem.
    Na dworcu zdrzemnąłem się na ławce. Obudziło mnie lekkie szarpnięcie. To była Monika.
    W przyszłym roku planujemy rejs we dwoje.

  4. Kto naprawdę zabił Jezusa ? Z rozmyślania wyrwał mnie natarczywy dzwonek do drzwi.
    – Kogo i po co niesie do mnie o tej porze ?
    Z nikim się nie umawiałam. O tej godzinie należy leżeć w łóżku lub przynajmniej szykować się do snu. Może ten ktoś potrzebuje pomocy, może trzeba ratować mu życie ? – pomyślałam przez chwilę.
    Dzwonek staje się coraz bardziej natrętny.
    Nie zapalając światła, na palcach, zbliżyłam się do drzwi. Stoję, nasłuchuję w napięciu. Zastanawiam się co dalej robić. Serce bije mi coraz mocniej. Cisza. Dzwonek ponownie daje o sobie znać. W końcu zdobyłam się na odwagę i zapytałam ; – kto tam ?
    – Babciu, to ja, Madzia. Otwórz ! Otwieram drzwi.
    – Czy coś się stało ?, – że tej porze . . . nie skończyłam zdania.
    – Niepokoimy się o ciebie . . .
    – Dlaczego ? Niepotrzebnie, – próbowałam wejść w słowo.
    . . . przyjechałam zobaczyć co się dzieje. Nie odzywasz się , nie odbierasz telefonów, a twój FreeStyle Libre 2 szleje już prawie od godziny. Na dodatek pokazuje spadający poziom glukozy i mama nie wytrzymała. Poleciła mi, żebym pojechała do ciebie i zobaczyła co się dzieje. Dlatego jestem.
    – Przecież macie klucze, – trzeźwo zauważyłam.
    Tak, ale nie pomyślałam o tym, żeby je zabrać.
    – Jak widzisz żyję i mam się dobrze. Nie musicie się niepokoić.
    – Czym byłaś tak bardzo zajęta ?
    – Przeglądałam notatki. Zainteresował mnie projekt, który zaczęłam robić w Wielkanoc. Nazwałam go roboczo „TRIDUUM PASCHALNE”. Mówi o DRODZE KRZYŻOWEJ i moich rozważaniach o miłości i nienawiści. Szukam odpowiedzi „kto naprawdę zabił Jezusa”, a ty wytrąciłaś mnie z tych dociekań. Chcę zrozumieć w jakich czasach żył Jezus (I wiek nowej ery), czym się zajmował, komu zagrażał, że rozpętano wokół niego tyle nienawiści, aż doszło do skazania go przez Poncjusza Piłata, (w tym czasie był Sanhedrynem) na śmierć. I wiesz doszłam do wniosku, że chociaż minęło 2000 lat, nic się nie zmieniło w tym temacie. Dzisiaj są tylko inne narzędzia i większe możliwości do siania nienawiści i nietolerancji. Miłość i nienawiść. Ta pierwsza : łączy i buduje. Ta druga : dzieli i rujnuje. . .
    – Babciu, muszę zadzwonić do mamy, żeby ją uspokoić, że . . . – tym stwierdzeniem wnuczka przerwała moje dalsze rozważania.
    – Myślę, że powinnaś zostać u mnie na noc. Inaczej to ja będę niepokoiła się o Ciebie.
    – Dobry pomysł, a rejs do przeszłości możemy kontynuować jutro.
    – Chyba chciałaś powiedzieć raid. Wolałam piesze wędrówki. Tylko raz w życiu płynęłam statkiem na pełnym morzu i przyrzekłam sobie, nigdy więcej.
    – Zwał jak zwał. Czy możemy porozmawiać o tym jutro ?

  5. 30 sierpnia A.D. 1463
    Rejs dobiega końca i wkrótce ujrzymy barwne domy Genui. Rozbitek, Czech Ivo, uratowany na wodach hiszpańskich, w nocy dokonał nie lada czynów.
    Gdy mrok ociekał z burt, Berberowie dokonali abordażu. Kiedy dotarłem na pokład, wszędzie leżały ciała zabitych. Jeden z marynarzy zwisał z bakburty, inny z rozbitą czaszką osuwał się po bezanmaszcie a jakaś głowa toczyła się pomiędzy nogami walczących. Kasztel rufowy płonął a piraci plądrowali bakisty na forkasztelu i wywlekali kupców z kajut. Walka dogasała a nasz los był przesądzony.
    Nagle z dymu wyłonił się Ivo i z nagą szablą ruszył na piratów stojących przy swoim herszcie. Walka rozgorzała na nowo a szabla Czecha pisała krwawą historię.
    Ivo wywijał młyńce, parował, ciął, kucał i wyskakiwał by atakować niczym orzeł. Finta, parada, przewrót z orężem w dłoni i atak z wysoka. Trupy utworzyły kobierzec a Ivo, stąpając po nim, zbliżał się do kapitana. W końcu ich ostrza puściły na pokład złote gwiazdy. Czech uderzył z lewego barku, ale pirat zastawił się ostrzem i natychmiast sam zaatakował zmuszając Ivo do wycofania. Wszyscy zamarli i obserwowali pojedynek. Potężne cięcia zmusiły Czecha do wsparcia się o grotmaszt. Pirat uderzył od dołu, chcąc rozpłatać Ivo niczym rybę, ten jednak zrobił unik i cios chybił.
    Ivo zbijał kolejne cięcia aż sam zaatakował. Uderzał raz za razem to z prawej, to z lewej. Nagle poprowadził klingę od pokładu. Ostrze świsnęło jak wiatr na rejach, o włos mijając brzuch. Pirat czekał na ten błąd. Wziął zamach jednak czeska szabla zawróciła i zanim Berber uderzył, cięła w lewe ucho. Ciało pirata zwaliło się do morza przez falszburtę. Ktoś zawołał: „Człowiek za burtą!” a ktoś zawtórował: „Rzucić mu kotwicę!”.

  6. „Samotny Rejs

    Wędkarz dryfujący samotnie po morzu zamierzał opłynąć całą Europę stawiając sobie za cel pobicie rekordu w ilości złowionych ryb. Płynąc tak pośród morskich fal swoją łodzią,nagle na potkał opór w postaci tego iż jego łódź wyposażona w elektryczny silnik zaczęła tracić szybkość. Wyglądało to tak jakby coś wkręciło się do silnika. Wędkarz nie wiedząc co począć gdyż znajdował się na samym środku spokojnego morza,ponieważ właśnie skończyła szaleć potężna burza z piorunami gdy posłuszeństwa odmówił muu silnik jego łodzi. W tym momencie wielbiciela morskich połowów naszły czarne myśli dotyczące jego planu bicia rekordu w ilości złowionych ryb-cały plan weźmie w łeb pomyślał, moja wyprawa zakończy się porażką. Po dłuższej chwili zastanowienia zorientował się iż do swojego plecaka włożył race świetlne gdyby trzeba było wezwać na pomoc inną łódź . Pomysłowy Dobromir pomyślał wyjmując je po chwili z torby,po czym wrzucił je do wody podpalając by nadać w ten sposób sygnał S.O.S. Po paru minutach przybyła na miejsce grupa rybaków wraz ze strażą i policją rybacką zabrała się do ratowania swojego kolegi,którego jeden z przybyłych na miejsce rybaków zabrał do swojej łodzi by ten mógł kontynuować łowy. Policja i straż rybacka zadała mu najpierw kilka pytań dotyczących tego co zaszło. Czy łodzią płynął pan sam,czy miał na pokładzie współpasażera?.Płynąłem sam odpowiada poszkodowany,którego łódka odmówiła posłuszeństwa zostawiając go pośrodku morza. Sam nie wiem co to się stało-płynąc napotkałem opór, po czym po chwili silnik przestał pracować,i musiałem wezwać Was przyjaciele na pomoc. Ponieważ byłem tu sam,a wy dużo dalej trudno mi będzie udowodnić swoją niewinność. Policjanci po odwróceniu łodzi kadłubem do dołu zobaczyli wkręcone w silnik ludzkie ciało,które musiało dryfować po morzu niesione prądem morskim. Poszkodowany zobaczywszy trupa przyczepionego do swojej łodzi o mało ze strachu nie narobił w gacie,po chwili stając się blady jak osobnik który wkręcił się do jego silnika będąc już najpewniej nieżywym od dłuższego, bliżej nieokreślonego czasu. W tym momencie o dalszym łowieniu nie było mowy, mimo iż policjanci po szczegółowym przesłuchaniu pozwolili na dalsze połowy to ów poszkodowany tylko podziękował za pomoc nowo poznanemu koledze odmawiając mu towarzystwa w dalszym wędkowaniu z ukochanej łodzi. Następnie udając się w drogę powrotną do domu do żony,której z pewnością opowie o tym co go spotkało.

  7. Ostatni rejs.
    Przede mną jeszcze ostatni rejs. Ten najważniejszy, wyczekiwany.
    Wieczorem, kiedy zamykam oczy, liczę, że wyruszę w niego właśnie tej nocy. Ze snu wyrwą mnie niskie, basowe tony. Będzie to znak, bym stawiła się na pokładzie.
    Kiedyś bardzo lubiłam podróże, więc bez krzty żalu zostawię tu stare łóżko i pusty dom, pudełko leków, samotność i ból.
    W rękę chwycę walizkę, dawno już spakowaną. Są w niej puzdrełka ze wspomnieniami, woreczki rozmów, trochę obrazów i fotografii. Są tam też filmy i sceny z życia. Tylko najlepsze, żadnych dramatów, te pogrzebałam już dawno temu. Luzem wrzuciłam wszystkie wzruszenia. Łez nie zabiorę, chyba nie będą dobrze widziane.
    Okręt wpłynie do portu specjalnie dla mnie. Taka okazja wymaga wyjątkowej oprawy.
    Stanę na trapie wyprostowana. Znów będę młoda, znów będę piękna. Złociste loki spłyną mi na ramiona, by mienić się w świetle księżyca. Ciało spowije jedwabna suknia.
    Jeszcze przez chwilę, gdzieś tam z oddali dochodzić będą urywki słów pożegnania, lecz wnet zagłuszą je skoczne smyczki, szumiące werble, odezwą się trąbki, by zwołać wszystkich do powitania. Pokład zapełnią znajome twarze. U szczytu trapu stanie kapitan. Ktoś krzyknie „Witaj!” albo „Kochanie!”. Pomknę do góry, wpadnę w ramiona. W ferworze wzruszeń, nie zauważę zrzuconej cumy.
    Okręt wypłynie w morze powoli. Nie ma dokąd się spieszyć, nie zazna sztormów ani burz, będzie dryfował po oceanach i tylko czasem stanę przy burcie, by bez tęsknoty spojrzeć na ląd.

  8. REJS
    Odłożyłam siebie na półkę jak starą książkę, już nie nowela ze mnie a raczej opasłe tomiszcze. Pokryłam się kurzem, choć czasem dobrze przypudrować nosek…
    Pośpiesznie notuję złotą myśl. Od kiedy zaczęłam prowadzić dziennik, literackie zdania atakują mnie cały czas. Tego wieczoru jednak próbuję się skupić na zajęciach z języka angielskiego.
    Dziś jako danie główne wjeżdża słówko „raise“.Wzrost, zwiększyć, podnieść…
    To…to jest takie przyziemne, pierwsze skojarzenie z podwyżką cen albo rachunków.
    Moje wyższe „ja“ się buntuje, przecież „raise“ to rejs. Tak brzmi lepiej, po naszemu. Wyobraźnia od razu podsuwa na myśl ogromny wycieczkowiec płynący gdzieś po Karaibach, z basenami,wykwintną kuchnią, zabawą i zwiedzaniem egzotycznych miejsc. Póki co jednak mogę pomarzyć o takich luksusowych przygodach, bardziej bliskie są mi wciąż podwyżki rachunków niestety.
    – Pani Agnieszko, proszę podać przykład ze słówkiem „raise“- wykładowca ściąga mnie na ziemię
    – I can raise my position at work
    – Brawo, mówi pani o awansie w pracy. Bardzo dobry przykład, język na pewno jest furtką do kariery
    – Myślę jeszcze o innym rejsie, że słówko „raise“ przypomina nasz polski wyraz „rejs“ ale to już tylko moje skojarzenia – dodałam przekornie.
    – Pani Agnieszko, takie powiązanie wprowadza w błąd, te wyrazy to tak zwani „fałszywi przyjaciele“, proszę nie podążać tym tokiem myślenia. Poza tym nikt na tym świecie bez dobrej znajomości języka nie zarobi pieniędzy i nie popłynie w rejs,- dodał wykładowca z ironią w głosie lecz jego słowa brzmią już dla mnie jak echo. Rozmarzona wracam myślami na pokład…
    SPA, teatr, kasyna, kluby nocne… spoglądam za burtę na fale oceanu, Pstrągi, tuńczyki i ryby koralowe wesoło podskakują przecinając wodę. Nie znają języka i codziennie wyruszają w swój rejs. Nauczyciel nie miał racji.

  9. W tłumie przybywającym na statek wyróżniał się niewielkim rozmiarem walizki, ale w ogólnym zamieszaniu nie zwracał niczyjej uwagi.
    Dopiero później ktoś dostrzegł, że jego towarzyszem podróży była złota rybka trzymana w plastikowym woreczku. Odtąd już wszyscy wiedzieli, kim jest ten dziwak ze złotą rybką. Na wścibskie pytania uprzejmie odpowiadał, że popłynąć w rejs po Karaibach, to było jej ostatnie życzenie. Małomówny, nie narzucał się innym pasażerom, większość czasu spędzał sam w towarzystwie nieodłącznego złotoczerwonego płomyka krążącego wdzięcznie po swojej bańce. Na widok ich komitywy sąsiedzi przy stole nabierali wody w usta, po czym dawali upust oburzeniu, komentując za plecami jego dziwactwo.
    A przecież nikomu nie robił nic złego, gdy zamiast wylegiwać się na leżaku, spoglądał w dal z górnego pokładu. Pokazywał rybce roztaczający się przed nimi ocean i przejęty pytał:
    ‒ Czy nie przeraża cię ten bezkres? Czy myślisz czasem o tym, jak wygląda życie w takich głębinach? Czy morskie istoty nie rozpływają się w ich ogromie? Jeśli tak, mrugnij dwa razy.
    Ale rybka z natury nie potrafiła mrugać.

    W przedostatni dzień, raczej wietrzny i pochmurny, nieoczekiwanie wyszedł z kabiny ubrany w płaszcz kąpielowy, spod którego wyzierały kąpielówki. Ze złotą rybką w kieszeni i z maską do nurkowania na twarzy, nie niepokojony przez nikogo, przedostał się na dziób. Bez namysłu zrzucił płaszcz, zwinnie wszedł na barierkę i skoczył w dół. Zanim uderzył w taflę wody, przeszła mu przez głowę myśl, że w pośpiechu zapomniał rozsupłać woreczek, który teraz będzie przez wieczność dryfować po oceanach, z rybką uwięzioną w środku. Aż ktoś kolejny go wyłowi, na swoje szczęście lub nieszczęście.

  10. Po blisko dwugodzinnym rejsie między regałami dużego sklepu, mającego w rodowodzie i prasę, i książkę, z ulgą podaliśmy młodemu kasjerowi nasze zakupy. Uprzejmy ekspedient uwijał się bardzo zgrabnie: jedną ręką sięgał do koszyka, podtykał pod czytnik to, co wyjął i, po piknięciu, drugą ręką odkładał do przygotowanej wcześniej papierowej torby. Trzecie piknięcie, czwarte, szóste, ósme… Ma się tę rodzinę, pomyślałem, ale na czternastym coś się zacięło. Chłopak próbował raz i drugi, ale czytnik uparcie milczał. Przyjrzał się uważnie kłopotliwym bombkom.

    – One są z naszego sklepu? – zapytał z nadzieją w głosie.

    – A pan sądzi, że przynieśliśmy je z innego?

    – Pierwszy regał na prawo od wejścia – dodała moja żona i poprowadziłem sprzedawcę do właściwej półki. Niestety etykieta, którą pan zdjął spod naszych bombek, niczego nie wniosła, bo kasa nadal milczała jak zaklęta.

    – Nie rozumiem – mruknął drapiąc się po brodzie. – Zechcą państwo chwilkę poczekać, a ja poproszę kierowniczkę.

    Pewnie, że państwo zechcą, bo skoro włożyli te urocze bibeloty do swego koszyka, to dlatego, że chcą je mieć u siebie w domu. Nie minęła rzeczona chwilka i do sprzedawcy dołączyła równie młoda kierowniczka, ale rozwiązanie zagadki kodu kasowego nie posunęło się ani o jedną jego kreskę.

    Próbowali różnych sposobów skanowania, naciskali różne klawisze kasy, konsultowali się między sobą.

    – Martyna, skanowałaś coś takiego? – zapytał kasjer kasjerkę.

    – Sto dwa – odpowiedziała w przelocie i po chwili kasa wydała oczekiwane piknięcie, pozwalające przełożyć nasze bombki do papierowej torby.

    – Czy mają już państwo naszą kartę… – Młody ekspedient spojrzał na nas i urwał pytanie. – Płacą państwo kartą czy gotówką?

Dodaj komentarz