Rany i blizny – opowiadanie Pauliny-Klimańskiej-Nowak

We wrześniowym numerze „Śląska” ukazało się opowiadanie Pauliny Klimańskiej-Nowak, absolwentki kursów Pasji Pisania. To przejmująca historia o miłości i bliznach – na ciele i duszy.

Miło nam przedstawić kolejną publikację absolwentki naszych kursów. We wrześniowym numerze „Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego Śląsk” znajdziecie opowiadanie Pauliny Klimańskiej-Nowak Blizny. Jego bohaterką jest Weronika. Obserwujemy ją raptem przez krótką chwilę – na pływalni, a później w podróży do domu rowerem. To jednak czas refleksji. Weronika analizuje swoje życie i wszystko, co doprowadziło do obecnej sytuacji. Ta historia nie jest prosta – a za to bardzo bolesna.

Paulina Klimańska-Nowak (archiwum Autorki)

Paulina przyszła po raz pierwszy do Pasji Pisania w styczniu 2015 roku. Uczestniczyła wówczas w Internetowym Kursie Podstawowym, a następnie w kursie Pasja Pisania I i w wielu warsztatach Praca nad Tekstem, gdzie szlifowała swoją pierwszą powieść. Zadebiutowała w 2020 roku mocnym opowiadaniem Ciało obce, również opublikowanym na łamach miesięcznika „Śląsk”. Paulina ma wiele zrozumienia dla człowieka i jego słabości. Portretuje swoich bohaterów z wielką empatią i psychologiczną prawdziwością – to największe atuty jej prozy.

A oto początek Blizn:

„Zakrztusiła się, a chlorowana woda wpadła jej do ust i nosa. Sięgnęła na oślep, ale nie znalazła oparcia. Machając rękoma i nogami, jak w parodii ekstatycznego tańca, w końcu trafiła dłonią na sznur plastikowych boi poprowadzonych między torami pływackimi. Przytrzymała się ich kurczowo. Nie mogła przestać kaszleć, zatoki boleśnie szczypały, jakby chlor wypalał jej mózg. Na sąsiednim torze dwie płynące obok siebie nastolatki przerwały rozmowę i spojrzały na nią z niepokojem. Machnęła im niedbale ręką. Stopniowo wyrównywała oddech, a gdy uspokoiła się, spojrzała na zawieszony na ścianie zegar. No tak. Znowu pływała za długo. Straciła poczucie czasu i wpadła w ten błogi stan, w którym liczył się tylko równy oddech i rytmiczne uderzenia rąk i nóg. W wyobraźni ujrzała swojego fizjoterapeutę Leszka w absurdalnej scenie rodem z kreskówki: jak stoi na skraju basenu w białym fartuchu i spogląda na nią znad zsuniętych na czubek nosa okularów, wygrażając jej palcem. Leszek wciąż powtarzał, że powinna uważać i się nie forsować, a ona po raz kolejny okazała się nieposłuszną pacjentką.


Podpłynęła do drabinek i wyszła na brzeg basenu. Do wnętrza wpadały promienie słońca filtrowane przez zaparowane szyby. Stąpając ostrożnie po śliskich płytkach czuła jak jej ciało sztywnieje i wraca dyskomfort stawu kolanowego. Jedynie w wodzie, w tym bezpiecznym, amortyzującym ruchy otoczeniu, nabierała lekkości i gracji. Po kilku latach od wypadku, udało jej się do perfekcji opanować sztukę poruszania się tak, że jej kuśtykanie nie rzucało się w oczy. W skupieniu podeszła do drewnianej ławki, z której ściągnęła ręcznik i otuliła się nim.
Nagle z szatni wybiegła grupa dzieciaków, których krzyki i śmiechy wypełniły przestrzeń. Weronika zgarbiła się, niczym w próbie uniknięcia spadających kamieni, i ruszyła w stronę szatni. Jeden z chłopców wpadł na nią z rozpędu. Zachwiała się na mokrej podłodze.
– Przepraszam – rzucił przez ramię, prawdopodobnie nawet nie zapamiętując jej twarzy. Dobrze wytresowany, pewnie przez mamusię. Ciekawe czy szczeka „kocham cię” na zawołanie.
W szatni wyciągnęła z szafki kosmetyczkę i ubrania. Zerknęła na telefon – dostała wiadomość od rodziców: „Skype dzisiaj o 20. Do usłyszenia”. Dzwonili do siebie niemal codziennie, ale regularny Skype był rytuałem, którego pilnowali. Rodzice zawsze wybierali termin rozmowy, nie próbując choćby dla pozorów potwierdzić z Weroniką, czy na pewno jej pasował. Ona sama nigdy nie zasugerowała zmiany dnia, czy godziny, nawet jeśli wolałaby spędzić ten czas inaczej. W końcu rodzice mieli tylko ją. Odpisała „W porządku”, żeby zachować złudzenie, że jej zdanie też się liczyło.
Musiała zaczekać aż zwolni się jeden z dwóch zamykanych pryszniców. We wspólnym kilka kobiet myło się obok siebie. Mydliny spływały z ich ciał tworząc na posadzce spienione kałuże. Weronice na myśl, że mogłaby przez przypadek dotknąć ich gołą stopą robiło się niedobrze. Część kobiet było nagich, inne zostały w strojach kąpielowych. Starała się im nie przyglądać.. Jak te kobiety dawały radę bez skrępowania przebywać tak blisko siebie, pozbawione zbroi w postaci ubrań i dystansu?


Zamknięta w pojedynczej kabinie rozebrała się i starannie wyszorowała pod prysznicem. Zanim sięgnęła po ubrania przyjrzała się sobie. Najpierw, jak zwykle, oceniła stan prawego kolana, jakby regularna inspekcja mogła przywrócić mu sprawność. Blizny po szwach przypominały odciski włochatych stonóg zostawionych w kamieniu setki tysięcy lat temu. Jej staw kolanowy stał się niemal tak samo bezużyteczny jak prehistoryczne skamieliny. Nie potrafiła się z tym pogodzić. Tamtego dnia, wraz z kośćmi zmiażdżonymi przez rozpędzony samochód, wszystko na co pracowała rozsypało się na kawałki. Tak, tak, miała szczęście, że przeżyła. Każdy jej to powtarzał. Tylko, co z tego, skoro mogła pożegnać się z zawodami i medalami, z podium, a może kiedyś z wyjazdem na olimpiadę?
Dobrze, że nad resztą ciała była w stanie zapanować! Przejechała dłońmi po brzuchu, i biodrach. Dotykała skóry i przyglądała się sobie z satysfakcją, ale pozbawioną próżności. Przypominała bardziej kogoś zadowolonego z wyprasowanych i posegregowanych kolorystycznie ubrań. Traktowała swoje ciało, jak miernik nastrojów, kontrolowała je, nie dopuszczając by kości miednicy, żebra i obojczyki schowały się pod tłuszczem. Gdy czuła się lepiej, pozwalała sobie na dodatkowy kilogram, albo dwa. W gorszych chwilach (jak teraz, bo Klara przebywała u n i e g o, na szczęście dziś ten koszmar miał się skończyć) jadła mniej i forsowała się na basenie i rowerze. Nie chciała widzieć na sobie niczego zbędnego – fałd, sterczących piersi, czy okrągłych pośladków. Tylko ścięgna, mięśnie i kości. Żadnej miękkości.
Ubrana, z wysuszonymi włosami i rzeczami spakowanymi do sakwy rowerowej, wyszła na betonowy plac, zalany promieniami październikowego słońca. Wystawiła twarz w jego stronę i przymknęła powieki wiedząc, że już niedługo będzie pozbawiona tej przyjemności przez parę miesięcy. Betonowe płyty, którymi wyłożono teren przed budynkiem basenu, odbijały jasne światło. Wokół wyrastały ponure, dwunastopiętrowe bloki z wielkiej płyty i kilka bezlistnych drzew, między którymi ustawiono drewniane, pokryte bazgrołami ławki. Jak ludzie mogli mieszkać w tak obrzydliwym miejscu? Podeszła do stojaka, gdzie stał jej rower, przypięła sakwy do bagażnika, odczepiła kłódkę i wskoczyła na siodełko. Chciała jak najszybciej uciec z tej betonowej pułapki”.

Paulina, w imieniu całego zespołu Pasji Pisania serdecznie ci gratuluję. Wiesz, jak mocno ci kibicuję. Czekam na twoje kolejne sukcesy!

Źródło cytatów: Paulina Klimańska-Nowak, Blizny, „Miesięcznik Społeczno-Kulturalny Śląsk”, nr. 09/2022.

One Reply to “Rany i blizny – opowiadanie Pauliny-Klimańskiej-Nowak”

  1. Bardzo dziękuję za gratulacje i piękny wpis! To jedno z moich ulubionych opowiadań i bardzo się cieszę, że udało mi się je opublikować. 🙂

Dodaj komentarz