„Wszystkie szczęśliwe rodziny…” – debiut Moniki Orlińskiej 

„Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne. Każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób” – pisał w XIX wieku Lew Tołstoj. O jednej z takich nieszczęśliwych rodzin pisze Monika Orlińska, absolwentka kursów Pasji Pisania, której opowiadanie „Wczoraj” ukazało się w „Twórczości”.

Z dumą możemy ogłosić kolejny debiut absolwentki naszych kursów. Opowiadanie Moniki Orlińskiej Wczoraj – szlifowane na Pracy nad Tekstem ONLINE – ukazało się na łamach prestiżowego miesięcznika „Twórczość”. To przejmująca historia rodziny postawionej w obliczu kolejnego dramatu. Główna bohaterka ma okazję rozliczyć się ze swoim życiem.

Monika Orlińska (ur. w 1971 r.) ukończyła wydział Handlu Zagranicznego SGH. Biegle włada czterema językami obcymi. W 1996 roku założyła firmę produkcyjną średniej wielkości (pasty i wkładki do obuwia – Coccine) i prowadziła ją z powodzeniem przez 25 lat. Od 2022 roku przestawia tory swojego życia na kierunek wytyczony przez pasje – literaturę i sztukę. Szczęśliwa żona, matka trójki dzieci, zagorzała czytelniczka literatury pięknej i pasjonatka klasyki literatury światowej, zainteresowana kognitywistyką, antropologią i sztukami pięknymi.

Monikę poznałem na Internetowym Kursie Podstawowym w lutym 2016 roku. Od początku widziałem, że bardzo dobrze radzi sobie z piórem. To była proza wysokiej próby. Następnie zobaczyliśmy się na Kursie Pasja Pisania I, a później Monika pracowała nad swoją pierwszą powieścią w ramach wielu edycji kursu Praca nad Tekstem (również w wersji zoomowej). Ponadto Monika uczestniczyła jeszcze w moim Kursie Inspiracje, w Pracy nad Tekstem (prowadzenie: Marcin Ciszewski) oraz w kursie „Jak wydać książkę w tradycyjnym wydawnictwie”, który prowadziła Danuta Awolusi.

Monika kończy właśnie prace nad swoją książką – złożoną opowieścią o tym, jak tragedie Wielkiej Historii wpływają zarówno na jednostki, jak i na całe zbiorowości. O tym, jak trudno funkcjonować z brzemieniem tajemnic. To bardzo dojrzała proza.

A oto początek opowiadania Wczoraj:

„Marlena wyszła z kuchni z telefonem przy uchu.
Otarła z twarzy ślady po łzach, przy okazji rozmazując i tak źle zrobiony makijaż. Gdyby mogła się zobaczyć w lustrze, być może użyłaby jakieś chusteczki. Ale nie miała tu nigdzie lustra, a malowała się pierwszy raz od wielu lat. Chciała tylko sprawdzić, czy jeszcze potrafi, bo przecież jutro trzeba wyglądać. Pociągnęła nosem, a potem uśmiechnęła się do słuchawki, żeby jej głos wydał się mu weselszy. Mówiła szybko i nieskładnie, jakby chciała zaprzeczyć rozpaczy, w której przed chwilą z takim upodobaniem się pławiła. Ale kiedy uświadomiła sobie, że przecież nie może obarczać go swoim smutkiem, zaczęła paplać o niczym, wyrzucając z siebie kompulsywnie słowa, żeby tylko nie odłożył słuchawki, żeby był jeszcze z nią…
– Tak, tak, już kończę, tak, idź spać, pa, kochanie, pa, ale pomyśl, może jednak by były lepsze różowe, on tak lubił jasne kolory, może źle zrobiliśmy, co? Co? – nieruchomieje na chwilę z zastygłym na wargach uśmiechem – Tak, tak, może lepiej było różowe, trudno, kupię następnym razem różowe. Będzie okazja, prawda? Oczywiście, do jutra, czekam rano, pamiętasz, bądź wcześniej, tam się długo jedzie, pamiętaj, wcześniej. Tak, pa, dobranoc kochanie, pa.
Siadając w fotelu omiotła wzrokiem stolik: papierosy, zapalniczka, popielniczka, butelka, szklanka, lód, pilot.
Najpierw pilot.
Nastawiła głośno, niech szczeka, niech gada, zapełnia dom ludzkim gwarem. Potem butelka. Miły oku herbaciany płyn na lodzie, łyk na spróbowanie zanim chwyci zapalniczkę i włoży papierosa do ust. Może jeszcze drugi łyk. Do wódki by się nie zniżyła, nie, przecież nie jest jakąś pijaczką. Pije tylko whisky, tak, tylko to, bo lubi. Zresztą, co ma tu niby robić, sama? A wszystko rytualnie i mechanicznie, ruchy wprawne, powtarzalne, codziennie ta sama sekwencja, właściwy porządek rzeczy. Poduszka za plecy, trzeci łyk. Przyjemne ciepło w przełyku. Znów papieros, pierś unosi się powoli, ciepło ogarnia najpierw głowę, potem całe ciało. Po kolejnym łyku do ciepła dołącza spokój. Myśli przestają się kłębić, galopować jak szalone, można wreszcie wsłuchać się przez chwilę w głos ładnej młodej prezenterki, chyba nowa jakaś.
Co mówi?


Znowu kogoś aresztowali. Wpychają mu głowę do radiowozu. Ręce skute. Dobrze, niech zamykają drani. Szkoda, że wszystkich od razu nie zamkną.
Dzięki Bogu za whisky. Nalała drugą szklankę.
Sami oni kanalie, do czego doprowadzili. Strach na ulicę wyjść. Ta hołota, tylko czyhają, żeby kogoś zaszlachtować za parę banknotów. Albo za telefon. Jezu, żeby on tu nie jechał autobusem, musi wziąć taksówkę. Jak mogli zabrać mu prawo jazdy, był tylko niewyspany, za długo musiał siedzieć w nocy z tymi… Wszystko to ci jego koledzy, całe zło Julusia. On taki ufny zawsze, taki układny, grzeczny. Jak Piotrek. Na pewno go wykorzystali, może i pili za jego pieniądze, a potem takie nieszczęście z tym prawem jazdy. Jakie to niesprawiedliwe, jak on teraz będzie… lepiej się napić, nie myśleć o tym.
Jutro trzeba jechać do tej wariatki, trzeba do Piotrka, tym razem naprawdę trzeba. Boże, Boże, Boże!
Coś w środku ją skręciło, zwinęło się w kłębek, skurczyło, aż zjechała z kanapy na podłogę i podciągnęła kolana, na ile mogła, żeby jakoś to zatrzymać, unieruchomić w środku, zakleszczyć w sobie. Nie za bardzo mogła się skulić, bo brzuch przeszkadzał. Kiedy się to stało, przecież była kiedyś taka ruchliwa, zwinna… Stopy rozjechały się podwijając dywan. Wtedy usta wygięły się w podkowę, twarz spięła w nieregularne skurcze i grymasy, aż wreszcie z gardła wydarł się płacz. Pierdolić to. Nawet, kurwa, rajstopy dziurawe! Wytarła nos rękawem, wlała w siebie resztę trzeciej szklanki.
Znów przypomniała sobie o tym, co będzie jutro. Papieros. Łyk alkoholu.
Matko, chroń, że to tak daleko. Przez całe miasto, potem te podejrzane przedmieścia, jakie to zaplute i brudne, jak niebezpiecznie. Atakują za dnia, wcale się nie boją. Wszędzie, na przystankach, w metrze, w autobusie. Kradną, wbijają noże, gwałcą. Skrajnie niebezpiecznie. Tak, skrajnie. Byle przez te przedmieścia, a potem autostradą godzinę prawie. Dlaczego tak musi być!?
To przez nią. Tak, przez tę dziwaczkę. A mógł wybrać porządną kobietę. O, taką jak ta z telewizora. Elegancka taka i poważna. Ależ te jej oczy wielkie są. I usta takie czerwone. Musi być mądrą kobietą, tak to wszystko opowiadać, ze spokojem. Jak Jan. Jan też umiał tak mówić, że wszyscy słuchali.
Prezenterka znikła, pojawił się blok reklamowy. Marlena patrzyła łapczywie na pojawiające się przedmioty, kosmetyki, leki. Jak dawno nic nie kupiła. Siedzi tu całe dnie i tylko do sklepu osiedlowego po bułkę i butelkę się rusza. Fryzjer może by się przydał, ale…
Musi kupić taki krem, tak go ładnie reklamują. O, wreszcie pogoda.
Wypiła kilka łyków. Cholera, lód się skończył. Chrzanić to, będzie bez lodu”.

Zapraszam do lektury całości w październikowym numerze „Twórczości”!

Moniko, w imieniu całego zespołu Pasji Pisania chciałbym ci serdecznie pogratulować tak wspaniałego debiutu. Pięknie rozwijasz się pisarsko! Nic dziwnego, że zostałaś doceniona również poza kursami. Wiem, że to pierwszy z twoich wielkich literackich sukcesów!

Źródło cytatu: Monika Orlińska, Wczoraj, [w:] Twórczość, 10/2023.
Źródło grafiki: archiwum Autorki.

Dodaj komentarz