Mamy już luty – a zatem pora zaprosić was do kolejnego blogowego konkursu. Tym razem do wygrania druga powieść Marii Weroniki Józefackiej, absolwentki naszych kursów: „Zabliźnione rany”.
Czytaliście już debiutancką powieść Marii Weroniki Józefackiej Odbicie przeszłości? To pierwszy tom cyklu „Cienie prawdy”. Drugi – Zabliźnione rany – możecie zdobyć w aktualnym konkursie. Egzemplarze ufundowało Wydawnictwo Replika.

Przemek po dramatycznych wydarzeniach sprzed ponad roku szuka stabilizacji u boku Zuzy, która wkrótce zostanie zastępczą matką Wiktora. Mężczyzna angażuje się w związek, choć przeraża go rola opiekuna. Jego dawny przyjaciel, Daniel, próbuje posklejać własną, rozbitą zdradą rodzinę, a Przemka, który oddał nerkę jego córce, postrzega jako zagrożenie na tej drodze. Widząc szansę na definitywne odsunięcie Przemka od własnej rodziny, popycha go w stronę związku z Zuzą, wykorzystując jej potrzeby i lęki. Sięga po pomoc Marty, dawnej kochanki, i sprawia, że Przemek zostaje na kilka dni sam z Wiktorem. Czy plan Daniela się powiedzie? Czy Przemek zbuduje przyszłość u boku Zuzy? Więcej o tej książce pisałem w niedawnej „Lekturze na weekend”.
„Wyciągnął ostrze – lśniącą taflę stali znaczyło podłużne zadrapanie. Rysa, która powstała, gdy prezent od taty upadł na ostry kamień. Pamiętał rozpacz pięcioletniego siebie i pocieszenia taty – że ostrze i tak się zużyje i porysuje przy struganiu bełtów do łuku. Strugali raz. A potem… Potem z jakiegoś powodu wszystko się zmieniło. Tata nie znajdował czasu ani na łuk, ani na łódki z kory a mama nie pozwalała mu się bawić scyzorykiem samemu”.
Zadanie konkursowe jak zwykle polega na napisaniu krótkiego opowiadania. Tym razem słowem-kluczem będzie „scyzoryk”. Treść waszych tekstów w żaden sposób nie musi współgrać z treścią konkursowej książki.
Opowiadanie (lub jego fragment) wklejcie w formie komentarza do niniejszego wpisu. Jedna osoba może przesłać tylko jedną pracę. Nie korzystajcie z AI i innych narzędzi pomocniczych. Teksty nie powinny przekroczyć 1700 znaków ze spacjami. Czekamy na wasze teksty do 22 lutego włącznie. Maria Weronika Józefacka wybierze trzy najlepsze prace, a ich autorzy/autorki otrzymają nagrody.
Powodzenia!
Źródło cytatu: Maria Weronika Józefacka, Zabliźnione rany, Wydawnictwo Replika, Poznań 2025.

Po wczorajszym dniu pracy „Szrama „ był w podłym humorze ,-jak zawsze gdy na jego komendzie nie dzieje się nic ciekawego , w sensie takim iż nie ma za bardzo nic do roboty co wiąże się z tym ,że nie raz trzeba samemu szukać sobie zajęcia, na przykład czytając raporty z nie zakończonych spraw ,które to nie raz nocami spędzają popularnemu w środowisku gliniarzy „Szramie” czyli komisarzowi Grzegorzowi Szramkowskiemu sen z powiek wywołując u niego nerwy jak po strąki ,gdy musi on poprawiać policyjne raporty po swoich kolegach i koleżankach. Właśnie poprawiał jeden z nich gdy został zmuszony podnieść „Cztery litery zza biurka , i łaskawie odebrać dzwoniący aparat telefoniczny. Szramkowski słucham odezwał się głoś w słuchawce, informując tym samym będącego po drugiej stronie kolegę ,że jest na posterunku. Słuchaj stary znaleźliśmy ciało w lesie ukryte pod liśćmi,które chyba leży tam już parę dni bo wygląda bardzo nie ciekawie ponieważ zaczęło się rozkładać . W dodatku jest to tylko tułów z nogami bez jednej ręki i głowy,które to być może zostały od cięte bądź odrąbane przez napastnika po to by pełnić funkcje trofeów,jego zdobyczy. Lub też być przestrogą dla policji by ta za bardzo nie grzebała przy sprawie bo któryś z tutejszych gliniarzy skończy nie lepiej niż ofiara leżąca pod tymi liśćmi. Na którą to mam przyjemność właśnie patrzeć. Powiedział „Szrama do swoich kolegów po przybyciu na miejsce zbrodni. Trzeba zakasać rękawy, i do roboty,-zobaczcie czy gdzieś w pobliżu nie leży odcięta ręka lub głowa rzekł komisarz Grzegorz do swoich podwładnych . Jak się okazało pięćset metrów dalej znaleziono tylko rękę ofiary. Głowy nie było co daje wiele do myślenia. Jak by tego było mało po przyjrzeniu się ręce ofiary -znaleziono na niej ślady w w formie napisu”Przeszłość powróciła”. Były to ślady zrobione ofierze po jej zabójstwie przy pomocy noża lub scyzoryka,którym to wycięto powyższy napis na skórze denata,którego to spotkał największy pech w życiu. Przypłacił to utratą życia. Przeszukajcie pobliskie zarośla w celu znalezienia narzędzia zbrodni,które to może doprowadzić to szybkiego schwytania mordercy ofiary,który jeśli to narzędzie porzucił naprowadzi policję na siebie dość szybko, ponieważ zostawił na nim ślady Dna rzekł Grzegorz do swoich kumpli po czym począł czekać na przyjazd techników, Którzy mieli przetransportować resztę ciała ofiary do zakładu medycyny sądowej w celu dokonania autopsji. Sekcji zwłok ofiary, która pomoże ustalić przyczynę śmierci denata.
Mamy już pierwszą pracę! Kto następny?
Redaktor „Płomyczka”: Dzisiaj rozmawiamy z Waszym 11-letnim rówieśnikiem Jędrkiem, który został kolonijnym detektywem. Jak do tego doszło?
Jędrek: Byłem na koloniach w pałacu w Będlewie kiedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Co jakiś czas ktoś kładąc się na łóżku lądował na podłodze. Spaliśmy na łóżkach turystycznych z brezentem naciąganym od spodu gumami. Były one poprzecinane scyzorykiem.
„P”: Podobno udało ci się wykryć sprawcę. Jak tego dokonałeś?
J: Winowajca sam się do mnie zgłosił.
„P”: I przyznał się do winy?
J: Nie, skądże. Kiedy rozeszło się, że prowadzę dochodzenie przysłał do mnie pośredników, którzy kazali mi przyjść do niego, a on mnie dokładnie wypytał o aktualny stan śledztwa. Powiedziałem, że nic nie wiem, ale jego zainteresowanie wzbudziło moją nieufność i wytypowałem go na podejrzanego.
„P”: I co było dalej?
J: Poprosiłem przyjaciela, żeby go mocno rozzłościł na siebie tuż przed wycieczką. Gdy wróciliśmy poczekałem, aż wychowawczyni wraz z podejrzanym znajdą się w naszej sali i dałem znak przyjacielowi, a on demonstracyjnie usiadł na swoim łóżku. Oczywiście gumy były przerwane i wylądował na podłodze. Podejrzany nie wytrzymał, złośliwie zarechotał i wychowawczyni sama zorientowała się kto jest sprawcą występku. Zaatakowała go i ten się przyznał.
„P”: Zatem gratuluję intuicji i sprytnego fortelu. Pewnie marzysz by zostać prawdziwym detektywem scigaja cym groźnych przestępców?
J: Wcale nie. Wolę konstruować jakieś urządzenia w oparciu o matematykę i fizykę. Chciałbym coś fajnego wynaleźć.
(…)Porządki postanowiłem rozpocząć od biurka, a konkretnie – od „szuflady niespełnionego marzenia“. Otworzyłem ją po trzydziestu dwóch latach.
Leżał między pudełkami od zapałek a wyblaklymi saszetkami przeterminowanych zup instant. Mały, czerwony scyzoryk. Bez śladu użytkowania, za to cały zardzewiały, z ostrzem stępionym od leżenia.
Miałem jedenaście lat, gdy przeczytałem Robinsona Cruzoe i natychmiast przedsięwziąłem plan. Gdy dorosnę, ja też zaszyję się na bezludnej wyspie albo w lesie. Sam, z dala od odoru miasta, zanurzony w wonności świętej, ale kapryśnej natury, w życie ostrzejsze i prawdziwsze niż to, które miałem. I że sobie poradzę.
Scyzoryk kupiłem za pierwsze zaoszczędzone kieszonkowe – garść monet oglądanych z obu stron przed wrzuceniem do plastikowej, zielonej świnki. Pachniał metalicznie i orzeźwiająco, kieszenią kurtki przeciwdeszczowej, która jeszcze nie istniała, deszczem, który jeszcze nie spadł. Czasem brałem go do ręki, otwierałem, słuchałem suchego kliknięcia – jakby to był sygnał do wymarszu. I nic. Pokój pozostawał pokojem, okno oknem, a ja sobą, wciąż za młodym i bez pieniędzy.
Podekscytowany czekałem na dorosłość, godzinami eksplorując Ziemię na Google Earth, poszukując miejsca, w którym scyzorykiem zetnę pierwszą gałąź na pierwszy szałas.
Dorosłość nadeszła, a wraz z nią zapach winogron w Boredeaux, pierwsza kawa z Brigitte, narodziny bliźniaków, budowa domu, otwarcie agencji, choroba i śmierć ojca. Zmęczenie, ale i satysfakcja z dźwigania każdego ciężaru, jaki serwowało życie.
Ale dopiero teraz, mając czterdziestkę na karku i trzymając w dłoni ten lekki scyzoryk, poczułem, co to prawdziwy ciężar. Ciężar początku drogi, którą nigdy się nie poszło.
– Zostaniesz moją żoną? – zapytał chłopiec wyciągając przed siebie dłoń, na której leżała maleńka muszelka. Z jej wnętrza wysypywały się ziarenka piasku, bo żyjątko, które kiedyś tam mieszkało już dawno się wyprowadziło.
– Żoną? – zapytała piskliwym głosem dziewczynka – nie mogę być twoją żoną. Mam dopiero 8 lat, a ty niewiele więcej.
– No to jak dorośniesz – odpowiedział z uśmiechem otrzepując piasek z zaręczynowej skorupki. Złapał dłoń dziewczynki i delikatnie ułożył na niej swoje cenne znalezisko.
– Ale ja nie chcę dorastać – odpowiedziała.
– Dlaczego? – obruszył się chłopiec.
– Bo dorośli nie widzą cętek na muszli ślimaka, a poza tym nigdy nie mają czasu i nie dotrzymują obietnic – powiedziała dziewczynka i podniosła muszelkę do twarzy. Z zaciekawieniem zaczęła obserwować wzory jakie matka natura utworzyła na ślimaczym domku bez lokatora.
– To może złóżmy obietnicę zanim będziemy dorośli. Wtedy na pewno ją dotrzymamy! – uradował się chłopiec i wyciągnął z kieszeni niewielki scyzoryk skradziony z biurka ojca. Przyłożył ostrze do wnętrza dłoni i nacisnął na tyle mocno, że spod stali wypełzła pojedyncza czerwona kropelka. Przekazał nożyk wybrance, która bez wahania zrobiła dokładnie to samo. Następnie podali sobie dłonie, a chłopiec wyrecytował uroczyście:
– Kochana Zosiu, obiecuję ci że jak dorosnę, to będę twoim mężem. Będę z tobą zawsze, gdy będziesz wesoła i gdy będziesz smutna. Dam ci ostatniego cukierka, nawet jeżeli będzie to mój ulubiony. Nigdy przenigdy cię nie opuszczę i aż do końca świata będę widział cętki na muszli ślimaka.
Zosia uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Zaręczyny przyjęte – powiedziała i przytuliła do serca zaręczynową skorupkę.
Dlaczego kierownika nazywali Szwajcar, nikt nie pamiętał. Pewnie ten, kto zaczął, dawno przeniósł się na zieleńsze pastwisko a kolejne pokolenia nie kwestionowały zastanego status quo.
Czy dlatego, że u niego wszystko miało chodzić jak w szwajcarskim zegarku? Albo że potrafił być ostry jak szwajcarski scyzoryk? Że jego policzki przypominały szwajcarski ser? Czasem też podobnie śmierdział, ale kto nie roztaczał serowych aromatów po całej zmianie w poliestrowym polo niech pierwszy rzuci ementalerem.
Mówię, że nikt nie kwestionował status quo? Do czasu. Zawsze jest „do czasu”, aż się komuś nie uleje, albo nie zjawi się jakiś Filozof.
No więc u nas się zjawił. Dyplom miał. I zaczął drążyć. Najpierw niegroźne: „a dlaczego wyjście ewakuacyjne zastawione?” „A czemu za obowiązkowe nadgodziny nie płacą?”. Aż pewnego dnia wypalił „a dlaczego na kierownika Szwajcar wołają, jak ma Marcin na identyfikatorze?” I wzniecił rewolucję. Niechcący, jak to filozof.
Nagle się każdy sobie zażyczył, żeby mu po imieniu mówić. I się okazało, że Baśka tak naprawdę ma na imię Kryśka, Młody – Bartek (i wcale nie jest już młody) a Wieśka to w ogóle Wiesiek. Tu szczególnie głupio wyszło, bo jednak te tulipany ósmego marca brał.
Burdel się zrobił na kółkach, nikt już nie wiedział, kto jest kto i choć fajnie było udawać, że „to nie do mnie”, to klienci się skarżyli. Kierownik się wkurzył. Dorośli ludzie, a podśmiechujki jak w przedszkolu? To teraz oficjalna polityka firmy będzie, że mamy się do siebie po nazwisku zwracać.
Wiesiek protestował, bo mu przodkowie trochę głupie nazwisko przekazali ale odzyska prawo głosu jak kasę za dwanaście dni kobiet odda.
A kierownik jest teraz Szwajcar, bo tak ma w dowodzie.
Ja siedzę tu, on leży tam. W mych dłoniach scyzoryk. Kap, kap, kap. Między nami błyszczą perły z naszyjnika. Błyszczą też krople krwi z mojego scyzoryka. Kap, kap, kap. Mama wrzeszczy na mnie. Zero wdzięczności! Przecież to koniec. On już nigdy nie zerwie, nie zdzieli, nie nazwie głupią kurwą. Teraz już tylko krwawi. Krew miesza się z perłami. Biało-czerwono, patriotycznie. On też był pieprzonym patriotą. Kościółek co niedzielę, pierwsze piątki, a jak przychodziła pierwsza sobota po wypłacie, to nie on się spowiadał, tylko my. Pokutę zawsze wymierzał sam. Kijem, przedłużaczem, co tam mu w łapy wpadło.
– To twój ojciec! Jak mogłeś, bandyto!
Jaki znowu ojciec? Bo mnie spłodził? On to ból, poniżenie, płacz. Ojciec to surowość, ale też ciepło. Najwięcej ciepła od niego dostałem, gdy zachlapał mi twarz posoką. A teraz ona spryskuje mi twarz śliną. Drze się jak opętana. Chyba jej odbiło.
– No dzwoń na pogotowie! Co tak siedzisz? Ogłuchłeś?
Wiele razy chciałem ogłuchnąć, gdy przez ścianę docierały do mnie głosy z ich sypialni. Potem przesłaniała twarz włosami, by nie było widać. I tak wszyscy widzieli – nie widzieli. Dziś już nie mogłem. Scyzoryk się przytrafił. Moje ręce podniosły go z ziemi, leżał pod blokiem. Schowały go do kieszeni. Otworzyły go, gdy szarpał ją za perły, które dałem jej w prezencie, bo od niego nigdy nie dostała nic ładnego. Sztuczne, kogo stać na prawdziwe. Odjebało mu zupełnie, wrzeszczał o gachach, jakby od tego czegoś mu ubyło. Prawie ją udusił, może udusiłby, gdyby nie scyzoryk? Gdyby nie dłoń, która ścisnęła rękojeść, przesunęła ostrzem po gardle? Gdyby perły nie były sztuczne? To scyzoryk odciął przeszłość od przyszłości. Teraźniejszość zaś wrzeszczy.
– Wujek robi najlepsze statki. Był marynarzem, – mama obejrzała korę, którą znalazłem pod forsycją, – zapytamy?
Podeszliśmy do pana, do którego miałem mówić „wujku”.
– Wystrugasz dla mnie łódkę? – wyciągnąłem korę w jego stronę. Przez chwilę ważył ją w dłoni. Potem podał mi rękę (miał ciepłą skórę) i poszliśmy poszukać większego kawałka.
Las był niedaleko, więc spędziliśmy razem kilka minut. Po drodze nie mówił zbyt dużo. Nie wypytywał o szkołę, ani o to, czy mam fajną panią i kolegów. Zapytał, kim chciałbym zostać. Sam powiedział, że pływał na statkach, że morze jest słone, i że szumi inaczej, niż las. Wydawał się zamyślony.
Potem – z tym dobrym kawałkiem – usiedieliśmy w cieniu pod śliwami. Wujek wyciagnął scyzoryk i zaczął szukać kształtu w nieforemnym kawałku budulca. Burty, pokład, rufa, dziób.
Z odmętów lasu wypływał statek. Z każdym cięciem noża, łódka nabierała kształtu, wyłaniała się
z drzewa, wychodziła w morze.
Była w tym wszystkim magia i nie mogłem oderwać oczu od tego, co widziałem. Od stania
w miejscu zdrętwiała mi noga i po łydce ruszyły dziesiątki mrówek. Wujek skończył, obejrzał statek, przytwierdził maszt i nareszcie podał mi łódkę.
– Trzeba zrobić żagiel – uśmiechnął się, kiedy ostrożnie wziąłem ją do ręki. – Śmiało, krasnoludzie – poczochrał mi włosy.
Była gładka – jakby morze, o którym opowiadał wygłaskało korę. Odcieni brązu było na niej więcej, niż kredek w moim piórniku. Goście wyjechali, a ja do wieczora bawiłem się stateczkiem.
Po kilku miesiącach, mama powiedziała nam, że wujek umarł, i że więcej go nie spotkamy.
Zrobiło mi się smutno, ale ucieszyłem się, że zdążyłem mu podziękować za łódkę.
Może tam, dokąd poszedł, nie będzie tęsknił za morzem.
To było jej ulubione miejsce. Jak zwykle stała między drzwiami a ścianą, zlewając się z jej bielą. Miała na sobie białą piżamę. Dokładnie tą samą, którą trzy lata temu nosiła jej siostra i z której wyrosła, by stać się jej własnością.
Wszystkie ubrania miala po siostrze.
Wyblakłe, szare i pozbawione kolorów, które tak bardzo uwielbiała. Zawsze najmłodsza, Zawsze na końcu. Odnosiła wrażenie, że jej nieobecność nie zostałaby zauważona przez żadnego członka rodziny.
Była cieniem.
Dlatego też nikt z rodzeństwa nie dostrzegł, gdy zniknęła z salonu podsłuchiwała rodziców.
– Nie możemy dalej tak żyć, Jarek. – Głos mamy przeszył powietrze. Było w nim coś, co wywołało na skórze Patrycji ciarki. – Jutro urodziny Patrycji, a my nie mamy dla niej prezentu.
– Kochanie, wiesz dobrze, że nie stać nas na prezent.
– Ciągle mówisz tylko o pieniądzach. – Patrycja zacisnęła pięści na myśl, że rodzice po raz trzeci nie wyprawią jej urodzin. – To tylko dziecko.
– Za dwa tygodnie święta.
– Zasługuje na prezent tak samo, jak wszyscy inni. Ona i tak juz czuje się pominięta. Nie możemy tego potęgować.
– Co więc planujesz?
Patrycja wbiła wzrok w drzwi. Zacisnęła pięści tak mocno, że zbielały jej kłykcie. Rodzice co roku odbywali tę samą rozmowę, a jej przebieg zawsze był identyczny.
Zero prezentów. Zero tortu. Słowo urodziny nie miało miejsca w jej słowniku.
– Może podarujemy jej scyzoryk, który dał mi mój tata?
Głos mamy odbił się od ścian. Patrycja wbiła wzrok w drzwi. Czy mama naprawdę chciała podarować jej jedyną pamiątkę po swoim ojcu? Jej?
– Myślisz, że będzie cieszyła się z czegoś tak banalnego?
– Jestem pewna, ze bedzie zachwycona. W końcu poczuje się zauważona.
Zeskoczył z murka. Podwinęła mu się noga. Niewielka szkatułka wyleciała z poranionych rąk.
Szybko! Szybko! Szybko!
Noga bolała. Zagarnął puzderko. Ruszył przed siebie. Ból nie stanowił problemu. Musiał tylko dobiec za budynek. Jeszcze tylko kilka metrów. Nie znajdą go.
Przywarł do zimnego betonu. Piekły go płuca. Przycisnął skrzyneczkę mocniej. Wychylił się zza ściany. Nikogo nie było. Żadnej żywej duszy. Udało mu się uciec?
Ponownie przywarł do cegieł. Jeżeli skręci dwa razy w prawo, znajdzie się na ruchliwej drodze. Tam go nie znajdą. Chyba, że nie pobiegli za nim, tylko właśnie prosto do skrzyżowania.
Spojrzał na drewnianą szkatułkę. Z kilku miejsc odchodziły drzazgi, a stara bejca już dawno była wymatowiała. Kiedy już udało mu się być w jej posiadaniu, nie miał zamiaru tego zmieniać. Nie odda tego puzderka. Było jego. Teraz należało tylko do niego.
Nie mógł wyjść z ukrycia. Wszyscy będą go szukać, a jedyną osobą która miała go znaleźć był Kociakowski. Miał jeszcze tylko pięć minut, żeby go dogonić. Nie będzie czekać dłużej na tego debila.
A gdyby tak…
Szkatułka nie była najważniejsza.
A gdyby tak ją otworzyć i zabrać tylko to, co jest w środku?
Uklęknął, czując intensywny ból w kostce, ale zignorował to. Postawił skrzyneczkę na ziemi. Będzie prościej jeżeli pozbędzie się balastu. Drżącymi rękoma wyszperał w kieszeni scyzoryk. Stary, zardzewiały nożyk, który w ostatniej chwili rzucił mu Kociakowski. Podważył metalowe zapięcie. Wystarczyło tylko przekręcić scyzoryk, a samo odpadło. Jak można było trzymać taki skarb w spróchniałym drewnie?
Podniósł powoli wieko. Serce zabiło mu mocniej. Był w środku klucz. Klucz do jego wolności.
W niedomkniętej szufladzie panował półmrok. Gdyby ktoś zajrzał do środka, w miękkim przedwieczornym świetle zobaczyłby dwa scyzoryki.
Wysłużony Le Thiers, leżący pod boczną ścianką w wyłożonej filcem pokrywce starego piórnika, nosił na sobie ślady wieloletniego używania. Rękojeść, która już nie błyszczała, poznaczona była licznymi rysami, a przy uchu, za które zaczepić można pasek z karabińczykiem, szpeciło ją długie na cztery, pięć centymetrów pęknięcie. Mimo upływu lat doskonale pamiętał jak powstała. Antoś, a później Antoni, już nigdy więcej nie rzucił nim do celu. Że scyzoryk, rzecz nieżywotna, pamiętać nie może? Może. To od właściciela zależy czy nieżywotny przedmiot będzie miał duszę. Le Thiers miał.
Podobnie jak spoczywający obok w wygodnym otwartym pudełku, błyszczący nowością czerwony Victorinox o kilkunastu mniej lub bardziej przydatnych funkcjach. Czego on nie miał! Dwa ostrza, dwa wkrętaki, otwieracze do puszek i butelek, nożyczki, jakiś wihajster, który nie wiadomo do czego służył, a nawet wykałaczkę i kółko do kluczy. No, pełen wypas! Był dumny ze swej doskonałości.
Antoni dbał o swoje scyzoryki. Raz w tygodniu wyjmował oba z szuflady, otwierał każde ostrze lub narzędzie, przedmuchiwał sprężonym powietrzem, po czym przecierał szmatką delikatnie zwilżoną olejem. I gadał przy tym, rozmawiał z nimi. Natomiast używał je w sposób niesymetryczny.
– Powiedz mi, Le, dlaczego Antoni zawsze ciebie zabiera w świat, mnie ledwie muskając w pudełku? Przecież to ja jestem wyposażony w różne narzędzia.
– Bo ty, Victor, do muskania i wyglądania nadajesz się najlepiej. W tym sprawdzają się twoje wszystkie różności. Nie dorównują sprawności mojego jedynego ostrza.
Dom stał opuszczony od lat. Po śmierci pani Eli nikt tam nie zaglądał. Był wystawiony na sprzedaż, ale chętnych nie było. Pielęgnowany z czułością sad i budynek zlewały się stopniowo w jedną bryłę zieleni. Z fascynacją obserwowała, mieszkając obok, jak natura pochłania ludzkie ślady.
Wyobrażała sobie wtedy, jak dom wygląda w środku, bo nigdy w nim nie była, choć była zapraszana. Wolała gościć panią Elę na swojej werandzie, ale najczęściej rozmawiały przez płot, każda stojąc w swoim ogrodzie. Gawędziły o kwiatach i owocach, o swoich psach.
I teraz, gdy dom stapiał się z ogrodem, coraz bardziej ją intrygował, a jeszcze bardziej ciekawiło ją życie, które się w nim toczyło. Dom zanikał, a wraz z nim rzeczy – meble, ubrania, garnki – czyjeś codzienne życie. Żałowała, że nigdy nie weszła do środka, nie poznała bliżej tej samotnie żyjącej kobiety. A potem, w zimnym styczniu, pani Ela po prostu umarła. Dom i ogród opustoszały na lata.
Pewnego dnia usłyszała warkot silnika, a potem ciszę. Podeszła do okna. Pod stary dom podjechał samochód. Wysiadł mężczyzna i zaczął szamotać się z zardzewiałym kluczem przy furtce. Bez skutku. Wtedy wyjął z kieszeni kurtki błyszczący scyzoryk i po chwili zamek odskoczył.
W tym samym momencie coś otworzyło się także w niej. Będzie miała sąsiada. Pomachała do niego – chciała, by ją zauważył. Po chwili usłyszała skrzypiące drzwi garażu, potem otwieraną bramę do ogrodu i trzaski porządków.
Od tej pory tak było codziennie. Do starego domu wróciło życie, a w niej zaczęło się nowe myślenie o sąsiedztwie. Tym razem nie pozwoli, by czyjeś istnienie minęło ją tuż obok. Wkrótce znów gawędziła o ogrodzie, psach, o wszystkim… czasem u niej, czasem u niego.
Śpisz. Choroba wbiła zęby w twoje ciało i zjada cię, milimetr po milimetrze. Zżera cię każdego dnia. Nawet nocą nie odpuszcza. Słyszę twoje żałosne jęki i… je ignoruję. Dostajesz morfinę. Przychodzi pielęgniarka. To nie ja jestem okrutna, lecz choroba! Każdego ranka sprawdzam, ile cię ubyło. Poprawiam poduszki, przekładam twoje liche członki na drugi bok, by zminimalizować odleżyny. Kołdra skrywa twe powykręcane nogi. Kiedyś nosiły cię, dwa potężne filary, teraz są nędznymi kikutami, obciągniętymi pergaminem. Jakaż ironia losu! Sam przyznaj!
Tak dbałeś o siebie! Rzeźbiłeś mięśnie na siłowni, piłeś proteinowe koktajle. Farbowałeś siwiznę. Wcierałeś luksusowe kremy. Kochałeś siebie. I tylko siebie. Ja i Franuś byliśmy potrzebni jedynie do zdjęcia w pozłacanej ramce, w twoim gabinecie. Pan prezes ceni wartości rodzinne! Tylko że pan prezes w domu był gościem. Wieczorami szlajał się po pubach z koleżkami. A, nie przepraszam, z partnerami biznesowymi. I nie szlajał, tylko bywał. Na kolacjach służbowych. W burdelach.
Nasz pokój zmienił się w domowe hospicjum. Witaj w domu, kochanie! Wreszcie spędzasz czas z żoną. Leżysz bezbronny jak niemowlę. Gdzie się podziali twoi kumple? Kochanki podwinęły koronkowe halki i odfrunęły. Pobawimy się?
Biorę scyzoryk, wiesz który. Stary Gerlach, w karminowej obudowie. Idealnie się sprawdzał na biwakach i w lesie, na grzybach. Pamiątka po moim ukochanym tatusiu. Gdyby tatuś żył, dałby ci po mordzie.
Przykładam ostrze do twych nadgarstków, celuję w prześwitujące żyłki. Naciąć?
Kochanie, ja się tak tylko z tobą droczę! Pamiętasz? To przecież twoje słowa.
Nie! Ty nie potrzebowałeś scyzoryka. Moje rany nigdy się nie zabliźnią.
W Kieszeni nastąpiło poruszenie. Większość mieszkańców uważała, że należy jak najszybciej opuść kraj i wyemigrować w poszukiwaniu lepszego życia.
Bilon trząsł się ze złości i szczękał zębami wszystkich twarzy z awersów. Chusteczka darła się na całą Kieszeń. Naćpana Stówa, nie potrafiąca inaczej pozbyć się zalegającego na niej proszku, w furii prostowała się i rolowała, a jej kuzyn Dycha stwierdził, że nie będzie się rozmieniał na drobne, czym dodatkowo wkurzył Bilon. Jedynie ostrzyżony na zapałkę cwaniak Zapałka, nie podgrzewał w
atmosfery. Wcisnął sobie między zęby Wykałaczkę i przesuwał ją pomiędzy kącikami ust. Wykałaczce to nie przeszkadzało, bo lubiła takie pieszczoty.
Nagle gruby Portfel, trzeszczącym skórzanym basem rzucił do zebranych:
– Zapytajmy o radę Victorinoxa!
Victorinox, Szwajcar z pochodzenia i zamknięty w sobie scyzoryk, leżał w kącie kieszeni.
– Chcecie ode mnie rady, dobrze, lecz wraz z nią chciałbym się przed wami otworzyć. Po pierwsze wiele razy służyłem jako żołnierz – Błysnęło wyciągnięte stalowe ostrze. – Po drugie wyciągnąłem wielu z puszki! – Pokazał krótki haczyk. – Ciąłem, szyłem, otwierałem i odkorowywałem! – Wyliczał i za każdym razem wysuwał kolejny błyszczący palec. Gdy wyglądał jak srebrna gwiazda, pociągnął wzrokiem po zebranych. – Jednak zawsze, po każdej akcji wracałem do naszej Kieszeni!
Zebrani pokiwali w zadumie głowami i rozeszli się do swoich zajęć. Zapałka wypluł Wykałaczkę i wrócił do pudełka, Chusteczka złożyła się w kostkę, zwinięta Stówa rozprostowała się, otrzepała z pyłu i wraz z Dychą wtulili się w przegródkę Portfela. Tylko Bilon dzwonił nadal zębami, lecz tym razem nie ze złości a z zimna.
Kiedyś ją spytano, skąd TO się wzięło. Powiedziała, że dostali po dziadkach. Ojciec zbił ją i zabronił o TYM rozmawiać. Właściwie nie ojciec, lecz właśnie TO. Ojciec jej nie bił. Czasem siadało przy kuchennym stole i sadzało ją obok. Czyściło scyzoryk powolnymi, pieszczotliwymi ruchami. Mówiło, co jej pokaże, gdy blask w jej oczach i zmysł dotyku trochę się rozwiną. Ale ojciec odszedł wcześnie.
Odziedziczyła scyzoryk i TO. Wyrzuciła do kosza. Zaraz wyjęła z powrotem. Czyściła scyzoryk przy kuchennym stole. TO byłoby złe, gdyby zaniedbała ostrze. A gdy TO było złe, działy się złe rzeczy. Starała się nie denerwować. Nie przeżywać. Nie czuć. W szkole śmiali się z niej, że jest niedorozwinięta. Potem jeden z chłopców skończył w szpitalu. Wtedy przestali z nią rozmawiać w ogóle. Mama zabrała ją ze szkoły, by uczyła się w domu i dbała o scyzoryk.
W pracy też nie rozmawiała. Nie czuć. Nie przeżywać. Oskarżyli ją, że za mało się angażuje. Niesprawiedliwe… Uciekła do łazienki, czując, jak dławi ją w gardle, a wzrok rozmywa warstwa wody. Z lustra spojrzało na nią TO. Uśmiechnęło się. Było…
Nie! Nie mogła tego wypuścić! Nie czuć. Ona nad tym zapanuje. Ona… Ona…
Ona płakała. TO przechyliło głowę. Wstrzymywane łzy odbiły światło pod innym kątem. Czy wiedziała, jaka jest piękna? Zalała je fala opiekuńczości. Pewnego dnia ona się nauczy, a tymczasem TO ją chroniło. Wsunęło rękę do kieszeni i uśmiechnęło się szerzej, wyczuwając rączkę zadbanego scyzoryka. Nigdy się z nim nie rozstawała. Lubiła go. Mogła twierdzić inaczej, ale TO wiedziało.
Otarło jej oczy i wróciło do pracy. Musiało skończyć przed resztą. Na parkingu było miejsce nieobejmowane przez kamery. Zaczeka. Zaczeka…