Lektura na weekend – Obcy najbliżsi

Johann Veraguth, uznany malarz, bohater powieści Hermanna Hessego, nie jest szczęśliwy. Jego małżeństwo to właściwie fikcja, z żoną nie łączą go cieplejsze uczucia. Całą miłość przekazuje najmłodszemu synkowi. Co musi się stać, aby Johann wyrwał się z marazmu?

Głównym bohaterem powieści Rosshalde Hermanna Hessego – która w nowym wydaniu niedawno powróciła na księgarniane półki – jest czterdziestoletni wybitny malarz. Johann Veraguth mieszka w tytułowej posiadłości wraz z żoną Adelą i małym, uroczym synkiem Pierrem (w toku powieści dołącza do nich także Albert, starszy syn, skonfliktowany z ojcem). Czy jednak można ich nazwać rodziną? Małżeństwo Johanna i Adeli istnieje już tylko formalnie. Ci dwoje oddalili się od siebie na gruncie emocjonalnym i, oboje pogrążeni w depresji, zaprzestali szukać drogi porozumienia. Nawet żyją oddzielnie – on w swojej pracowni, oddany pracy twórczej, ona w domu, nieszczęśliwa. Jedynym, co ich w pewnym sensie łączy jest miłość do uroczego Pierre’a. Wkrótce w odwiedziny do Rosshalde przebywa Otto Burkhardt, przyjaciel Johanna z dawnych lat. Gdy mija początkowy „fatalny dystans rozłąki i obcości”, zauważa on, co tak naprawdę dzieje się w tym domu:

„Burkhardt milczał i obserwował, nie było więc komu ochoczo podjąć zamarłej rozmowy. Jedzono śpiesznie, usługiwano sobie wzajemnie z kurtuazyjną ceremonialnością, w zakłopotaniu bawiono się łyżeczkami deserowymi i czekano z żałosną determinacją na chwilę powstania i rozejścia się. Dopiero teraz Otto Burkhardt uczuł do głębi, w jakim osamotnieniu i beznadziejnym chłodzie zastygło i marniało małżeństwo i życie przyjaciela. Popatrzył na niego przelotnie, zobaczył, jak siedzi markotny z niechętnym grymasem nad ledwo tkniętymi potrawami i gdy oczy ich skrzyżowały się na mgnienie, dostrzegł w błagalnym spojrzeniu Veragutha wstyd, że oto został zdemaskowany”.

Zaczyna rozumieć, że Johann tkwi w Rosshalde niczym w pułapce. Proponuje mu uczestnictwo w podróży powrotnej do Azji. Oni dwaj mieliby wyjechać za parę tygodni. Malarz rozumie, że to jest wyczekiwana szansa, aby uratować jego „okaleczałe człowieczeństwo”. Wierzy, że mógłby odżyć, separując się od niechętnej mu rodziny i monotonnej codzienności. Grunt to wyjechać „z dala od wszystkich tych nierozwiązywalnych powikłań”. Odżywa, planując wyjazd, a tak właściwie – porzucenie najbliższych, którzy najbliższymi być już dawno przestali:

„Po raz kolejny, jak tylekroć wcześniej, fantazja Veragutha wybiegała ku dalekiej ojczyźnie przyjaciela i nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo pokusy i cicha namiętność jego duszy sprzyjają ukrytym intencjom Burkhardta. Czar tropikalnych mórz i wybrzeży, bujne bogactwo lasów i rzek, pstrokata ciżba półnagich tubylców – wszystko to budziło w nim tęsknotę i mamiło obrazami. Lecz jeszcze bardziej pociągał go spokój i dal tego świata, w którym jego udręki walki i wyrzeczenia musiałyby stopnieć i zblaknąć, gdzie dusza uwolniłaby się od tysięcznych, drobnych powszednich kłopotów, gdzie wchłonęłaby go nowa, jeszcze czysta, niewinna, nieskażona cierpieniem atmosfera”.

Johann jest najlepiej opisaną postacią w tej powieści – to głównie z jego perspektywy poznajemy kolejne zdarzenia. To człowiek, który wpadł w „otchłań wewnętrznej samotności i duchowej udręki”. Choć wydawałoby się, że ma wszystko – rodzinę, bogactwo, sławę i uznanie – nie jest szczęśliwy. Wydaje się, że pogodził się już z tym stanem rzeczy, na nic nie czekał („wiódł nienaturalny, ale konsekwentny żywot dobrowolnego pustelnika, którego życie przestało już interesować i który istnienie swoje raczej znosi, niż przeżywa”). Jednak ma on dręczące poczucie przegranej, jest pełen wewnętrznych rozterek. Właściwie mało kto wie, co się dzieje w Rosshalde – a konieczność ukrywania tego, staje się dodatkowym czynnikiem potęgującym frustracje. Zrozpaczony Veraguth powie: „Być nieszczęśliwym to hańba To hańba – nie móc nikomu pokazać swego życia, musieć coś ukrywać i maskować”. Jedyną radością w życiu bohatera zdaje się być najmłodszy syn. Paradoksalnie i jego Johann odpycha, pochłonięty pracą, nie zawsze potrafi się nim zająć. W Rosshalde panuje oziębłość (to słowo chyba najlepiej określa również charakter narracji w powieści. Ta historia ma w sobie nie tylko coś klaustrofobicznego, ale właśnie zimnego). Wkrótce małżonkowie staną przed bardzo trudnym, być może przerastającym ich siły wyzwaniem. Przed czymś, co wstrząśnie ich zastanym światem.

Rosshalde to powieść mocno inspirowana autentycznymi rozterkami Hessego. Niemiecki noblista na gruncie literatury próbuje rozwikłać niebanalny problem. Czy wielki artysta ma prawo się z kimś wiązać? Czy małżeństwo jest dla niego? A może żona, rodzina i codzienność naznaczona rutyną okażą się zbyt wielkim balastem? Johann nie odnajduje się ani jako mąż, ani jako ojciec (i nie jest to do końca wina niedopasowania z Adelą). Zagubiony, oddala się od rodziny, zamyka w poczuciu nieszczęścia. Co ważne, Hesse nie pozwala sobie na tendencyjność, nie opowiada się po żadnej ze stron, nie wybiela. Sam Johann może odstręczać. Łatwo dałoby się go posądzić o egoizm, krótkowzroczność, niedojrzałość, nieumiejętność budowania dobrych relacji międzyludzkich. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dopiero wielki prywatny dramat uwalnia „zamrożone” w nim emocje, otwiera na miłość. Zdecydowanie jest to bardzo interesująca postać. Kolejnym ciekawym bohaterem jest Pierre – dziecko z jednej strony bardzo kochane (być może właśnie jako ostatnie „spoiwo” zbliżające coraz bardziej obcych sobie ludzi), a z drugiej jednak odpychane. Ze swej strony chciałbym widzieć Pierre’a bardziej jako pewną figurę uzupełniającą problematykę powieści. Dla mnie stanowi żywy symbol – jednak ujawnienie czego, wymagałoby zdradzenia zakończenia, więc na tej uwadze poprzestanę.

Rosshalde ukazało się po raz pierwszy w 1914 roku. Liczy sobie zatem ponad sto lat. Z dzisiejszej perspektywy może zdumiewać uniwersalność tej powieści. Nie chodzi tylko o główny dylemat (który wszak można odnieść nie tylko do malowania, ale także pisania, rzeźbienia, fotografowania, wszelkiej innej działalności artystycznej): na ile wielka sztuka i monotonna codzienność uwiązująca artystę dziesiątkami irytujących zobowiązań mogą iść w parze. Jak prezentowałaby się ta powieść, gdyby Johannowi odebrać pędzel i przenieść go na posadę urzędniczą? Inaczej mówiąc, nie trzeba sztuki, aby doświadczyć prywatnego kryzysu w życiu, w małżeństwie, w rodzinie. Dziś znalazłoby się wiele takich par jak Veraguthowie: żyjących razem, w jednym domu, połączonych przez dzieci, majątek, wspólnie przeżyte lata, a jednak obcych, przebywających ze sobą i we własnej biografii jak w więzieniu. Rozpaczliwie tęskniących za odmianą.

Cóż, warto czytać klasykę literatury – i odkrywać właśnie ową zdumiewającą uniwersalność przerastającą epoki.

Źródło cytatów: Hermann Hesse, Rosshalde, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Media Rodzinna, Poznań 2021.

2 Replies to “Lektura na weekend – Obcy najbliżsi”

  1. Koniecznie muszę przeczytać:)

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Polecam:)

Dodaj komentarz