Jak trudno zaufać! – KONKURS!

Pora zaprosić was na kolejny twórczy konkurs. Tym razem możecie wygrać znakomitą powieść Petry Soukupovej „Najlepiej dla wszystkich”.

Aktorka Hana mieszka w Pradze z dziesięcioletnim synem Victorem. Nie radzi sobie ani z wychowaniem dziecka, ani – na dobrą sprawę – z innymi aspektami własnego życia. Gdy dostaje obiecującą rolę w serialu, decyduje się wysłać Vikiego do swojej owdowiałej matki na odległą wieś, aby skupić się na pracy i na samej sobie. Victor nie chce jechać, ale nie ma nic do gadania. Eva cieszy się na opiekę nad wnukiem, a jednak ma swoje wymagania, a zdrowie jej się pogarsza. Okazuje się, że Hana w samotności wcale nie czuje się dobrze. Czy ten rewolucyjny rok zmieni coś w życiu rodziny? Więcej o znakomitej powieści Petry Soukupovej – Najlepiej dla wszystkich pisałem w niedawnej „Lekturze na weekend”.

Tytuł jest swoistym puszczeniem oka do czytelnika – bo zazwyczaj nie da się zrobić tak, żeby było „najlepiej dla wszystkich”. Eva, Hana i Victor, choć się kochają, mają do siebie sporo żalu, czują urazy, tracą do siebie zaufanie. I właśnie zaufaniu będzie poświęcony obecny konkurs. Spójrzcie na ten – specyficznie zapisany, jak to u Soukupovej – dialog:

„To dlaczego ciągle mi nie ufasz?
Bo musi minąć trochę czasu, nim zaufasz osobie, która wiele razy cię zawiodła”.

Zadanie konkursowe jest jak zwykle pisarskie. Stwórzcie opowiadanie (lub jego fragment), zainspirowane powyższym cytatem. Oczywiście, historia, którą zaproponujecie, nie musi się rozgrywać na gruncie rodzinnym. Teksty konkursowe mogą mieć do 1700 znaków ze spacjami. Wklejcie je w komentarzu do tego wpisu nie później niż 24 listopada. Autorzy trzech najlepszych prac otrzymają egzemplarze Najlepiej dla wszystkich ufundowane przez Wydawnictwo Afera.

Źródło cytatu: Petra Soukupová, Najlepiej dla wszystkich, tłum. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2019.

13 Replies to “Jak trudno zaufać! – KONKURS!”

  1. No to chyba będę pierwsza, taka impresyjka na wieczór.

  2. Miały po szesnaście lat i mieszkały setki kilometrów od siebie. Szlak pielgrzymki prowadził je bitymi drogami. Szły w kurzu, ogorzałe i rozśpiewane. Ramię w ramię lub osobno, żeby znów się odnaleźć i mówić wspólnym językiem różne rzeczy. G sięgała do sportowego plecaka i niedbale spinała burzę kruczych fal błyszczącą klamrą. Mówiła o nieobecnym ojcu, dziczejącej w oczekiwaniu na niego matce, o drżących od żaru pustyniach Iraku. M patrzyła na jej zagraniczne buty, potem na swoje trampki i poprawiała wrzynające się w ramiona szelki wojskowego worka.
    Trzydzieści lat później M ze śmiechem odstawiła kieliszek.
    – No już, daj sobie pomóc. Mam na koncie pięćdziesiąt tysięcy. To twój ratunek przed utonięciem w odsetkach od karty. Za parę miesięcy oddasz.
    Po roku G przyjechała audi, niedużym, tanio wynajętym.
    – Wpuszczam w koszty, to się opłaca, tylko dwa koła miesięcznie, potem oddajesz i bierzesz nowy. Sprzedam stary samochód i zwrócę ci wszystko. Tak mi głupio, nienawidzę być dłużna…
    – Wiem.
    Zimą zatrzymali się u M we czwórkę, po drodze na narty w dużym SPA. G dostała w promocji voucher. Wyszło półdarmo.
    Latem kolejnego roku M zapytała po raz pierwszy o pieniądze.
    – Potrzebuję ich. Jeśli nie, sama będę musiała pożyczyć.
    G zamilkła do końca wakacji.
    Minął trzeci rok, gdy M zaczęła unikać rozmów. Chyba bała się kolejnej fali opowieści o postępującej chorobie ojca, wydatkach na zbankrutowanych rodziców, kłopotach w pracy. Wieczorem siada z albumem na kolanach. Ma do siebie żal. Myśli o piaszczystych drogach, przegadanych na sianie nocach, o dzieleniu śpiwora. O doświadczeniu prawdziwej przyjaźni. A potem zsuwa się z kanapy i głaszcze miękką sierść wiernego przyjaciela.
    – Ufam ci – szepcze mu do ucha.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Wspaniale, mamy pierwszą pracę! Kto następny?:)

  3. Dałeś mi więcej, niż kiedykolwiek pragnąłem – mądrą, piękną żonę, porządną pracę i trzech zdrowych synów. Dlatego, gdy urodził się czwarty, nie mogłem uwierzyć, jak mogłeś mi to zrobić – a przecież musiałeś wiedzieć, jak wygląda życie z upośledzonym dzieckiem! Ile walki, upokorzeń i wyrzeczeń nas czeka! Za co nas tak ukarałeś? Dopiero później zrozumiałem, że nigdy nie pokocham nikogo tak bardzo, jak jego.
    I mógłbym tobie za tą miłość podziękować, gdyby nie to, co zrobiłeś mojemu najstarszemu. Miał osiem lat. Czy wiesz, jak wrzeszczy ośmiolatek, gdy zabierają go rodzicom i zawożą na operację? Jak wspomnienie tego krzyku wraca w nocy, wyrywając ze snu? I jak wygląda na dziecięcej szyi świeża blizna po wycięciu zarażonej rakiem tarczycy? Ja wiem. Jak nieudana rzeź niewiniątka.
    A gdy uśpiłeś moją czujność, i niczego złego już się nie spodziewałem, postanowiłeś dać mi lekcję bólu. Czystego, fizycznego, przeszywającego do szpiku kości cierpienia. Kiedykolwiek czułeś jak zrastają się brzuch i jelito po wycięciu guza? Ja tego nigdy nie zapomnę. Bolało tak bardzo, że połknięcie garści tabletek nasennych wydawało się jedynym rozwiązaniem. Ale musiałem przetrwać, dla synów. Dla tego najmłodszego zwłaszcza.
    Minęły lata i teraz, gdy leżę nie mając nad niczym kontroli, uzależniony od środków przeciwbólowych i opleciony siecią rurek, z jednym workiem na gówno, a z drugim na siki, odmawiam jedzenia i wody. Bo jeśli to przetrwam, co jeszcze na mnie ześlesz? Jak spróbujesz mnie znowu złamać? Co jeszcze będziesz chciał mi udowodnić? Opowieść o Hiobie to bujda! Moi synowie są dorośli, mam wnuczkę – nie chcę wiedzieć, co dla nich przygotowałeś. Nie zniosę więcej.
    Odchodzę.

  4. – Trenerze, kto pojedzie w obronie? Brakuje nam jeszcze jednej osoby do reprezentacji.
    Mężczyzna spojrzał na swoją drużynę, jego wzrok zatrzymał się na Olku. Widział w jego oczach nadzieję, ale trener miał inne plany. Już wybrał. Zmieszany, przetarł ręką po karku i wzrok przeniósł na Adama. Wiedział, że źle postępuje, ale został zmuszony, nie miał innego wyjścia. Zostałby zwolniony, gdyby nie wybrał Adama.
    – Trenerze, dlaczego znowu on? – zapytał zawiedziony Olek, gdy zostali sami.
    – Przykro mi, ale to ostatni raz – zapewnił go trener.
    – Zawsze tak mówisz, a jak robisz selekcję… Obiecujesz i nie dotrzymujesz obietnicy – powiedział rozgoryczony, zaciskając dłonie w pięści.
    – Olek zrozum, nie miałem innego wyjścia.
    – Co ze mną? Moją karierą? Moja przyszłość cię nie obchodzi? Sam powtarzasz, że jestem najlepszy, że mam duże szanse na awans.
    – Jesteś najlepszy i nie zmienię o tobie zdania, ale nie mogę ci powiedzieć, dlaczego podjąłem taką decyzję.
    Chłopak zirytowany decyzją trenera, spuścił głowę i wlepił wzrok w murawę. Na tych zawodach, ważyły się jego losy kariery. Mógł zostać zauważony, ale za każdym razem trener odbierał mu tę szansę. Nie mógł dłużej tkwić w zawieszeniu. Spojrzał na trenera i powiedział:
    – Zmieniam klub.
    – Nie wygłupiaj się! – krzyknął przestraszony.
    – Nie chcę mieć trenera, który nie daje szansy obiecującym zawodnikom, tylko daje się zastraszyć.
    Po tych słowach Olek opuścił boisko i pobiegł do szatni. Ochlapał twarz wodą i oparł się o umywalkę. Spojrzał w lustro. Krople wody kapały z jego twarzy, był wściekły i zawiedziony. Jego obietnice były puste, nic nie znaczące, wierzył w nie ślepo. Był naiwny, ufając mu za każdym razem. Tego błędu już nie powtórzy, nie tym razem.

  5. Magda, wracając ze szkoły, spojrzała raz jeszcze smutnym, pełnym pretensji wzrokiem na Kazika.
    – Dlaczego znowu to zrobiłeś? – zapytała ze łzami w oczach.
    – Oj przestań, nie wiem dlaczego ciągle się mnie czepiasz. To przecież nic takiego. – odpowiedział młody chłopak, z nutką rozbawienia w głosie.
    – Nic takiego?! Jak możesz tak mówić?! Przecież wiesz, ile to dla mnie znaczy. – nie wytrzymując, rozpłakała się i przystanęła na środku chodnika.
    – Oj Dzidzi, naprawdę nic się nie stało. Jutro wszyscy o tym zapomną, nie masz o co się martwić, przynajmniej było śmiesznie. – Kazik, tym razem spokojnym głosem, próbował ją pocieszyć.
    – Było śmiesznie, jasne. Tylko nie dla mnie. Tyle razy cię prosiłam, tyle razy dawałam ci kolejną szansę i co? Znowu wybrałeś popularność, a nie mnie. – ocierając łzy, Magda wykrzyczała mu, co myśli.
    – Słuchaj, moim zdaniem powinnaś trochę wyluzować. Jakbyś nabrała dystansu do życia, to byłoby całkiem inaczej. Spójrz na mnie. Niczym się nie przejmuje i nie martwię. – powiedział z dumą Kazik.
    – Wiesz co? Nie powinnam nigdy ci ufać, to był błąd. Przez tyle lat, przyjaźniłam się z tobą mimo tego, jaki naprawdę jesteś. Wierzyłam, że w końcu się zmienisz. Mam dość. – mówiąc to, odwróciła się na pięcie i ruszyła w przeciwną stronę niż ta, w którą zmierzali wspólnie.

  6. Rozsiadłam się wygodnie w głębokim fotelu. Pod nogi podsunęłam puchaty podnóżek, a mały stolik ustawiłam tak, bym mogła mieć swobodny dostęp do wina. Duży przestronny salon, z kominkiem i szklanymi drzwiami tarasowymi, był sercem tego domu.
    Gdy dziesięć lat temu skończyliśmy się urządzać, zrobiliśmy tu pierwszą imprezę. Zaprosiłam rodzinę i przyjaciół. Paweł, zaprosił kilku dobrych kolegów, marynarzy wraz z żonami. Wszystko było perfekcyjne. Pyszne jedzenie, wytworne stroje, świetna muzyka…
    Zamknęłam oczy i wróciłam do starych wspomnień.
    Paweł był lubiany. Każdy chętnie z nim rozmawiał. Miał niesamowitą zdolność, do opowiadania zabawnych historii i nie było osoby, której nie umiałby rozbawić. Moi rodzice, go uwielbiali. Łza zapiekła mnie pod powieką. Tęskniłam za nimi…
    Niestety, cudowny wieczór skończył się katastrofalnie. Wzdrygnęłam się. Od tamtej pory unikałam takich spotkań. Już nikogo nie zapraszałam i nikogo nie odwiedzałam. Nie, w towarzystwie męża.
    Gwałtownie otworzyłam oczy. Obraz upokorzenia, był wciąż tak samo silny. Wyprostowałam się w fotelu i sięgnęłam po czerwony trunek, w kryształowym kieliszku.
    Uderzył mnie tylko raz, ale nie byłam w stanie tego zapomnieć. Wybaczyłam mu ten incydent, jak sam to nazwał, ale uraz pozostał. Ciągle, czułam smak krwi z pękniętej wargi. Ciągle, widziałam zdziwione spojrzenia gości. Ta cisza, która nastała i brak reakcji ze strony moich przyjaciół…
    Łza popłynęła mi po policzku. Miałam wtedy trzydzieści lat.
    Chciałam od niego odejść. Gdyby nie to, że … Nie mogłam o tym myśleć.
    Czy ja kocham Pawła? Nie, już od dawna, nic do niego nie czuję. Ale jednak, nie mogę odejść. Popełniłam błąd, który związał mnie z nim, silniej niż kredyt hipoteczny we frankach. Dreszcz przebiegł mi po plecach.
    Przegapiłam swój czas. Teraz została mi tylko praca i małe tęsknoty.

  7. Marta stoi lekko przygarbiona, wpatrzona w podłogę. Czuje, jak trzęsą się jej ręce, z nerwów nie może wydobyć z siebie głosu, a gdy w końcu jej się udaje, uderza ją jak nienaturalnie brzmi, tak jakby ktoś zaciskał jej rękę na gardle i wbijał w nie paznokcie, gdy mówi.
    – Dlaczego miałabym ci zaufać!? – Załkała głośno. – Tyle razy próbowałaś zniszczyć naszą rodzinę, wchodząc między mnie i mojego męża, odciągając go ode mnie! Wiem, że nigdy go nie lubiłaś, ale to on jest jedyną osobą, przy której czuję się szczęśliwa. Tylko on akceptuje mnie taką jaką jestem i ty doskonale o tym wiesz!
    – Nie jest dla ciebie wystarczająco dobry, uwierz mi.
    – Ty nic nie wiesz! – Marta podniosła głos, już bardziej odważnie. – Nie wiesz nic o miłości jako osoba, która nigdy nikogo nie kochała! Zależy ci tylko na moim nieszczęściu i nie możesz znieść myśli, że chcę życia z daleka od ciebie!
    – Kochana, nie możesz żyć beze mnie, tak samo jak nie ma mnie bez ciebie. Uspokój się, daj mi rękę, ten koszmar zaraz się skończy. Zaufaj mi!
    Marta wybuchnęła histerycznym płaczem i schowała głowę w ramionach. Kiedy podniosła oczy, zobaczyła przed sobą rozbite lustro, w tym samym momencie poczuła ból i ciepłą strugę krwi płynącą po jej ręce. W resztkach zwierciadła wiszących ciągle na ścianie, ujrzała swoje odbicie. Nie była to jednak do końca jej twarz, zniekształcone odbicie patrzyło jej w oczy z przerażającym, złowrogim uśmiechem. Miała wrażenie, że słyszy śmiech przytłumiony śmiech wydobywający się z głębi mieszkania.
    Odwróciła się na pięcie, sięgnęła po nóż leżący na stole w kuchni i ruszyła szybkim krokiem do sypialni. Tam jednym ruchem poderżnęła gardło śpiącemu mężowi.
    Jej spojrzenie było mętne a twarz nie wyrażała żadnych emocji.

  8. Ania wyszła ze szkoły uśmiechnięta. Praca z dziećmi wprawiała ją w dobry nastrój, a szkolne przedstawienia – to było czyste szczęście. Szybko postawiła kołnierz kurtki, by ochronić się przed chłodem. I wtedy go zauważyła. Jacek stał przed szkołą i czubkiem języka łapał wielkie płatki śniegu, które tańczyły dookoła.
    – Jacuś, co ty tu jeszcze robisz? – Ania przykucnęła przed chłopcem. – Dlaczego nie poszedłeś do domu?
    – Czekam na mamę. Fajnie grałem? – Jacek uniósł ponad głowę wielką, kudłatą maskę wilka.
    – Fantastycznie. Bez wilka nie byłoby bajki. A taki wilk, jak twój, to gwiazda wieczoru.
    Jacek poczerwieniał z zadowolenia.
    – Myśli pani, że mamie by się spodobało?
    Ania zazgrzytała zębami. Widok Jacka tęsknie spoglądającego w stronę drzwi, ponad głowami tłumnie zgromadzonych rodziców, był stałym elementem szkolnych przedstawień.
    – Jest już późno, do tego paskudna pogodna. Nie możesz tak tu stać. Może zadzwonimy do mamy i ja cię odwiozę do domu, co?
    Jacek pokręcił głową.
    – Muszę czekać. Obiecałem. Poza tym jeszcze dziś jedziemy z mamą na gofry.
    Pod szkołę z piskiem opon podjechał srebrny mercedes. Wysiadła z niego wysoka, szczupła brunetka w zielonym wełnianym płaszczu. Spojrzała nerwowo na zegarek i kiwnęła ręką w stronę chłopca.
    – Jest mama – Jacek uśmiechnął się do Ani i powoli poszedł do auta, ściskając pod pachą kudłatą maskę.
    – Jacuś, tak bardzo cię przepraszam – Ewa pochyliła się próbując przytulić syna. – Coś mi wypadło w pracy, to była naprawdę wyjątkowa sytuacja.
    Jacek westchnął ciężko i wsiadł do samochodu. Ruszyli.
    – No i opowiadaj, jak tam przedstawienie?
    – Dobrze.
    – Tak bardzo żałuję, że nie zdążyłam, ale naprawdę nie mogłam. Starałam się, ale to była taka wyjątkowa sytuacja. A ty na pewno byłeś wspaniałym królem.
    – Grałem wilka.
    – Co? – Ewa spojrzała kątem oka na chłopca.
    – Wilka, grałem wilka – Jacek uniósł maskę. Puste wilcze oczy spojrzały z wyrzutem.
    Ewa chciała coś odpowiedzieć, ale zadzwonił telefon. Odebrała.
    – Tak? … kiedy? … cholera, no dobra, ale…. jasne, dobrze, tak.
    Jacek przytulił wilczą maskę.
    – Jacuś, słuchaj, te gofry dzisiaj… Widzisz, to taka wyjątkowa sytuacja, muszę zaraz wracać do pracy. Teraz zawiozę cię do domu. Ale w weekend ci to wynagrodzę, dobrze? Będę miała wolną niedzielę, spędzimy ją razem, zaufaj mi. Pójdziemy…
    Jacek nie słuchał. Nałożył maskę wilka.

  9. Kasia Alias Kinga says: Odpowiedz

    A oto moja, fragment „Tanga z koniem”

    Mijałam rzędy identycznych drzwi, przechodząc obok, słyszałam dźwięki telewizji. Zatrzymałam się przed numerem 128, zapukałam, weszłam, choć nie uzyskałam odpowiedzi. Zuzanna leżała na metalowym łóżku odwrócona do okna, jej plecy okrywał koc, skrzypienie drzwi zwróciło jej uwagę i spojrzała w moją stronę.
    – O, jak fajnie, że przyszłaś. Nie spodziewałam się teraz nikogo –Z uśmiechem. – pokazała krzesło. – Usiądź.
    – Jak się czujesz?
    – Dobrze, ale chcą zrobić badania, dlatego zostanę jeszcze dzień lub dwa. A jak się wam udało odnaleźć dom Carli?
    – Jean-Lou nam pokazał.
    Uśmiech zniknął z twarzy Zuzanny, oparła się o poduszkę i uporczywie wpatrywała w sufit, jakby odkryła w nim coś bardzo interesującego.
    – Nie masz powodu, żeby się na niego gniewać.
    Zuzanna zacisnęła usta w wąską linię.
    – Przecież nie byliście razem.
    Spojrzała na mnie z gniewem w oczach.
    – Oszukał mnie.
    – Nie oszukał – powiedziałam spokojnie, żeby nie zirytować jej jeszcze bardziej. – Nie dałaś mu jasno do zrozumienia, że jesteś nim zainteresowana. Nie dziw się więc, że znalazł inną. To nie dziewiętnasty wiek, kiedy panowie latami chodzili w konkury. Czasy „Dumy i uprzedzenia” są za nami.
    – Nawet w powieści Duma i uprzedzenie zdarzało się kochankom uciec od świata konwenansów – burknęła, ale wiedziałam, że zły humor powoli jej mija.
    – Tak, ale jaką cenę kobiety za to płaciły, odrzucone przez społeczeństwo, a często własną rodzinę.
    Łypnęła na mnie okiem.
    – Przyszłaś bronić Jean-Lou?
    – Nie zrobił nic złego, nie muszę go bronić. Poza tym nie jestem adwokatem. Jakbyś wiedziała, czego chcesz, to pewnie nie zainteresowałby się Carlą.
    Wydęła usta, ale nic nie powiedziała. Przez chwilę milczała, zastanawiając się nad czymś.

  10. Spojrzała na niego i odwróciła wzrok. Zawsze bała się przystojny mężczyzn. Ten był bardzo przystojny pomyślała i odeszła. Myślała jak zwykle o swoich sprawach. Codzienność życia. Było trudno dzieci i praca i wszystko sama w jej życiu pojawiali się mężczyźni i znikali. Coś było nie tak. Zaufanie czy było w niej zaufanie. Nie ufala nikomu. chyba nawet sobie. Zmęczona dniem zasnęłam. Kolejny dzień pierwsze o czym pomyślała to znów mnóstwo sprawi ten ciągły bieg towarzyszysz, który nie potrafił zwolnić. Dawała radę,a może tak jej się tylko wydawało. Marzenia się spełniają tak mówili marzyła więc i czasem potrafiła się uśmiechnąć. Tym razem znów jej się udało kiedy znów go ujrzała. To znów on drugi raz w tym samym miejscu. Przypadek. Chyba Boży przypadek taka myśl jej towarzyszyła dość długo. Czuła jego wzrok wszędzie uciekła to nie mogło przytrafić się jej. On jest taki no właśnie taki o jakim marzyła. To było głęboko w niej.Jeszcze jedna myśl nie niemożliwe ja nie mogę się jemu podobać. Załatwiła co miała do załatwienia i przy wyjściu znów się spotkali. Poszła w swoją stronę do domu, odwróciła jeszcze by spojrzeć na niego uśmiechnęła się i powoli oddalala się. Poczuła wewnętrzną radość tam w głębi w środku jakieś ciepło ukrylo się, ciepło którego dawno nie czuła. To on jego auto zjechało mi drogę otworzył drzwi i z uśmiechem powiedział to musi być przeznaczenie. Była w niej ufność, wsiadła. Ta ufność to był ten początek, który był w niej. Był tajemniczy mało mówił uśmiechał się i był taki kochany. Zakochała się. Snula marzenia, o nim, z nim, przy nim. Zaufala. To zaufanie było w niej w środku na zewnątrz sprawy przybieraly czasem inny bieg. Tylko ona wie ile łez było smutku bólu lecz tam w środku nadal jakiś głos mówił zostań uwierz mu. Pewnego dnia to on powiedział proszę zaufaj mi i tak już zostało. To jest w środku każdego z nas i przyjdzie taki czas ze znajdziesz to bo to masz. Zakochana.

  11. – Przyniosę ci walizkę, bo chyba została w ogrodzie. I przygotuję pokój. Zostań, jak długo chcesz.
    – Naprawdę mogę? – Ewa cała się trzęsła. Nie wiedziałem, czy to z powodu zimna, czy emocji, które nią targały. Patrzyłem na jej drżące dłonie, wielkie cienie pod oczami, rozmazany makijaż. Czy to rzeczywiście ona? Skąd wraca tym razem?
    – Oczywiście, przecież to także twój dom. Ciągle.
    – Nie zostanę długo, znajdę sobie jakieś mieszkanie.
    – Nie ma takiej potrzeby, dom i tak stoi pusty.
    – Ja już nie piję. Zmieniłam się.
    Uśmiechnąłem się i podałem jej swój ulubiony polar, w który natychmiast się otuliła. Siadła na kanapie, a ja rozpaliłem w kominku. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i wskazała miejsce obok siebie. Pokiwałem przecząco głową i siadłem w fotelu naprzeciwko.
    – Dlaczego już mi nie ufasz?
    Nie odpowiedziałem. Wstałem, dołożyłem drewna do kominka i otworzyłem maksymalnie dopływ powietrza. Ogień strzelił silnym płomieniem, a ja wpatrywałem się w niego, czując jednocześnie, jak gaśnie moja miłość…

  12. Drzwi windy rozsuwają się, czuję dreszcz przebiegający po plecach, górną wargę w sekundzie zrasza pot. Zaciskam dłonie, boleśnie wbijając w nie paznokcie. Windę w sekundzie wypełnia woń alkoholu i męski śmiech.
    – Chłopaki uważajcie, bo zgnieciemy ten papuzi kwiat! – W moim kierunku przepycha się jeden z nich. – Piękna bluzka… – mówi i pochyla się a ja czuję alkoholowo-tytoniowy oddech… I stary pot, widzę nad sobą zniszczoną, brudną twarz. Smród alkoholu i papierosów wywołuje we mnie mdłości. Wielka ręka z połamanymi paznokciami i czarnymi obwódkami wokół nich, zasłania mi usta. Nie mogę oddychać. Przepalająca się żarówka miga, jakby chciała okryć tę scenę mrokiem, jednak musi patrzeć, na mnie, na małą dziewczynkę, przerażoną w windzie.
    – Nie bój się – chrapliwy, drżący z podniecenia, głos szepcze prosto w moją dziecięcą buzię, po której łzy spływają kaskadą – stajesz się kobietą – świszczy do mojego ucha, a jego ręka zachłannie zaciska się na moim ciele. Myślę o tym, że mam na sobie najładniejszą bluzkę i teraz będzie cała brudna i pomięta. Mama na pewno będzie zła.
    Winda hamuje z impetem. Mężczyzna gwałtownie mnie puszcza. Ktoś z trudem otwiera drzwi, a on nie czekając popycha je potrącając osobę stojąca na korytarzu. Do środka gramoli się kobieta z siatkami, złorzecząc pod nosem.
    – Wychodzisz?
    Nie odzywam się ani słowem, nie mogę, wciąż czuję zaciśniętą, śmierdzącą rękę na moich ustach. Spuszczam wzrok. Mam pomiętą bluzkę, tą na specjalne okazje…
    – Krzysiek idziemy! – mężczyźni wychodzą z windy. Jeden z nich odwraca się zaciekawiony, przez szparę zamykających się drzwi słyszę:
    – Coś ty jej powiedział?!
    – Nic – odpowiada i dorzuca lekceważąco – to stara panna, wiesz jak z nimi jest…

Dodaj komentarz