„Pamiętam, że” – czyli kolejna pisarska zabawa

Dziś chciałem wam zaproponować kolejną twórczą zabawę, w sam raz na pisarską rozgrzewkę na początek tygodnia. Niewiele trzeba, wystarczy tylko trochę wysilić pamięć – i pisać.

Ta pisarska zabawa nazywana jest zwyczajowo „pamiętam, że”. Każdy z nas ma wiele wspomnień, znaczących i mniej znaczących, pięknych i bolesnych. Wiążą się z nimi najróżniejsze emocje. To wszystko można przelać na papier. To świetna pisarska rozgrzewka, ale także sposób na przełamanie blokady twórczej. Efekty mogą być fantastyczne – kto wie, czy nie powstaną z tego całe opowiadania?

Napisz „Pamiętam, że” – to początek tekstu. Jakie obrazy z twojego życia nasuwają ci się na myśl? Spróbuj oddać je na papierze. Pisz swobodnie, pozwól wyobraźni krążyć. Zobacz, co z tego wyniknie.

Poniżej znajdziecie kilka przykładów wspomnieniowych tekstów będących efektem tej pisarskiej zabawy. Pierwszy jest mojego autorstwa, dwa kolejne – moich przyjaciół.

„Pamiętam, że pewnego razu moja babcia postanowiła nauczyć mnie obierania ziemniaków. Miałem z dziesięć lat. To był miły lipiec, przebywałem wówczas w domku letniskowym dziadków na jednej z beskidzkich wsi. Tamte wakacje – dziś odległe – kojarzą mi się z czystym błękitem nieba, niemal pocztówkowym widokiem gór (znacznie później miał mi przywodzić na myśl tapetę pulpitową) i tak samo fascynującymi, jak i przerażającymi nocnymi burzami, od których trząsł się ten mały świat.
Babcia – surowa i nieco apodyktyczna – przypominała mi Marylę Cuthbert, choć była znacznie bardziej skłonna do śmiechu, bo w gruncie rzeczy lubiła życie. Jej miłość wydawała się szorstka, trzeba było lat, które pozwoliły mi dojrzeć, abym w nią uwierzył. Możliwe, że wyrazem tej miłości – bardzo bliskiej trosce – okazała się próba nauczenia mnie, jak się obiera ziemniaki.
Pamiętam blaszaną, jasnoniebieską miskę pełną mętnej wody. Babcia pulchnymi rękami wyciągała kolejne bulwy i obracała w palcach, zręcznie manewrując nożykiem. Ziemniak – brunatny, przynależny raczej do gruntu niż do tego, co na powierzchni – bielał w jej dłoniach, obnażony. Och, gdybym mógł mieć taką zręczność w ruchach, jak ona! Niestety, raczej kaleczyłem ziemniaki (czy raczej jednego pechowego ziemniaka) niż je obierałem, nożyk nie tylko zdejmował skórę, ale wrzynał się również w jasne, nienaruszalne wnętrze.
– Spróbuj jeszcze raz – zachęciła babcia. – Bo będziesz sam jadł te ziemniaki, które obierzesz! – dodała, gdy druga próba przyniosła równie mizerne efekty, jak pierwsza.
Kolejny nieszczęśnik przywodził na myśl jedną z tych nowoczesnych rzeźb, nieforemnych, pozornie pozbawionych treści brył, które okazują się przedstawieniem miłości, radości, wstydu, człowieczeństwa czy innych, równie wzniosłych pojęć. Najmniej przypominał ziemniaka.
To był koniec mojej kariery obieracza. Musiałem jeszcze wysłuchać całej litanii, w której złość mieszała się ze współczuciem – że „tak ziemniaki zniszczyć, gówniarzu, to grzech”, że jestem „biedne dziecko, co nic nie umie”, że „ty się nic nigdy nie nauczysz”, że „ze mnie nic nie będzie”, że „mnie baba z domu wywali na zbity pysk” (cokolwiek mogło to znaczyć dla dziesięciolatka), że „zginiesz, dziecko, zginiesz w tym życiu, zdechniesz pod płotem jak ten pies”, że „Boże, Boże”. Potem mogłem wrócić do zabawy, a poczucie przegranej mieszało się z ulgą. Babcia jeszcze długo i nie bez przyjemności mruczała do siebie te ponure proroctwa.
Dziś jestem dwa razy starszy niż tamten chłopiec. Póki co nie zginąłem, nie zdechłem pod płotem, nikt mnie z domu nie wywalił za brak zdolności manualnych i czegoś się nawet zdążyłem nauczyć, ale akurat nie obierania ziemniaków. Ostatnio podjąłem kolejną próbę, pełen dobrych chęci i takiej samej niezgrabności w palcach. Tym razem zdążyłem zniszczyć tylko jednego ziemniaka.
Babcia żyła prawie osiemdziesiąt osiem lat. Często wspominaliśmy tamto lipcowe przedpołudnie, a wówczas śmiała się serdecznie. Tak, z tej porażki zrodził się powód do wspólnego śmiechu – a zatem cieszę się, że ostatecznie nie nauczyłem się obierania ziemniaków”.

                                                                                                                                                               Michał Paweł

„Pamiętam, że kiedyś w odległych latach 90. XX wieku przegrywaliśmy z kuzynem kasety. Internet dopiero się rozwijał (dla nas w ogóle jeszcze nie istniał), płyty CD już były powszechnie dostępne, ale były znacznie droższe niż kasety audio. Poza tym żadne z nas nie miało wówczas odtwarzacza płyt CD. Obydwoje byliśmy fanami pewnych zespołów i z zapałem kupowaliśmy ich kasety, a ponieważ kieszonkowe jedenastolatka jest dość ograniczone, to się tym dzieliliśmy- jedno z nas kupowało część kaset, drugie pozostałą część. A później w domu naszych dziadków przegrywaliśmy je od siebie. Było to dość toporne zajęcie, pochłaniało dużo czasu, i trzeba było do niego mieć dużą cierpliwość. Żadne z nas nie miało wtedy jeszcze magnetofonu z dwoma wejściami na kasety. Musieliśmy więc używać dwóch różnych magnetofonów, które przykładaliśmy do siebie głośnikami i wstrzymywaliśmy oddech. Dosłownie! W trakcie takiego nagrywania musiała być zupełna cisza, każdy szmer się nagrywał. Czasami jak jedno z nas niechcący kaszlnęło, trzeba było procedurę powtarzać od początku. Ten moment kiedy przyciskało się przycisk REC powodował lekki stres i następne trzy minuty mijały w napięciu żeby czasem nic nie zakłóciło tej ciszy. Po trzech minutach można było wcisnąć STOP i wziąć kilka oddechów przed nagrywaniem następnej piosenki.
Oczywiście muzyka z przegranych kaset nie była dobrej jakości. Mimo, że zachowywaliśmy wszelkie środki ostrożności i tak pewne zakłócenia powstawały – ale i tak nas to cieszyło. Widzieliśmy różnicę w jakości, dlatego kiedy spędzaliśmy ten czas razem u dziadków słuchaliśmy piosenek z oryginalnej kasety, jednak gdy rozjeżdżaliśmy się później, każde do swojego miasta, cieszyliśmy się z tej nie oryginalnej, ale naszej prywatnej kasety.
Z rozrzewnieniem i wielkim sentymentem wspominam te czasy kiedy trzeba było tak się namęczyć, żeby móc sobie w dowolnej chwili słuchać ulubionej muzyki. Kiedy nie było You Tuba i nie wystarczyło kliknąć myszką. Kiedy żeby dowiedzieć się czegoś o ulubionym artyście trzeba było kupić (lub przeglądnąć w kiosku) sporo „Brav” i „Popcornów”, a nie wystarczyło, jak dziś, kliknąć na fejsa i się dowiedzieć o swoim idolu i jego życiu więcej niż byśmy chcieli. Wtedy to wszystko bardziej cieszyło. Ale nie wrócą już lata 90., podobnie jak nie wróci już dzieciństwo”.

                                                                                                                                                                 Agnieszka

„Pamiętam, że pudło było wielkie (tak mi się wtedy wydawało) i stało na środku łóżka w małym pokoju. Tata zachęcił mnie żebym zajrzał do środka, co też uczyniłem. W pudle były setki małych woreczków, a w nich po kilkanaście dziwnych małych figurek przypominających misie. Figurki miały różne kolory i były elastyczne – można się było nimi bawić i je śmiesznie rozciągać. Ale nie do tego służyły – najciekawsze było to, że można je było jeść!
Był początek lat dziewięćdziesiątych, moi rodzice uczyli się w praktyce, czym jest kapitalizm, sprzedając konserwy i szynki na rozkładanym stoliku turystycznym na ul. Sienkiewicza (której w moim mieście nikt nigdy tak nie nazywał, bo dla wszystkich, nie wiadomo dlaczego, zawsze była Kocią). Tymczasem ja odkrywałem dla siebie smak żelków, nie wiedząc nawet, że tak się te śmieszne gumowe miśki nazywają. Ja sam tak właśnie na nie mówiłem, otwierając którąś paczuszkę z kolei, oglądając gumowe figurki i pakując je sobie od ust.
Oczywiście przyjemność z jedzenia czegoś tak niezwykłego nie byłaby pełna, gdybym nie mógł się nią pochwalić pod blokiem. Porwałem więc paczkę gumowych miśków i pognałem na podwórko. Nie trwało długo, jak wywołałem sensację wśród przyblokowej gawiedzi. Pogłoska, że mój tata jest teraz HANDLOWCEM i sprzedaje gumowe miśki obiegła osiedle jak błyskawica. Dzieci zaczęły pytać, ile kosztuje taka torebka miśków, tata powiedział, że pięćdziesiąt tysięcy, więc powtarzałem taką właśnie kwotę. Nie minęło dwadzieścia minut, jak pod moją klatką zaczęła się gromadzić całkiem liczna grupka kolegów i koleżanek z wyproszonymi u rodziców pieniędzmi w odpowiedniej kwocie. Dumnie prowadziłem dzieciarnię do domu, a tata sprzedawał miśki przez drzwi.
Z miśkowego interesu niewiele wyszło – tata nie kupił następnego pudła w hurtowni, być może uznał, że to się jednak nie opłaca. Zresztą interes z konserwami i szynkami też trzeba było w końcu zamknąć. Mnie pozostało wspomnienie smaku pierwszych żelków i świadomość, że byłem być może pierwszym i jedynym dziesięcioletnim specem od reklamy i marketingu w początkach rodzącego się polskiego kapitalizmu”.

                                                                                                                                                  Piotr

 

Jak wam się podobają te teksty?

Teraz wasza kolej! Czekam na wasze prace w komentarzach. Spróbujcie!

Inne literackie zabawy możecie poznać na kursie Pasja Pisania Inspiracje, który rusza 7 lutego. Mamy jeszcze miejsca. Można zapisać się tutaj. Zapraszam!

Źródło grafiki: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ziemniak, https://pl.wikipedia.org/wiki/ Kaseta_magnetofonowa, https://pl.wikipedia.org/wiki/Żelki_(słodycze)

73 Replies to “„Pamiętam, że” – czyli kolejna pisarska zabawa”

  1. Kasia Alias Kinga says: Odpowiedz

    Pamiętam, że stałam godzinami w kolejkach. Moje dzieciństwo i młodość upłynęły na staniu. Stałam czekając na? Ze coś rzucą, nieważne co, coś na pewno, wiec trzeba było stać.
    Czytałam stojąc, zabierałam ze sobą kilka książek, bo stanie mogło trwać całą wieczność. Wieczność dla nastolatki.
    Co wtedy czytałam? Pewnie wszystko co mi wpadło pod rękę: Prousta, Chmielewską, Orzeszkową, Fleszarową-Muskat, Zole.
    Groch z kapustą.
    Raz nawet spóźniłam się na lekcje, jak nauczycielka zapytała o powód spóźnienia odpowiedziałam: Stałam po jajka.
    Nikogo to nie śmieszyło.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Dobra historia i kapitalna puenta. Brawo, Kasiu!

  2. Pamiętam, że w kuchni w szafie stała filiżanka. Pękata, biała, z dużym uszkiem, ze złotym brzeżkiem. Różyczki na niej już pogubiły płatki, kolców nigdy nie było. To była filiżanka mojej babci. Babcia dostała ją od dziadka, gdy ten jeszcze żył. Moja babcia zawsze piła z niej kawę, mocną, prawdziwą, do śniadania, po południu do kawałka ciasta, czasem wieczorem. Myła filiżankę, polerowała różyczki – i ponownie napełniała kawą. Stawiała zawsze blisko, traktowała jak talizman. Dobrze mi się z niej pije – mówiła. Ale to było coś więcej. Co? Trudno powiedzieć, ale na pewno było to coś ważnego.

    Pamiętam, że zawsze starałam się dojść jak najbliżej stołu i dosięgnąć do filiżanki. Babcia nigdy mnie nie odegnała, nigdy nie syknęła, że to si, hi, albo coś równie głupiego, co dorośli mówią do dzieci, jakby były przybyszami z innej planety. Nigdy nie podskakiwała na krześle z okrzykiem – oj uważaj, bo zbijesz. Zawsze pozwalała dotknąć różyczek, a czasami nabierała na łyżeczkę odrobinę kawy i wlewała mi do buzi otwartej jak u pisklaka. Nie można dziecku dawać kawy – próbowała protestować moja mama. Przesadzasz – odpowiadała babcia – jeśli dziecku coś smakuje, to nie może być niedobre.

    Pamiętam, że moja babcia często czytała gazety. Popijała łyk kawy i komentowała to, co przeczytała. Najczęściej nekrologi. No zobacz jaki młody, a już umarł – wzdychała i upijała łyk z filiżanki. A najbardziej dziwiły ją nazwiska. Wiesz jak się jeden pan nazywał? – pytała mnie i czytała mi nazwiska z nekrologów. To było jak zaklęcia, dziwne wyrazy, niepodobne do niczego, co mogłabym wcześniej słyszeć. I wszystkie te nazwiska pachniały kawą. To musiały być czary, gazeta była pełna czarów, wystarczyło wypić łyk z filiżanki ze złotym brzeżkiem.

    Pamiętam, że sama przynosiłam babci gazetę i zadawałam setki pytań o to co oznaczają te dziwne znaczki. A babcia pokazywała placem i mówiła, że to K lub M albo B. Nie mogłam się nadziwić jaką moc i wiedzę dawała kawa z babcinej filiżanki. A później sama rozkładałam gazetę na podłodze i wyczytywałam niczym listę obecności nazwiska tych, których śmierć obwieszczała gazeta. I dziwiłam się, jak to możliwe, że jest tylu ludzi na świecie, że tak wielu z nich umiera, a wciąż jeszcze tylu jest. Skąd się biorą? I dlaczego umierają?

    Pamiętam, że babcia zamiast odpowiadać, brała mnie na ręce i tańczyła, śpiewała. Piosenki były różne, od kościelnych po ludowe, od żołnierskich po takie, których słowa nie powinny być wypowiadane przy dzieciach. No i czy to dziwne, że właśnie te ostatnie lubiłam najbardziej? I czasem, gdy w domu byli goście, śpiewałam ile sił w płucach. Brałam się pod boki, okręcałam, podskakiwałam, przytupywałam. Goście śmieli się i klaskali, rodzice czerwienili się po same uszy. Potem wieczorem mówili: Nie można takich rzeczy śpiewać przy dziecku. A babcia tylko machała ręką i piła łyk kawy ze swojej filiżanki.

    Pamiętam, że później przyszedł czas nauki w szkole. Brałam swój tornister i szłam do szkoły. Nie lubiłam tego. Nieskończone 45 minut, kiedy trzeba było siedzieć cicho. Potem kolejne i kolejne. Książki były fajne, ale w ogóle nie było w nich nekrologów. I tak mało nazwisk. Nazwiska przyszły później, były w podręcznikach historii, geografii, na okładkach lektur. Ci ludzie też w większości nie żyli. A opowieści o nich były jak tamte nekrologi w gazecie – opatrzone datą, czasem dodatkową informacją o tym, co się skończyło wraz z tamtą śmiercią. Pamiętam, że starałam się na bieżąco opowiadać o tym mojej babci. Zwłaszcza, że babcia nie czytała już gazet. Narzekała, że tyle w nich się pozmieniało, a literki są teraz takie malutkie. I tyle piszą o polityce. Po co to komu? Pamiętam, że mówiła do mnie: Kochanie, zrób mi kawę, wiesz, do tej filiżanki. A szkołą się nie martw, jest jak ospa, trzeba przez to przejść, nawet jak swędzi.

    Pamiętam, że któregoś dnia wszystko się skończyło. Para znad filiżanki zastygła w bezruchu, zimnej kawy nikt nie zmienił na ciepłą, a na drzwiach wejściowych do domu pojawił się nekrolog z nazwiskiem, które znałam, jak żadne inne.

    1. Beata, jeju, chwyciło mnie za serce to krótkie opowiadanie ;(

    2. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Beata, to przepiękna proza. Gratuluję.

  3. Niezwykłe teksty!

  4. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Piękne teksty, kaźdy.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Chomiczku, a dołączysz swój?

  5. Gratuluję autorom pięknych tekstów.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Lucy, liczę, że dołączysz się do tej zabawy:)

  6. Kasia Alias Kinga says: Odpowiedz

    piękne opowiadania, nie wiadomo którym zachwycić się bardziej. Nastrojowe, pełne barw, smaków, zapachów, chropawe jak ziemia spod kartofli albo gładkie jak kolorowe żelki. Wywołują emocje, łzy kręcą się w oku na wspomnienie babcinej filiżanki.

  7. Michał, oczywiście! Nie mogłabym przepuścić takiej okazji((:

  8. Pamiętam, że mama puściła mi Joan Baez.
    Mama nie była gadżeciarą, ale uczyła elektrotechniki i obsługę tableta przyswoiła bez większych problemów. Godziny w szpitalu/fotelu/łóżku płynęły jej szybciej, kiedy miała pod ręką pasjansa/przepisy/muzykę. Czasem przychodziłam do niej z budyniem, ściągałam buty i siadałam obok. Tablet miał dobre kąty widzenia i niezły dźwięk. Wcześniej i później rzadko poświęcałam tyle czasu na muzykę.
    Śmiałyśmy się z koncertu Joan Baez – jeszcze młodej, długowłosej jak Pocahontas, z uczuciem dzierżącej gitarę przed wyfraczonymi, dostojnymi Londyńczykami. Puściłam mamie ‚Czułość’ Soyki, Lao Che, teledyski Indili. – Morze! – rozmarzyła się przy „S.O.S.”. Potem znalazła Sound of Silence.
    Pamiętam, że wiedziałam.
    Wiedziałam, że muszę zapamiętać, bo niewiele już zdążę uzbierać takich wspomnień. Wiedziałam, że za każdym razem, kiedy usłyszę Simona i Garfunkela, pomyślę o tej chwili. Wiedzialam, że smutek oswojony może być piękny i harmonijny jak głos Joan Baez.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Olla, wspaniały tekst. Gratuluję!

  9. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Przyśpieszona edukacja
    Miałam wtedy lat sześć, a nawet sześć i pół. Zima przypuściła ostatni atak, zmroziła i zasypała śniegiem nasze podwórko. Huśtawki zyskały białe czapy, a piaskownica puchową pierzynkę. Na dwór wyjść mi zabraniano, a babcia musiała akurat wtedy pojechać z wizytą do swojej siostry, ponieważ rodzinę się odwiedza, a teraz była kolej babci. Atmosfera w domu zgęstniała, ponieważ kłopotem byłam ja i mój powrót z przedszkola. Kto mnie odbierze i gdzie się podzieję przez dwie godziny do powrotu mamy? Grzebałam widelcem w twarożku ze szczypiorkiem przysłuchiwałam się perrorze mamy i nieugiętej postawie babci. Było to nieznośne, ponieważ i tak wiadomo było, kto wygra, pomimo elokwencji, więc postanowiłam podać mamie pomocną dłoń.
    – Mogę pójść do Ani – mruknęłam półgłosem. Dorośli są czasami tacy ślepi na najprostsze rozwiązania.
    – Skończ wreszcie jeść i przestań wydłubywać ten szczypiorek. Do łazienki, jutro znowu nie będziesz chciała wstać.
    – Przestań ją strofować, ona ma rację.
    Wiedziałam, babcia zawsze szybciej łapała, o co mi chodzi. Zwolniono mnie z kolacji, kiedy rozmowa zaczęła dotyczyć wtrącania się w wychowywanie i rozważanie mojego pomysłu.
    W pamiętny dzień poszłam do domu Ani. Śliczny dom, z chińskimi obrazkami na ścianach i olbrzymią ilością książek, takich ciekawych, nie prawniczych, czy inżynieryjnych jak taty. Ciocia Ani po przyprowadzeniu nas z przedszkola zaraz wyszła, gdyż miała trzecią zmianę i tak zostałyśmy same na gospodarstwie. Przed wyjściem obdarzyła nas mnóstwem rad sprowadzających się do tego, aby nie otwierać drzwi i dobrze się sprawować. Nic nowego, tak zwykle mówili nam dorośli. Ania zarządziła całkowite zaciemnienie, ponieważ chciała mi coś ciekawego pokazać. Zasunęłyśmy więc kotary i narzucilyśmy koc na stół.
    – Tak trzeba. Musi być ciemność! – powiedziała widząc moje zdziwienie, po czym z wazy na biurku taty wydobyła kluczyk, otworzyła ostatnią szufladę i wręczyła mi stos kolorowych magazynów (to był Playboy, teraz to wiem), a sama pobiegła do kuchni po świecę.
    Władowalyśmy się pod stół, uroczyście zapaliłyśmy świeczkę i zaczęłyśmy wertować czasopisma. Trochę było gorąco i niepokoiłam się o tę świeczkę, ale Ania powiedziała, że do oglądania potrzebny jest nastrój. Jak dla mnie, za mało było obrazków w tych czasopismach, choć niektóre – nie powiem – były ładne, jednak kiedy Ania powiedziała, że jej tato ogląda je po kryjomu przed nią to uznałam, że to ważne i należy przyjrzeć się zdjęciom uważnie. Chichralyśmy się jak nigdy w życiu oglądając tych dorosłych w różnych pozach.
    Dzwonka do drzwi nie usłyszałyśmy, a nawet przekręcenia klucza w drzwiach, kroków i dopiero kiedy koc został uniesiony rozległ się krzyk taty Ani zastyglyśmy jak żołnierze z terrakotowej armii, o której kiedyś opowiedziała mi Ania.
    – Są tutaj!
    Rozpętała się dantejska awantura. Świeczka została zgaszona, a my wytargane spod stołu. Stałyśmy z boku i przyglądałyśmy się kłótni dorosłych. Ania spojrzała na mnie porozumiewawczo. Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam. Dorośli lubią się kłócić, ale co my miałyśmy z tym wspólnego. Trzeba to przeżyć. Na koniec mama wzięła mnie za rękę, szarpnęła i wyszłyśmy. Mama w trakcie drogi do domu mruczała pod nosem:
    – Co za zepsucie! Zepsuty dom.
    Mówiła do siebie, więc nie musiałam odpowiadać i zastanawiałam się nad książką, o której wspomniała mi Ania. Nazywała się Ka-ma-sut-ra i podobno były tam same obrazki, bardziej kolorowe i tajemnicze. Obiecała, źe wyjaśni mi, o co chodzi. Tamta książka stoi na najwyższej półce, pod samym sufitem i zdecydowanie jest nie dla dzieci. No cóż, następnym razem trzeba będzie przytargać drabinę, ale czy oni mają drabinę, zaniepokoiłam się. Nie, mają, kaźdy ma. A dom moim zdaniem wcale nie był zepsuty, było ciepło, a świeczkę zapaliłyśmy, bo tak trzeba było. Ania jest super i jesteśmy przyjaciółkami, a to przecież jest najważniejsze

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Świetna historia! Podoba mi się, jak manewrujesz nastrojami – i to zrozumienie dla dziecięcej psychologii!

  10. Fajne teksty, gratuluję. Powiało ciepłem, akceptacją. W takim razie i ja pozostanę w tym nastroju, nie będę znowu zgrzytać tragedią 😉

    Pamiętam, że drzwi były otwarte. Nie wiadomo, kto je otworzył, ale na pewno nie zrobiłam tego sama. Mogłam dostać do klamki. To nie to. Ale drzwi nie wolno było samej otwierać i już. Braciszkowi też nie, choć starszy. Gdyby jednak można je było otworzyć jakoś inaczej, nie rączkami, próbowałabym. Przysięgam na wszystko, otworzyłabym te drzwi siłą swojego serduszka czekając na Dadę. Bo Dada był najbardziej ukochany na świecie i Dada miał najwięcej na świecie miłości. Miał tę miłość wszędzie. Na górze, w rękach unoszących wysoko, i na dole, rozgilgotaną na dywanie, na brązowo pomalowaną w marynarce i na niebiesko roześmianą w oczach. I mnóstwo miłości miał też w słowach, którymi mówił o swojej wnusi. Gdyby Dada był ptakiem, a słowa źdźbłami traw, to z tych słów by mi uwił bezpieczne gniazdko nad taflą wielkiej wody.
    Sam Dada też był wielki i jak zwykle wielkimi krokami pokonawszy dwa piętra, przestąpił próg i porwał w ramiona, i tulił do chłodnego policzka moją buzię. Gdzieś z tyłu, z głośnym, świszczącym oddechem, po schodach drapała się Baba. Ale to on był moim wyczekiwaniem.
    Tego dnia pojechaliśmy z przystanku czerwonym Berlietem, którym wszyscy chcieli jeździć, bo był nowoczesny i zachodni. Wszystko miał inne. I schodki, po których łatwo było wejść nawet małej dziewczynce, i specjalne rączki do trzymania u sufitu. Plastikowe, na skórzanym pasku. Ale z rąk Dady można było do takiej rączki dostać i się troszkę potrzymać, i być dużą. Jednak teraz chodziło o to, by stanąć na własnych nóżkach i złapać się mocno metalowego uchwytu na rogu oparcia, a drugą rączką trzymać dużą, puchatą rękę Dady. Zbliżaliśmy się bowiem do pewnego specjalnego miejsca. Otóż na wiadukcie, gdzie droga przebiegała ponad torami kolejowymi, źle położony asfalt utworzył nadmierną wypukłość, na której nawet ciężkie pojazdy ulegały wybiciu. A potem, po króciutkim locie następowało lądowanie, oczywiście w dołku, bo jakość asfaltu na kolejnym metrach nie poprawiała się. Ale uciążliwość, gdy się jechało zwykłym autobusem, w dobrze resorowanych Berlietach zamieniała się w wyjątkowe doznanie, które nazywałam „wierceniem w brzuszku”. Wiercenie było na pierwszym miejscu autobusowych atrakcji. Siedzenie na kolanach Dady i pokazywanie paluszkiem różnych rzeczy, o których Dada wiedział wszystko, spadło po wprowadzeniu Berlietów na drugą pozycję. Tamtego dnia świadomy odpowiedzialności Dada, utorował nam w ciżbie amatorów nowoczesnego transportu miejskiego przejście, byśmy mogli osiągnąć dogodną pozycję z tyłu na kole. A potem szepnął mi do uszka, że już mijamy basen. Oznaczało to, że za moment autobus podskoczy, a wewnątrz brzuszka pojawi się to przyjemne coś, jakby kolorowy bączek tam sobie wirował. Skupiłam się więc aby niczego nie uronić i… jeeest, jakie śmieszneee, ha, ha, ha, zaśmiałam się i zadarłam główkę pionowo do góry by zobaczyć czy i Dada jest zadowolony, czy nadal tam jest. Och, jakże Dady mogłoby nie być! Za brzuch się złapał i przewrócił oczami, czym wywołał we mnie kolejną salwę wibrującego, szczęśliwego śmiechu.

    1. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

      Możesz zgrzytać :D. Tamten fragment był wstrząsający. Ten zresztą też lecz inaczej. Chciałoby się zadać wiele pytań.

    2. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Bestjo, ależ ciepła ta opowieść, ile w tym miłości!

  11. Pamiętam, że siedząc na szpitalnej poczekalni, przyglądałam się, jak mój kochany małżonek, dwoi się i troi, by zapewnić mi najlepszą opiekę. Musi to zrobić całkiem sam, bo niestety stan, w jakim się znajdowałam, nie sprzyjał mojej aktywności. Dorobiłam się pięknego zakażenia stopy po iniekcji dokonanej przez pająka. Bolało. Czułam się zmęczona i słaba, ale patrzę na mojego rycerza w białej zbroi, jak się sprawdza jako mężczyzna i uśmiechałam się zadowolona. Teraz wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.
    Przyglądałam się mojej uszkodzonej stopie owiniętej bandażem i zastanawiałam się, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy się udali do botanika, w ciągu ostatnich szesnastu godzin moja stopa przeobrażała się najpierw w kabaczka, potem w cukinie, by dzisiejszego ranka okazać się fioletowym i błyszczącym bakłażanem a do tego odrobinę przeciekającym. Zrobiłam mu szereg zdjęć, dokumentując moje zdolności ogrodnicze. Jedno wysłałam mojemu mężusiowi, który wpadł zziajany pół godziny później, zapakował mnie do auta i przywiózł tutaj.
    Patrzyłam jak w końcu, po odstaniu swojego w kolejce, podszedł do dziewczyny w rejestracji. Był wściekły, że tyle musieliśmy czekać, a to skutkowało zanikiem przyjemnego obycia, więc patrzył na dziewczynę z głęboką urazą.
    – Potrzebujemy się dostać do dermatologa- powiedział, kiwając głową w moją stronę.
    Ów młoda istota łypnęła na mnie i się uśmiechnęła.
    – Czyli chce się pan z córką dostać na ostry dyżur?
    Przysięgam, że widziałam parę buchającą mu z uszu i słyszałam zgrzytanie zębów, pochylił się nad nią i warknął.
    – To nie jest moja córka, tylko żona!
    Szczerze, pomimo mojego stanu dławiłam się ze śmiechu, co wcale nie pomagało, bo mój- doprowadzony do ostateczności mąż wyglądał, jakby miał wyjść z siebie i stanąć obok. Warknął więc też i na mnie.
    – A ty byś mogła się chociaż raz odezwać!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Violka, rozbawił mnie ten tekst na kursie, rozbawił i teraz:)

    2. Violka, siedzę, czytam i śmieję się do ekranu 🙂
      PS. Współ – czuję, bo znam to z autopsji. Parę lat temu na basenie mojemu mężowi, mnie i naszemu dziecku chcieli sprzedać bilet rodzinny, dla taty z dwojgiem dzieci ;-).

  12. Pamiętam opowieści mojego ojca.

    Tę o pradziadku Stanisławie, urodzonym w 1861 roku. Na jedynym zachowanym zdjęciu wygląda jak mój tata, tylko dwadzieścia lat starszy. Dzisiaj poświadczono by mu zdolności przywódcze, a ja myślę, że pradziadek, chłopski syn, marzył o dalekim świecie. Przeszedł kraj wzdłuż i wszerz, prowadzając grupy pątników po maryjnych sanktuariach.

    Pamiętam opowieść o jego żonie Mariannie. Mieszkali w czworakach dla służby gdzieś pod Grójcem, a Marianna dorabiała haftem przy pańskim dworze. Rodzinna legenda głosi, że pod jej palcami kolorowe nici zmieniały się w małe dzieła sztuki.

    Mój ojciec, fizyk-teoretyk, kocha pracować rękami.

    Wciąż czuję ostry, zalatujący benzyną zapach sznurków, które wiązał w makramy. Nie korzystał z gotowych wzorów, prowadzony wyobraźnią splatał kwietniki, torby i makaty.

    Pamiętam, jak tkał gobeliny. Najbardziej lubiłam ten w domu babci, abstrakcyjny pejzaż w jesiennych barwach na tle drewnianej ściany.

    Pamiętam tatę przy maszynie do szycia. W czasach, kiedy wyposażenie domu trzeba było zdobyć, a nie kupić, sam szył zasłony i nowe obicia na meble. Praktykował niegdyś u swojego wuja tapicera i wykorzystał ten czas. Cały mój tata.

    Pamiętam też koszulkę z białej flaneli w kwiatki. Miękka, z rękawami obszytymi koronką i bladozieloną aksamitką.
    I mała. Bardzo mała.
    Za mała na noworodka, za mała nawet na moją lalkę–niemowlę.
    – Tonęłaś w najmniejszym rozmiarze – uśmiechnął się tata. – Wcześniaki są takie maleńkie.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ola, świetny tekst, a ze względu na genealogiczną pasję bardzo mi bliski. Układa się w zajmującą opowieść rodzinną, swoistą sagę w kilku zdaniach. Brawo!

  13. Jedyne co pamiętam to chłód. Nie jestem w stanie wyjaśnić, dlaczego uwielbiam Barbarę Straisand. Pozdrawiam Was, pisarze.

  14. Pamiętam, że do piekarni szło się koło fary (wcześniej trzeba było przejść przez szosę, ale w tamtych latach, kiedy do wsi autobus zajeżdżał dwa razy dziennie, półciężarówka z dostawą do „gieesu” dwa razy w tygodniu, a prywatny samochód jeszcze rzadziej, było to czystą formalnością), potem lewą stroną rynku, mijając po drodze sklep żelazny, gospodę i sklepik z różnościami, do którego zachodziło się nader często, a to po olejki i sodę oczyszczoną do ciasta, a to po naftę do lampy czy lep na muchy; doszedłszy do rogu, należało skręcić w lewo i zaraz pierwszą uliczką w prawo. Za drewnianą bramą krył się niziutki parterowy budyneczek, zbyt mały, by pomieścić w sobie i samą piekarnię, i lokal sklepowy, więc od rozgrzanych pieców i krzątających się między nimi czeladników w białych płóciennych portkach i mokrych od potu podkoszulkach oddzielała klientów tylko niska lada. Gorące bochny, zrzucane na nią z drewnianych łopat, od razu znajdowały miejsca w koszach i torbach oczekujących. Potem dumni posiadacze rowerów przewieszali swój bagaż przez kierownicę, naciskali na pedały i w mgnieniu oka znikali w którejś z sąsiednich uliczek, a reszcie nabywców dany był ten luksus powolnego spaceru, podczas którego z torby (a właściwie z przyciętego do odpowiedniej wielkości worka po mące, którego doszyto rączki z grubego postronka) buchał kuszący zapach świeżo upieczonego chleba. Jakaż to była walka ze sobą! Skubnąć, nie skubnąć? Lśniąco brązowa, chrupiąca i jednocześnie giętka skórka i kryjący się pod nią gąbczasty, parujący, słonawo-słodkawy miąższ urastały w małej świadomości do rangi niewyobrażalnych delicji; gdyby mnie wówczas ktoś kiedyś zapytał: „marcepan czy piętka?”, z pewnością wybrałabym piętkę, zrobiłabym to zresztą i dziś, gdybym mogła znów przejść tamtą drogą, stanąć przed ladą i zgarnąć do torby tamten chleb… Piekarnię zamknięto jeszcze za życia dziadków; wtedy zaczęliśmy chodzić do tej drugiej, po prawej stronie rynku, gdzie prócz zwykłego żytniego chleba można było kupić pszenne bułki, chałki, rogale, z czasem nawet i graham. Tam piece kryły się na tyłach, a w schludnym lokalu od frontu upieczony zawczasu towar czekał na klientów na półkach i w koszach ustawionych na ladzie. Żadnego żaru, żadnego potu, za ladą żona lub córka właściciela w banalnym sklepowym fartuszku. Smaczne było, jasne, że smaczne, tylko magia ognia gdzieś uleciała…
    Pamiętam, że do biblioteki można było iść na co najmniej dwa sposoby: albo chodnikiem po drugiej stronie szosy, wzdłuż ogródka tych, co mieszkali w dużym drewnianym domu na rogu – mój Boże, jakżeż oni się nazywali? – i potem w lewo, albo sekretną ścieżką między płotami, wiodącą na podwórko remizy, przez które należało się przekraść w miarę szybko, by nie zostać obsztorcowanym przez strażaków za zakłócanie bojowej gotowości, potem przemknąć pod murem remizy i już się wychodziło vis-à-vis drewnianego baraczku, mieszczącego zapasy pokarmu równie istotnego dla duszy, jak chleb dla ciała. Zawiadywała tymi zapasami starsza pani, wyglądająca jak stereotyp bibliotekarki: niska, szczupła, z gładko uczesanymi szpakowatymi włosami, w okrągłych okularach w solidnej oprawie, ubrana w prostą wełnianą suknię z kołnierzykiem albo w spódnicę za kolana, koszulową bluzkę i dziergany pulowerek. Nie była może tak serdeczna i wylewna, jak niektóre panie z miejskiej biblioteki, w której później kontynuowałam swoje książkowe łowy, miała natomiast niesamowity dar, jakiś siódmy zmysł umożliwiający jej rozeznanie potrzeb czytelnika po zamienieniu z nim ledwie paru zdań. Pamiętała wszystkich swoich klientów – i tych regularnie co tydzień czy dwa wypożyczających po jednej sztuce, i takich, którzy brali coś dwa czy trzy razy w roku i przetrzymywali „do upadłego”, i sezonowych, którzy zachodzili tylko w zimie, w okresie spokoju od prac polowych, albo podczas dwóch miesięcy szkolnych wakacji. Książki wolałam zawsze wybierać sama, buszując między regałami, wyciągając jedną po drugiej i przeglądając w otwartych na chybił trafił miejscach, ale jeśli panna B. podsunęła mi jakiś tytuł, nie musiałam zaglądać do środka; czułam, że będzie dobry i nigdy nie doznawałam zawodu. Nie pamiętam, czy ostatnią wypożyczoną książkę oddałam sama, czy zrobili to już po moim wyjeździe dziadkowie. Ale pamiętam moment, gdy podczas jednego z coraz rzadszych i coraz krótszych spacerów po wsi odkryłam, że w budyneczku, teraz obłożonym cegłą i otynkowanym, ktoś mieszka. Bibliotekę przeniesiono do nowego lokalu, uliczkę dalej, i już ktoś inny dbał o dostarczanie mieszkańcom gminy duchowej strawy…

    Coraz mniej jest ludzi, którzy pamiętają, jakimi książkami czarowała czytelników panna B. i jak nazywał się ów twórca najsmaczniejszego na świecie chleba (czego i ja nie mogłam sobie przez dłuższy czas przypomnieć; oświecenia doznałam dopiero na cmentarzu, natrafiwszy na przechowywane w jakichś zakamarkach pamięci nazwisko całkiem niedaleko od nagrobka bibliotekarki).

    Ja jeszcze pamiętam, że…
    Ale jeśli zapomnę?

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Dot, przepiękny tekst, świetnie skonstruowany i taki sugestywny! Czułem zapach pieczywa, widziałem pannę B. Przeniosłem się tam.
      Brawo!

    2. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

      Skubnąć, koniecznie skubnąć! Zawsze skubałam. Te kęsy były najlepsze, a że chleb docierał w nienajlepszej kondycji, to trudno. Kiedy wystygł zawsze można było go wyrównać.

  15. Wasze opowieści są CUDNE!!! Pozwólcie, że i ja jeszcze raz zabiorę głos.

    Miałam kiedyś przyjaciółkę, taką od serca, towarzyszkę w doli i niedoli szkolnych lat. Zresztą przyjaźnimy się do dziś, a historię, którą Wam opowiem, wspominamy często i chętnie.
    Pamiętam, że moja przyjaciółka miała dziadków na wsi. Dziadkowie byli przesympatyczną parą staruszków i uwielbiali młodzież. W efekcie wszystkie urodziny, imieniny i inne szalone imprezy odbywały się na wsi u owych dziadków. Wspominany dom na wsi był idealnym miejscem na takie akcje, tam nikomu nie przeszkadzały hałasy, pogoda jakoś zawsze dopisywała, a dziadkowie cieszyli się, że młodzież do nich lgnie, czyli ogólnie super.
    Podczas jednej z takich imprez musiałam skorzystać z toalety. Zwykła rzecz, prawda? No tak, ale ja zamiast pójść do łazienki, która była w domu, postanowiłam skorzystać ze starego tradycyjnego wychodka z serduszkiem, który wciąż był i działał na podwórku. Wymyśliłam sobie, że nie chcę przeszkadzać dziadkom. Jak widzicie mentalność nastolatka bywa zaskakująca, bo durne śpiewy i krzyki oraz muzyka, od której podskakiwał dach, były ok, ale skorzystanie w nocy z wc, to już nietakt.
    Okolicę znałam dobrze, do tego pięknie przyświecał księżyc, idealna atmosfera na nocne wypady za potrzebą. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że w przybytku jest mało miejsca, postanowiłam więc wszelkie niezbędne czynności wstępne wykonać na zewnątrz. Podwinęłam sukienkę niemal pod same pachy, dolne elementy garderoby zsunęłam do wysokości kolan – i tak przygotowana, tyłem naprzód, wkroczyłam do kibelka. Mój następny kontakt z rzeczywistością był niebywałym szokiem, gdy gołym tyłkiem usiadłam na coś miękkiego, ciepłego, zdecydowanie żywego. Boże! Przecież ja usiadłam komuś na kolana! Wyskoczyłam niczym korek od szampana, drąc się z szoku i strachu wzięłam taki rozpęd, że nie przeszkadzały mi nawet „niewymowne” które zsunęły mi się już niemal do kostek. Zatrzymałam się gdzieś na polu z rzepakiem i w środku świętej nocy usiłowałam złapać oddech i nie paść na zawał. Największym problemem było dla mnie, KTO tam był. Kto dostąpił wątpliwego zaszczytu, żeby zobaczyć mój pionowy uśmiech?
    Płonąc ze wstydu i zażenowania postanowiłam wrócić na domówkę i zobaczyć kogo brakuje. Zestresowana cichutko przylgnęłam do ściany i w milczeniu sprawdziłam listę obecności – nikogo nie brakowało. Co więcej, niczyje zachowanie nie wskazywało na to, że chwilkę wcześniej mógł być ofiarą mojego ataku w drewnianym kibelku. To wprawiło mnie w jeszcze większą konsternację.
    Moja przyjaciółka zauważyła moją nietęgą minę i podeszła do mnie.
    – A ty co tak oczy wytrzeszczasz, jakbyś diabła zobaczyła?- zapytała.
    Opowiedziałam jej więc, że to nie ja zobaczyłam, tylko ktoś inny, póki co nie wiem kto. I że nie diabła, tylko coś zupełnie innego, choć też na „d”. A teraz próbuję odgadnąć kto to mógł być i że bardzo ją proszę, żeby zobaczyła czy babcia i dziadek są w łóżku i śpią.
    A moja przyjaciółka prawie udusiła się ze śmiechu i ledwo dała radę wykrztusić:
    – Ja nie wiedziałam, że będziesz chciała tam korzystać. Zapomniałam cię uprzedzić, że tam często na desce śpi kot.
    Kot! A niech cię pies, pchlarzu jeden!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Zabawna historia, Beata:)

  16. Brawo, przy pierwszej twojej historii się niemal popłakałam, a przy drugiej też, że śmiechu:)
    Ile wspomnien w tych wszystkich wpisach! Każdy na swój sposób oddaje magię przeszłości, gdzie wszystko było najważniejsze, najpiękniejsze, najsmutniejsze, najśmieszniejsze.
    A jak będzie wyglądał dzisiejszy dzień we wspomnieniach za dziesięć, dwadzieścia lat? Jakie kolory, zapachy, drobiazgi wyjdą na pierwszy plan? Co będzie „naj”? Kto wie…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      „Ile wspomnien w tych wszystkich wpisach! Każdy na swój sposób oddaje magię przeszłości, gdzie wszystko było najważniejsze, najpiękniejsze, najsmutniejsze, najśmieszniejsze.”

      To prawda, Ollu!

  17. Jestem zachwycona Waszymi tekstami. Wzruszają, emanują miłością, a świeży chleb chciałabym spałaszować, czując między zębami chrupiącą, brązową skórkę.
    Gratuluję Wszystkim udanych tekstów i ja,tak na sam koniec, też wstawię jedno z moich wspomnień.

    Pamiętam, że oglądając film ,,Braveheart – Waleczne Serce’’, zakochałam się w Szkocji-miłością naiwną i wyimaginowaną. Miłością jaką dziecko, obdarza wróżki i elfy, po przeczytaniu książki. Ale taka miłość jest dobra, szczególnie dla kogoś, kto nie jest jeszcze dorosły, ale na pewno nie jest już nastolatkiem.
    Czego można było się spodziewać dorastając w szarej Polsce, w blokowiskach górniczego osiedla? Niewiele. Ale czy narzekałam? Absolutnie! Cóż to było za dzieciństwo! Wśród placów budowy, ,,żabioków” powstałych podczas drążenia koparek w ziemi. Dzieciństwo bez: ,,zostaw, bo się pobrudzisz.” Dojrzewania w promieniach słońca, chwytając je na dachu czteropiętrowego bloku.
    Pamiętam, że oglądając ten film w wąskim pokoju, który dzieliłam z siostrą, przeszła mnie myśl, że to wielka szkoda, że nigdy nie pojadę do Szkocji, usłanej wrzosami. Szkocji z porozrzucanymi zamkami, niczym klocki na dywanie. Bo przecież jaka była szansa, że wyjadę za granicę? Żadna!
    Życie jednak bywa przewrotne, a może to siła marzeń? Lubię wierzyć, w to drugie. Pamiętam, że ściskałam w dłoni bilet do Pragi, bo czternaście lat temu nie było lotów bezpośrednich do Szkocji. Rozglądałam się po lotnisku, które było z pewnością mniej zaludnione, niż w tych czasach. Pamiętam długi lot i ogromną radość wypełniającą mnie po brzegi.
    Pamiętam, że kiedy koła samolotu uderzyły o płytę lądowiska, nie mogłam doczekać się, kiedy zobaczę choć skrawek ziemi, po której biegał William Wallace, walcząc o niepodległość tej Zielonej Kariny.
    Pamiętam pierwszą mocno owłosioną krowę, która pasła się na zielonych pastwiskach, wznoszących się ku niebu, niczym monstrualne wielbłądzie garby. Pamiętam, że podróż autobusem, z Edynburga do Peebles, była zbyt krótka, a ja swoim zachowaniem różniłam się od podróżującego dziecka, tylko tym, że nie lizałam szyby. Zachwycałam się wszystkim. Po prostu wszystkim co widziałam! Kamienistymi ogrodzeniami, domkami niczym z opowieści o Hobbitach. W ciągu całej drogi, przeprowadziłam z Anglii do Szkocji: Jane Eyre, Heathcliffa i Katy, Elżbietę i Darcy’ego. Mogłabym przysiąc, że mijając mały kościółek w Penicuik, widziałam pastora Collins’a. Tak! Ta podróż była jedyna w swoim rodzaju.

    Pamiętam, że mocno stąpnęłam na ziemi, kiedy przywitała mnie trudność w szukaniu pracy i brak wiary w siebie. Każdy dzień hartował mnie, jak uderzenie zimnej wody płynącej z wodospadu Moffatt, tępiącej ostre krawędzie nieśmiałości i niewypowiedzianych ambicji.

    Pamiętam, że kręciła mi się w oku łza, żegnając się z nowymi przyjaciółmi, a radość z powrotu do Polski, mieszała się z tęsknotą za Zieloną Krainą, usłaną tajemnicami i moimi wspomnieniami.

    A co z miłością do Szkocji? Pozostała. Mniej naiwna, ale bardziej melancholijna i zahartowana. Odkrywcza, ale nadal piękna. Trochę z rysami, ale przeżyta i prawdziwa.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Piękna opowieść, Lucy!

  18. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

    Może i nie na koniec wstawisz, może za Tobą pojawi się jeszcze kilka tekstów:).
    Film „Braveheart” dla mnie też miał w sobie magię. Ty miałaś szczęście ją przeżyć i też zobaczyć.

  19. Chomiku Buszujący w Zbożu, wszystko przed Tobą. Życzę Ci tej magicznej podróży. Jeśli o niej naprawdę marzysz, to z pewnością ją odbędziesz (:

  20. Pamiętam, że było ciemno.
    Miałam już jedenaście lat i nie bałam się ciemności, ale ta była inna. Duszna, przesycona kwaśnym zapachem potu i żarem gorączki. Byłam zbyt osłabiona, by iść się wykąpać. Moja skóra była pomarszczona i matowa, niczym czekolada pokryta kwiatem tłuszczowym.
    Szkarlatyna. W XXI wieku. Niepojęte.

    Nie mogłam oczywiście tego wiedzieć, byłam tylko dzieckiem, które strasznie się drapało i miało światłowstręt. Największą tragedią była dla mnie wiadomość, że nie pojadę z klasą do kina. Dla dziecka z małego miasteczka, gdzie jedyną rozrywką było oglądanie przejeżdżających pociągów, wyprawa do miasta wojewódzkiego to przeżycie na miarę Gwiazdki. Wszystko miało być magiczne: jazda autobusem, ruchliwe ulice, Happy Meal w McDonaldzie, a w końcu i samo kino – popcorn i ogromna cola, magia sali i wstrząsająca głośność dźwięku, bez porównania ze starym, kineskopowym telewizorem (aż cztery kanały, w tym dwa czeskie!).

    I nie pojechałam. Do dziś pamiętam, że to była środa – pierwszy dzień, kiedy poczułam się na tyle dobrze, żeby wstać z łóżka. Mieszkałam na przeciwko mojej podstawówki. Odsunęłam lekko zasłony w pokoju i obserwowałam z rozpaczą, jak przed budynkiem zbierają się moi koledzy i koleżanki, z małymi plecakami, wypełnionymi kanapkami, żelkami i wszystkim, czego jedenastoletnie dziecko potrzebuje w trakcie godzinnej jazdy autobusem.
    Leżałam później przybita i rozczarowana niesprawiedliwością życia – może wtedy właśnie zdałam sobie sprawę z tej cechy? Pewnie nie, wspomnienia zawsze zabarwione są tym, co jest pomiędzy wtedy a teraz. Dziś mogę powiedzieć: pierwszy raz poczułam się pominięta. Ale tamtego dnia byłam tylko przeraźliwie przygnębiona.

    Mama, widząc moje smutne oczy, osadzone głęboko w pokrytej wysypką twarzy, postanowiła mnie pocieszyć. Wyszła z domu po pretekstem kupienia chleba i papierosów, ale wróciła z książką pod pachą. „W pustyni i w puszczy” – lektura, której ekranizacja właśnie mnie omijała.
    Zaczęłam czytać. Strona po stronie, aż po pierwszym rozdziale stwierdziłam, że nie dam rady. Nuda wiała z każdego zdania, wcale mnie nie interesowało, co wydarzy się dalej.
    Rozczarowanie za rozczarowaniem.

    Skoro jednak poprawiło mi się na tyle, że byłam w stanie znieść nikłe światło lampki nocnej, szkoda było tracić czas na leżenie i wgapianie się w sufit. Wstałam, zataczając się lekko i podpierając rękami ściany. Kucnęłam przy regale z książkami i mętnym wzrokiem zaczęłam szukać jakiejś lektury. W końcu wybrałam. Umościłam się wygodnie pod flanelową pościelą, nieco jeszcze sztywną i oporną, niezagrzaną moją gorączką, pachnącą ostro proszkiem i czystością.
    Otworzyłam książkę i przeczytałam tytuł pierwszego rozdziału:
    „Chłopiec, który przeżył”.

    I znów powraca kwestia perspektywy. Gdybym wtedy wiedziała to, co dziś, pewnie zamknęłabym tę książkę i zastanowiłabym się nad symboliką wszystkiego.
    Oczywiście nie było to możliwe.
    Po prostu zaczęłam czytać, ot – książka.

    Nie spałam całą noc, szorując wzrokiem po kolejnych stronach, rozgorączkowana, ale inaczej niż do tej pory – z podekscytowania, nie choroby. Mama mnie okrzyczała, że powinnam spać, bo jestem chora i potrzebuję siły, żeby wyzdrowieć.
    Oczywiście jej nie posłuchałam.

    Tak zaczęła się moja przygoda z Harrym Potterem. Książką, która zmieniła moja dzieciństwo.
    Myślę, że to dziwne, jak szczegółowo pamiętam te dwa tygodnie choroby, spędzone w półmroku, pełne westchnień i zachwytów. Powinnam być osłabiona, marudna i smutna. A jednak – gdy to wspominam, na moje usta wypływa szeroki uśmiech. To coś na kształt wspominania najlepszego przyjaciela z dzieciństwa albo pierwszych wakacji nad morzem.

    Chociaż nie, zmieniłam zdanie.
    Dziś mogę powiedzieć: wcale się nie dziwię, że tak dokładnie to zapamiętałam. W końcu wtedy przestałam być mugolem.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Świetna historia o narodzinach książkowej miłości! Dla mnie – to gotowe mini-opowiadanie. Brawo!

  21. BŁĄD.

    Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. Myślę, że nie wcześniej nim przestałem być dżinem ze stłuczonej butelki nieistnienia. Unosiłem się wówczas nieważko w obrębie rogatywki ulic Lechickiej, Podlaskiej i Kościuszki, sfastrygowanych śmiercionośnym ściegiem torów, żółto-niebieskiej, podmiejskiej kolejki. Na chybił, sto arów przydomowego, umówmy się, bezpieczeństwa.
    I chociaż ojciec, stolarz, bił we mnie gwoździe rodzicielskiego obowiązku, a matka pchała lewatywy zdrowotnej troski, rany paroletniej duszy bliźniły się szybciej, niżby pragnęli tego oprawcy.

    Nie, to nie mogło być wtedy. Eteryczne istnienie nie potrafi niczego zgromadzić. Co weń wpadnie, to wybiegnie płaczem, rozpuknie śmiechem, przetrawi czkawką lub sikiem w majtki ze strachu.
    To musiało być potem.

    Od szybu Staszica, który gdzieś za torami w lesie, po wieże ciśnień na zachodzie, niebo opanowała pomroczność. Było sucho, ale presję dośrodkowo wirujących chmur odczuwało się, jak chuch wywichniętego na zakręcie pijaka, podczas jazdy autobusem, tuż przed wymiotką.
    Ojciec zalał skodę do pełna. Matka spakowała, co się dało. Brat, bytujący w konsystencji sita nie był w stanie zabrać nic. Podobnie, jak jeszcze niedawno mnie, wszystko przelatywało mu przez ręce.
    Wziąłem Jasienicę w Piastach i Jagiellonach i podręczniki do historii, od cztery, do osiem. Potoczyliśmy całoroczne opony (innych wówczas nie było) w góry, w Beskid, w Ujsoły! Chen pod czesko słowacką granicę, gdzie wody czyste, powietrze zdrowe, kury na płotach i diabeł mówi: wilk omen.
    Ojciec pociągnął skodą ostro i rozpłatał niebo. Rzygło deszczem, jak makaronem w rosół. Tryskaliśmy oczkami tłustych kałuż w szczypiorkową zieleń przydrożnych rowów, a w radio Czerwone Gitary też ciągle padały i z tego, chyba deszczu, struny instrumentów ślizgały im się po gryfach jak po brzuchu ryby(?). Zasnąłem przyszpilony do tylnego siedzenia osią na okrętkę refrenującej piosenki. W tle, rozbabraną sztalugę lata rozgarniała jedyna sprawna wycieraczka, przeskakując po szybie, jak igła gramofonu bambino, na wyjeżdżonym winylu.

    Po dwóch tygodniach ciaparygi i świechtania książek, przykuła się do mnie skała. Okrągła, szara, zlana deszczem, jak talizman wydarty sercu góry, wystawała z podgardla roznegliżowanego z kosodrzewiny stoku. Pulsowała chłodem i wyniosłością niczym kometa przybyła z innych światów. Niedosięgła, daleka, wlokła za sobą od zakola wezbranej rzeki ogon rumoszu i białego piachu, po sklepieniu zbocza.
    Kiedy rano człapałem, jak czapla wzdłuż rzeki, ruchomą mrowiem strumyków, zamienioną w błoto drogą, czułem wzmagające przyciąganie. W zakolu przeginało mi w ręku bordową parasolkę. Deszcz chlupał strumieniem po srebrnej pelerynie, krople ostukiwały twarz. Wyginając w krzyżu jak łyżeczka Uri Gellera, nawlekałem oczy na śledzącą mnie skałę i osuwałem denko dzbanka na mleko w błoto, a siebie w zachwycenie.
    Zapragnąłem dotknąć ciszę skały, zaszyć spojrzenie w jej wnętrzu i uszczknąć spokoju.
    Wieczorami, nakryty przywiezioną z domu kołdrą w bałwanki, patrzyłem na Matkę Boską wytrwale klęczącą w rogu poddasza. O lnianych włosach i błękitnym spojrzeniu pochylała blade lico nad blond lokatym bobasem. Nagi, pękaty, z wyziębionym fafiurkiem, gestem parweniusza sypał złotą pszenicę przez rozklekotaną ramę między ponastawiane wszędzie miski i garnuszki, wyłapujące przesiąkającą dachówki deszczówkę.
    Miażdżyłem grudami powiek tę płową fantasmagorię, dosiadałem skałę i dawaliśmy susa w noc.

    Świat wokół mnie zassała skała. Wyczekiwałem kiedy skończy się deszcz. Nikomu nie zdradziłem swojej fascynacji. Matka przejęła by się zdrowiem mych zmysłów. Przez brata przeszło by bez echa. Natomiast ojciec, jego nie było, wrócił do swych gwoździ jeszcze tego samego dnia, kiedy nas tu przywiózł.

    Ta noc była inna. Wieczorem pod oknami chaty, przetaczały się tabuny śmiechów. Słychać było mlaskanie gumofilców, ujadanie przekleństw.
    -Wilki. Omen -przeżegnała się matka.
    -Impreza -oblizał się brat i odwiosłował z pluskiem, i szelestem pościeli w sen.
    Leżałem długo i nasłuchiwałem przypływów, i odpływów, skrytej mrokiem, ludzkiej aktywności.
    -Wypierdalać, ćwoki! – plunęła z rozświetlonego ganka nasza gospodyni i odcięła, jak nożem harmider od ciszy. Światło zgasło. Deszcz przestał padać.

    Rano mógłbym mleko wydoić za progiem z powietrza. Zadowoliło by to jednak tylko brata. Musiałem ruszyć na słuch wzdłuż kląskającej o porosły chabaziami brzeg rzeki. Sunąłem powoli. Drobiny wody osiadały na włosach, pelerynie, perliły na dzbanku. Przystanąłem w zakolu, poprawiłem foliowy takielunek ale coś się zmieniło, coś było inaczej. Nie czułem skały. Omiatany mgłą zapadałem czarnymi kaloszami w błoto i badałem drewnianym okiem i uchem pustkę, i biel.
    Nadbiegł szybkimi cmoknięciami pies i mnie potrącił. Zobaczyłem tylko jego oblepiony burą mazią zad z odkorkowaną z błota różową maliną pod obciętym ogonem. Gdzieś zaskrzypiała studnia, nieopodal ktoś kichnął z wątroby, zaleciało gnojem. Świat przechodził z nocnej mary w jej krzywe, dzienne odbicie.

    To stało się nagle, gdy wracałem i znowu mijałem zakole. Góra z mgły wynurzyła najeżony igliwiem kaptur. Nad nim, jak w czołówce westernu, zaszperały liche reflektory słońca. Kaptur ociekał, dymił, parował. Wysunął w końcu ku światłu kamienny podbródek, a pod nim, nie mogłem uwierzyć, skałę przepasaną czarnym krzyżem.
    -Co!? Swastyka!? – krzyknąłem i puściłem dzbanek w błoto.
    Chachające gumofilce nocą, przy udziale przekleństw zakneblowały skałę nazistowskim znakiem. Nie wierzyłem oczom.
    Tak, miałem kolegów w szkole, co na przerwach pozdrawiali się faszystowskim gestem hali Hitler. Znałem morze starszych, co go stawiali za wzór zaklinając, że taki bardzo by nam się przydał. Nie cierpieli Żydów i czarnych w Afryce.
    „Wybitny przywódca, genialny strateg. O, taki to by sobie poradził z komunistami. A jaki by porządek zrobił, że hej!”
    Nauczyciele, bez słowa, mechanicznie, wchodząc do klasy łapali za gąbkę i ścierali z tablicy swastyczne pozostałości po przerwie. Dla mnie to były bujdy i głupia zabawa, ale tu, wysoko, na mojej skale? To poważna historia. Czułem odpowiedzialność. Patrzyłem na skałę i wiedziałem, że się dusi, dławi, bo nie może emanować w świat, przestrzeń tym, co w niej najważniejsze, pierwotne i mądre.
    Na jej czyste, przepełnione jednością przesłanie ktoś nałożył chomąto tendencji, podziału i drwiny. Skała i ja cierpieliśmy, a to domagało się czynu.
    Mgła zawróciła, i niczym szpitalny parawan na powrót skryła miejsce profanacji.
    Pognałem do chaty. Brata wydarłem z bałwanków. Ruszyliśmy na szczyt.
    Oślizgłe, oblepione napitym mchem głazy, partia drzew rosłych, masywnych, potem kosodrzewiny.
    Przekroczyliśmy rzekę po ofoliowanych workami reklamówek kamieniach, przytrzymując się wzajem za kołnierz. Brat zakręcił łyżeczkami nóg i rozpuścił we mgle. Zionęło grzybami i naftaliną dziczy. Z mokrej, modrzewiowej palisady wzdłuż ścieżki wygłupiały pyski trofea lasu. Brat wionął wzwyż między racicami saren. Ze mną z niedźwiedzia puknął się w jodłę czesany tryk. Nawet wilk myknął mimo z do góry zakręconym ogonem i coś zakopał w ściółce.
    – Kość!
    – W ściółce?
    – Noo.
    Zatoczyliśmy łuk, by złagodzić podejście. Na łące nadzialiśmy się na kucającego pod krzakiem pasterza kóz. Zapytałem o drogę. Wywrócił oczami pod rondem smolistego, słomianego kapelusza i odwrócił głowę. Ręką sięgnął po kij. Po chwili z oddali zobaczyłem jak wstaje, zaciąga portki i dopina pas. Rzeczywiście miał wielkie przekrwione oczy, całkiem jak typ z Czerwonego Kapturka, gdy spoglądał na mnie znad złożonej na kolanach kupki liści łopianu. Może to on wysmarował, kto wie czym, hakenkrojca na skale?
    Przyspieszyliśmy. Kaptur góry utkany z gęstej, jak szpinakowy sos kosodrzewiny, bił nas po twarzy soczystymi frędzlami świeżego przyrostu, gdy pełzaliśmy na czworakach po stromiźnie, jak myszy. Po chwili, spoceni chwialiśmy się Patafilem i Filopatem na nawisie górzego podbródka. Kilka metrów niżej, niczym grdyka, wystawała pod lekkim ukosem ze zbocza płaska, ciosana w okrąg skała.
    Przepchnąłem ślinę przez gardło. Tam dalej, we mgle, ululana rzeką tonęła dolina. Po bokach białe wiry umykały chyłkiem z lasu i wodospadem żlebu opadały doń w dół. Mgła bełtała się nam kilkanaście metrów pod stopami, podczas gdy słońce przypiekało w twarz.
    Zjechaliśmy na tyłkach do skały. Dopiero pod nią robiło się naprawdę stromo. Nie uwalono jej tym, czego się obawiałem. Znacznie gorzej. Farba jeszcze świeża, olejna, nie do wyczyszczenia.
    Siedzieliśmy przegrani oparci o skałę i w słońcu przeglądaliśmy paznokcie. Brat zerkał na mnie, ja na niego i nagle obu oczy wybałuszył błysk. Wywróciło nas na klęczki, a pazury rąk wdarły się chciwie w piaszczystą podbudowę więżącą skałę w podłożu. Fontanny mokrego żwiru trysnęły na lewo i prawo.
    -Uwolnimy skałę, niech odleci w przestworza! -Wyrzucił brat.
    -Zwalimy w dół z całym rupieciem świata! Niech rzeka pochłonie ból! Precz z fałszywą Maryją z obrazka! – zawyrokowałem.
    – I z grawitacją! – dorzucił brat.
    – Ty wiesz co to grawitacja? Przerwałem kopanie.
    – Wiem.
    – Co?
    – To, jak ktoś wali na pałę, czy coś…
    – Okej – odparłem i ze zdwojoną mocą natarłem na grunt.
    Ryliśmy grube pół godziny, gdy skała poczęła się ruszać. Co chwilę obsuwała kawałek i blokowała o kolejne kamienie.
    Słońce mrugnąwszy minutą cienia gibnęło na drugą stronę górującego nad nami zielonego kaptura. Mgła opadała niżej i niżej. W końcu prześwitującym welonem przykrywała tylko połyskujące zakole rzeki w reszcie panoramy okolicy, bezwstydnie obnażając rozpanoszoną ludzką bylejakość.
    Nad wodę, na trawiaste wypłaszczenie u stup rumowiska zbiegły motyle, muchy i ważki. Ledwo widoczne plamki furkotały barwnymi sweterkami, żółtymi i fioletowymi spódniczkami. Głodne ruchu i światła rozbiegały, wirowały, goniły za sobą i znowu pryskały na boki, jak rozsypane koraliki z modeliny zerwanej branzoletki. Owady w dole grały w berka, a my owładnięci zewem góry, jak korniki, walczyliśmy o uwolnienie z posad skałę i praca nasza nabierała właśnie kształtów.
    Został ostatni kamień. Z radości zapomniałem o wszystkim. Kopnąłem go. Skała poszła w tan. Ruszyła, jak narciarz zakosem po zboczu, przewróciła na bok i postawiła w pion. Jakby wyczekiwała, jakby wybierała w skupieniu właściwy sobie tor, po czym runęła z furią ciągnąc za sobą drobno-kamienistą sforę, lawinę zagłady. Nagle gruchocząc kępę trawy odbiła samotnie w bok, zobaczyłem szaleńczo wirującą swastykę. Zaczęliśmy wrzeszczeć, w dole rozszczekał się pies. Przeleciała przez gromadę. Dzieci pierzchły w bok. Zamarłem. Nad wodą, plecami do nas siedziała dziewczynka. Odwróciła się. Przysiadła. Głowę wtuliła w ramiona, dłońmi zakryła twarz. Skała zahaczyła ją, obróciła w powietrzu, ale sama wybiła się wzwyż. Błysnęła rozerwana sukienka. Śmignęły, jak pejcze warkocze. Po czym skała drążąc otwór do dna, zapadła w rzekę.
    Bez śladu. Cisza. Spokój i słońce. Żadnego kurzu, krzyku, czy rozoranego torowiska. Nawet darń łąki była nienaruszona. Tylko dzieciaki nie biegały, stały nieruchomo, wydoroślały? Jakby zapadł się czas.
    Czy coś tu się stało, czy nic nie miało miejsca?
    Widziałem później, jak dziewczynka podniosła się i chwilę wycierała dłońmi poszarpaną sukienkę. Gdy ja biegłem, szukając zdematerializowanego nagle brata, ona poprawiwszy kokardy i zarzuciwszy warkocze za siebie, poszła, chyba do domu.

    I potem też nie stało się nic. Jak skała w wodę. A jednak, po kilku dniach, gdy rzeka opadła jej lustro w zakolu falowało ocierając podskórnie o szorstkie, koślawe plecy skały. Była tam i po wielokroć toczona krzyżem do góry, i z rozpaczliwą ulgą zrzucana w dół, jest po dziś.

    A przecież, gdy tłukliśmy się skodą po dziurawych górskich drogach do domu, w radio puszczali Jantarkę z „Nic nie może wiecznie trwać” i mnie wtedy wydawało się właśnie tak samo.

    Tyle zdarzeń, tyle póz, jeden kamień, głaz co wyciska bezwzględnie winne wytłoczyny życia. Nietrwały jest tylko kolor oczu Maryi, a lokaty bobas staje się śniadym brodaczem o garbatym nosie.

    To bezspornie zaczęło się wtedy. Ale co, konkretnie co? Czy potraficie powiedzieć? Jeśli tak, odejdźcie. Jeśli nie, klapnijcie w Ujsołach na skałę, zanurzcie nogi w strumieniu słów. Zapewniam, z tej historii nie wyjdziecie już żywi.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Tomasz, jestem wielkim fanem Twojej twórczości, Twojej pisarskiej wrażliwości, Twojego spojrzenia na świat, Twoich metafor.
      Gratuluję kolejnego nietuzinkowego tekstu.

  22. Oczywiście, w tekście „BŁĄD” musiały pojawić się błędy. Po pierwsze, dziewczynka nie mogła siedzieć nad rzeką, skoro potem przysiadła. Musiała wprzódy stać, a potem przysiąść ze strachu. Po drugie, podręczniki szkolne do historii były od pięć do osiem, a nie jak napisałem, od cztery do osiem. Błędy spostrzegłem dopiero jak zamieściłem tekst na stronie. Co to znaczy brak korektorów i ojca REDAKTORA. Błędów może być więcej, bo do skończonego przed chwilą tekstu nie nabrałem zdrowego dystansu. Zatem wybaczcie, jeśli jeszcze coś sknociłem.

    Michał dzięki za serce i wiarę we mnie, tej bowiem nad wszystko mi nie dostaje.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Tomek, w tym zadaniu teksty mają – w założeniu – być spontaniczne, stanowić owoc twórczej chwili. Błędy, jasne, mogą się zdarzyć:)

    2. Chomik buszujący w zbożu says: Odpowiedz

      Jeśli pozwolisz, też wsiądę do Twojego pociągu wiary, zajmę miejsca nie za wiele, w przedziale z twardymi siedzeniami i nawet niedomykające się okno nie będzie mi przeszkadzać, chociaż mróz.

  23. Tomek świetny tekst. Podoba mi się Twoja płynność i bogactwo w słownictwie. Gratuluję!
    A co do błędów. Ja też wysłałam tekst spontanicznie, a kiedy go przeczytałam, na forum, chciałam cofnąć czas i poprawić niedociągnięcia. Ale może czasem dobrze jest złapać dystans do własnej twórczości i po prostu pozwolić płynąć naszym myślom? Bez oporów, wszelkich zahamowań.

  24. Pamiętam, jak przez mgłę…mogłam mieć ze 4 lata, byłam „rannym ptaszkiem”.
    Dziadek chcąc w niedzielne poranki dać się wyspać moim rodzicom, latem zabierał mnie na bardzo wczesne spacery. Wzbudzaliśmy sensację wśród właścicieli psów, którzy z miłości do swoich pupili także spacerowali po parku w niedzielne, wczesne poranki. Po szaleństwach na placu zabaw, kiedy wracaliśmy do domu, nagle podbiegł do mnie pies. Z mojej perspektywy wydawał się ogromny…poczułam coś ciepłego i mokrego na policzku…kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam nad sobą ogromną, psią głowę z wywieszonym jęzorem. Wielki owczarek był miłośnikem dzieci i widząc mnie, wskoczył mi na ramiona, przewrócił i wylizał po twarzy. Właściciel psa bardzo przepraszał za zachowanie swojego pupila i natychmiast odciągnął go ode mnie. Byłam trochę wystraszona, od najmłodszych lat wpajano mi respekt przed zwłaszcza dużymi psami, ale zafascynowana tym psem. Do dzisiaj, przez to bardzo bliskie spotkanie uwielbiam psy i inne zwierzęta. Do niedawna wspominaliśmy z dziadkiem ten, absolutnie magiczny dla mnie spacer. Nie przypominam sobie, abyśmy jeszcze kiedyś spotkali tego pana, z tym psem. Z dziadkiem też już nie powspominam tego spaceru…to zdarzenie, pamiętane z perspektywy małej dziewczynki zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy…bo pamiętam, jak przez mgłę..

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Gosiu, piękne wspomnienie!

  25. Dzięki, uffff…odważyłam się…

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      I bardzo dobrze! Pisanie wymaga odwagi.

  26. Czym większy strach, tym większa odwaga, by sięgnąć po laur bohaterstwa. Lecz spełnienie nie zawsze ukojeniem. Nie start, nie lądowanie, a sam lot istotą kosmicznej żeglugi.
    Ważne by czymś żyć a nie tylko po coś.

  27. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Pamiętam, że za oknem domu moich dziadków rosła śliwa. Była niewielka i takież rodziła owoce. To, w jaki sposób rosła, zawsze mnie fascynowało, gdyż bezpośrednio pod nią było wejście do piwniczki, w której dziadkowie przechowywali ziemniaki i miała niewiele miejsca na to, by porządnie zapuścić korzenie. Jej gałęzie, w świetle latarni stojącej nieopodal, wyglądały nocą jak ręce wiedźmy. Zawsze, kiedy kładłam się spać, odmawiałam solidnie pacierz, żeby nic złego mnie nie spotkało w nocy, bo miałam wrażenie, że to drzewo zagląda przez szybę i chce mnie porwać.
    Szczególnie mocno działała moja wyobraźnia podczas burzy, kiedy śliwa targana podmuchami silnego wiatru, w migoczącym świetle błyskawic, chyliła się ku parapetowi, jakby chciała wślizgnąć się przez niewielką szparę, powstającą przez niedomknięcie okna. A nie domykało się, bo wówczas okna były na haczyki. Jeden zahaczało się u góry, drugi na dole, a trzecim ryglowało się połówki okna od środka.
    Pamiętam, że ze strachem pytałam babcię, czy drzewa żyją? Czy ta śliwa musi tak zaglądać nam w okno? Śmiała się ze mnie i uspokajała, mówiąc, że drzewa nie mogą chodzić i poza tym, nie mają oczu. Ale mnie to nie przekonywało.
    Kiedyś bawiłam się nieopodal śliwy. Przyrządzałam zupki z błota, chwastów i kamyków. Stwierdziłam, że ugotuję zupę śliwkową; bo skoro babcia może mi gotować zupę malinową, truskawkową i wiśniową, czemu ja nie mogę ugotować zupy śliwkowej? Pozbierałam kilka leżących pod drzewem owoców. Jedną śliwkę nawet sobie umyłam i zjadłam. Była nieco cierpka i kwaśna. Z reszty zrobiłam błotno – śliwkową breję, którą z dumą pokazałam babci.
    Nazajutrz na obiad nie było, co prawda, zupy śliwkowej, gdyż babcia twierdziła, że taka zupa mi smakować nie będzie, lecz smaczny kompot śliwkowy.
    Po upalnym dniu, w nocy rozpętała się piekielna burza. Ale ja wiedziałam, że to nie jest zwykła burza. Obudziło mnie nieregularne stukanie w szybę. Jakież było moje przerażenie, gdy zobaczyłam, że to śliwa tak stuka w okno. Pomyślałam od razu, że to na pewno za karę, bo zmarnowałam jej owoce na błotno – śliwkową breję. Rozpłakałam się i babcia musiała ze mną spać.
    Rankiem okazało się, że drzewko ma połamane największe gałęzie, a jedna z szybek w oknie jest pęknięta. Na moje pytające spojrzenie, babcia odpowiedziała, że „śliwkowa wiedźma” nie ma teraz wystarczająco długich rąk, by dosięgnąć do okna.
    Przez chwilę zrobiło mi się szkoda śliwy, która wyglądała smętnie ze zwisającymi gałęziami, niczym rękoma opuszczonymi w geście rezygnacji.
    Ale śliwek za nic w świecie nie chciałam jeść. I minęło wiele lat, zanim skusiłam się na kompot z tego, bądź co bądź, smacznego owocu.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Beata, świetna historia! I taka sugestywna. Po Waszych tekstach typowo „dziecięcych” widać, jak bardzo silne i żywe są emocje z tamtych pierwszych lat. Nadal zdumiewa ich autentyzm.

  28. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Właśnie przeczytałam tekst Tomasza Pik i wpadłam w zachwyt. Coś niesamowitego! Pierwszy raz spotkałam się z kimś, kto tak pisze. Jesteś świetny, Tomasz!

    A przy Twoim pierwszym tekście, BEATA, moja imienniczko, popłakałam się. Przy drugim mało nie posikałam się ze śmiechu. Aż przeczytałam fragment z toaletą moim synom. Też kwiczeli ze śmiechu. Brawo! Jesteście świetni!
    Wszyscy! 🙂

  29. Pamiętam, że na podwórku królowała gra w gumę. Na wagę złota była wykradana mamom z pasmanteryjnych skrzynek, taka zwykła gumka do majtek, najlepiej szeroka na jeden centymetr, bo była bardziej wytrzymała.
    Pamiętam, że do sąsiadów przyjechali znajomi z Brukseli, a nazwa kojarzyła mi się wtedy z znienawidzonym warzywem w zupie, i dowiedziałam się wówczas, że istnieje takie miasto i na dodatek jest stolicą Belgii. To były czasy naprawdę głębokiego PRL-u.
    Dwie dziewczynki wyszły na podwórko, patrzyliśmy na nie jak na dziwo, po pierwsze były ubrane stanowczo mniej zgrzebnie niż my, po drugie tak dziwnie świergotały jakby wyszły prosto z francuskich filmów.
    Sąsiad poprosił byśmy się z nimi pobawili. My nie kojarzyliśmy żadnego obcego języka oprócz tych kilku rosyjskich słów wbijanych nam do głowy przez rusycystykę, nasze zaś Belgijki mową Puszkina raczej się nie posługiwały, ale nie mogliśmy pozwolić by ucierpiał honor podwórka. Próbowaliśmy na migi pokazać kilka naszych gier, ale kończyło się to klapą, bo wymagały one dużego werbalnego zaangażowanie, i wtedy Gośka wyciągnęła gumę. Rozciągnęliśmy ją i zaczęliśmy grać. Nastąpiło całkowite polsko-brukselskie porozumienie.
    A dziś mi przyszło do głowy, że może politycy powinni od czasu do czasu zagrać w gumę?

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Nika, świetna historia ze znakomitym epilogiem!

  30. Oj, chyba tak, chociaż może lepiej nie, bo jak polecą z nami w gumę, to ją będziemy palić przez gułag Kołymę lub w kółko na trasie Moskwa-Pietuszki.

  31. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Nika! Przypomniałaś mi jak to było z tymi gumami do grania. Sama mamie powyciągałam metry gum. Ostatnio w szkole nasza dyrekcja próbowała zagospodarować jakoś przerwy, żeby dzieciaki tak nie szalały i zakupiła gumy do grania, takie kolorowe, o jakich my nawet byśmy nie marzyły w tamtych czasach, ale trwało to może z jakieś dwa tygodnie. I spowszedniało. A gumy się pozrywały i porozciągały. Fajnie tak wrócić dzięki Twoim wspomnieniom do szalonego dzieciństwa blokowego.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ja nigdy jakoś nie grałem w gumę, ale też mało uczestniczyłem w zabawach podwórzowych. Wolałem się zamykać w świecie książek.

  32. czarna orchidea says: Odpowiedz

    Michał, ja w tym czasie pochłaniałam mnóstwo książek. A zważając na to, że kupienie dobrej książki w tych czasach graniczyło z cudem (np. moja mama zapisywała się na subskrypcję niektórych książek, bo inaczej nie dało się ich kupić), to miałam ich i tak wiele.
    Pamiętam, że na jedną z gwiazdek zażyczyłam sobie od Św. Mikołaja wyłącznie książki. Dostałam ich wówczas około trzydziestu sztuk. Między innymi: „Złoto Gór Czarnych”, „Ostatniego Mohikanina”, „W pustyni i w puszczy”, „Napowietrzną wioskę”, „20.000 mil podmorskiej żeglugi”, „Anię z Avonlea”, serię „Tomka na…” i wiele innych mniej lub bardziej znanych. I to właśnie ta gwiazdka zaważyła na całym moim życiu, wprowadzając mnie w ten zaklęty i niesamowity świat, gdzie rzeczywistość miesza się z fikcją, przygody dzieją się bez wychodzenia z domu, a nawiązane przyjaźnie trwają do końca życia. Spośród tych książek największe wrażenie zrobił na mnie tytuł „Złoto Gór Czarnych”. Żyłam przez wiele dni i godzin w świecie Indian, razem z nimi paląc fajkę pokoju, walcząc z białymi, polując i rozmawiając z Wielkim Manitou. Fascynacja Dzikim Zachodem pozostała do dziś. Uwielbiam westerny, kowbojski styl ubierania się, konie i filmy z muzyką country w tle. Byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała o Tomku Wilmowskim, który był w pewnym sensie moją pierwszą miłością. Kochałam się w Tomku za jego odwagę, mądrość i umiłowanie przygód. Zawsze marzyłam o mężu podróżniku, który będzie zabierał mnie na wycieczki po świecie i w pewnym sensie to marzenie się spełniło. Jest i trochę westernu i przygód. Tylko zamiast konia z kopytami jest taki z cylindrami 😉

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Beata, jaka piękna historia!
      Myślę, że to wspaniałe, jeśli można zidentyfikować, odtworzyć narodziny książkowej miłości we własnym życiu.

      U mnie się zaczęło bardzo wcześnie – po prostu jednym z codziennych obowiązków mamy/siostry było czytanie mi przed snem. No i tak poznałem Bullerbyn, odwiedziłem tajemniczy ogród razem z Mary Lennox, zawarłem królewskie znajomości („Mała księżniczka”), a wreszcie otrzymałem pierwszą lekcję genderu („Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek”). Bardzo chciałem się szybko nauczyć czytać, żeby już sięgać po książki samodzielnie. No i nauczyłem się, jak miałem trzy lata:)

      Dziś jestem biblioteką dla rodziny, przyjaciół i znajomych:)

  33. Pamiętam, że miał to być wyjątkowy Sylwester, który wspominać będę długie lata.

    Byłem wtedy młodym elewem, wypełniającym swe powinności wobec ojczyzny w cieszącym się złą sławą garnizonie w O., leżącym na północno-wschodnich kresach kraju. Trafiłem tam prosto z zachodnich rubieży, z dużego portowego miasta S., w którym i wojska było sporo, i możliwości innego rozwoju również. Dlaczego więc O.!? Co wojsko miało do mnie, że rzuciło mnie bez dania racji siedemset kilometrów od domu? Ale nie odległość była najgorsza, a rozłąka. Jak większość młodych ludzi nabity byłem po samo ciemię uczuciem, kochanie wypełniało wszystkie tkanki i komórki, tych szarych nie wyłączając.

    Dziś nie pamiętam, czy dostałem choć jeden list od I. (tak ją określę), który odwzajemniałby choć trochę żar, z jakim pisałem swoje. A pisałem sporo! Najpierw z nadzieją, że jej milczenie to nadmiar zajęć na uczelni, bo pierwszy rok jest bardzo trudny, później – z wiarą, że zbliżająca się przysięga będzie okazją do spotkania, które potwierdzi moje nadzieje. Nieobecność na przysiędze jakoś sobie wytłumaczyłem, nie przyjmując do wiadomości ani troskliwych pocieszeń matki, ani bardziej dosadnych tłumaczeń brata. Przecież co oni mogą wiedzieć, pojadę na urlop, spotkamy się i wszystko wyjaśnimy, pięknie jeszcze będzie!

    Urlop trafił się szybciej niż przypuszczałem, niestety wraz z urlopem – atak zimy stulecia. Już chwilę po rozpoczęciu podróży przeczuwałem, że układany plan sylwestrowej zabawy może się nie udać. Kiedy zdrożony zapukałem do mieszkania rodziców I. dowiedziałem się, że bawi ona w górach, razem ze znajomymi z roku. Ponieważ pogoda nie poprawiała się, pożegnałem się i ruszyłem w drogę powrotną. W O. wraz z pierwszą odwilżą dotarła do mnie myśl, że najprawdopodobniej uczucie, które hodowałem, nie przetrwa próby czasu.

    Dzisiaj po tym Sylwestrze pozostał mi podziw, bowiem już drugie pokolenie jest dumne, że tata i dziadek dwa dni jechał w trzydziestoparostopniowym mrozie na urlop do domu i nawet sobie uszu nie odmroził!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      „kochanie wypełniało wszystkie tkanki i komórki, tych szarych nie wyłączając.”:)

      Cezary, co za historia!
      Witaj na blogu! Dobrze Cię tu widzieć!

  34. Fakt, telefony były na korbkę, a szeregowy Marucha ciągnął za swoim dowódcą rozwijany z bębna ideologicznie kontrolowany przewód połączeniowy. Siedemset kilosów, nie w kij dmuchał, a i klimaty na miarę „Jak hartowała się stal”
    Miałeś kolego farta, mnie nikt nie odwiedził na przysiędze. Potem wszyscy poszli się urżnąć. Nie mając powodu pozostałem na warcie. Samotny jak bezpański pies gorączkowo rozmyślałem o babeczkach, że żadna.
    Przygruchał się z kielonkiem chorąży Blacha i stwierdził, że zbyt wiele adresów obznaczyłem jednako. Należało jedną za warkocz i w krzaki. Ale ja byłem poeta, smaliłem wiersze dla wszystkich.
    Chorąży Blacha wył serenady dla jednej, która w srebrne gody rozegrała go w trąbę.
    Wiele dni płakał nad stratą chorąży, podczas gdy ja, jak nigdy, czułem się szczęśliwym, bo wolnym.
    Chwała weteranom!

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Tomek, czasami mi się wydaje, że świat jest utkany z niespełnionych miłości… Na szczęście te spełnione też się trafiają!

      1. Spełnione, Michał, jak najbardziej, odfajkowane, ale ta nie dająca spokoju intelektualna potencja niespełnionych…
        Panny, madonny przez lata głaskane na nowo, święte obrazki malowane koślawymi pędzlami krzywych wspomnień.

        „Są chwile gdy powinieneś przybić do ściany wielkie słowo, gdyż jak się zdaje, tylko ono może zbawić Rzym, a tymczasem duka z ciebie tchórzliwym fetorem gadzina psoty. Miast budować, wycinasz się w pień. Dopiero u schyłku pajac los obnaża swą twarz. Na szczęście za późno wiesz, że zmarszczki śmierci, to przybranie godów. Wtedy z niesionego lawetą chmur mieszkania Oliwki runąłem w szczelinę rozmarzliny. Lecz czy w arktycznym powietrzu można nauczyć się latać?”
        … z dalszego fragmentu „Błędu”

        Czy Cezary, to ten Cezary, czy może inny? Fraza podobna. Wnoszę, że ten. Kłaniam się i pozdrawiam.

        1. Jeśli po tych kilku zdaniach rozpoznaje mnie mroczny rodzic Mika i towarzysza Wietrznego, to dla mnie jest to nobilitacja i powód do radości! Ukłony!
          Warkocz i krzaki są dobre, ale nie każdy, że tak to nazwę, umie je stosować.

  35. Pamiętam, że kiedyś miałam pięknego pluszowego misia. Miał na imię Puszek. Był żołnierzem chroniącym mnie przed potworami, które wypełzały w nocy spod łóżka i szeptały do ucha straszne historie. Był przyjacielem, który niecierpliwie czekał, aż przyjdę z przedszkola i zacznę się z nim bawić. Był najlepszym towarzyszem podczas podróży palcem po mapie. Byliśmy nierozłączni.
    Do czasu.
    Miś powoli przestawał być piękny i pluszowy. Jego futerko wyblakło, pyszczek był zdeformowany, brakowało mu jednego ucha. Na domiar złego odpadło mu jedno oko. Moja mama próbowała je przyszyć. Operacja trwała jakieś dziesięć minut. Niecierpliwie czekałam na wieści o moim przyjacielu, chodząc w kółko i prosząc w duchu, żeby wszystko się dobrze skończyło.
    Niestety, oka nie udało się przyszyć.
    Moja mama włożyła je delikatnie w miejsce, gdzie się wcześniej znajdowało, po czym ostrożnie położyła Puszka na półkę. Chciało mi się płakać. Byłam już na tyle duża, że zdawałam sobie sprawę z tego, że pluszowe misie to tylko zabawki, które nie myślą i nie czują. Mimo to chciałam go mocno przytulić, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Już nigdy więcej go nie dotknęłam.
    Mama, żeby mnie pocieszyć, kupiła innego pięknego pluszowego misia. Ten jednak nie miał imienia. Nie był żołnierzem, przyjacielem, ani nawet towarzyszem podróży. Był misiem takim jak każdy inny. Ładną ozdobą, której lepiej za mocno nie przytulać, żeby nie podzieliła losu Puszka.
    Teraz jestem dorosła. Od czasu do czasu spoglądam na półkę, gdzie siedzi brzydki, wyblakły Puszek. Myślę wtedy o tym, że od niedawna podróżuję naprawdę, a nie tylko palcem po mapie. Mam kilku znajomych, którzy z niecierpliwością czekają, aż przyjdę z pracy i wypijemy razem piwo albo dwa.
    A z potworami staram się radzić sobie sama.

  36. Pamiętam, że kiedyś miałam pięknego pluszowego misia. Miał na imię Puszek. Był żołnierzem chroniącym mnie przed potworami, które wypełzały w nocy spod łóżka i szeptały do ucha straszne historie. Był przyjacielem, który niecierpliwie czekał, aż przyjdę z przedszkola i zacznę się z nim bawić. Był najlepszym towarzyszem podczas podróży palcem po mapie. Byliśmy nierozłączni.
    Do czasu.
    Miś powoli przestawał być piękny i pluszowy. Jego futerko wyblakło, pyszczek był zdeformowany, brakowało mu jednego ucha. Na domiar złego odpadło mu jedno oko. Moja mama próbowała je przyszyć. Operacja trwała jakieś dziesięć minut. Niecierpliwie czekałam na wieści o moim przyjacielu, chodząc w kółko i prosząc w duchu, żeby wszystko się dobrze skończyło.
    Niestety, oka nie udało się przyszyć.
    Moja mama włożyła je delikatnie w miejsce, gdzie się wcześniej znajdowało, po czym ostrożnie położyła Puszka na półkę. Chciało mi się płakać. Byłam już na tyle duża, że zdawałam sobie sprawę z tego, że pluszowe misie to tylko zabawki, które nie myślą i nie czują. Mimo to chciałam go mocno przytulić, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Już nigdy więcej go nie dotknęłam.
    Mama, żeby mnie pocieszyć, kupiła innego pięknego pluszowego misia. Ten jednak nie miał imienia. Nie był żołnierzem, przyjacielem, ani nawet towarzyszem podróży. Był misiem takim jak każdy inny. Ładną ozdobą, której lepiej za mocno nie przytulać, żeby nie podzieliła losu Puszka.
    Teraz jestem dorosła. Od czasu do czasu spoglądam na półkę, gdzie siedzi brzydki, wyblakły Puszek. Myślę wtedy o tym, że od niedawna podróżuję naprawdę, a nie tylko palcem po mapie. Mam kilku znajomych, którzy z niecierpliwością czekają, aż przyjdę z pracy i wypijemy razem piwo albo dwa.
    A z potworami staram się radzić sobie sama.

    1. Myślą i czują, koniecznie go przytul, on nie ma oka, nie ma ucha, myśli że brzydki kaleka i nikt go nie chce.
      Lepiej skonać w miłosnych objęciach, niźli trwać w chłodzie wiecznotrwałej kryształowej kuli zeroabsolutnego wszechświata.
      Napisz co będzie dalej.

    2. Myślą i czują, koniecznie go przytul, on nie ma oka, nie ma ucha, myśli że brzydki kaleka i nikt go nie chce.
      Lepiej skonać w miłosnych objęciach, niźli trwać w chłodzie wiecznotrwałej kryształowej kuli zeroabsolutnego wszechświata.
      Napisz co będzie dalej.

      1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

        „Myślą i czują” – zgadzam się!

    3. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Ta historia chwyciła mnie za serce!

  37. Bardzo dziękuję za miłe słowa.
    Chyba czas zadbać o to, by moje misie znowu stały się potrzebne.

    1. Michal_Pawel_Urbaniak says: Odpowiedz

      Jak najbardziej!

Dodaj komentarz